LEGO Przygoda 2

Pierwsze spotkanie z Emmetem Klockowskim było dla mnie jedną z najlepszych animacji ostatnich lat. Mega optymistyczny, ciepły i fajny korpoludek uratował swoich kolegów z Klockoburga, ratując przed Lordem Biznesem. Tylko, że czas spokoju zniknął wraz z pojawieniem się Duplo, co doprowadza miasto do wręcz postapokaliptycznego klimatu. Tym razem jednak zabawki Duplo z układu Siostar decydują się porwać liderów grupy: Żyletę, Batmana, Stalowobrody’ego oraz Kicię Rożek, zas Emmet wyrusza odbić grupę.

lego przygoda2-1

Pierwsza część rozpoczęła bum na animacje z klocków LEGO od Warner Bros., gdzie w zasadzie oprócz zmiany reżysera w zasadzie mamy to, co zawsze. Czyli zderzenie dwóch światów (świata klocków oraz świata… ludzkiego, a także świata Lego i Duplo), gdzie dochodzi do poważnego spięcia. Fabuła – niczym w „Deadpoolu” – jest pretekstem do wrzucania masy żartów oraz popkulturowych odniesień z „Mad Maxem” czy „Jurassic World” na czele. Ale tak naprawdę to kolejna opowieść o chwale kreatywności oraz dojrzewaniu, a także jakie mogą być tego konsekwencje. Czy dojrzewanie musi oznaczać rezygnację z dawnego wcielenia, przyjaźni oraz bycia tylko poważnym? Te pytania przewijają się przy okazji fabuły, chociaż to wszystko wydaje się być skierowane dla młodego (tak do 10+) odbiorcy. Aczkolwiek na drugim i trzecim planie jest masa miejscami absurdalnych żartów, godnych tria ZAZ (obecność Marii Skłodowskiej-Curie, przeskok do innego świata niczym w „2001: Odysei kosmicznej” czy piosenka królowej Wisimi o niej samej).

lego przygoda2-2

Ale jednocześnie nie mogłem pozbyć się pewnego wrażenia deja vu. Nie chodzi tylko o powtarzalność gagów, lecz także o przewidywalność, masę schematów (tajemniczy Rex, mający być nowym przyjacielem oraz kumplem) i brak czegoś dającego kopa. Do tego środek zwyczajnie rozsypuje się, co jest spowodowane rozdzieleniem postaci, doprowadzając do chaosu i znużenia.

lego przygoda2-3

Sama animacja wygląda tak jak w poprzednich częściach, czyli niemal imitacja poklatkowego stylu, wszystko jest bardzo klockowate i to dodaje masę uroku. Kolorami wali to po oczach (zwłaszcza w układzie Siostar), muzyka miesza orkiestrę z popem, retro elektroniką oraz bardzo chwytliwymi piosenkami. Nadal lubię tych bohaterów (zwłaszcza narcystycznego Batmana – jego nie da się nie lubić), ogląda się to z przyjemnością, a sceny akcji i sama wizja świata pozostaje kreatywna.

lego przygoda2-4

A jak sobie radzi polski dubbing? Więcej niż nieźle. Nadal nie zawodzi Piotr Bajtlik w roli ciepłego, zaczynającego dojrzewać Emmeta oraz tajemniczego, twardego Rexa, mającego statek kosmiczny z… dinozaurami. Równie cudnie się sprawdza Ewa Andruszkiewicz (twardo stąpająca przy ziemi Żyleta), Adam Bauman (pirat Stalowobrody) oraz Marta Dobecka (Kicia Rożek). Dla mnie jednak film kradł fantastyczny Krzysztof Banaszyk (Batman) i absolutnie zaskakująca… Natalia Sikora w roli absolutnie uroczej, chociaż budzącej nieufność królowej Wisimi, potrafiącej zmienić się w cokolwiek. I to jest prawdziwa petarda.

Druga część już nie ma tej świeżości i w zasadzie powtarza błędy poprzedników (chaotyczny środek, lekkie przeładowanie żartów, schematy, przewidywalność), ale nadal potrafi dostarczyć odrobiny frajdy. Animacja też wygląda ładnie, jednak bardziej skierowana jest dla młodszego widza. Starszy troszkę może się wynudzić. Może nie jest cudownie, ale nadal fajnie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Asterix i Obelix. Tajemnica magicznego wywaru

Czy ja muszę mówić, jak bardzo uwielbiam dwóch Galów, którzy notorycznie spuszczają łomot Rzymianom? Niski Asterix oraz troszkę przypakowany Obelix to dla mnie najbardziej ikoniczny duet superherosów, ale tym razem mają bardzo poważne zadanie: otóż specjalista od magicznego napoju Panoramix… spada z drzewa i uważa, że powinien znaleźć swojego następcę. Trzeba wyruszyć przez całą Galię i jest też niejaki Sulfurix – stosujący czarną magię druid, pragnący zemsty oraz idący na układ z Cezarem.

magiczny napoj1

Parę lat temu pojawiło się „Osiedle Bogów”, czyli pierwsza animacja o Asterixie i Obelixie zrobiona w trójwymiarze. Twórcy tego dzieła, scenarzysta Alexandre Aster oraz reżyser Louis Clichy tym razem postanowili zrobić oryginalną opowieść, bez korzystania z komiksowego tekstu. Czy oznacza to, że nie ma tego klimatu? To nadal starzy znajomi i sprawdzone elementy wracają. Spuszczanie łomotu Rzymianom przy pomocy magicznego napoju? Jest. Kłótnia między kowalem (Automatix) a handlarzem ryb (Ihigienix) o jakość ryb? Jest. Julek Cezar i legioniści dostający wpierdziel? W poprzedniej części było ich o wiele więcej, ale ten fragment nadal bawi. Piraci, których łajba zawsze tonie? Są. Czyli wszystko gra? No, nie do końca.

magiczny napoj2

Sama intryga wydaje się dość niespiesznie poprowadzona, ale w drugim akcie troszkę brakowało mi kopa, zaś nadmiar potencjalnych wątków nie zostanie rozwinięty. Bo jest bardzo młody i uzdolniony druid, który jest troszkę za bardzo skupiony na sobie, bardzo uzdolniona dziewczynka z wioski, co ma potencjał na druida, wreszcie Sulfurix, pragnący zemsty na druidach oraz Panoramixie (swoim dawnym przyjacielu). Tu wszystko w tym metrażu wydaje się dorzucone i takie wręcz ciasne w ciągu tej półtorej godziny, zaś parę wydarzeń sprawia wrażenie niezrozumiałych (odłączenie się Asterixa od grupy, dość szybkie eliminowanie Obelixa z gry czy pozostawienie wioski pod opieką Kakofonixa). Sytuację ratuje za to bardzo satysfakcjonujący oraz widowiskowy finał, dzięki któremu „You Spin Me Round” zespołu Dead or Alive nie będzie już brzmieć tak samo. Plus jeszcze humor, co jest także zasługą polskiego tłumaczenia oraz spotykanych druidów (Selfix, Netflix, nawet Jezus zwany tu Człowiekiem-Piekarnią).

magiczny napoj3

By jeszcze uatrakcyjnić całość wiele scen jest zrobionych w innej formie (ręcznie rysowana kreska podczas historii o Panoramixie oraz Sulferixie czy mapa Galii niczym z Indiany Jonesa), zaś animacja trzyma poziom poprzednika, a nawet miejscami jest lepsza, bardzo szczegółowa. To bardzo ładnie wygląda, a w tle jest bardzo klimatyczna muzyka oraz parę szalonych pomysłów.

magiczny napoj4

Zdecydowanie mocną zaletą jest polski dubbing, choć nie powracają wszyscy aktorzy z „Osiedla bogów” (m.in. nie ma Piotra Fronczewskiego i Arkadiusza Jakubika). Asterixem znowu jest Wojciech Mecwaldowski i coraz lepiej sobie radzi z tą rolą. Nadal jest dość rozsądnym gościem, chociaż łatwo puszczają mu nerwy. Za to do roli Obelixa powrócił Wiktor Zborowski, potwierdzając wielką klasę, tak samo Miłogost Reczek jako Panoramix, choć na początku troszkę gryzł mi się ten głos. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie… Kuba Wojewódzki w roli głównego antagonisty. Sulfurix z jego niskim, głębokim głosem budzi respekt, bez popadania w karykaturę. Zaś drugi plan zdominował duet Automatix/Ihigienix (Piotr Bąk i Jarosław Boberek), docinając sobie i nawet próbując stworzyć własny magiczny napój – szczególnie ten drugi.

„Tajemnica magicznego wywaru” nie zrobiły tak mocnego wrażenia jak „Osiedle bogów” (dzisiaj oceniłbym wyżej niż teraz), ale to nadal ten fajny, zabawny, a jednocześnie mądry film dla młodego widza. Pod płaszczykiem bijatyki i żartów dotyka kwestii dość poważnych (zderzenia tradycji z nowoczesnością, wierności zasadom czy wyrywania się ze schematów), o jakich by się nie podejrzewano dzielnych Galów.

7/10

Radosław Ostrowski

Ogród rodzinny. Dezerter

Rok 1948, powoli w Czechosłowacji zaczynają instalować się komuniści. A jak radzą sobie bohaterowie „Ogrodu rodzinnego”? Odnalazł się w końcu zaginiony Otta, tylko że twarz ma dość zmasakrowaną i wraca do swojego salonu fryzjerskiego. Vilma z Jindrichem oczekują kolejnego dziecka, a mężczyzna pracujący w kontroli lotów ma problemy z powodu antykomunistycznego nastawienia. Jako taka trzyma się właściciel szklarni Milos, który dzięki wsparciu rodziny jest w stanie prowadzić swój interes. Kto jednak stanie się tytułowym dezerterem?

ogrod_rodzinny_21

Jan Hrebejk ze scenarzystą Petrem Jarchovskim wracają do naszej rodziny i tym razem przygląda się, jak poszczególni bohaterowie odnajdują się w nowej rzeczywistości. „Dezerter” stylistycznie kontynuuje ścieżkę obraną przez pierwszy film. Nadal wrażenie robi warstwa wizualna (salon i szklarnia wygląda świetnie), stylizowane zdjęcia oraz powolna, spokojna narracja. Ale coraz więcej tutaj widać mroku oraz wpływu polityki. Naklejane plakaty, namawiające do głosowania na komunistów, cieć będący komunistą (mocna scena, gdy Jindrich ostro wykłada mu swoje przekonania), zmiana władzy w salonie – tutaj widać, jak mechanizmy historii mają wpływ na naszych bohaterów. Jednak Hrebejk skupia się przede wszystkim na Otcie, który najciężej znosi wszelkie perturbacje, za które będzie musiał zapłacić. Więcej wam z fabuły nie zdradzę, ale będzie parę niespodzianek, nie zabraknie odrobiny humoru (wizyta radzieckich towarzyszy oraz psikus dokonany przez Karlika – śmiech i przerażenie idą tu ręka w rękę) oraz miejscami gorzkich obserwacji.

ogrod_rodzinny_22

Hrebejk tutaj zyskuje na polu obyczajowym, co najbardziej widać w rodzinie Jindricha. Żona wydaje się niby ugodowa, może bardziej dyplomatką, ale mężczyzna nie tylko może odpędzać swoją niezłomną postawą, która przynosi tylko więcej komplikacji. Ale jego podejście do córki jest dość oschłe, co może wynikać z długiej nieobecności, ale także z silnego pragnienia syna. Także podziały polityczne bywają mocne, co doprowadza do pewnej nieufności, nawet nienawiści (spięcie między Karelem a Jindrichem zakończone dość bolesną puentą). Nie mniej reżyser próbuje zrozumieć swoich bohaterów, nawet jeśli dokonują niezrozumiałych dla nas decyzji.

ogrod_rodzinny_23

Tak jak poprzednia część, to był popis Anny Geislerovej (tutaj też obecnej na drugim planie), tak ta należy w całości do Jiriego Machaczka. Aktor bardzo dobrze pokazuje zmieniający się charakter Otty – od bardzo serdecznego, niemal króla życia aż po niemal wrak człowieka, coraz bardziej pozbawionym ducha, charakteru, chęci do czegokolwiek. Pozostali aktorzy nadal prezentują się bardzo dobrze (szczególnie Martin Finger, David Novotny oraz Sabina Remundowa), podtrzymując poziom poprzednika.

„Dezerter” to zdecydowanie mocniejszy i poważniejszy film od poprzednika, gdzie Hrebejk wprowadza wiele mroku. Historia i polityka coraz mocniej wchodzą z butami, ale nadal reżyser troszkę wprowadza humoru. Niemniej wydźwięk całości jest bardzo dramatyczny, co potrafi parę razy uderzyć. Jaki będzie ciąg dalszy? Przekonamy się wkrótce.

8/10

Radosław Ostrowski

Ant-Man i Osa

Pamiętacie Scotta Langa? Ten drobny złodziejaszek, który potrafi się pomniejszać oraz nawiązywać kontakt z owadami i mrówkami, ostatnio wpakował się w tarapaty. Po akcji na lotnisku (trzeci „Kapitan Ameryka”) otrzymał areszt domowy i stracił kontakt z wynalazcą Hankiem Pymem. Ale w zamian za to poprawił swoje relacje z byłą żoną oraz córką, a także z kumplami założył firmę specjalizującą się w zabezpieczeniach. Samego aresztu zostało mu raptem trzy dni i wygląda na to, że wszystko jest ku prostej drodze. Brzmi pięknie? Jednak dość szybko zostaje wywrócone do góry nogami przez Pyma oraz maszynę do przechodzenia w wymiar kwantowy.

antman22

Pierwszy „Ant-Man” był pozytywnie zaskakującą, lekką rozrywką ubraną w konwencję heist movie, dodając sporo świeżości do MCU. Wróciła ta sama ekipa realizacyjna, zaś cała intryga tutaj skupia się wokół odnalezienia żony Hanka, która ugrzęzła w wymiarze kwantowym. Problem w tym, że jest jeszcze przynajmniej jeszcze dwie strony, którym bardzo zależy na tym wynalazku. Cała historia zaczyna się gmatwać, a nawet pojawiają się mroczniejsze fragmenty związane z przeszłością Pyma. Akcja zaczyna się coraz bardziej komplikować, akcja zaczyna pędzić na złamanie karku i potrafi to sprawić masę frajdy. Znowu błyszczą wszelkie momenty, gdzie wszelkie pomniejszenia oraz powiększania postaci, przedmiotów oraz obecności mrówek (w tym niezapomniany Antonio Banderas). No i każde wejście Luisa to komediowa perełka – szczególnie scena z serum prawdy.

antman21

Sam wątek wymiaru kwantowego oraz jego funkcjonowania dodaje wartości, a sam wygląd jest imponujący. Pamiętacie wymiar astralny z „Doctora Strange’a”? To jest jeszcze bardziej podkręcone, barwne, ale i niebezpieczne miejsce, z którego samodzielny powrót (bez odpowiedniego sprzętu) jest praktycznie niemożliwy. No i jak to wali po oczach – narkotyki nie są w stanie dać takich wizji jak twórcy efektów specjalnych.

Ale mimo prób coraz bardziej uatrakcyjniania fabuły oraz ciągłego dziania się, coś się popsuło. Nie zrozumcie mnie źle, bawiłem się naprawdę dobrze i kilka zabawnych sytuacji naprawdę było w punkt. Niemniej czułem pewien niedosyt, a sam Człowiek-Mrówa zostaje zepchnięty na drugi plan do roli śmieszka. Z nowych postaci tylko Duch wydaje się intrygującą postacią. To nie jest klasyczny łotr, chcący rozpierdolić cały świat albo jest zły, bo tak. Złamana postać z bardzo mrocznym tłem, który wywołuje współczucie, co jest największą zaletą. Tak jak scena po napisach, która zmienia totalnie sytuację naszego bohatera.

antman23

Aktorsko nadal wszystko trzyma poziom. Paul Rudd ciągle sprawdza się w roli Scotta „Ant-Mana” Langa, czyli drobnego złodziejaszka z dobrym sercem oraz troszkę komediowego herosa (ten ciągle popsuty kombinezon). Nie da się go nie lubić, nawet jeśli miejscami zachowuje się niedojrzale. Pazurki za to bardziej pokazuje Evangeline Lilly, która ma kilka świetnie wykonanych scen akcji (no i jej kombinezon robi cuda). Twarda zawodniczka, sama dające sobie radę oraz kopiąca tyłki facetom – jak jej nie kochać? 😉 Ale film i tak kradnie Michael Pena (Luis), dodając masę humoru, lekkości oraz świetnych tekstów. Z nowych postaci świetnie wypada Hannah John-Kamen w roli Ducha (Ava), a także Laurence Fishburne jako dawny partner Pyma.

Powiem wam szczerze, że drugi Ant-Man nadal potrafi dostarczyć lekkiej, niezobowiązującej rozrywki w świecie Marvela. Nie mogę pozbyć się jednak wrażenia, że zamiast na bohaterach skupiono się bardziej na akcji (przyznaje, że kreatywnej) i troszkę mniej świeżości tu jest. Jednak finał potrafi chwycić i zadaje pytanie: co dalej?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Avengers: Wojna bez granic

Na ten film wszyscy fani komiksów oraz Kinowego Uniwersum Marvela. Nie powiem, że ja też na ten film czekałem. Bardzo polubiłem te postacie przez te 10 lat – to od groma czasu, który naprawdę wystarczy. No i wszyscy Avengersi musieli się zmierzyć z największym zagrożenie w historii, czyli Thanosa. Problem w tym, że grupa Obrońców rozpadła się: Stark i Rogers mocno się posprzeczali (trzecia część „Kapitana Ameryki”), Ant-Man i Hawkeye są w areszcie domowym, a reszta herosów jest rozproszona. Czy w ogóle nasi herosi mają szansę na zwycięstwo?

avengers_33

Bracia Russo już od samego początku zapowiadają, że będzie to zupełnie inne kino. Najpierw mamy radiowy komunikat, wołanie o pomoc oraz dosłownie masę trupów dookoła. To statek Thora, a Thanosa nie jest w stanie pokonać nawet Hulk (tak mocno oberwał, że nie pojawia się potem w ogóle). Powoli jednak nasi bohaterowie, czyli wszyscy uczestnicy filmów Marvela, otrzymują info o nim i próbują w każdy możliwy sposób powstrzymać to, co wydaje się nieuniknione. Oczywiście, ze wszystko polane jest szeroko pojęta rozpierduchą oraz kolejnymi próbami zdobycia kolejnych Kamieni Nieskończoności. Jednocześnie twórcy próbują (z powodzeniem) zbudować przeszłość związaną z Thanosem, a akcja przeskakuje z miejsca na miejsce. Mimo pozornego chaosu, cała historia wydaje się bardzo klarowna i jasno przedstawiona. Kilka postaci także zostaje pogłębionych jak Thor, który już nie ma niczego do stracenia czy Star-Lord, który musi dokonać bardzo dramatycznego wyboru. Rozbicie grupy na niejako mniejsze drużyny daje zaskakujące połączenia. Świetnie wypada relacja Thora z Rocketem oraz Starka z Parkerem, a także spięcia między tym pierwszym a dr Stange’m (natężenie ego przekracza dopuszczalne normy).

avengers_31

Realizacyjnie film wygląda olśniewająco (kręcony kamerami IMAX), bo jesteśmy w różnych częściach kosmosu. Wracamy też na stare rewiry, czyli Wakanda, siedziba Starka, nowojorskie Sanktuarium czy Knowhere (siedziba Kolekcjonera), ale są też równie interesujące miejscówki jak choćby kosmiczna kuźnia czy opustoszała, wyniszczona planeta Titan. To wszystko wygląda naprawdę okazale i nie miałem kompletnie poczucia sztuczności. Nie brakuje odrobinki humoru (na szczęście, nie zmienia całego filmu w komedię), zaś stawka gry czuć aż do finału. Także efekty specjalne trzymają swój wysoki poziom, wprawiając w zachwyt.

avengers_32

Aktorsko poziom został utrzymany, zaś sprawdzeni aktorzy już tak się zżyli ze swoimi postaciami, iż trudno mi sobie wyobrazić kogokolwiek innego. Najbardziej z tego grona wybija się Chris Hemsworth, którego Thor staje się zdesperowanym mścicielem, nie mającego już absolutnie nic do stracenia. Podobnie wyróżnia się Benedict Cumberbatch oraz Tom Holland, dodający odrobinę lekkości w historii. Z nowych znajomych nie można zapomnieć o Peterze Dinklage’u jako kowalu Eitrim (jakoś większy się zrobił). No i jeszcze jest Thanos, czyli Josh „Cable” Brolin. Na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo dużym osiłkiem, który mógłby samymi pięściami rozwalić cały Wszechświat i wierzy w słuszność swoich działań. Zaś motywacja stojąca za jego czynami z jednej strony budzi przerażenie, ale z drugiej jego pobudki oraz przeszłość bohatera potrafią budzić współczucie.

„Wojna bez granic” zamyka trzecią fazę Kinowego Uniwersum Marvela z poważnym hukiem. Zamiast zwycięstwa mamy gorycz oraz strasznie brutalne żniwo i jedno pytanie: jak to wszystko odkręcić? A po napisach końcowych cisza i niedowierzanie pozostają na długo. Przynajmniej u mnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Predator

Kto nie pamięta Predatora? Ten kosmiczny przybysz, specjalizujący się w polowaniu, mordowaniu istot, którym wyrywa kręgosłupy. No i jest ostrym, bezwzględnym sukinsynem. Pierwsza część zrobiona przez Johna McTiernana to otoczony wielkim kultem klasyk, będący mieszanką kina akcji z horrorem SF. Potem kolejne części mocno osłabiły całą serię, która jest już dawno zaorana, pozamiatana i niemal uznana za martwą. Teraz postanowił do niej wrócić Shane Black – ceniony (przynajmniej przeze mnie) scenarzysta i reżyser, który grał w pierwszym „Predatorze” jako Hawkins. No i zginął pierwszy. Teraz przyszedł czas zapłaty. 🙂

Ku mojemu zdumieniu, nowy film Blacka to… sequel franczyzy, mocno czerpiący z poprzednich części. Naszym głównym herosem jest Quinn McKenna – snajper, który wyrusza do Meksyku z zadaniem odbicia zakładników z ręki kartelu narkotykowego. Jednak cały plan idzie w pizdu, gdyż wkrótce rozbija się statek kosmiczny. Mężczyzna odnajduje troszkę sprzętu niejakiego Predatora i decyduje się wysłać te cacka jako paczkę do swojej rodziny (żona oraz syn z autyzmem), z którą jest w separacji. Na jego nieszczęście syn uruchamia i zaczyna bawić się tym, doprowadzając do pojawienia się kolejnego Predzia, który wziął więcej koksu niż wszyscy przypakowani twardziele kina akcji razem wzięci. To oznacza jedno: wielkie kłopoty.

predator_20181

Szczerze mówiąc, nikt nie był pewny, co z tym wszystkim można jeszcze zrobić. A reżyser postanowił się troszkę tym uniwersum pobawić. Mamy tu klasyczne elementy franczyzy z różnych części. Jest obowiązkowy Predator, czyli kosmiczny bydlak z wypasionym sprzętem zdolnym do mordowania i likwidowania swoich przeciwników, że głowa mała. I ten design nadal się świetnie trzyma, chociaż – spojler – Predzio dość szybko ginie, przez jeszcze bardziej przykokszonego SuperDuperPredatora. Jest tej tajny agent oraz spore laboratorium, badające technologię kosmicznego łowcy, gdzie dołącza pani biolog. No i jeszcze przypadkowo zbieranina wojaków z lekko odchyloną psychiką pod wodzą Quinna. Do tego jeszcze zostaje wplątany syn żołnierza, który ma spektrum autyzmu (co jak się okaże, jest dość istotne dla intrygi) i mamy dość spory bigos, w którym ciężko się połapać.

predator_20182

Zresztą sam Black komplikuje wszystko zmieniając wiele niemal kanonicznych kwestii (motywacje Predatorów) oraz robiąc z tego… komedię polaną sosem z horroru akcji. Reżyser znany był z tworzenia opowieści pełnych czarnego humoru, jednak tutaj wszystko jest obrane w żart. O ile jeszcze w przypadku naszej wariackiej ekipy, byłbym w stanie to zrozumieć, bo to wariaci, czubki i świry. Ale w przypadku głównego ludzkiego antagonisty, który podchodzi do sprawy zbyt luzacko, jest to niedopuszczalne. Przez to pajacowanie i śmichy hihy kompletnie nie czuć napięcia, a postacie praktycznie mnie nie obchodziły. Oprócz tego, że są bardzo słabo zarysowane (troszkę wojacy są pogłębieni, ale bez przesady), to ich ewolucja bywa wręcz niewiarygodna (pani biolog z wystraszonej kobiety zmienia się w twardego niczym Rambo superstrzelca – jak wiadomo na lekcjach biologii strzelanie to podstawa). Bzdura pogania tutaj bzdurę, akcja zasuwa jak szalona, zaś sens i logika postanowiły zrobić sobie wolne.

predator_20183

Żeby jednak cesarzowi, co cesarskie, są pewnie plusy tego dzieła. Po pierwsze, Black fetyszyzuje tytułowego bohatera oraz jego ekwipunek. Po drugie, nie brakuje odniesień do klasycznego „Predatora” (włącznie z finałową konfrontacją w lesie), co może wywoływać sentyment fanów starego dzieła. Po trzecie, jest krwawo i brutalnie, a sama akcja wygląda naprawdę porządnie. Także jest chemia między naszą pokręconą ekipą żołdaków, która z każdą sekundą zaczyna nabierać kolorytów (najbardziej zapada w pamięć niejaki Nebraska „Gaylord” Williams oraz pokręcony duet Coyle-Baxley). I nawet ten humor miejscami potrafi trafić, dostarczając sporo śmiechu.

Ciężko mi ocenić to, co odpierdolił tutaj Shane Black. Z jednej strony potrafi dostarczyć odmóżdżającej rozrywki, ale z drugiej to nie takiego „Predatora” się spodziewałem. Niby jest krwawo i brutalnie, ale zbyt śmiesznie i niepoważnie, przez co nie czuć napięcia ani zagrożenia. Dobrze się to ogląda, jednak nie jest to tak fajny film, jaki mógłby powstać. Mimo niezłej oceny, to jeden z największych rozczarowań tego roku.

6/10

Radosław Ostrowski

Bez litości II

Pamiętacie Roberta McCalla? Niby zwykły, szary człowiek – kulturalny, życzliwy dżentelmen, który ma jedną poważną wadę: gdy słyszy, że coś jest nie tak, reaguje. A że posiada taki zestaw umiejętności, jakich Liam Neeson nigdy się nie nauczy, tym bardziej musisz na niego uważać. Przeniósł się z Nowego Jorku do Bostonu, gdzie wozi gości limuzyną. Poza tym nadal zajmuje się tym, co najlepsze: wyrównuje rachunki ze światem. Jednak tym razem sprawa będzie bardzo osobista, gdyż zostaje zamordowana jego najlepsza przyjaciółka z Agencji.

bez_litosci_21

Denzel Washington i Antoine Fuqua postanowili zrobić coś, czego nigdy nie zrobili: zrealizować sequel, co mnie nie dziwi. Robert McCall to postać, która jest niemal żywcem wzięta z jakiegoś klasycznego kina akcji: twardy kręgosłup moralny połączony z ostrymi metodami eksterminacji oraz chęcią niesienia pomocy. Nie dla sławy, chwały czy kasy, ale dlatego, że… tak trzeba. Samotny mściciel? Bliżej mu do westernowego przybysza znikąd, który pojawia się, robi swoje i znika. Nie stosuje pięści i gnatów po to, by siać śmierć i spustoszenie, a przed śmiercią daje szansę; szansę na naprostowanie sprawy. Jeśli postąpisz słusznie, to się więcej nie spotkamy i przeżyjesz; jeśli nie, to też się więcej nie zobaczycie, bo trafisz do krainy wiecznych łowów.

bez_litosci21

Reżyser powtarza pewne rzeczy z poprzedniej części, które nie koniecznie się sprawdzały. Jest tu wiele wątków pobocznych, stanowiących pewien pretekst do pokazania McCalla w akcji – sam początek w pociągu do Turcji, by odbić porwane dziecko przez ojca, wymierzenie sprawiedliwości dzieciakom z wyższych sfer za potraktowanie kobiety. Jest jeszcze pewien młody chłopak ze zdolnościami plastycznymi, co w jego otoczeniu niekoniecznie jest mile widziane. Ten drugi plan bardzo mocno odwraca uwagę od głównej intrygi, która jest – niestety – strasznie przewidywalna. Dość łatwo się domyślić, kto pociąga tutaj za sznurki, zaś motywacja oraz brak charyzmy przeciwników jest mocno widoczny.

Film zaczyna się z mocnego C, same sceny akcji są nadal świetnie zrobione w niemal „sherlockowym” stylu z filmów Guya Ritchie. Jest krwawo, brutalnie z dość niestandardowymi narzędziami zagłady w postaci… karty kredytowej. Wtedy jest adrenalina waląca w łeb, świetny montaż oraz tempo, które coraz bardziej traci na sile. Jest jeszcze świetna scena rekonstrukcji zbrodni czy finałowa konfrontacja w opuszczonym mieście podczas burzy (jedynie walka z głównym złem angażuje, bo całą reszta dla McCalla nie stanowi żadnego zagrożenia), ale to troszkę za mało, by dorównać pierwszej części.

bez_litosci31

Denzel Washington świetnym aktorem jest i choć niczym tutaj nie zaskakuje, nadal ogląda się go z przyjemnością. Nie tylko w mocnych scenach akcji, gdzie pokazuje swoje umiejętności w zmniejszaniu populacji, ale w zwykłych rozmowach, spojrzeniu – on nic nie musi robić, by wyglądać groźnie. Wystarczy, że jest. Wraca też Melissa Leo (Susan) oraz Bill Pullman (Brian), nadal stanowiąc solidne tło. Najlepiej prezentuje się tutaj Ashton Sanders w roli Milesa, który staje się dla McCalla kimś w rodzaju syna, próbując pokazać mu inne życiowe drogi niż członkostwo w gangu. Szkoda tylko, że główny złol jest niezbyt ciekawą postacią, którą bardzo łatwo rozgryźć.

Czy „Bez litości II” to sequel niepotrzebny? Troszkę tak, bo w zasadzie robi to samo, co poprzednik, tylko bez tego zaangażowania oraz jest bardziej „rozmemłany”. Jako jednorazowa rozrywka sprawdzi się dobrze, ale nic ponad to.

5,5/10 

Radosław Ostrowski

Deadpool 2

Trudno było mi zapomnieć tego kolesia w czerwonym, lateksowym stroju, który miał dość luźne podejście do życia. Wade Wilson, bardziej znany jako Deadpool, pojawił się na dużym ekranie z hukiem w 2016 roku. ten moment był dla kina superbohaterskiego tym, czym pierwsza erekcja u nastolatka – punktem granicznym, po którym już nic nie będzie takie samo. Żaden film o superherosach nie był tak samoświadomą parodią tego gatunku, co przygody Najemnika z Nawijką. Film zgarnął w chuj hajsu, więc musiał nadejść ciąg dalszy. Pytanie tylko, czy jest to zwykły skok na kasę, czy może jednak coś więcej?

deadpool_21

W jedynce fabuła była tylko pretekstowym origin story, gdzie poznawaliśmy losy naszego (anty)bohatera po bardzo ciężkich przejściach. Ale teraz Wade wydaje się być szczęśliwy ze swoją kobietą Vanessą. Poza tym, normalnie pracuje: a to trzeba odrąbać łeb kilku kretynom, pozarzynać kilku złych typków, by pokój i miłość zapanowały na świecie. Szczęście jednak nie trwa długo, a świat dla Wade’a stanie się jednym wielkim kurestwem, pozbawionym sensu i nadziei. Czy jest dla niego szansa? Na jego drodze pojawia się dwóch kolesi, którzy wywrócą jego życie do góry nogami: młody, narwany mutant Russell oraz przybywający z przyszłości Terminator (z powodu problemów związanym z prawami autorskimi nazywany jest tutaj Cable).

deadpool_22

Choć zmienił się reżyser (debiutującego Tima Millera zastąpił troszkę bardziej doświadczony David Leitch), to Deadpool w zasadzie pozostał tym samym kolesiem, co zwykle. Nadal pajacuje i wykorzystuje każdą sytuację, by przyłożyć jakimś żartem (od seksualnych podtekstów oraz olania politycznej poprawności poprzez popkulturowe aluzje oraz całą konwencję kina superhero), ale jednocześnie pozostaje troszkę bardziej serio. W końcu to przecież film familijny, w którym nasz bohater próbuje odnaleźć swoje miejsce na ziemi po wielkiej tragedii, przy okazji odkrywając siłę rodziny (niczym ekipa Vina Diesela w „Szybkich i wściekłych”). I jak to w każdym filmie familijnym, muszą pojawić się – cytując pewnego rapera – „pościgi, strzelaniny, skurwysyny” z krwią oraz bluzgami. A co mnie najbardziej uderzyło to fakt, jak płynnie te dwa tony przeplatają się ze sobą, bez wywoływania poważniejszych zgrzytów.

deadpool_24

Także sceny akcji są po prostu lepiej zrealizowane, jest troszkę więcej efektów specjalnych oraz bardzo dynamicznego montażu zmieszanego z kreatywną choreografią. Co w przypadku tego reżysera nie jest niczym zaskakującym (w końcu pomógł zabić psa Johna Wicka oraz uruchomił zabójczą Atomową Blondynę), ale jak przyjemnie się to ogląda (atak na więzienie czy próba odbicia Russella z konwoju), odpowiednio podkręcając adrenalinę. Takiej dzikiej frajdy nie miałem przy filmie o gościach w lateksowych ciuchach od czasu obydwu części „Strażników Galaktyki”. Nadal film pozostaje zgrywą z konwencji (skomentowanie punktu zwrotnego, początek, walka dwóch postaci wygenerowanych komputerowo, czy finałowa scena umierania, ciągnięta tak długo, by docenić ją mogli członkowie Akademii Filmowej), ale robi to po prostu lepiej. Jest tylko jeden, poważny problem: dwójka to w zasadzie jedynka, tylko na sterydach. Nie ma tego zaskoczenia, co w przypadku jedynki. Z czego ono wynikało? Że poza wielkimi fanami komiksów nikt nie widział, kim do chuja Pana jest Deadpool. Dla szaraczka wyglądał jak Spider-Man noszący katany.

deadpool_25

Drugi „Deadpool” to nadal one man show Ryan Reynoldsa, który ewidentnie czuje tą postać i bezczelnie drwi z samego siebie. Różnica między aktorem a postacią odgrywaną przez niego jest praktycznie niezauważalna, co jest tutaj ogromnym plusem. Bo nie wiadomo, czy Reynolds gra Deadpoola, czy Deadpool gra Reynoldsa. Stara ekipa nadal radzi sobie bardzo dobrze, ale to nowe postacie tutaj intrygują. Świetnie wypadł Josh Brolin jako Thanos, eee, znaczy Kabel (przy „Deadpoolu 2” dystrybutor powinien nakleić: Nie pomyl roli Brolina 😉  ) – naznaczony tragedią mściciel z przyszłości. Poważny dramat bohatera świetnie uzupełnia się z nie do końca poważnym Deadpoolem, dodając jeszcze więcej ognia w tej pokręconej relacji. Coś czuję, że w sequelu jeszcze namiesza (i dobrze). W podobnym tonie krąży Julian Dennison w roli młodego, wkurwionego Russella. To osobnik, potrzebujący wsparcia, z mroczną przeszłością oraz żądzą zemsty. Ta mieszanka słabości oraz napędzającego go gniewu działa bardzo mocno i pozwala stworzyć pamiętną postać. Równie wyrazista jest Zazie Beats w roli „fuksiary” Domino – jak jej moc jest pokazana, staje się kolejnym pretekstem do żartów, chociaż w dalszych scenach nie praktycznie wiele do roboty.

Powiem to krótko i oszczędnie: drugi Deadpool jest zajekurwabistym filmem. Co z tego, że w zasadzie daje to samo, skoro jest nadal soczystym stekiem z bluzgów, polanym sosem z czarnym humorem, nie uznając litości dla nikogo (poza politykami – ci oberwą w „Deadpoolu 3: Zrobieni w chuja”), jednocześnie dostarczając mnóstwo frajdy. Boję się myśleć, co filmowcy odjaniepawlą w trójce.

deadpool_23

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sicario 2: Soldato

Granica amerykańsko-meksykańska, czyli miejsce pełne niebezpieczeństwa, gdzie kartele przemycają ludzi, siejąc śmierć oraz spustoszenie. Tutaj dobro i zło dawno się zmieszały ze sobą, doprowadzając do eskalacji ciągłej wojny. I tam właśnie wracamy, gdy podczas przerzutu ludzi, kurier popełnia samobójstwo. Później w jednym z amerykańskich marketów dochodzi do ataku samobójczego i za to ktoś musi zapłacić. Zwłaszcza, że za przemyt odpowiada jeden z karteli. Na polecenie rządu, ekipa pod wodzą Matta Grimesa, dostaje jedno zadanie: rozpętać wojnę między kartelami. By tego dokonać, decydują się porwać córkę jednego z bossów.

soldato1

Gdy trzy lata temu pojawiło się „Sicario”, reżyser Denis Villeneuve uderzył między oczy wielu kinomanów, doprowadzając do niemal ekstazy. Ale tym razem Kanadyjczyka zastąpił włoski filmowiec Stefano Sollima (serial „Gomorra”), by pójść w zupełnie inne tory. Pamiętacie agentkę Kate, której idealizm został zderzony z brutalną, bezwzględną rzeczywistością? Tu jej nie ma, zaś reżyser skupia się na krwawej rzeźni, nie zapominając o mrocznym klimacie. Nadal jest to przerażający, mroczny, krwawy świat, gdzie najważniejsze jest osiągniecie celu. Nieważne, że po drodze musisz zabić, że kartel zmusza dzieci do zabijania (początek finału), że musisz postąpić wbrew swoim zasadom (jakim, kurwa, zasadom?), bo politycy nie chcą sobie ubrudzić rączek.

soldato3

Trudno nie odmówić reżyserowi faktu, że skupia się przede wszystkim na intrydze oraz akcji. Gdy do niej dochodzi, adrenalina nakręca się (atak na konwój przez skorumpowanych policjantów czy bardzo ostre zakończenie), odpowiednio zachowując tempo i intensywność (porwanie dziewczynki), w czym pomagają świetne zdjęcia Dariusza Wolskiego. To wszystko działa przez ¾ filmu, bo zakończenie nie daje satysfakcji (nawet sugeruje ciąg dalszy), bo pewne zachowania naszych bohaterów budzą pewne wątpliwości (relacja Alejandro z porwaną w formie niby-ojciec, niby-córka nie wybrzmiewa). I jeszcze wchodzi wątek pewnego chłopaka, który dołącza do kartelu jako przemytnik. Sama ta historia początkowo sprawia wrażenie zbędnego balastu, nie pasującego do całości. Jednak im bliżej końca, zaczyna nabierać znaczenia. Jakby całe to społeczne tło było tylko dodatkiem dla intrygi, która potrafi wciągnąć.

soldato2

„Dwójka” ma też jeden bardzo mocny atut: starzy znajomi z poprzedniej części, czyli Josh Brolin i Benicio Del Toro. Obaj bardzo szorstcy, twardzi, bez robienia z siebie ubermacho, co kipi testosteronem i dogadują się niemal bez wielu słów. Nawet momenty, gdy zaczynają się na ich twarzy malować wątpliwości (u tego pierwszego jest to wielkie zaskoczenie), pozostają przekonujący. Nieważne, czy przesłuchują terrorystę, czy próbują wyjść cało z niełatwej sytuacji. Także grająca „cel” Isabela Monel sprawdza się dobrze jako pyskate dziecko, poznające ten mroczny świat na sobie czy idący w tym samym kierunku Elijah Rodriguez (Miguel).

„Soldato” pozostaje mrocznym, ciężkim kinem akcji, z dusznym klimatem oryginału, jednak inaczej rozkłada akcenty. Zamiast poczucia bezsilności stawia na sensacyjną intrygę, pełną krwi i przemocy, wracając na stare śmieci. Pytanie, jaki czeka nas finał tej historii.

7/10 

Radosław Ostrowski

Predator 2

Pierwsze spotkanie z Predatorem w 1987 roku było wielkim hitem, więc sequel był tylko formalnością. Jednak czy można było dać coś nowego, by rozwinąć całe uniwersum? Albo w ogóle je budować? W 1990 roku postanowiono zrobić część drugą, tym razem pod wodzą Stephena Hopkinsa. Czy warto było czekać?

Tym razem trafiamy do dżungli miejskiej roku 1997. Los Angeles stało się prawdziwym polem bitwy, gdzie gangi voodoo oraz Kolumbijczyków walczą ze sobą. Policja znajduje się gdzieś pośrodku tego bajzlu. Wtedy poznajemy naszego protagonistę, porucznika Mike’a Harrigana. Facet, jak na klasycznego glinę przystało, niekoniecznie sobie radzi z dyscypliną, wykonywaniem rozkazów i działa troszkę na partyzanta. Ale wszystko się zmienia, gdy kryjówka Kolumbijczyków zmienia się w jedno wielką rzeźnię. Potem do akcji wchodzą tajemniczy faceci w gajerkach, ciemnych okularach oraz wypasionym helikopterem. O co tu do cholery chodzi?

predator_23

Reżyser nie chce korzystać z prostego szablonu znanego z jedynki, czyli mała grupka kontra jeden potężny skurwiel z nowoczesną technologią. Przeniesienie akcji do miasta wniosło wiele świeżości, a przeskakiwanie z dachu na dach, jeszcze bardziej wywołuje poczucie zagrożenia. A i sam Predator pojawia się częściej, z bardziej wypasionym sprzętem w postaci włóczni, podrasowanego kasku (więcej opcji podglądania) czy okrągłego bumeranga. Same sceny akcji robią imponujące wrażenie zarówno dynamiką (pierwsza strzelanina, próba odbycia rytuału), jak i odpowiednio potęgowanym napięciem (Predator w metrze). Twórcy coraz bardziej rozwijają mitologię tytułowego przybysza, nie tylko z powodu wypasionego sprzętu czy tajemniczej jednostki pod wodzą Petera Keyesa, ale finałowej sceny na statku. Tam się okazuje, że w polowaniach nie uczestniczy tylko jeden przedstawiciel tego gatunku, ale też odbywały się w różnym czasie oraz miejscach. I to zaczyna rozpalać wyobraźnię do czerwoności.

predator_21

Swoje też próbuje zrobić obsada, która jest naprawdę niezła. Co prawda nie wrócił Arnold „Get to the choppa” Schwarzenegger, ale zastępujący go Danny Glover bardzo dobrze sobie radzi. Jest bardzo charakternym, bezkompromisowym gliniarzem, bardziej upartym niż osioł. Drugą wyrazistą postacią jest enigmatyczny agent Keyes w wykonaniu Gary’ego Buseya, dodając pewnego mroku tajemnicy. Szkoda tylko, że partnerzy Harrigana (poza Billem Paxtonem) nie zapadają zbyt mocno w pamięć, co jest sporym minusem. Tak samo jak rezygnacja z klimatu horroru znanego z poprzedniej części, dodającego poczucia niepokoju.

predator_22

Drugi „Predator” to świetnie zrobiony film akcji, rozwijający konsekwentnie uniwersum kosmicznego myśliwego. I za to ogromny plus, tak jak za nową przestrzeń oraz podrasowany design. Do poziomu części pierwszej wiele zabrakło, niemniej intryguje, dostarcza rozrywki i świetnie wygląda.

7,5/10 

Radosław Ostrowski