Avengers: Wojna bez granic

Na ten film wszyscy fani komiksów oraz Kinowego Uniwersum Marvela. Nie powiem, że ja też na ten film czekałem. Bardzo polubiłem te postacie przez te 10 lat – to od groma czasu, który naprawdę wystarczy. No i wszyscy Avengersi musieli się zmierzyć z największym zagrożenie w historii, czyli Thanosa. Problem w tym, że grupa Obrońców rozpadła się: Stark i Rogers mocno się posprzeczali (trzecia część „Kapitana Ameryki”), Ant-Man i Hawkeye są w areszcie domowym, a reszta herosów jest rozproszona. Czy w ogóle nasi herosi mają szansę na zwycięstwo?

avengers_33

Bracia Russo już od samego początku zapowiadają, że będzie to zupełnie inne kino. Najpierw mamy radiowy komunikat, wołanie o pomoc oraz dosłownie masę trupów dookoła. To statek Thora, a Thanosa nie jest w stanie pokonać nawet Hulk (tak mocno oberwał, że nie pojawia się potem w ogóle). Powoli jednak nasi bohaterowie, czyli wszyscy uczestnicy filmów Marvela, otrzymują info o nim i próbują w każdy możliwy sposób powstrzymać to, co wydaje się nieuniknione. Oczywiście, ze wszystko polane jest szeroko pojęta rozpierduchą oraz kolejnymi próbami zdobycia kolejnych Kamieni Nieskończoności. Jednocześnie twórcy próbują (z powodzeniem) zbudować przeszłość związaną z Thanosem, a akcja przeskakuje z miejsca na miejsce. Mimo pozornego chaosu, cała historia wydaje się bardzo klarowna i jasno przedstawiona. Kilka postaci także zostaje pogłębionych jak Thor, który już nie ma niczego do stracenia czy Star-Lord, który musi dokonać bardzo dramatycznego wyboru. Rozbicie grupy na niejako mniejsze drużyny daje zaskakujące połączenia. Świetnie wypada relacja Thora z Rocketem oraz Starka z Parkerem, a także spięcia między tym pierwszym a dr Stange’m (natężenie ego przekracza dopuszczalne normy).

avengers_31

Realizacyjnie film wygląda olśniewająco (kręcony kamerami IMAX), bo jesteśmy w różnych częściach kosmosu. Wracamy też na stare rewiry, czyli Wakanda, siedziba Starka, nowojorskie Sanktuarium czy Knowhere (siedziba Kolekcjonera), ale są też równie interesujące miejscówki jak choćby kosmiczna kuźnia czy opustoszała, wyniszczona planeta Titan. To wszystko wygląda naprawdę okazale i nie miałem kompletnie poczucia sztuczności. Nie brakuje odrobinki humoru (na szczęście, nie zmienia całego filmu w komedię), zaś stawka gry czuć aż do finału. Także efekty specjalne trzymają swój wysoki poziom, wprawiając w zachwyt.

avengers_32

Aktorsko poziom został utrzymany, zaś sprawdzeni aktorzy już tak się zżyli ze swoimi postaciami, iż trudno mi sobie wyobrazić kogokolwiek innego. Najbardziej z tego grona wybija się Chris Hemsworth, którego Thor staje się zdesperowanym mścicielem, nie mającego już absolutnie nic do stracenia. Podobnie wyróżnia się Benedict Cumberbatch oraz Tom Holland, dodający odrobinę lekkości w historii. Z nowych znajomych nie można zapomnieć o Peterze Dinklage’u jako kowalu Eitrim (jakoś większy się zrobił). No i jeszcze jest Thanos, czyli Josh „Cable” Brolin. Na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo dużym osiłkiem, który mógłby samymi pięściami rozwalić cały Wszechświat i wierzy w słuszność swoich działań. Zaś motywacja stojąca za jego czynami z jednej strony budzi przerażenie, ale z drugiej jego pobudki oraz przeszłość bohatera potrafią budzić współczucie.

„Wojna bez granic” zamyka trzecią fazę Kinowego Uniwersum Marvela z poważnym hukiem. Zamiast zwycięstwa mamy gorycz oraz strasznie brutalne żniwo i jedno pytanie: jak to wszystko odkręcić? A po napisach końcowych cisza i niedowierzanie pozostają na długo. Przynajmniej u mnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Predator

Kto nie pamięta Predatora? Ten kosmiczny przybysz, specjalizujący się w polowaniu, mordowaniu istot, którym wyrywa kręgosłupy. No i jest ostrym, bezwzględnym sukinsynem. Pierwsza część zrobiona przez Johna McTiernana to otoczony wielkim kultem klasyk, będący mieszanką kina akcji z horrorem SF. Potem kolejne części mocno osłabiły całą serię, która jest już dawno zaorana, pozamiatana i niemal uznana za martwą. Teraz postanowił do niej wrócić Shane Black – ceniony (przynajmniej przeze mnie) scenarzysta i reżyser, który grał w pierwszym „Predatorze” jako Hawkins. No i zginął pierwszy. Teraz przyszedł czas zapłaty. 🙂

Ku mojemu zdumieniu, nowy film Blacka to… sequel franczyzy, mocno czerpiący z poprzednich części. Naszym głównym herosem jest Quinn McKenna – snajper, który wyrusza do Meksyku z zadaniem odbicia zakładników z ręki kartelu narkotykowego. Jednak cały plan idzie w pizdu, gdyż wkrótce rozbija się statek kosmiczny. Mężczyzna odnajduje troszkę sprzętu niejakiego Predatora i decyduje się wysłać te cacka jako paczkę do swojej rodziny (żona oraz syn z autyzmem), z którą jest w separacji. Na jego nieszczęście syn uruchamia i zaczyna bawić się tym, doprowadzając do pojawienia się kolejnego Predzia, który wziął więcej koksu niż wszyscy przypakowani twardziele kina akcji razem wzięci. To oznacza jedno: wielkie kłopoty.

predator_20181

Szczerze mówiąc, nikt nie był pewny, co z tym wszystkim można jeszcze zrobić. A reżyser postanowił się troszkę tym uniwersum pobawić. Mamy tu klasyczne elementy franczyzy z różnych części. Jest obowiązkowy Predator, czyli kosmiczny bydlak z wypasionym sprzętem zdolnym do mordowania i likwidowania swoich przeciwników, że głowa mała. I ten design nadal się świetnie trzyma, chociaż – spojler – Predzio dość szybko ginie, przez jeszcze bardziej przykokszonego SuperDuperPredatora. Jest tej tajny agent oraz spore laboratorium, badające technologię kosmicznego łowcy, gdzie dołącza pani biolog. No i jeszcze przypadkowo zbieranina wojaków z lekko odchyloną psychiką pod wodzą Quinna. Do tego jeszcze zostaje wplątany syn żołnierza, który ma spektrum autyzmu (co jak się okaże, jest dość istotne dla intrygi) i mamy dość spory bigos, w którym ciężko się połapać.

predator_20182

Zresztą sam Black komplikuje wszystko zmieniając wiele niemal kanonicznych kwestii (motywacje Predatorów) oraz robiąc z tego… komedię polaną sosem z horroru akcji. Reżyser znany był z tworzenia opowieści pełnych czarnego humoru, jednak tutaj wszystko jest obrane w żart. O ile jeszcze w przypadku naszej wariackiej ekipy, byłbym w stanie to zrozumieć, bo to wariaci, czubki i świry. Ale w przypadku głównego ludzkiego antagonisty, który podchodzi do sprawy zbyt luzacko, jest to niedopuszczalne. Przez to pajacowanie i śmichy hihy kompletnie nie czuć napięcia, a postacie praktycznie mnie nie obchodziły. Oprócz tego, że są bardzo słabo zarysowane (troszkę wojacy są pogłębieni, ale bez przesady), to ich ewolucja bywa wręcz niewiarygodna (pani biolog z wystraszonej kobiety zmienia się w twardego niczym Rambo superstrzelca – jak wiadomo na lekcjach biologii strzelanie to podstawa). Bzdura pogania tutaj bzdurę, akcja zasuwa jak szalona, zaś sens i logika postanowiły zrobić sobie wolne.

predator_20183

Żeby jednak cesarzowi, co cesarskie, są pewnie plusy tego dzieła. Po pierwsze, Black fetyszyzuje tytułowego bohatera oraz jego ekwipunek. Po drugie, nie brakuje odniesień do klasycznego „Predatora” (włącznie z finałową konfrontacją w lesie), co może wywoływać sentyment fanów starego dzieła. Po trzecie, jest krwawo i brutalnie, a sama akcja wygląda naprawdę porządnie. Także jest chemia między naszą pokręconą ekipą żołdaków, która z każdą sekundą zaczyna nabierać kolorytów (najbardziej zapada w pamięć niejaki Nebraska „Gaylord” Williams oraz pokręcony duet Coyle-Baxley). I nawet ten humor miejscami potrafi trafić, dostarczając sporo śmiechu.

Ciężko mi ocenić to, co odpierdolił tutaj Shane Black. Z jednej strony potrafi dostarczyć odmóżdżającej rozrywki, ale z drugiej to nie takiego „Predatora” się spodziewałem. Niby jest krwawo i brutalnie, ale zbyt śmiesznie i niepoważnie, przez co nie czuć napięcia ani zagrożenia. Dobrze się to ogląda, jednak nie jest to tak fajny film, jaki mógłby powstać. Mimo niezłej oceny, to jeden z największych rozczarowań tego roku.

6/10

Radosław Ostrowski

Bez litości II

Pamiętacie Roberta McCalla? Niby zwykły, szary człowiek – kulturalny, życzliwy dżentelmen, który ma jedną poważną wadę: gdy słyszy, że coś jest nie tak, reaguje. A że posiada taki zestaw umiejętności, jakich Liam Neeson nigdy się nie nauczy, tym bardziej musisz na niego uważać. Przeniósł się z Nowego Jorku do Bostonu, gdzie wozi gości limuzyną. Poza tym nadal zajmuje się tym, co najlepsze: wyrównuje rachunki ze światem. Jednak tym razem sprawa będzie bardzo osobista, gdyż zostaje zamordowana jego najlepsza przyjaciółka z Agencji.

bez_litosci_21

Denzel Washington i Antoine Fuqua postanowili zrobić coś, czego nigdy nie zrobili: zrealizować sequel, co mnie nie dziwi. Robert McCall to postać, która jest niemal żywcem wzięta z jakiegoś klasycznego kina akcji: twardy kręgosłup moralny połączony z ostrymi metodami eksterminacji oraz chęcią niesienia pomocy. Nie dla sławy, chwały czy kasy, ale dlatego, że… tak trzeba. Samotny mściciel? Bliżej mu do westernowego przybysza znikąd, który pojawia się, robi swoje i znika. Nie stosuje pięści i gnatów po to, by siać śmierć i spustoszenie, a przed śmiercią daje szansę; szansę na naprostowanie sprawy. Jeśli postąpisz słusznie, to się więcej nie spotkamy i przeżyjesz; jeśli nie, to też się więcej nie zobaczycie, bo trafisz do krainy wiecznych łowów.

bez_litosci21

Reżyser powtarza pewne rzeczy z poprzedniej części, które nie koniecznie się sprawdzały. Jest tu wiele wątków pobocznych, stanowiących pewien pretekst do pokazania McCalla w akcji – sam początek w pociągu do Turcji, by odbić porwane dziecko przez ojca, wymierzenie sprawiedliwości dzieciakom z wyższych sfer za potraktowanie kobiety. Jest jeszcze pewien młody chłopak ze zdolnościami plastycznymi, co w jego otoczeniu niekoniecznie jest mile widziane. Ten drugi plan bardzo mocno odwraca uwagę od głównej intrygi, która jest – niestety – strasznie przewidywalna. Dość łatwo się domyślić, kto pociąga tutaj za sznurki, zaś motywacja oraz brak charyzmy przeciwników jest mocno widoczny.

Film zaczyna się z mocnego C, same sceny akcji są nadal świetnie zrobione w niemal „sherlockowym” stylu z filmów Guya Ritchie. Jest krwawo, brutalnie z dość niestandardowymi narzędziami zagłady w postaci… karty kredytowej. Wtedy jest adrenalina waląca w łeb, świetny montaż oraz tempo, które coraz bardziej traci na sile. Jest jeszcze świetna scena rekonstrukcji zbrodni czy finałowa konfrontacja w opuszczonym mieście podczas burzy (jedynie walka z głównym złem angażuje, bo całą reszta dla McCalla nie stanowi żadnego zagrożenia), ale to troszkę za mało, by dorównać pierwszej części.

bez_litosci31

Denzel Washington świetnym aktorem jest i choć niczym tutaj nie zaskakuje, nadal ogląda się go z przyjemnością. Nie tylko w mocnych scenach akcji, gdzie pokazuje swoje umiejętności w zmniejszaniu populacji, ale w zwykłych rozmowach, spojrzeniu – on nic nie musi robić, by wyglądać groźnie. Wystarczy, że jest. Wraca też Melissa Leo (Susan) oraz Bill Pullman (Brian), nadal stanowiąc solidne tło. Najlepiej prezentuje się tutaj Ashton Sanders w roli Milesa, który staje się dla McCalla kimś w rodzaju syna, próbując pokazać mu inne życiowe drogi niż członkostwo w gangu. Szkoda tylko, że główny złol jest niezbyt ciekawą postacią, którą bardzo łatwo rozgryźć.

Czy „Bez litości II” to sequel niepotrzebny? Troszkę tak, bo w zasadzie robi to samo, co poprzednik, tylko bez tego zaangażowania oraz jest bardziej „rozmemłany”. Jako jednorazowa rozrywka sprawdzi się dobrze, ale nic ponad to.

5,5/10 

Radosław Ostrowski

Deadpool 2

Trudno było mi zapomnieć tego kolesia w czerwonym, lateksowym stroju, który miał dość luźne podejście do życia. Wade Wilson, bardziej znany jako Deadpool, pojawił się na dużym ekranie z hukiem w 2016 roku. ten moment był dla kina superbohaterskiego tym, czym pierwsza erekcja u nastolatka – punktem granicznym, po którym już nic nie będzie takie samo. Żaden film o superherosach nie był tak samoświadomą parodią tego gatunku, co przygody Najemnika z Nawijką. Film zgarnął w chuj hajsu, więc musiał nadejść ciąg dalszy. Pytanie tylko, czy jest to zwykły skok na kasę, czy może jednak coś więcej?

deadpool_21

W jedynce fabuła była tylko pretekstowym origin story, gdzie poznawaliśmy losy naszego (anty)bohatera po bardzo ciężkich przejściach. Ale teraz Wade wydaje się być szczęśliwy ze swoją kobietą Vanessą. Poza tym, normalnie pracuje: a to trzeba odrąbać łeb kilku kretynom, pozarzynać kilku złych typków, by pokój i miłość zapanowały na świecie. Szczęście jednak nie trwa długo, a świat dla Wade’a stanie się jednym wielkim kurestwem, pozbawionym sensu i nadziei. Czy jest dla niego szansa? Na jego drodze pojawia się dwóch kolesi, którzy wywrócą jego życie do góry nogami: młody, narwany mutant Russell oraz przybywający z przyszłości Terminator (z powodu problemów związanym z prawami autorskimi nazywany jest tutaj Cable).

deadpool_22

Choć zmienił się reżyser (debiutującego Tima Millera zastąpił troszkę bardziej doświadczony David Leitch), to Deadpool w zasadzie pozostał tym samym kolesiem, co zwykle. Nadal pajacuje i wykorzystuje każdą sytuację, by przyłożyć jakimś żartem (od seksualnych podtekstów oraz olania politycznej poprawności poprzez popkulturowe aluzje oraz całą konwencję kina superhero), ale jednocześnie pozostaje troszkę bardziej serio. W końcu to przecież film familijny, w którym nasz bohater próbuje odnaleźć swoje miejsce na ziemi po wielkiej tragedii, przy okazji odkrywając siłę rodziny (niczym ekipa Vina Diesela w „Szybkich i wściekłych”). I jak to w każdym filmie familijnym, muszą pojawić się – cytując pewnego rapera – „pościgi, strzelaniny, skurwysyny” z krwią oraz bluzgami. A co mnie najbardziej uderzyło to fakt, jak płynnie te dwa tony przeplatają się ze sobą, bez wywoływania poważniejszych zgrzytów.

deadpool_24

Także sceny akcji są po prostu lepiej zrealizowane, jest troszkę więcej efektów specjalnych oraz bardzo dynamicznego montażu zmieszanego z kreatywną choreografią. Co w przypadku tego reżysera nie jest niczym zaskakującym (w końcu pomógł zabić psa Johna Wicka oraz uruchomił zabójczą Atomową Blondynę), ale jak przyjemnie się to ogląda (atak na więzienie czy próba odbicia Russella z konwoju), odpowiednio podkręcając adrenalinę. Takiej dzikiej frajdy nie miałem przy filmie o gościach w lateksowych ciuchach od czasu obydwu części „Strażników Galaktyki”. Nadal film pozostaje zgrywą z konwencji (skomentowanie punktu zwrotnego, początek, walka dwóch postaci wygenerowanych komputerowo, czy finałowa scena umierania, ciągnięta tak długo, by docenić ją mogli członkowie Akademii Filmowej), ale robi to po prostu lepiej. Jest tylko jeden, poważny problem: dwójka to w zasadzie jedynka, tylko na sterydach. Nie ma tego zaskoczenia, co w przypadku jedynki. Z czego ono wynikało? Że poza wielkimi fanami komiksów nikt nie widział, kim do chuja Pana jest Deadpool. Dla szaraczka wyglądał jak Spider-Man noszący katany.

deadpool_25

Drugi „Deadpool” to nadal one man show Ryan Reynoldsa, który ewidentnie czuje tą postać i bezczelnie drwi z samego siebie. Różnica między aktorem a postacią odgrywaną przez niego jest praktycznie niezauważalna, co jest tutaj ogromnym plusem. Bo nie wiadomo, czy Reynolds gra Deadpoola, czy Deadpool gra Reynoldsa. Stara ekipa nadal radzi sobie bardzo dobrze, ale to nowe postacie tutaj intrygują. Świetnie wypadł Josh Brolin jako Thanos, eee, znaczy Kabel (przy „Deadpoolu 2” dystrybutor powinien nakleić: Nie pomyl roli Brolina 😉  ) – naznaczony tragedią mściciel z przyszłości. Poważny dramat bohatera świetnie uzupełnia się z nie do końca poważnym Deadpoolem, dodając jeszcze więcej ognia w tej pokręconej relacji. Coś czuję, że w sequelu jeszcze namiesza (i dobrze). W podobnym tonie krąży Julian Dennison w roli młodego, wkurwionego Russella. To osobnik, potrzebujący wsparcia, z mroczną przeszłością oraz żądzą zemsty. Ta mieszanka słabości oraz napędzającego go gniewu działa bardzo mocno i pozwala stworzyć pamiętną postać. Równie wyrazista jest Zazie Beats w roli „fuksiary” Domino – jak jej moc jest pokazana, staje się kolejnym pretekstem do żartów, chociaż w dalszych scenach nie praktycznie wiele do roboty.

Powiem to krótko i oszczędnie: drugi Deadpool jest zajekurwabistym filmem. Co z tego, że w zasadzie daje to samo, skoro jest nadal soczystym stekiem z bluzgów, polanym sosem z czarnym humorem, nie uznając litości dla nikogo (poza politykami – ci oberwą w „Deadpoolu 3: Zrobieni w chuja”), jednocześnie dostarczając mnóstwo frajdy. Boję się myśleć, co filmowcy odjaniepawlą w trójce.

deadpool_23

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sicario 2: Soldato

Granica amerykańsko-meksykańska, czyli miejsce pełne niebezpieczeństwa, gdzie kartele przemycają ludzi, siejąc śmierć oraz spustoszenie. Tutaj dobro i zło dawno się zmieszały ze sobą, doprowadzając do eskalacji ciągłej wojny. I tam właśnie wracamy, gdy podczas przerzutu ludzi, kurier popełnia samobójstwo. Później w jednym z amerykańskich marketów dochodzi do ataku samobójczego i za to ktoś musi zapłacić. Zwłaszcza, że za przemyt odpowiada jeden z karteli. Na polecenie rządu, ekipa pod wodzą Matta Grimesa, dostaje jedno zadanie: rozpętać wojnę między kartelami. By tego dokonać, decydują się porwać córkę jednego z bossów.

soldato1

Gdy trzy lata temu pojawiło się „Sicario”, reżyser Denis Villeneuve uderzył między oczy wielu kinomanów, doprowadzając do niemal ekstazy. Ale tym razem Kanadyjczyka zastąpił włoski filmowiec Stefano Sollima (serial „Gomorra”), by pójść w zupełnie inne tory. Pamiętacie agentkę Kate, której idealizm został zderzony z brutalną, bezwzględną rzeczywistością? Tu jej nie ma, zaś reżyser skupia się na krwawej rzeźni, nie zapominając o mrocznym klimacie. Nadal jest to przerażający, mroczny, krwawy świat, gdzie najważniejsze jest osiągniecie celu. Nieważne, że po drodze musisz zabić, że kartel zmusza dzieci do zabijania (początek finału), że musisz postąpić wbrew swoim zasadom (jakim, kurwa, zasadom?), bo politycy nie chcą sobie ubrudzić rączek.

soldato3

Trudno nie odmówić reżyserowi faktu, że skupia się przede wszystkim na intrydze oraz akcji. Gdy do niej dochodzi, adrenalina nakręca się (atak na konwój przez skorumpowanych policjantów czy bardzo ostre zakończenie), odpowiednio zachowując tempo i intensywność (porwanie dziewczynki), w czym pomagają świetne zdjęcia Dariusza Wolskiego. To wszystko działa przez ¾ filmu, bo zakończenie nie daje satysfakcji (nawet sugeruje ciąg dalszy), bo pewne zachowania naszych bohaterów budzą pewne wątpliwości (relacja Alejandro z porwaną w formie niby-ojciec, niby-córka nie wybrzmiewa). I jeszcze wchodzi wątek pewnego chłopaka, który dołącza do kartelu jako przemytnik. Sama ta historia początkowo sprawia wrażenie zbędnego balastu, nie pasującego do całości. Jednak im bliżej końca, zaczyna nabierać znaczenia. Jakby całe to społeczne tło było tylko dodatkiem dla intrygi, która potrafi wciągnąć.

soldato2

„Dwójka” ma też jeden bardzo mocny atut: starzy znajomi z poprzedniej części, czyli Josh Brolin i Benicio Del Toro. Obaj bardzo szorstcy, twardzi, bez robienia z siebie ubermacho, co kipi testosteronem i dogadują się niemal bez wielu słów. Nawet momenty, gdy zaczynają się na ich twarzy malować wątpliwości (u tego pierwszego jest to wielkie zaskoczenie), pozostają przekonujący. Nieważne, czy przesłuchują terrorystę, czy próbują wyjść cało z niełatwej sytuacji. Także grająca „cel” Isabela Monel sprawdza się dobrze jako pyskate dziecko, poznające ten mroczny świat na sobie czy idący w tym samym kierunku Elijah Rodriguez (Miguel).

„Soldato” pozostaje mrocznym, ciężkim kinem akcji, z dusznym klimatem oryginału, jednak inaczej rozkłada akcenty. Zamiast poczucia bezsilności stawia na sensacyjną intrygę, pełną krwi i przemocy, wracając na stare śmieci. Pytanie, jaki czeka nas finał tej historii.

7/10 

Radosław Ostrowski

Predator 2

Pierwsze spotkanie z Predatorem w 1987 roku było wielkim hitem, więc sequel był tylko formalnością. Jednak czy można było dać coś nowego, by rozwinąć całe uniwersum? Albo w ogóle je budować? W 1990 roku postanowiono zrobić część drugą, tym razem pod wodzą Stephena Hopkinsa. Czy warto było czekać?

Tym razem trafiamy do dżungli miejskiej roku 1997. Los Angeles stało się prawdziwym polem bitwy, gdzie gangi voodoo oraz Kolumbijczyków walczą ze sobą. Policja znajduje się gdzieś pośrodku tego bajzlu. Wtedy poznajemy naszego protagonistę, porucznika Mike’a Harrigana. Facet, jak na klasycznego glinę przystało, niekoniecznie sobie radzi z dyscypliną, wykonywaniem rozkazów i działa troszkę na partyzanta. Ale wszystko się zmienia, gdy kryjówka Kolumbijczyków zmienia się w jedno wielką rzeźnię. Potem do akcji wchodzą tajemniczy faceci w gajerkach, ciemnych okularach oraz wypasionym helikopterem. O co tu do cholery chodzi?

predator_23

Reżyser nie chce korzystać z prostego szablonu znanego z jedynki, czyli mała grupka kontra jeden potężny skurwiel z nowoczesną technologią. Przeniesienie akcji do miasta wniosło wiele świeżości, a przeskakiwanie z dachu na dach, jeszcze bardziej wywołuje poczucie zagrożenia. A i sam Predator pojawia się częściej, z bardziej wypasionym sprzętem w postaci włóczni, podrasowanego kasku (więcej opcji podglądania) czy okrągłego bumeranga. Same sceny akcji robią imponujące wrażenie zarówno dynamiką (pierwsza strzelanina, próba odbycia rytuału), jak i odpowiednio potęgowanym napięciem (Predator w metrze). Twórcy coraz bardziej rozwijają mitologię tytułowego przybysza, nie tylko z powodu wypasionego sprzętu czy tajemniczej jednostki pod wodzą Petera Keyesa, ale finałowej sceny na statku. Tam się okazuje, że w polowaniach nie uczestniczy tylko jeden przedstawiciel tego gatunku, ale też odbywały się w różnym czasie oraz miejscach. I to zaczyna rozpalać wyobraźnię do czerwoności.

predator_21

Swoje też próbuje zrobić obsada, która jest naprawdę niezła. Co prawda nie wrócił Arnold „Get to the choppa” Schwarzenegger, ale zastępujący go Danny Glover bardzo dobrze sobie radzi. Jest bardzo charakternym, bezkompromisowym gliniarzem, bardziej upartym niż osioł. Drugą wyrazistą postacią jest enigmatyczny agent Keyes w wykonaniu Gary’ego Buseya, dodając pewnego mroku tajemnicy. Szkoda tylko, że partnerzy Harrigana (poza Billem Paxtonem) nie zapadają zbyt mocno w pamięć, co jest sporym minusem. Tak samo jak rezygnacja z klimatu horroru znanego z poprzedniej części, dodającego poczucia niepokoju.

predator_22

Drugi „Predator” to świetnie zrobiony film akcji, rozwijający konsekwentnie uniwersum kosmicznego myśliwego. I za to ogromny plus, tak jak za nową przestrzeń oraz podrasowany design. Do poziomu części pierwszej wiele zabrakło, niemniej intryguje, dostarcza rozrywki i świetnie wygląda.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Last Flag Flying

Pamiętacie taki film „Ostatnie zadanie”? Marzył mi się sequel, by poznać dalsze losy Buddasky’ego, Meadowsa oraz Mulhalla. I niedawno powstała kontynuacja, chociaż bohaterowie mają inne nazwiska, zaś ich losy są lekko zmodyfikowane. Hal Ashby nie mógł już tego nakręcić, więc na jego miejsce wskoczył Richard Linklater, aktorzy też są inni, lecz klimat troszkę podobny.

Jest rok 2003, trwa wojna w Iraku. Sal Nealon obecnie prowadzi bar, choć wcześniej był sierżantem, Larry „Doc” Sheppard był medykiem, zaś obecnie prowadzi sklep, a Muhlens został kapłanem. Dawniej wszyscy trzej służyli w Wietnamie, lecz nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Jednak los znowu łączy tych bohaterów. Doc prosi swoich dawnych towarzyszy o udział w pogrzebie swojego syna, który zginął w Iraku. Tylko, czy panowie będą w stanie pomóc?

last_flag_flying1

Linklater bardzo zaskakuje filmem, który jest – tak jak oryginał – bardzo wyciszonym, spokojnym tempem, pozwalając na wiele refleksji. I też jest kinem drogi, gdzie bohaterowie poznają się na nowo – już troszkę bardziej doświadczonych, bardziej dojrzałych (nawet Sal) oraz prześladowanych przez pewne własne demony (pewien nieprzyjemny epizod z wojny). Czy udaje im się odbudować dawną więź? Klimat ociera się o nostalgię, nie brakuje wspomnień z przeszłości oraz prób zrozumienia obecnych czasów, z telefonami komórkowymi, schwytaniem Saddama, a także pewnym bilansem życia. Reżyser nie boi się pokazać instytucji armii w niezbyt pozytywnym śledztwie (kłamstwa w sprawie śmierci, manipulacja co do intencji wysyłania poza kraj), chociaż nie atakuje samych żołnierzy czy weteranów i ich poświęcenia, służby. Zero-jedynkowa wizja świata nie interesuje twórcy.

last_flag_flying2

Mimo, że film jest pozbawiony jakichś technicznych fajerwerków, konstrukcja opowieści może wydawać się troszkę rwana (najważniejsza jest sama podróż, chociaż żałoba po stracie bliskiego jest obecna cały czas), jednak historia zwyczajnie potrafi poruszyć, wzruszyć (składanie flagi czy wizyta u matki poległego kumpla) oraz zastanowić. Jednak film nie jest przyciężkim dramatem i udaje się rozładować sytuację humorem, niepozbawionym ironii oraz złośliwości (rozmowa o Eminemie czy dyskusja z religią w tle), pozwalając utrzymać opowieść w lżejszym tonie.

last_flag_flying3

Ale tak naprawdę ten film nakręca fantastyczne trio aktorskie. Kolejny raz zaskakuje Steve Carrell, który w roli Doca wydaje się najbardziej wyciszonym z całej trójki. Mówi bardzo niewiele, sprawia wrażenie jakby nieobecnego, ale wszystkie emocje malują się na tej pozornie spokojnej twarzy. Między siłą spokoju, a gwałtowną ekspresją balansuje Laurence Fishburne (Mullins) – mieszanka opanowanego księdza, poruszającego się o lasce, a dawnego wojskowego, potrafiącego rzucić mięchem. I nie wywołuje to zgrzytu. Ale tak naprawdę całość kradnie rewelacyjny, szarżujący w sposób kontrolowany Bryan Cranston. Sal w jego wykonaniu na początku sprawia wrażenie najmniej odpowiedzialnego (działa czasem spontanicznie, lubi wypić i jest najbardziej cyniczny), jednak on wydaje się mieć w miarę silny kręgosłup w sprawach lojalności. Jest on też chyba najbardziej stąpającym po ziemi bohaterem („Moja przyszłość jest już za mną”), potrafiący wzbudzić sympatię od razu.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczonym tym nieoficjalnym sequelem „Ostatniego zadania”, które dorównało poziomem oryginału. Film Linklatera też jest portretem swojej epoki tuż po 11 września, ale też pokazuje bohaterów powoli wchodzących w smugę cienia. Mimo powagi tematu oraz emocjonalnego ciężaru, pozwala rozładować klimat humorem. Czyżby miał zostać nowym klasykiem?

8/10 

Radosław Ostrowski

Amerykańska opowieść. Feiwel wyrusza na Zachód

Pamiętacie Fiewela Myszkiewicza? Ten rosyjski imigrant mieszkający w Nowym Jorku razem z rodziną nadal jest rozbrykanym dzieckiem. Ale tym razem kręcą go opowieści z Dzikiego Zachodu oraz legendarnym szeryfie Wylie Burpie. Jednak całe to spokojne życie zostaje zniszczone z powodu ataku kotów, niszczących dom, ale nie atakujących małych stworzonek. W zamian otrzymują od pewnego handlarza bilety do Green River – miasteczka na Dzikim Zachodzie, gdzie koty z myszami żyją w symbiozie. To wszystko jednak jest naprawdę pułapką, którą odkrywa Fiewel.

amerykanska_opowiesc21

Sukces pierwszej części „Amerykańskiej opowieści” spowodował, że ciąg dalszy był tylko kwestią czasu. Ale ten przybył dopiero po sześciu latach, już bez Dona Blutha na pokładzie. Pierwsze, co się rzuca w oczy to wtórność. Fabuła idzie szlakiem znanym z poprzednika, czyli przeniesienie się do nowego miejsca, rozdzielenie Feiwela od rodziny, samodzielne dotarcie oraz ostateczna konfrontacja. Niemniej przeniesienie całości do realiów Dzikiego Zachodu dodaje wiele świeżości, a także klimatu. Historia jest bardzo prościutka, postacie prosto zarysowane, a intryga poprowadzona bardzo gładko, przez co nie czuć tak mocno napięcia ani stawki. Jedynie końcowa konfrontacja w formie klasycznego pojedynku zaskakuje kreatywnością, suspensem oraz zaangażowaniem (poza oczywistym finałem). Także sama kreska wygląda nadal pięknie, utrzymując styl poprzednika. Animacja cieszy oko, postacie są dość szczegółowo zarysowane, a cieniowanie i oświetlenie wypada cudnie. Także muzyka Jamesa Hornera ciągle zachowuje poziom, zaś partie wokalne (tutaj zaskakująco dwa utwory pozostały w oryginalnej ścieżce dźwiękowej) nie wywołują irytacji.

amerykanska_opowiesc22

Polski dubbing nadal trzyma poziom, a znani z poprzednich części aktorzy (Krylik, Pawlak, Szydłowski, Sztejner) ciągle sprawiają przyjemność. Z nowych bohaterów najlepiej prezentują się Burp (świetny Sławomir Pacek) oraz pan Kociokwik (potwierdzający klasę Janusz Bukowski). Ten pierwszy jest już zmęczonym stróżem prawa, decydującym się na ostatnią akcję (szkolenie Tygrysa na następcę), ten drugi to klasyczny czarny charakter, ukrywający swoją demoniczność w szaty eleganckiego, dobrodusznego dżentelmena. Obydwaj panowie wznoszą całość na wyższy pułap.

amerykanska_opowiesc23

Druga część przygód Fiewela nadal potrafi sprawić przyjemność. Owszem, to powtórka z rozrywki i jest to przewidywalne, jednak klimat Dzikiego Zachodu potrafi dodać troszkę świeżości, zaś przygoda nie wywołuje znużenia. Czyli da się zrobić udany sequel?

7/10 

Radosław Ostrowski

Jumanji: Przygoda w dżungli

Wszyscy pamiętamy pierwsze „Jumanji”, które niedawno sobie przypomniałem po latach. Więc na wieści o czymś w rodzaju kontynuacji czy bardziej współczesnej wariacji na ten temat. Bo tak należy nazwać „Jumanji: Przygoda w dżungli”, czyli nowy tytuł Jake’a Kasdana. Punkt wyjścia jest znajomy, tylko że planszówka „zmutowała” w port na konsolę. Jego pierwszą ofiarą był młody chłopak Alex w 1996 roku. Gra niejako powraca, kiedy czworo nastolatków 20 lat później odnajduje ją. Cała czwórka (nerd Spencer, mięśniak Fridge, ślicznotka Bethany, kujonka Martha) trafia na karę po szkole, gdzie mają posprzątać pracownię komputerową. Ale zamiast zrobić początek, biorą grę i… zostają wessani do środka gry. By z niej wyjść, trzeba ją ukończyć, czyli odłożyć diament na miejsce opanowane przez prof. Van Pelta.

jumanji21

Reżyser sięga po sprawdzone chwyty, jakie znamy z poprzednika, czyli rymowane zgadywanki, postać Van Pelta czy zwierzęta atakujące bohaterów. Ale jednocześnie reżyser wykorzystuje elementy gier komputerowych (ograniczona ilość żyć w formie tatuaży, retrospekcja w formie przerywnika, NPC mające ograniczone kwestie), przez co nowe „Jumanji” może się spodobać fanom gier. I ta cała mechanika daje radę, przez co film Kasdana potrafi dać wiele rozrywki. Poza drobnymi odniesieniami do części pierwszej, mamy pięknie wyglądającą przyrodę, masę humoru oraz całkiem zgrabnie zainscenizowanych scen akcji (bijatyka w bazarze, podnoszących powoli stawkę rozgrywki. Może i czasem pojawia się lekko moralizatorski ton (siła przyjaźni, kontakt z drugim człowiekiem nie musi być zły, a życie istnieje poza telefonem), a fabuła jest bardzo przewidywalna, ale wiele razy się uśmiałem (szybki kurs uwodzenia czy spotkanie bohaterów w „nowych” ciałach) i nie czułem znużenia. Ale w porównaniu z poprzednikiem, jest mniej mroczny i nie przeraża aż tak bardzo.

jumanji22

Mocnym punktem dodającym lekkości jest chemia między bohaterami oraz ich obsadzenie troszkę wbrew emploi. I tutaj najbardziej wybija się Dwayne Johnson (nieśmiały, strachliwy Spencer), który choć w ciele mięśniaka, jest dość wycofanym, przerażonym chłopakiem i ten klincz jest wygrywany świetnie. Ale prawdziwą petardą jest tutaj Jack Black, czyli Bethany uwięziona jako… podstarzały naukowiec niemal żywcem wzięty z XIX powieści. Zderzenie mentalności małolaty z intelektem naukowca tworzą wręcz bardzo mocny test przepony. Partnerujący im Karen Gilian (Martha, wybrana jako seksowna wojowniczka) oraz Kevin Hart (Frigde będący w grze zoologiem) uzupełniają ten skład. Troszkę słabiej wypada Bobby Cannavale, chociaż wynika to z faktu bycia przerysowanym bad guyem.

jumanji23

Muszę przyznać, że nowe „Jumanji” bardzo mnie zaskoczyło. Nadal dostarcza przyjemnej rozrywki, chemia między aktorami jest bardzo silna, humoru jest dużo, a dzieje się sporo. Może i mniej straszny, ale za to przyjemny film przygodowy.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Alicja po drugiej stronie lustra

Pamiętacie Alicję, która trafiła do Krainy Czarów i pokonała Żabrołaka? Minęło od tego wiele lat, a Alicja pozostaje bardzo niezależną kobietą, która sama sobie jest sterem, żaglem i okrętem. Jednak okoliczności zmuszają ją do trudnej decyzji, by sprzedać okręt i zachować swój dom. Wtedy udaje się jej uciec lustrem do Krainy Czarów, gdzie Szalony Kapelusznik powoli umiera. Prosi Alicję o pomoc, by znaleźć jego rodzinę. Ale do wykonania tego zadania trzeba wykraść Chronosferę od Czasu.

alicja21

Powiem szczerze, że nie czekałem na ten sequel i wydawał się tylko stratą czasu, skokiem na czasu oraz odcinaniem kuponów. Jednak reżyser James Bobin dokonuje cudu, bo zrobił kontynuację lepszą od oryginału. Zanim zaczniecie ględzić, że wygaduje bzdury i twórcy idą szlakiem Tima Burtona (czyli tworzenia wariacji na temat niż adaptacji jako takiej), muszę przyznać, że ta fabuła zwyczajnie wciąga. Alicja z jednej strony próbuje dokonać kolejnej niemożliwej rzeczy (niczym Tom Cruise w serii „M:I”), ale zaczyna się także uczyć, że pewnych rzeczy, choćbyśmy nie wiem jak próbowali i kombinowali nie da się zmienić. Co ma się stać, stanie się. Dlatego z Czasem (w jakiejkolwiek postaci by nie był) nie warto się kłócić, tylko pogodzić.

alicja22

Same podróże w czasie wyglądają niczym wyprawa przez morze wspomnień, a poszukiwania pomagają bliżej poznać nie tylko historię Kapelusznika, ale także Białej Królowej (Mirada) i jej siostry Czerwonej Królowej (Leżbieta), która doprowadziła do poróżnienia oraz zemsty. To jest jedno z największych zaskoczeń. Także sam wygląd Krainy Czarów nadal imponuje baśniowością oraz rozmachem. Choć nie mogłem pozbyć się wrażenia, że ten świat został wygenerowany komputerowo niż jest rezultatem scenografów (przynajmniej na początku), to jednak wsiąkłem w ten świat bardziej niż w poprzedniej części. Pięknie wygląda zwłaszcza mroczna, mechaniczna siedziba Pana Czasu.

alicja23

Wracają dawni znajomi, choć niemal wszyscy (poza Czerwoną Królową i Szalonym Kapelusznikiem) są zepchnięci do niemal epizodów, co troszkę mnie boli. Oni czynili poprzednią część odrobinkę przyjemną. Johnny Depp nie drażni aż tak mocno, mimo kilogramów charakteryzacji oraz bardzo piskliwego głosu. Fason dzielnie trzyma Mia Wasikowska, nadal czyniąc Alicję bardzo charakterną dziewuchą. Ale film kradnie Sacha Baron Cohen, czyli Czas – wnosi nie tylko sporo humoru (zarówno słownego, jak i slapstickowego), a także pokazuje jak wielką ma na sobie odpowiedzialność. To jedna z bardziej nieoczywistych rzeczy w tym filmie, tak jak Helena Bohnam Carter.

Drugie spotkanie z Alicją bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Historia bardziej wciąga, jest bardziej dopracowane i zachwyca nie tylko stroną wizualną. Ale potrafi przypomnieć dość banalną kwestie, że rodzina i życie mamy tylko jedno. Nie zmarnujmy go.

7,5/10 

Radosław Ostrowski