Wyzwanie

Ben Shockley jest gliniarzem z Phoenix, który znany jest z tego, ze nie zawodzi. Tym razem dostaje zadanie dostarczenia świadka z Vegas do Phoenix, który ma zeznawać w sądzie. Świadkiem jest kobieta Augustine „Gus” Mally. Pozornie prosta sprawa zmienia się w walkę o przetrwanie, kiedy to wszyscy (włącznie z gliniarzami) chcą ich zabić, by nie dopuścić do sprawy.

wyzwanie1

Clint Eastwood w najbardziej znanym wcieleniu, czyli surowy twardziel, który używa zarówno pięści i spluw (tym razem bez Magnum .44) kontra wszyscy. Jest niemal niezniszczalny, a z każdej opresji jest w stanie wyjść niemal bez szwanku – no może z paroma siniakami. Zasadzki, strzelaniny oraz intryga prosta jak konstrukcja cepa. Mimo to trzeba przyznać, że ogląda się to naprawdę nieźle, a świszczące kule nie są w stanie do końca zakryć różnych dziur w fabule (helikopter zniszczony w dość ciekawy sposób). Dialogi niezłe i okraszone odrobinką humoru, próby zabicia Brudnego Clinta z wjazdem do miasta pancernym autobusem (wiem, pachnie to „Drużyną A”) kończące się porażką oraz całkiem niezła chemia między najtwardszym twardzielem (później zwanym starszym bratem Sylvestra Stallone’a) a niezbyt lubianą przeze mnie – i nie tylko – Sondrą Locke (pyskata oraz wystraszona Gus Mally) bronią ten film przed porażką, podobnie jak muzyka Fieldinga.

wyzwanie2

Niezły akcyjniak, który ogląda się całkiem dobrze mimo przewidywalności oraz dość lekkiemu klimatowi. Eastwood głównie robił w tym czasie lekkie kino i „Wyzwanie” tez się w tą estetykę wpisuje. Ale najgłośniejsze pozycje miały dopiero powstać.

5,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Akcja na Eigerze

Jonathan Hemlock wydaje się niepozornym profesorem sztuki z dość sporą kolekcją dzieł sztuki. Mało kto wie, że jest płatnym zabójcą działającym na zlecenie organizacji wywiadowczej C-2. Przeszedł na emeryturę, ale organizacja wymusza na nim zabicie dwóch ludzi odpowiedzialnych za śmierć przyjaciela. Drugi zabójca ma uczestniczyć podczas wspinaczki na górę Eiger.

eiger1

Co by się stało, gdyby Clint Eastwood został agentem 007? Proponowano mu tą rolę w „Żyj i pozwól umrzeć”, ale uznano go za zbyt brutalnego. Clint jednak się nie zraził i zrobił własnego Bonda, bo tak należy odebrać film „Akcja na Eigerze”. Innymi słowy, to kino sensacyjno-szpiegowskie, które broni się głównie dzięki ironicznemu humorowi oraz intrygującemu punktowi wyjścia całej fabuły.  Jednak sama opowieść toczy się dość spokojnym torem, co nie znaczy, że nie brakuje emocji. Tych nie brakuje zarówno na samym początku (zabójstwo agenta) czy podczas pierwszego odwetu. Złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć także scenom przygotowań do wspinaczki oraz samego wejścia na górę, która wygląda imponująco. Wielu jednak może znużyć dość spokojne tempo jak na film sensacyjny czy przewidywalne zakończenie, jednak na plus trzeba pochwalić lekkość całej opowieści niepozbawionej dość gorzkiej refleksji na temat pracy rządowej. Zdjęcia trzymają klasę (zwłaszcza te górskie, ale też samo biuro siedziby C-2), a muzyka Johna Williamsa sprawnie buduje napięcie.

eiger2

Co do aktorów, trzeba przyznać, że Eastwood ma dobrą rękę. W roli głównej radzi sobie świetnie, choć trudno na początku uwierzyć, by był w stanie zagrać inteligenta. Ale kiedy wchodzi do akcji, to pytania znikają szybko – muszę mówić coś więcej? Poza nim jest kilka intrygujących postaci granych jak Ben Bowman (solidny George Kennedy) – stary przyjaciel oraz alpinista czy lekko ciotowaty wróg Miles Millough (Jack Cassidy), którzy ubarwiają całą opowieść.

eiger3

Solidne, choć troszkę za spokojne kino akcji, gdzie Eastwood próbuje bawić się historią. Lekka i bezpretensjonalna rozrywka, choć ciutkę się zestarzała, to jednak nadal trzyma fason.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Gość

Rodzina Petersonów wydaje się przeciętną, nie wyróżniającą się familia, która straciła swojego syna służącego w wojsku. Młody chłopak Luke jest bity, siostra Anna zadaje się z dealerem narkotykowym, matka nie pogodziła się ze śmiercią syna, a ojciec nie dostał awansu w pracy. I wtedy do ich drzwi puka niejaki David, który był kolegą z wojska zmarłego. Wydaje się być w porządku – wypije piwo, pomoże w praniu, nauczy młodego chłopaka jak się bić. I wtedy zaczynają się dziać dziwne rzeczy – narkoman zostaje aresztowany, prześladujące dzieciaki dostają łomot. Myślicie, że to ma związek z Davidem, który przybył, by przekazać ostatnie słowa ich syna oraz zadbać o nich?

gosc1

Adam Wingard stara się być cwanym filmowcem, który chce łączyć powagę z grozą, humorem oraz kiczem. Przy horrorze „Następny będziesz Ty” wyszło to co najwyżej średnio, jednak „Gość” wydaje się dużo lepszym towarem, choć sklejonym z tysięcy klisz. Zbuntowana nastolatka, chłopiec traktujący gościa jak autorytet, tajemnica związana z Davidem, strzelaniny oraz makabryczna konfrontacja w szkolnej dyskotece (to ostatnie troszkę pachnie „Carrie” De Palmy). Dialogi są lakoniczne, humor czerstwy, wizualnie pachnie starymi latami 80-tymi, z lekko kiczowatą stylistyką potęgowaną przez muzykę (disco, techno, Clan of Cymox). Niby wiemy co się stanie, ale stylowa forma powoduje, że jednak dostajemy parę zaskakujących wolt (niestety, wymagałoby to spoilerowania), świetnie zainscenizowane sceny przemocy (bijatyka w barze) – wszystko to zrobione na granicy groteski, kiczu i powagi. I to naprawdę dobrze wyważone, a ogląda się to świetnie.

gosc2

Swoje też robią świetnie poprowadzeni aktorzy. Dan Stevens wielu kojarzy się z serialem „Downton Abbey”, jednak tą rolą (oraz w „Krocząc wśród cieni”) zrywa ze swoim wizerunkiem eleganckiego dżentelmena. Nadal jest zabójczo przystojny, wydaje się być porządnym i miłym facetem, jednak nie boi się sięgać po siłowe argumenty. Więcej o nim nie powiem, bo to na tej postaci wiąże się fabuła filmu. Poza nim jeszcze kilka pozytywnie poprowadzonych postaci jak córka (Maika Monroe), chłopak Luke (Brendan Mayer) czy oficer żandarmerii (Lance Reddick), którzy wypadają naprawdę dobrze.

gosc3

„Gość” to jedna z największych niespodzianek roku 2014, zaś Adam Wingard garściami czerpie od Refna, Carpentera, Raimiego oraz innych klasyków kina klasy B. kto wie, co tym razem ten gościu wymyśli, ja czekam z niepokojem.

7/10

Radosław Ostrowski

Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz

Marvel ostatnio coraz bardziej szaleje, jeśli chodzi o adaptacje swoich komiksów – to, co robi Kevin Feige zasługuje na uznanie. Przed nową częścią Avengers powstają ciągi dalsze przygód członków tej ekipy. Był już Ajron Men, Człowiek Młot (Thor), teraz przypomina o sobie największy harcerzyk tego uniwersum – Kapitan Ameryka.

Jak pamiętamy pierwszą część (a kto nie widział, będzie mu to przypomniane podczas wizyty w Muzeum Smithsonian), Steve Rogers został odmrożony po 70 latach i pracuje dla T.A.R.C.Z.Y. Jednak po ostatniej akcji (odbicie zakładników i ochrona danych) dochodzi do dziwnych sytuacji – szef agencji Nick Fury zostaje zabity, a Kapitan staje się celem. W dodatku wkracza do akcji niejaki Zimowy Żołnierz.

kapitan_ameryka1

O ile pierwsza część miała w sobie coś z lekkiego kina przygodowego, o tyle film braci Russo tym razem skręca w stronę szpiegowskiego thrillera, gdzie nie do końca wiadomo komu można zaufać. Widać to zarówno w ponurej i chłodnej warstwie wizualnej (budynki chłodne i sterylne), a także w piętrowej intrydze, w której pojawia się stary wróg (nazistowska organizacja Hydra). Poza świetnie zrobionymi scenami akcji oraz niezłymi żartami (lista rzeczy do nadrobienie z ostatniego półwiecza) oraz lekkością, padają pytania o inwigilację i bezpieczeństwo obywateli, rząd działający w tajemnicy i po cichu wybierający mniejsze zło. Czy też jest miejsce na Steve’a Rogersa, który zyskuje polityczna świadomość. To wszystko jest tak jakby przy okazji, nie zapominając o czystej zabawie. Nadal jest widowiskowo (zamach na Fury’ego w mieście – takie akcji nie widziałem od czasów „Gorączki”), patos został zredukowany do minimum, montaż jest dynamiczny i efektowny – jednym słowem totalna zadyma. Może trochę bajeranckie, a intryga jest szyta grubymi nićmi, ale to jedyne poważne wady.

kapitan_ameryka2

Twórcom udało się też stworzyć pełnokrwiste postacie, co w tego typu produkcjach jest rzadkością.  grający główną rolę Chris Evans sprawdza się świetnie i widać, ze ma pewne moralne wątpliwości, co do działań służb, jednak pozostaje im lojalny, mając kilka zaufanych postaci. Na podobnym tonie gra Samuel L. Jackson (Nick Fury), będący klasa samą w sobie, a Scarlett Johansson (Czarna Wdowa) potwierdza, że w kinie akcji czuje się jak ryba w wodzie (jednak też ma problemy z zaufaniem). Mało wam? To jeszcze jako bonus dostajecie Roberta Redforda (sekretarz stanu Alexander Pierce) oraz świetnego Sebastiana Stana (Zimowy Żołnierz – zimny i bezwzględny cyngiel, będący skutkiem eksperymentów Hydry, jednak wewnętrznie rozdarty).

kapitan_ameryka3

Naprawdę jestem zaskoczony poziomem tegorocznych blockbusterów od Marvela – co jeden to lepszy. „Kapitan Ameryka” potwierdza tylko formę zwyżkową komiksowych macherów. Pytanie czy ktoś będzie im w stanie podskoczyć? Jakoś nie widzę chętnych.

8/10

Radosław Ostrowski

American Gangster

Amerykanie kochają swoich gangsterów do tego stopnia, że mają oni swoją legendę i mit. Był don Corleone, Tony Montana, Henry Hill, John Dillinger czy Al Capone. Do tego grona postanowił dołączyć Frank Lucas, który na początku lat 70. handlował heroiną, która była czystym towarem – bez brudu, zanieczyszczeń itp. O jego opowieści, a także o tropiącym go gliniarzu Richie Robertsie opowiada film Ridleya Scotta.

american_gangster2

Pozornie film wydaje się zlepkiem klisz z opowieści gangsterskich i policyjnych. Z jednej strony mamy wzlot i upadek gangstera, który traktuje swoją profesję jako biznes, jest pragmatyczny oraz stara się zachować niezależność („Człowiek z blizna”, „Chłopcy z ferajny”), z drugiej mamy uczciwego policjanta na czele oddziału antynarkotykowego („Serpico”, „Nietykalni”). Scott opowiada tą historię z perspektywy tej dwójki, która chce na własny sposób spełnić amerykański sen. Dla Lucasa snem jest władza, niezależność oraz szacunek, dla Roberta jest to uczciwość i prawo. Osadzenie tego w realiach lat 70. (świetne stroje, scenografia oraz muzyka z epoki), nadaje pewnego ciekawego posmaku. Nie brakuje tu zarówno scen akcji (dostarczenie pozwu, nalot na kryjówkę Lucasa czy próba zamachu), które trzymają w napięciu i tworzą, choć przez większość wydarzeń pozornie nie dzieję się nic. Obserwacja, inwigilacja, korupcja, mafia, rodzina – ten kolaż broni się świetnie, nie brakuje kilku dobrych dialogów oraz znakomitych scen. Można się na siłę przyczepić, że nie ma tutaj niczego nowego, a zakończenie jest troszkę rozciągnięte, jednak jest to rozrywka z najwyższej półki.

american_gangster1

Największym atutem jest jednak znakomity duet antagonistów. Denzel Washington w roli czarnego charakteru to rzadkość, a jago gangster Frank Lucas jest po prostu bezbłędny. Nie pozbawiony sprytu i inteligencji, traktuje swoją profesję jak człowiek interesu. Facet dba o swoją rodzinę (pomaga im i wykorzystuje do swojego procederu), ale potrafi też być brutalny i bezwzględny (zabicie Tango na ulicy). Rasowy mafiozo. Na podobnym poziomie gra Russell Crowe, który wydaje się tym dobrym gliniarzem z mocnym kręgosłupem moralnym. Jego nie można kupić ani złamać, dociekliwy i konsekwentnie dążący do celu, jednak życie prywatne to rozsypka – nieudane małżeństwo, przypadkowe kobiety. Oglądanie starcia tej dwójki sprawia wielką frajdę, aż trudno mi było kibicować tylko jednej stronie. Poza tym duetem jest też dość mocny drugi plan, gdzie przewija się m.in. Josh Brolin (skorumpowany detektyw Trupo), dawno nie widziany Armand Assante (don Cattano) czy John Hawkes (detektyw Speerman).

american_gangster3

Scott sięga po tradycję kina gangsterskiego i gwarantuje naprawdę świetną rozrywkę. Chciałoby się rzec, że takich gangsterów już nie ma. I takiego kina też nie. Stylowe kino sensacyjna na wysokim poziomie, nawet bardzo wysokim.

8/10

Radosław Ostrowski

Dzień delfina

Jake Terrell jest amerykański naukowcem, który od lat zajmuje się delfinami. Przypadkowo odkrywa, że delfiny są w stanie mówić po angielsku – pojedyncze i krótkie wyrazy. Przykuwa to uwagę pewnych ludzi, którzy wykorzystać ssaka, by dokonać zamachu na prezydenta USA.

delfin1

Sam pomysł na tą historię był mocno absurdalny i w zasadzie mógłby się nadać do wczesnego filmu o Bondzie, ale Mike Nichols zrealizował całość w poważnej tonacji, co wywołuje pewien zgrzyt. Mamy tutaj spisek, intryga prowadzona jest powoli i ma na celu uśpić czujność, ale robi to aż nadto skutecznie. tempo jest bardzo usypiające, a przez dłuższy czas widzimy symbiozę człowieka z przyrodą, symbolizowana przez wodne zdjęcia pokazujące delfiny. Ale wątek sensacyjny jest tak naciągany i mało wiarygodny, że kompletnie mnie to nie obchodziło. Jeszcze przez pierwszą połowę, gdy dr Terrell (solidny George C. Scott) próbuje chronić swoje odkrycie przed wścibskim światem, bojąc się tego, co mogliby z tym zrobić ludzie, ale dalej robi się nudno.

delfin2

Sytuację próbują ratować zdjęcia (naprawdę niezłe) oraz muzyka Delerue (piękna), ale sam tytuł jest mocno przeciętny i szkoda czasu na oglądanie czegoś takiego. Zbyt poważne, zbyt nudne i naiwne.

5/10

Radosław Ostrowski

Lucy

Historia zaprezentowana w najnowszym filmie Luca Bessona jest tak absurdalna, że aż dobrze się to ogląda. Tytułowa Lucy to blond włosa studentka mieszkająca w Tajwanie, która zostaje zmuszona przez gangsterów do przemycenia narkotyków. Substancja ta – w formie niebieskiego proszku – pęka i trafia do jej organizmu, co doprowadza do uzyskania nieprawdopodobnych mocy.

lucy1

Brzmi to idiotycznie? Przy okazji reżyser przeplata fragmenty żywcem wzięte z kina akcji miesza ze scenami z filmów przyrodniczych albo naspeedowanych fragmentów z „Drzewa życia” lansując tezę o tym, że człowiek wykorzystuje 10% swojego mózgu. To dziwaczne połączenie wydaje się tak absurdalne, że może stać się dosłownie wszystko. Teoretycznie to powinno gryźć się ze sobą, jednak brawurowy sposób opowiadania historii zdynamizowany tak pokręconymi scenami akcji sprawdza się zaskakująco nieźle. Nie będę wam zdradzał co się wydarzy, bo trzeba to potraktować z dużym przymrużeniem oka. Scarlett Johansson sprawdza się w roli delikatnej kobiety zmieniającej się we wszechpotężną istotę niemal nie z tego świata, ze w zasadzie nic nie jest jej w stanie powstrzymać, także Choi Min-Sik w roli czarnego charakteru sprawdza się bez zarzutu. A Morgan Freeman jest po prostu Morganem Freemanem.

lucy2

Ale tak naprawdę w trakcie seansu lepiej wyłączcie swoje komórki mózgowe i przyjmijcie to, co się dzieje na ekranie. Inaczej czeka was rozczarowanie.

6/10

Radosław Ostrowski

Teoria spisku

Nowy Jork miał wielu taksówkarzy na ekranie, choć wśród nich najbardziej znany był Travis Bickle, bohater „Taksówkarza”. Jednak taki Jerry Fletcher to jest zupełnie inny egzemplarz. Facet jest kompletnym paranoikiem mającym fioła na punkcie teorii spiskowych, którymi dzieli się z prawnikiem z Departamentem Sprawiedliwości, Alice Sutton. Wszystko się zmienia, gdy taksiarz zostaje porwany przez tajniaków. I wtedy dzieją się rzeczy…

teoria_spisku1

Filmów z teoriami spiskowymi, które stają się prawdą była cała masa z nieśmiertelnym „JFK” na czele. Richard Donner nie miał aż takich ambicji jak Oliver Stone, tylko chciał zrobić dobry film sensacyjny. A że jest tak doświadczonym reżyserem, było spore prawdopodobieństwo sukcesu. Owszem, jest tu trochę klisz (sam przeciw wszystkim, obsesje, spiski, nieprzypadkowa znajomość dwójki bohaterów), ale udaje się twórcy zbudować paranoiczny klimat (czołówka!!!, mieszkanie Jerry’ego z wycinkami gazet), bez pójścia w stronę efekciarskiej rozpierduchy. Nie znaczy to, że nie ma tutaj scen akcji – nie mówię tu tylko o finałowej konfrontacji w psychiatry ku, ale tez o ucieczce Jerry’ego przywiązanego do siedzenia czy ataku na mieszkanie Jerry’ego. Całość ma dobre tempo, świetne zdjęcia (zwłaszcza te nocne i w ciemnych pomieszczeniach) oraz elegancką muzykę, która sprawnie buduje napięcie (jazzująco).  Poza pewnymi schematami, wadą jest tutaj typowo hollywoodzki finał (mdły lekko) oraz to, ze nasz bohater trochę łatwo radzi sobie z antagonistami (ale to pewnie z powodu swojej paranoi).

teoria_spisku2

Skoro reżyserem jest Donner, to główną role musiał zagrać jego ulubieniec – Mel Gibson. I rzeczywiście widać, że z jego bohaterem jest coś nie tak, a w rolach nie do końca normalnych ludzi sprawdza się bez zarzutu. Facet ma dziwaczne nawyki (wszystko zamknięte na szyfr, zbiera „Buszującego w zbożu”) i rozpowiada szalone teorie, ale jednocześnie skrywa pewną tajemnicę. Drugim mocnym punktem jest błyszcząca Julia Roberts, która jest dość mocno sceptyczna wobec rewelacji Jerry’ego i skrywa traumę. Ale mimo różnic podejścia jest odczuwalna chemia między tą dwójką i to nakręca ten film. Drugi plan to przede wszystkim niezawodny Patrick Stewart, czyli niejaki dr Jonas, którego tożsamość nie do końca jest jasna, tak jak motywy działania (jednak sprawniejsi kinomani domyślą się tego).

teoria_spisku3

Cóż, nie jest to najlepsze dzieło Donnera (gdyż jest nim „Zabójcza broń”), ale reżyser nie zawodzi i trzyma fason. Hollywoodzkość mocno widoczna pod koniec staje się poważną wadą, jednak szalony Mel oraz piękna Julia bronią ten tytuł. I nie jest to żaden spisek.

7/10

Radosław Ostrowski

Wataha – seria 1

Tytułowa wataha to oddział Straży Granicznej na Bieszczadach, która pilnuje granicy i tropi przemytników. Dowódcą jest kapitan Wiktor Rebrow. Podczas imprezy wspominkowej z dawnym dowódcą dochodzi do eksplozji strażnicy, którą przeżył tylko Rebrow, dlatego prokurator prowadząca sprawę uważa go za głównego podejrzanego. Sprawa staje się trudniejsza, niż można się spodziewać.

wataha1

Na hasło polski serial reaguje się czasami jak na polski film i można w zasadzie postawić takie same zarzuty – słabo słyszalne dialogi, logiczne bzdury, psychologiczna bujda i w ogóle brak pomysłu. Dlatego, gdy usłyszałem o nowej produkcji HBO robionej w Polsce, miałem wątpliwości. Zwłaszcza, że to miał być kryminał z górami w tle. Jednak pilnujący całości Michał Gazda oraz Kasia Adamik wzięli mnie z zaskoczenia. Po pierwsze, klimat. Bieszczady wygląda zarówno pięknie jak i mrocznie (świetne zdjęcia Tomasza Augustyniaka), choć ujęcia krajobrazowe wydają się tylko wizualnym ozdobnikiem, to jednak atmosfera osaczenia oraz tajemnicy jest namacalna. Czuć tutaj inspirację zarówno skandynawskimi kryminałami jak i choćby „Tajemnicami Laketop” Jane Campion.

wataha2

Dźwięk był bardzo porządny i czysty (poza dialogami z radiofalówek), dialogi jak najbardziej ok, a muzyka skręcająca w stronę etniczną jeszcze bardziej potęguje atmosferę. Można zarzucić, ze fabuła toczy się za wolno (ekspozycja trwa niemal połowę serialu), intryga zbyt oczywista, a pewne sytuacje są łatwe do przewidzenia, a pewne wątki pozostają otwarte (może będzie druga seria?), ale wciąga ten serial i naprawdę dobrze się to ogląda. Nawet postać tajemniczego znachora Szeptuna (niemy i niemal nie do poznania Marian Dziędziel) pasuje do tego świata.

wataha3

Wiadomo, ze sprawa zatacza szersze kręgi, choć podejrzewałem jednego z dwóch bossów przemytniczego półświatka – niejakiego Kalitę (dobry Mariusz Saniternik) i Ruska Metra (Oleg Drach), ale sprawa byłaby wtedy za prosta. Śledztwo zaczyna przeplatać się z codziennością pograniczników (nielegalny przerzut, morderstwo itp.), a w sprawie zamieszana jest grupa bardzo wpływowych ludzi. Finał pozostawia wiele znaków zapytania, jednak liczę na dalsze odcinki.

wataha4

Aktorsko tez jest tutaj bardzo ciekawie, choć trochę nierówno. Sprawdza się Leszek Lichota w roli Rebrowa, choć jego ból jest bardzo skryty, ale widać doświadczonego faceta znającego się na swoim fachu. Jeszcze lepszy jest Bartłomiej Topa, czyli Adam „Grzywa” Grzywaczewski – przyjaciel Rebrowa, który jednak skrywa pewną tajemnicę i jego motywy działania są niejasne. Poza nimi jeszcze z oddziału najbardziej wybijają się dwie postacie: komendant Markowski (Andrzej Zieliński pasuje do grania twardych facetów) oraz troszkę nadwrażliwa Natalia Tatarkiewicz (bardzo dobra Magdalena Popławska). Dość bogaty drugi plan uzupełniają także niezawodni: Jacek Lenartowicz (Michał Łuczak – kumpel Wiktora, zbyt krótko był na ekranie), Jacek Koman (kapitan Robert) i solidny – jak zawsze – Jarosław Boberek (policjant Świtalski).

wataha5

Jednak żeby nie było tak słodko, najsłabiej wypada tutaj Aleksandra Popławska jako prokurator Dobosz. Po pierwsze, jest to postać bardzo irytująca swoim głosem, ale też i zachowaniem. Traktująca głównego bohatera jako głównego podejrzanego (choć wiemy, że jest inaczej), wzbudza antypatię. To jeszcze dałoby się obronić, gdybym wierzył w jej kompetencje, ale to nie następuje („wizja lokalna” z Rebrowem czy próba przesłuchania dziewczynki, której zabito matkę). Choć potem gra do tej samej bramki jak reszta postaci, to niechęć i irytacja pozostały.

wataha6

Mimo pewnych wad i nielogiczności, „Wataha” zrobiła na mnie naprawdę dobre wrażenie. Nie jest to może tak przełomowe dzieło jak „Breaking Bad” czy „Detektyw”, ale to światełko w tunelu, jeśli chodzi o produkcje polskie małego ekranu. Zarówno realizacyjnie nie mam poważnych zarzutów, a i sama fabuła była całkiem niezła. Po cichu liczę na ciąg dalszy, bo parę rzeczy wymaga wyjaśnień.

7/10

Radosław Ostrowski

Ultimatum Bourne’a

Po sześciu tygodniach od wydarzeń z Moskwy, Jason Bourne znów musi wrócić do gry, by ustalić raz na zawsze swoją przeszłość. Tym razem musi wrócić przez artykuł dziennikarza „The Guardian” Simona Rossa, który odnalazł informacje, że Treadstone jest nadal kontynuowany jako Blackblair. A to oznacza, że dziennikarz jest na celowniku, a Bourne razem z nim idzie do odstrzału.

bourne31

Jason Bourne musiał wrócić, co stwierdził każdy kto oglądał „Krucjatę”, która była słabszą częścią historii agenta z amnezją. Wszystko przez paradokumentalną realizacje, która mocno kłuła w oczy podczas scen akcji. Czy Paul Greengrass wyciągnął wnioski i poprawił babole? Nie, nadal panuje chaos w scenach akcji, chociaż nie jest to aż tak dokuczliwe (akcja w Targanie, gdzie mamy m.in. pościg motocyklowy i bieganie na dachach). Niemniej nadal może przeszkadzać (finał w Nowym Jorku) przy znakomitej historii, która dopełnia całości, ostatecznie wyjaśniając przeszłość Jasona Bourne’a. Wyruszymy do Londynu, Hiszpanii, a ostateczna konfrontacja odbędzie się w Nowym Jorku, gdzie wszystko się zaczęło (powtórzona scena finałowa z „Krucjaty…” nabiera tutaj nowego znaczenia). Intryga się znakomicie zazębia, wplecione flashbacki z życia Bourne’a/Webba dodają animuszu i ogląda się to fantastycznie, w kilku miejscach mocno podnosząc ciśnienie (obława na dworcu Waterloo) czy miejsce szkolenia Treadstone. Wszystko to oczywiście podkreślone przez fantastyczną muzykę Johna Powella oraz troszkę płynniejszy montaż. Ale kamera nadal ma ADHD, co w paru miejscach nadal irytuje (walka z Deshem w Tangenie toczy się tak szybko, ze nie widać kto kogo wali).

bourne32

Znowu nie mam zarzutów do aktorów, zwłaszcza do Matta Damona, który jest po prostu Bourne’m. Ale Damonowi ten film ukradł świetny David Strathairn w roli bezwzględnego i upartego Noah Vosena, który za wszelką cenę chce dopaść Bourne’a, nawet jeśli jest to niezgodne z prawem. Powracają także Julia Stiles (Nicky odgrywa tutaj kluczową role) i Joan Allen (Pamela Landy – jedyna wierząca w intencje Bourne’a). Poza nimi trudno też nie dostrzec mocnych kreacji Paddy’ego Considine’a (dziennikarz Simon Ross) oraz Alberta Finneya (dr Albert Hirsch).

bourne33

„Ultimatum…” mimo wad technicznych pozostaje najlepszą częścią serii. Choć zakończenie pozostaje kwestią otwartą, dla mnie ta historia jest już skończona. I niech już Jason Bourne aka David Webb zyska spokój, z dala od CIA i tym podobnych akcji.

8/10

Radosław Ostrowski