Krucjata Bourne’a

Wydawałoby się, że Jason Borune będzie miał spokój po likwidacji Treadstone, jednak trwało to tylko dwa lata. Byłego agenta CIA nadal prześladuje amnezja, jednak to jest najmniejszy problem. Podczas tajnej akcji w Berlinie (zdemaskowanie kreta, przez zdobycie informacji) zostaje zamordowany kupiec i agent CIA. Na miejscu zbrodni zostają znaleziony śladowy odcisk palca Bourne’a, przez co nasz bohater musi uciekać z Indii i ustalić kto go wkręca.

bourne21

Sukces kasowy „Tożsamości…” spowodował, że musiał powstać dalszy ciąg przygód agenta z amnezją znanego z książek Roberta Ludluma. A że to nie miało nic wspólnego z pierwowzorem (na co autor zgodził się przed śmiercią), to już jest inna kwestia. Tutaj jest podobnie, intryga jest pogmatwana i próby ustalenia kto, kogo i dlaczego. Wpadniemy do zimnego Berlina oraz równie chłodnej Moskwy, ale wprowadzono jedną, poważną zmianę. Na stanowisku reżysera Douga Limana (ograniczył się do roli producenta wykonawczego) zastąpił go Paul Greengrass, który tworzy kino utrzymane w paradokumentalnej stylistyce. I niestety, ta stylistyka do kina sensacyjnego nie do końca pasuje. Ujęcia z ręki, montaż tak szybki, że nie można tego zauważyć. O ile jeszcze w scenach, gdy Bourne jest obserwowany przez komputery CIA to się jeszcze broni, o tyle w scenach pościgów i bijatyk działa to odstraszająco. Chaotyczny montaż irytuje jeszcze bardziej (mocno to widać w pościgu w Moskwie czy walce Bourne’a z Jardą w Monachium), co psuje przyjemność z oglądania. A szkoda, bo gdyby nie to ocena byłaby dużo wyższa. Wszystko inne tutaj gra i wciąga, ale realizacja wywołuje rozczarowanie. Może przy „Ultimatum…” wszystko się poprawi, ale wątpię.

bourne22

Nadal ten film błyszczy aktorsko, dzięki czemu jesteśmy w miarę skłonni uwierzyć w cała opowieść. Matt Damon nadal jest świetny jako Bourne – mieszanka sprytu, siły pięści oraz zagubienia. To wszystko nadal pasuje, tworząc mocną mieszankę wybuchową. Idealny agent po prostu. Tutaj jego  tropicielem jest zastępca dyrektora CIA Pamela Landy (świetna Joan Allen), która nie jest pozbawiona sprytu, ale Bourne zawsze jest o ten krok przed. Analityczny umysł i wyciąganie wniosków stanowi jej mocny atut. Poza tym duetem wracają Brian Cox (agent CIA Ward Abbott) oraz Julia Stiles (Nicky), tworząc solidne tło. Z nowych bohaterów warto wyróżnić Karla Urbana (rosyjski zabójca Kirył) oraz Martona Csokasa (agent Jarda).

bourne23

„Krucjata…” mogła być świetnym filmem, gdyby Greengrass nakręciłby go w bardziej klasycznym stylu. A tak mamy chaotyczną akcję, za szybki montaż psujący przyjemność z seansu. Przez co ocena musi zostać brutalnie obniżona o punkt. Ale i tak czekam na dalszy ciąg, Davidzie Webb.

6/10

Radosław Ostrowski

Tożsamość Bourne’a

Podczas burzy statek rybacki znajduje młodego, nieprzytomnego mężczyznę, który został postrzelony. Ten zaś niczego nie pamięta, a zostaje przy nim znalezione konto w banku szwajcarskim.  Na miejscu znajduje pieniądze, kilka paszportów i pistolet. I od tej pory jest ścigany przez CIA z projektu Treadstone. W rozwiązaniu tej zagadki pomaga mu poznana Niemka Marie.

bourne_11

Postać szpiega z amnestią stworzona przez Roberta Ludluma już raz była przeniesiona na ekran dla telewizji. Ale w 2002 roku Bourne powrócił dzięki Dougowi Limanowi, który postanowił uwspółcześnić całą historię, kompletnie odcinając się od literackiego pierwowzoru. Był to także jeden z pierwszych filmów pokazujących współczesną inwigilację tajnych służb, które wykorzystują do tego komputery, podsłuchują policyjne radia oraz satelity. Pozornie nic nowego nie dostajemy, bo opowieści szpiegowskich było wiele, a amnezja to jeden z ogranych chwytów narracyjnych, jednak Liman trzyma swoją opowieść w ryzach, tworząc dynamiczne i ciekawe kino akcji. Cała intryga trzyma w napięciu, nie brakuje dynamicznych bójek i strzelanin (akcja w ambasadzie w Szwajcarii czy strzelanina na farmie z jednym z kilerów), sięgających do klasyki gatunku pościgów (pościg w Paryżu), a wyjaśnienie całej sprawy jest satysfakcjonujące (przynajmniej na tą chwilę). A wszystko jest zrobione tak jak być powinno – bez operatorskich udziwnień czy chaotycznego montażu. Każdy cios jest widoczny, a plenery (Szwajcaria, Waszyngton, Paryż) robią naprawdę spore wrażenie, potęgując klimat tajemnicy. Zakończenie może dawać wrażenie zamkniętej całości, ale to tak naprawdę przygrywka do następnych części.

bourne_12

Poza sprawną intrygą, dobrymi dialogami oraz świetną muzyka Johna Powella, Limanowi udało się dobrać naprawdę świetną obsadę. Na początku mogły pojawiać się wątpliwości co do Matta Damona jako super tajnego i świetnie wyszkolonego agenta, ale zarówno w scenach akcji jak i momentach odkrywania swojej przeszłości jest bardzo wiarygodny. Widać w twarzy zagubienie, a jednocześnie opanowanie i świetne przygotowanie. Nie jest on też pozbawiony sprytu, co parę razy ratuje mu życie. Partneruje mu równie przekonująca Franka Potente jako wiecznie szukająca swojego szczęścia Marie, choć jej motywy współpracy z Bourne’m pozostają niejasne. Co skłania kobietę szukająca raczej stabilizacji do zmiany trybu życia pełnego pościgów i strzelanin? Ta relacja między tą dwójka jest siła napędową, a między aktorami iskrzy. Poza nimi jest jeszcze dość mocny drugi, gdzie rządzi Chris Cooper. Jego Conclin, szef Treadstone to inteligentny, działający wszelkimi metodami agent, który chce zlikwidować Bourne’a. Poza nim jest jeszcze tajemniczy Brian Cox (niejaki Ward Abbott) i małomówny Clive Owen (Profesor).

bourne_13

Nie jest to nic nowego, ale ogląda się to bardzo dobrze. Sprawne, dobre i niegłupie kino sensacyjne, które nie jest w żaden sposób efekciarskie. W dzisiejszych czasach, to jest naprawdę sporo. Ciąg dalszy nastąpi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wrogowie publiczni

Amerykanie kochają swoich gangsterów tak mocno, że tworzą o nich mity. A jednym z herosów czasów Wielkiego Kryzysu był John Dillinger, o którym nie powstało zbyt wiele filmów. Za jego historię postanowił wziąć się sam Michael Mann. I wyszedł mu naprawdę dobry film, ale po kolei.

wrogowie1

Wszystko zaczyna się w 1933 roku, gdy John Dillinger dokonuje spektakularnej ucieczki z więzienia. Po drodze zobaczymy kilka napadów na bank, czym zajmuje się Dillinger praktycznie od zawsze, pojawi się pewna dziewczyna, a J. Edgar Hoover wykorzystując Melvina Purvisa będzie próbował dopaść Dillingera. Ale ten facet jest sprytny, gdyż wie jak zbudować swój medialny wizerunek – a to dowcipkuje z dziennikarzem, ściska się z naczelnikiem więzienia po aresztowaniu. Celebryta tamtych czasów, a jednocześnie gangster ze starej szkoły, który woli napadać na banki niż czerpać profity z narkotyków, hazardu itp. A to mafii się niespecjalnie podoba (Frank Nitti). To poczynania Dillingera tak naprawdę przyśpieszyły działalność FBI, wprowadzając nowy rodzaj przestępstw – zbrodni federalnych, ściganych przez całe Stany. To jednak jest tło dla Manna, tak jak wykorzystany wątek przemijania pewnej epoki, zmierzchu starej gangsterki. Ze wzgląd na starcie Dillingera z Purvisem, film budzić może skojarzenia z „Gorączką”, jednak „Wrogowie” są zbyt chłodnym filmem, by ta konfrontacja mogła nas wciągnąć. Jest tu wiele klisz i schematów, ale całość ogląda się naprawdę dobrze. Zarówno scenografia, kostiumy jak i muzyka świetnie budują klimat epoki. Pewnym problemem może być warstwa wizualna – nie chodzi o samą kolorystykę zdjęć (te w sporej części są bardzo dynamiczne, z dominacją mroku przy świetnych strzelaninach czy scenach napadów), ale wykorzystanie kamery cyfrowej nie wywołuje zbyt dobrych wrażeń estetycznych. Wygląda to po prostu brzydko.

wrogowie2

Aktorsko film prezentuje się dość różnie. Na plus zdecydowanie warto wyróżnić Johnny’ego Deppa, choć bez charakteryzacji można go nie rozpoznać. Jako Dillinger jest czarującym dżentelmenem, który czerpie z życia ile się da. Choć strzela i to w dużej ilości, to jednak nikogo nie zabija – taki fajny facet. Jednocześnie jest świadomy swojego losu, lojalny wobec kumpli oraz romantyczny jak cholera. Jego przeciwieństwem jest Mervin Purvis (nudny Christian Bale), który szanuje swojego przeciwnika i jest uczciwy aż do bólu. Czy tylko mnie się wydawało, że Bale ma głos Batmana? Ciekawsza jest Marion Cotilliard jako dziewczyna Johna – niejaka Billie, która nie jest pierwszą lepszą damulką w opałach. Naiwna też nie jest, ale i tak trzyma się Johna mimo wszystko. Poza nimi jest wiele znanych twarzy w małych rolach (najbardziej utkwił w pamięci Stephen Graham jako psychopatyczny „Buźka” Nelson oraz twardy Stephen Lang jako agent Winstead), będącymi smaczkiem dla ekranu.

wrogowie3

Mann po kompromitacji pt. „Miami Vice” powoli wraca do dobrej formy. Solidna realizacja (poza cyfrówką), sprawna reżyseria, świetny Depp – to główne składniki sukcesu tego filmu. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę doczekać się najnowszego filmu Manna, który pojawi się w przyszłym roku („Haker” o walce z cyberterroryzmem). A „Wrogowie” to dobre kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Miami Vice

Sonny Crockett i Ricardo Tubbs są gliniarzami z Miami, którzy pracują ze sobą od lat. Podczas akcji dostają cynk od swojego informatora, że wydano agentów fderalnych podczas realizacji transakcji narkotykowej. Obaj panowie podszywając się za handlarzy narkotyków podejmują się zadania infiltracji, trafiając na niejakiego Arcangela de Jesus Montoyę, któremu towarzyszy Isabella. Między nią a Sonnym zawiązuje się romans.

miami_vice1

Michael Mann postanowił zaryzykować i zrobić kinową wersję mega popularnego serialu z lat 80., którego był producentem. Efektem tego był mroczny i ponury film sensacyjny pokazujący ciemną stronę działania pod przykrywką. Udawanie kogoś zawsze jest trudnym wyzwaniem, a romans dodatkowo komplikuje sytuację, która wymaga większego sprytu i działań na granicy prawa (kradzież towaru kartelu). Przenosimy się z miejsca na miejsce, większość akcji toczy się nocą, a całość jest kręcona kamerą cyfrową, przypominając telewizyjny dokument (choć jest kilka wizualnych pereł). Ale i tak film jest zwyczajnie nudny, brakuje napięcia, a spory budżet (ponad 100 mln dolców) nie jest zbyt mocno widoczny. Surowy realizm działa tutaj męcząco i nie zaskakuje niczym nowym – nawet finałowa konfrontacja wygląda po prostu okropnie. Nic tutaj nie gra, nawet muzyka wypada dość blado. Słowem, najsłabszy film Manna od czasów „Twierdzy”.

miami_vice2

Aktorsko jest zaledwie przyzwoicie. Colin Farrell i Jamie Foxx są nieźli, gdy pojawiają się osobno, ale nie czuć tutaj chemii między nimi, co w przypadku grania takich sprawdzonych kumpli jest kluczowe. Z całej ekipy najbardziej wybija się Gong Li jako starająca się być niezależną Isabelle i jej emocje – dość skomplikowane – są wygrywane bez problemu. Reszta obsady po prostu jest i nie przeszkadza.

miami_vice3

To, że kinowa wersja „Policjantów z Miami” będzie czymś innym niż serial, nie było dla mnie niespodzianką. Ale Mann przyzwyczaił mnie do znacznie wyższego poziomu niż bycie przyzwoitym. Cóż zrobić? Może następnym razem będzie lepiej?

6/10

Radosław Ostrowski

Zakładnik

Max jest taksówkarzem w L.A., próbującym dorobić na początek swojego nowego interesu. Pracuje głównie na nocnej zmianie, jednak ta noc będzie dla niego naprawdę ciężka. A wszystko zaczyna się od podwiezienia siwowłosego Vincenta, który składa mu propozycje nie do odrzucenia – ma go dowieść do pięciu miejsc, za co dostanie ekstra zapłatę. Już po przyjeździe na pierwsze miejsce okazuje się, że Vincent jest płatnym zabójcą.

zakladnik1

Michael Mann i kino sensacyjne to pewna symbioza działająca od dłuższego czasu. Tym razem jednak „Zakładnik” wyróżnia się dwiema rzeczami. Po pierwsze, nakręcono go według cudzego scenariusza, p drugie niemal w całości został nakręcony kamerą cyfrową. O ile to pierwsze, nie jest mocno odczuwalne, o tyle to drugie ma wygląda całkiem nieźle, nie wywołując irytacji czy rozdrażnienia. Sama intryga jest bardzo zgrabnie prowadzona, a gdzieś w połowie filmu dowiadujemy się o co tu chodzi. W dodatku Los Angeles nocą wygląda strasznie i tajemniczo – nigdy nie wiadomo kogo można spotkać, a przypadek odgrywa tutaj istotną rolę. Klimat jest rzeczą wyróżniająca film Manna od reszty, tak samo świetne dialogi oraz spójny montaż. Co prawda zakończenie, gdzie nasz everyman decyduje się wziąć sprawy w swoje ręce, by ratować ostatnią ofiarę, może się wydawać zbyt hollywoodzki, ale to i tak ogląda się z napięciem oraz zainteresowaniem. Realizm działań policji, naturalistycznie pokazana przemoc, świetnie zgrana muzyka (mieszanka ambientu, rocka, jazzu i latynoskich brzmień) robi naprawdę wrażenie.

zakladnik2

Także obsada jest tutaj niezawodna. Największą niespodzianką jest tutaj siwowłosy Tom Cruise w roli zimnego i bezwzględnego płatnego zabójcy Vincenta. Wyrachowany, spokojny, z ironicznym humorem jest wysokiej klasy profesjonalista, który potrafi się odnaleźć w każdej sytuacji. I naprawdę budzi on przerażenie (a jego giwera jest głośniejsza od reszty). Takiego Cruise’a nie pamiętam, choć w zasadzie robi to, co zawsze (tylko mniej się uśmiecha). Zaś tytułowym zakładnikiem jest Max, znakomicie prowadzony przez Jamie Foxxa. To typowy everyman, który ma swoje plany, jest wygadany i znajduje się w ekstremalnej sytuacji. Poza tym duetem na planie wybija się niezawodny Mark Ruffalo (dociekliwy i uparty detektyw Ray Fanning), piękna Jada Pinkett Smith (prokurator Annie) oraz solidni Javier Bardem (gangster Felix) oraz Bruce McGill (agent FBI Pedroza).

zakladnik3

„Zakładnik” nie jest może jedna z najlepszych propozycji Michaela Manna w karierze, ale poniżej pewnego (wysokiego) poziomu ten reżyser nie schodzi. To po prostu dobre kino sensacyjne, które trzyma fason i nie traktuje widza jak idiotę, a to już sporo.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Gorączka

Nazwisko Michaela Manna jednoznacznie kojarzy się z kinem sensacyjnym, które posiada kilka bardzo charakterystycznych elementów. Po pierwsze, jest bardzo realistyczne od strony inscenizacji oraz pracy zarówno gliniarzy jak i bandytów. Po drugie, mroczny klimat budowany zarówno przez mocno elektroniczną muzykę, jak i przez pokazanie nocnego życia miasta. I po trzecie, wiarygodne psychologicznie postaci bohaterów, którzy posiadają własny kodeks moralny. Wszystkie te elementy skrystalizowano w „Gorączce” – najbardziej epickim ze wszystkich filmów Manna.

goraczka1

Film jest konfrontacją dwóch ludzi, którzy znają się na swojej robocie jak mało kto. Pierwszy to doświadczony złodziej Neil McCauley, który zawsze bierze tylko szmal i nie wiąże się z żadną kobietą. Po przeciwnej stronie stoi porucznik Vincent Hanna, dwukrotnie rozwiedziony, trzeci związek też się rozpada. Wszystko zaczyna się z powodu napada na konwój z pieniędzmi, podczas którego jeden z nowych członków grupy nie wytrzymuje napięcie i zabija jednego z konwojentów, co doprowadza do śmierci pozostałych dwóch. Łupem staja się obligacje należące do Rogera Van Zanta. I tak zaczyna się bardzo długo budowana intryga, gdzie jest masa pionków, dużo trupów oraz melancholijny klimat.

goraczka2

Efekt? Mieszanka kameralnych i stonowanych scen z realistycznym, stylowymi i dynamicznymi scenami akcji. Napad na konwój, zemsta na nielojalnym wspólniku, wyciąganie informacji od informatorów, zasadzki – dzieje się tu dużo. A gdy nie ma akcji, widzimy samych bohaterów oraz ich prywatne życie, które staje się balastem dla nich samych. I już tutaj widać spore różnicę: ekipa Neila przypomina silnie zwartą rodzinę, która nawzajem się wspiera, pomagając sobie w różnych sprawach. Z kolei gliniarze nie są ze sobą aż tak silnie związani, po części z powodu nagłych wezwań na akcję. I w zasadzie trudno kibicować jednej stronie. Przy okazji tez pokazuje się życie po odsiadce (wątek Donalda, który dostaje parszywą robotę w kuchni, za co musi jeszcze znosić upokorzenia oraz „odpalanie” działki z pracy).

Wizualnie porywa (zwłaszcza nocne ujęcia), kamera czasami biegnie za bohaterami, a przywiązanie do detalu imponuje. Do dzisiaj wrażenie robi ikoniczna sekwencja włamania na bank zakończona uliczną strzelaniną (TEN DŹWIĘK KARABINU) sprawiającą wrażenie niemal wojennej rozpierduchy, co nadal inspiruje twórców kina akcji.

goraczka3

Także od strony aktorskiej jest to potężny kaliber. Ale czy może być inaczej jeśli po obu stronach barykady mamy Ala Pacino i Roberta De Niro? Trzeba było być mistrzem, żeby nie wykorzystać talentu obu dżentelmenów, którzy fantastycznie wczuli się w swoje role prawdziwych mistrzów w swoim fachu. U obydwu nie ma raczej miejsca na związek (Neil zaczyna się spotykać z rysowniczką Eady, co może go przekonać do zerwania z przeszłością) i tak naprawdę są dobrzy tylko w swoim fachu. Jednak drugi plan jest tutaj tak bogaty, że nie starczyłoby miejsca na wszystkie. Najbardziej zapadł mi w pamięć fantastyczny Val Kilmer (Chris, mający problem z hazardem oraz nie najlepszymi relacjami z żoną, którą bardzo mocno kocha), niezawodny Tom Sizemore (Michael „Piękny” Cheritto), opanowany Jon Voight (paser Nate) oraz chciwy William Fichtner (Roger Van Zant). Panie wydaja się tylko tłem dla męskich konfrontacji, ale nie sposób nie zauważyć zarówno Amy Brenneman (Eady), zmęczoną Ashley Judd (Caroline, żona Chrisa) oraz Diane Venorę (żona Hanny).

goraczka4

„Gorączka” to film, o którym można użyć jednego słowa: kompletna i zwarta całość, pozbawiona poważniejszych wad. Wielu może zniechęcić sinusoidalne tempo oraz wątki obyczajowe, które mają uspokoić akcję. Ale jak się dacie oczarować, nie ma mowy o jakimkolwiek rozczarowaniu. Wielkie kino po prostu (i nie chodzi tu o czas trwania).

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kierowca

Tytułowy Kierowca jest facetem, który wozi bandytów po realizacji skoków, gubi radiowozy, pozbywa się śladów i pozostaje nieuchwytny. Próbuje go dopaść brutalny i ostro grający Detektyw. Wszystko zaczyna się, gdy w trakcie roboty Kierowca pokazuje swoja twarz kobiecie, która jest graczem kasyna. Jednak Detektyw postanawia zastawić sidła na Kierowca i ustawia skok.

kierowca1

Walter Hill to jeden z tych reżyserów, którzy w latach 70. i 80. walczyli o tytuł mistrza kina klasy B. Choć jego produkcje nie należały do zbyt drogich, to posiadały klimat i stanowił źródło rozrywki dla fanów tzw. męskiego kina. „Kierowca” to był drugi film tego reżysera, ale wszystkie elementy są dopięte do najdrobniejszego detalu. Reżyser stawia tutaj na klimat samotności, umieszczając akcję głównie w żyjącym nocą mieście. Sama historia jest dość prosta i polega na tym, kto kogo wystawi do wiatru, zgarniając cały łup, ale ogląda się to z dużym napięciem aż do samego finału. Nie brakuje tutaj strzelanin i pościgów samochodowych, których nie ma tutaj zbyt wiele (raptem dwa pościgi), ale za to bardzo długie i świetnie zrealizowane, choć czuć inspiracje klasykami gatunku jak „Bullitt” czy „Francuski łącznik”. Wszystko w sposób bardzo (z dzisiejszej perspektywy staroświecki), bez stosowania efektów komputerowych.

kierowca2

Owszem, nie brakuje kilku stylowych ujęć, klimat buduje świetna muzyka, jednak całość jest mocno minimalistyczna, zarówno jeśli chodzi o dialogi (mało ich, ale są świetnie napisane), ja i o bohaterów, o których nie wiemy zbyt wiele. Pod tym względem czuć tutaj inspirację dla filmu „Drive”, jednak Hill jest bardziej prostszy i nie bawi się tutaj w kino artystyczne. Dla wielu ten minimalistyczny chłód oraz niezbyt wyraźnie zarysowane postacie mogą być problemem, ale więcej o sobie mówią w trakcie działania.

kierowca3

Całość opiera się tutaj na trójce aktorów, którzy nadają życie tym oszczędnym bohaterom. Po pierwsze, świetny Ryan O’Neil w roli Kierowcy, który za kółkiem jest w stanie wyrwać się z każdej opresji, jest bardzo opanowany i trzyma się swoich zasad. Konkurentem jest Detektyw (niezawodny Bruce Dern), który jest ambitny, mocno balansuje na granicy prawa i desperacko sięga po różne tricki, by dorwać Kierowcę za wszelką cenę. I w końcu ta trzecia, czyli Gracz(ka) poprowadzona przez Isabelle Adjani, która wydaje się dość sztywna w tej roli.

W zasadzie jedyną poważną wadą dla mnie jest to, że całość za szybko się kończy. Ale Hill udaje się zbudować film pachnący trochę klimatem noir. I moim skromnym zdaniem, to najlepsza produkcja Waltera Hilla, choć mniej popularna niż „48 godzin”, „Wojownicy” czy „Czerwona gorączka”.

8/10

Radosław Ostrowski

Monachium

Rok 1972, trwają Igrzyska Olimpijskie w Monachium. I to właśnie podczas nich palestyńscy terroryści z organizacji Czarny Wrzesień porwali 9 izraelskich sportowców jako zakładników i zabijając wcześniej dwóch. Podczas próby odbicia zakładników na lotnisko dochodzi do krwawej jatki, podczas której giną wszyscy. To wiemy wszyscy, ale kilka tygodni po tym wydarzeniu Mossad zaplanował akcję odwetową „Gniew Boga” – likwidacje 11 szefów Czarnego Września oraz ich najbliższych współpracowników przez 4-osobową grupkę kierowaną przez młodego Avnera.

monachium1

Nie można Stevenowi Spielbergowi, że podejmuje się trudnych tematów. Po 11 września pytania o metodę walki z terroryzmem stały się bardzo aktualne, a historia opisana w książce przez George’a Jonasa, od której mocno odcina się izraelski wywiad. I tutaj wydaje się być to spore pole do rozważań etycznych, pokazując przy okazji bezsensowność całego przedsięwzięcia. Izrael zabija palestyńskich terrorystów, Palestyńczycy mordują Izrael, miejsce przywódców zajmują kolejni jeszcze gorsi, bardziej bezwzględni i brutalni. I czy jest jakakolwiek szansa na pokój na Bliskim Wschodzie? No właśnie. Jednak poza politycznymi opowieściami, trzeba przyznać, że Spielberg nadal potrafi kręcić trzymające w napięciu sceny akcji, które są dynamicznie zmontowane i precyzyjnie fotografowane przez – stylizującego na lata 70. – pracy Janusza Kamińskiego, także scenografia robi jak najlepsze wrażenie.

monachium4

Jednak problem pojawia się w momencie, gdy Spielberg mówi wprost, o co mu chodzi. Widać to najbardziej w budowaniu postaci, które mówią w sposób nie do końca wiarygodny (od momentu pojawienia się wątpliwości w słuszność swoich działań), bardziej jakby to byli polityczni adwersarze, a nie koledzy. I mimo grania przez tak uznanych aktorów jak Ciaran Hinds (Carl), Daniel Craig (Steve) czy Mathieu Kassovitz (pirotechnik Robert) nie udaje ich zabarwić i uczłowieczyć. Udaje się to dopiero granemu przez Erica Banę Avnera, na którym skupia się cała opowieść. Przy okazji reżyser pokazuje też, że z tajnych służb można wyjść albo będąc kompletnym paranoikiem bojącym się wyjść albo zabitym ew. dalej pracować dla nich.

„Monachium” potwierdza świetnie wyczucie technicznego rzemiosła Spielberga, jednak nie do końca jesteśmy w stanie się zaangażować w całą opowieść. Trochę szkoda, ale może jeszcze Amerykanin pokaże na co go stać, bo stać go naprawdę na wiele.

6/10

Radosław Ostrowski

Niezniszczalni II

Minęły dwa lata od akcji Niezniszczalnych w Vilenie. Teraz grupa Barneya Rossa dostaje nowe zadanie od Churcha, który nie do końca przełknął poprzednią akcję. Dostają nowe zadanie, pozornie warte: odebrać sejf z zestrzelonego samolotu, w czym ma pomóc pewna hakerka Maggie. Niestety, grupa wpada w zasadzkę i jeden z członków – snajper Billy the Kid – zostaje zabity przez szefa Sangów, Jeana Villaina. Od tej pory liczy się tylko zemsta, a plan jest prosty: track’em, find’em, kill’em.

niezniszczalni21

Gdy pierwsza część zarobi kupę szmalu, to musi powstać sequel – tak brzmi prawo pradawnego amerykańskiego boga Box-Office’a. Tym razem jednak reżyserii drugiej części przygód Sylwka Stallone’a i jego wesołej kompanii nakręcił Simon West – sprawny i doświadczony rzemieślnik. Nie ma tutaj chaotycznego i skocznego montażu, jest za to prowadzona pewną ręką nieskomplikowana fabuła, maksymalnie przyśpieszona i jadąca mocno po bandzie. Jest więcej rozróby, tempo znacznie szybsze (sam początek to jedna wielka sekwencja odbicia jeńców), wrogów do kasacji jeszcze więcej, a logiki jeszcze mniej niż w poprzedniej części. Ale umówmy się – takich filmów nie ogląda się dla fabuły. Dodatkowym atutem tej zarąbistej rozpierduchy za kupę kasy jest znacznie większa dawka autoironicznego humoru, gdzie panowie pozwalają na dystans wobec swoich poprzednich wcieleń i kultowych tekstów. I co najważniejsze – każdy z bohaterów dostaje mniej więcej tyle samo czasu, by zabłysnąć. Efekt jest po prostu przedni.

niezniszczalni22

Stara ekipa wróciła w formie (najbardziej zaskakuje Dolph Lundgren, którego bohater trochę się uspokoił i przypomina sobie o wykształceniu chemicznym), a poważnym wzmocnieniem jest danie większego czasu ekranowego Bruce’owi Willisowi i Arnoldowi Schwarzeneggerowi, którzy ruszają w teren. Ich arcywrogiem jest sam Jean-Claude van Damme (Jean Villain) i prezentuje się po prostu świetnie. Jest zły do szpiku kości i brakuje tylko kąpieli w wannie pełnej krwi do całego portretu. Ale z drugiej strony nasza dzielna ekipa ma potężnego sojusznika, czyli samego Chucka Norrisa. A wiadomo jak się pojawia Chuck Norris (tu dla nie poznaki nazwany „Samotnym wilkiem” Bookerem), to wszystko zostaje zniszczone w pył (cudowne ocalenie bohaterów z zasadzki Sangów w mieście) i nic nie jest w stanie go zabić. Nawet królewska kobra. Tylko czemu gdy wchodzi Chuck pojawia się muzyka z „Dobrego, złego i brzydkiego” Ennio Morricone?

niezniszczalni23

West przynajmniej nie udaje, że chodzi o coś więcej niż rozpierduchę, a „Niezniszczalni II” przebijają część pierwszą niemal pod każdym względem. Jest znacznie brutalniej, a jednocześnie oldskulowo i z dowcipem. Takiej jatki nie pamiętam od czasów „Hot Shots II”. I liczę, że będzie lepiej niż przy „trójce”.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Niezniszczalni

Tytułowi Niezniszczalni to grupa najemników. A jak powszechnie wiadomo najemnicy to goście,którzy zabijają za pieniądze. Grupą dowodzi niejaki Barney Ross, a jej członkami są: nożownik Lee Christmas, karateka Yin Yang, strzelec Gunnar Jensen oraz mięśniacy: Toll Road i Hail Caesar. Grupka dostaje kolejne zlecenie do wykonania: zabicie generała Garzy – dyktatora wysepki Vilena kontrolowanego przez byłego agenta CIA Jamesa Monroe.

niezniszczalni1

30 (mniej więcej) lat temu niejaki Sylvester Stallone – jeden z największych filmowych mięśniaków i twardzieli Hollywood wpadł na pomysł zrobienia filmu z etatowymi twardzielami czasów popularnych wtedy kaset VHS. Ale wtedy nie doszło do realizacji z dwóch powodów: strasznie napiętego kalendarza oraz rywalizacji Sylwka z Arnoldem Żelaznym. Ale w końcu udało się doprowadzić sprawę do końca w 2010 roku, kiedy to nastąpiła symboliczna zmiana warty, a napakowanych mięśniaków zastąpiły herlawe człopaczki pokroju Matta Damona (seria Bourne’a). Stallone nie tylko wymyślił historię i napisał jaki taki scenariusz, ale tez podjął się reżyserii tego cudeńka. Plan był prosty: miało być oldskulowo, w starym brutalnym stylu (i zero komputera) i z wielkimi gwiazdami lat 80. Co z tego wyszło?

niezniszczalni2

Po kolei: scenariusz jest tylko i wyłącznie pretekstem do pokazania kolejnych scen akcji (wielkie cztery rozróby, z czego największa to finałowa rozgrywka na wyspie w okolicy pałacu), gdzie poznajemy Niezniszczalnych, ich szczątkowe dylematy i sucharowe żarty (i tak śmieszne niż te z „Familiady”). Z kolei gdy dochodzi do walki bohaterowie używają wszelkich środków do zmniejszania populacji takich jak karabiny, pistolety, noże i pięści. Takiej brutalności nie powstydziliby się fani slasherów (ręce i głowy lecą), co w czasach zdominowanych przez kategorię PG-13 jest błogosławieństwem. I nie mam żadnych wątpliwości, ze wszystko zostało zrobione dzięki pomocy pirotechników i kaskaderów, choć komputer jest obecny w śladowych ilościach (ogień pod koniec). Psychologia jest mocno uproszczona, ale historia ma ręce i nogi. Nawet dylematy moralne są dość szybko rozwiązywane. Jedyna rzecz przeszkadzająca to zbyt chaotyczny montaż w scenach akcji przypominający trochę trylogię Bourne’a – kamera trochę gubi wątek i czasami nie widać kto komu co robi (najbardziej rzuca się to w scenie „rozpoznania”).

niezniszczalni3

Druga sprawa to obsada. Stallone zebrał parę znanych twarzy – w tym samego siebie – choć z tego pokolenia na pewno jest Dolph Lundgern (lekko szajbnięty Gunnar) i grający bad Guya zapomniany Eric Roberts. Młodsi Jet Li (w latach 80. popularny w Chinach) i Jason Statham świetnie uzupełniają ekipę, popisują się swoimi umiejętnościami, podobnie zapaśnik WWE Randy Coulture oraz Terry Crews. Jednak jedynym facetem, który pokazuje swój talent aktorski to grający byłego członka grupy Toola Mickey Rourke, który przyjmuje zlecenia. A scena, w której opowiada o „stracie duszy” naprawdę porusza.

niezniszczalni4

Do historii przeszła słynna scena w kościele, gdzie dochodzi do przyjęcia zlecenia. Tam Stallone, Bruce Willis (Church) i Arnold Schwarzenegger przerzucają się autoironicznymi tekstami, choć bardziej chcielibyśmy zobaczyć ich w akcji. Ale jedno trzeba przyznać „Niezniszczalnym”: to surowe, bezkompromisowe kino, choć nie pozbawione wad. Na szczęście zostały one poprawione w „dwójce”, ale o tym innym razem.

7,5/10

Radosław Ostrowski