John Wick 3: Parabellum

Najsłynniejszy hitman w historii kina powraca. I jakby to powiedzieć, ma przejebane. Z myśliwego stał się zwierzyną, bo złamał zasady. A za to kara może być tylko jedna – Wielka Rada żąda jego głowy. Od tej pory Wicka chcą zabić wszyscy: Włosi, Triada, Yakuza, koty, psy, emeryci, pracownicy ZUS-u. Czy jest szansa na wyrwanie się i odwrócenie tej sytuacji? Zwłaszcza, że został już zatrudniony cyngiel.

john wick 3-1

Nikt się nie spodziewał, jakim sukcesem będzie „John Wick”. Skromny akcyjniak klasy B okazał się wielkim zaskoczeniem łączącym staroszkolnym styl z nowoczesną realizacją. A z kolejną częścią poznawaliśmy kolejne elementy działania syndykatu zbrodni. I wydawało się, że już nie da się wymyślić niczego więcej. Ale chyba nie doceniliście twórców, bo ci robią jeszcze bardziej komiksowy film, gdzie fabuła jest pretekstem do krwawej i brutalnej napierdalanki. Narzędzi zabijania jest mnóstwo: noże, pistolety, karabiny, strzelby, miecze, pięści, psy (te nawet w jaja potrafią gryźć), książka, a nawet… koń. Jebany koń. Sceny akcji w tym filmie to jakiś obłęd. Kiedy wydawało się, że drugiej części nie da się przebić, twórcy wciskają gaz do dechy. I sprawiają wrażenie, że nic i nikt ich nie ogranicza. Już walka w gabinecie z nożami pokazuje, że założenia pozostały te same. Ma być widowiskowo, efekciarsko, a adrenalina ma wylewać się ze wszystkich możliwych stron. Jest też krwawo i brutalnie, a rozmachem bije na głowę poprzednie części. Trudno wymazać strzelaninę w siedzibie Berrady czy finałowe oblężenie hotelu Continental w Nowym Jorku to prawdziwe majstersztyki. Fantastycznie sfotografowane, zmontowane oraz z pomysłową choreografią. Dla takich momentów ogląda się kino akcji.

john wick 3-2

Do tego Wick wyrusza poza Nowy Jork, by znaleźć sposób na wyjście cało z tego całego bałaganu. Stąd mamy Casablankę, tamtejszy hotel (jego szefowa to dawna znajoma Johna, która jest mu winna przysługę). A nad wszystkim kontrolę próbuje sprawować sędzia, mają osądzić samego Johna, jak i wszystkich jego sojuszników. Syndykat poznajemy coraz bardziej, kolejne zasady i ograniczenia, a także kolejnych graczy na scenie. I to wszystko nadal potrafi przykuć uwagę, stanowiąc solidną fasadę dla brutalnej drogi Wicka. Kwestie lojalności, zasad oraz możliwości decydowania o swoim losie. Niby poważne kwestie, ale to nie jest poważny film. A jedynym dla mnie problemem jest zakończenie. Z jednej strony jest to podbudowa pod „czwórkę” (pewnie niosącą tytuł „John Wick: Armageddon”), ale nie jest ono zbyt satysfakcjonujące. Liczyłem na większego kopa.

john wick 3-3

Aktorsko nadal trzyma poziom, zaś starzy znajomi nie zawodzą. Keanu Reeves nadal wyczynia cuda, a w scenach akcji wypada fantastycznie. Widać jak wiele wysiłku wykłada, a tutaj Wick przyjmuje na siebie więcej ciosów niż w poprzednich częściach razem wziętych. Na drugim planie nadal świetnie się bawi Ian McShine (Winston) z Lancem Reddickiem (Charon), próbując pomóc naszemu bohaterowi. No i jeszcze pojawia się Anjelica Huston (dyrektorka), dzięki której bliżej poznajemy przeszłość naszej protagonisty, a także Halle Berry (Sofia), dającą prawdziwego kopa.  Ale tak naprawdę film kradnie dawno nie widziany Mark Dacascos w roli Zero. Opanowany, bezwzględny zabójca i wielki fan Wicka, który nie chce, ale musi walczyć. Dodaje on odrobiny humoru, zaś finałowa potyczka z nim to czysta frajda.

john wick 3-4

O Matko Boska, jaki ten Wick jest niesamowity. Nie spodziewałem się, że jeszcze można coś wycisnąć z tej franczyzy, ale dopóki Reeves ma siły, moc i chęć, ten cykl będzie szalał oraz rozkręcał się. Nie wiem, co jeszcze można wymyślić, lecz chcę nową część już zobaczyć. O takim kinie akcji marzyłem.

8/10

Radosław Ostrowski

Ogród rodzinny. Ukochany

Trzecie spotkanie z rodziną Rohrów, gdzie trafiamy do lat 50. Fabuła tutaj skupia się na Danuśce, córce Jindricha i Vilmy. Dziewczyna przez ojca zawsze była traktowana jako ta gorsza, nawet jak się bardzo starała. Teraz tatuś zaplanować jej przyszłe życie: studia, mąż z wykształceniem itp. Ale jest pewien mały szkopuł, a imię jego Mirek. Chłopak jest po maturze i próbuje znaleźć pracę. To wystarczy, by dla przyszłego teścia został persona non grata.

ogrod rodzinny3-1

Zwieńczenie trylogii Jana Hrebejka opartym na wątkach autobiograficznych idzie w stronę komedii zmieszanej z melodramatem. Niejako wracamy do Jindricha, który nadal jest rozgoryczony i zbuntowany wobec komunizmu, coraz ciężej znoszącą przez to żonę oraz dwójkę córek. Na bardzo dalekim planie pojawia się reszta rodziny: wuj-ogrodnik, ciotka-łakomczuszka, wdowa, ale to tylko tło. Tak samo jak znajomi Jindricha, wspominający przeszłość oraz działalności opozycyjnej. Powoli zaczyna się rozbudowywać całą opowieść, nadal zachowując lekki ton. Choć humor opiera się tutaj na slapsticku oraz zderzeniu charakterów (m.in. sytuacja z „balonikiem”, będącym… prezerwatywą czy Mirek wzięty przez pomyłkę za UB-eka), to nie brakuje tutaj mocnych oraz szarpiących scen. Każde wejście Jindricha, który stara się twardą ręką rządzić w domu (krzyk, terror, zamykanie) wygląda groźnie. A jednocześnie opowieść ma charakter uniwersalny, dotykając pokoleniowego konfliktu. Może wydaje się przewidywalne, ale na tyle polubiło się tych bohaterów, że zależało mi na nich.

ogrod rodzinny3-2

Tak samo dobre wrażenie robi realizacja z jazzową muzyką w tle. Scenografia i kostiumy nadal stoją na wysokim poziomie, tak samo jak bardzo ciepłe zdjęcia. Niby jest to mroczna epoka, ale polityka zostaje zepchnięta na dalszy plan. Nie jest istotnym elementem fabuły, choć zdarzają się wyjątki (rozmowa Jindricha z bezpieką). Tutaj najważniejsze są perypetie Danuśki i Mirka, ale oboje nie są zbyt mocno zarysowani. On wydaje się bardzo spokojny, znoszący każdą szykanę bez sprzeciwu (nie może wejść do mieszkania, więc przebiera się… w piwnicy), zaś ona niepozbawiona sprytu oraz dążąca do celu. Oboje mają w sobie sporo uroku, w czym pomagają role Anny Fialovej oraz Ivana Luptaka.

ogrod rodzinny3-3

Aktorsko zachowany zostaje poziom poprzedników, jednak tutaj film kradną dwie postaci. Martin Finger jako Jindrich nadal buduje swoją rolę na dwóch paradoksach: antysystemowej bezkompromisowości z niemal dyktatorskim wychowywaniem. Ma być jak on chce albo jak on chce, co doprowadza resztę rodziny do pasji. Drugą kreacją była druga córka rodziny, czyli Jindriska (świetna Teresa Hladikova) – niby ulubienica tatusia, ale bardzo charakterna i nie bojąca się mówić słów niewygodnych. Dziewczynka wypada bardzo naturalnie, co jest rzadkością w kinie. Wybija się także Anna Geislerova, czyli matka – mocno na granicy wytrzymałości.

„Ukochany” jako zwieńczenie całej serii sprawdza się dobrze, ale poprzednie części robiły większe wrażenie. To bardziej obyczajowa historia i zdecydowanie najlżejsza z cyklu, kończąca się happy endem. Aż chciałoby się dalej pozostać z tymi postaciami.

7/10

Radosław Ostrowski

Hotel Transylwania 3

Pamiętacie jeszcze ten hotel prowadzony przez legendarnego hrabiego Draculę? Dwie części animacji od studia Sony oraz reżysera Genndy’ego Tartakovsky’ego były świetną zabawą, stanowiącą dekonstrukcję kina grozy, zmieszana z komedią. Teraz jednak Drakul troszkę męczy się z samotnością – w sensie brakiem partnerki, bo córeczka ma własną rodzinę, hotel też dobrze się trzyma i prowadzi, lecz smutek mu widać na twarzy. Dlatego cała ekipa postanawia wyruszyć na upiorną wycieczkę do… Trójkąta Bermudzkiego. Jednak cały myk polega na tym, że kapitanem całej wyprawy jest prawnuczka Abrahama Van Helsinga, chcącego zatłuc wszystkie monstra.

hotel transylvania3-1

Są pewne serie, które z każdą częścią tracą na jakości i niestety, to tego grona dołącza nowa część „Hotelu Transylwania”. To nadal opowieść o tolerancji wobec inności i przełamywaniu barier, tylko że tutaj brakuje czegoś, co mogłoby utrzymać moją uwagę na dłużej. „Trójka” coraz bardziej próbuje trafić do młodego widza, nie dając starszym zbyt wiele. Slapstickowy humor oparty na prostych i oczywistych gagach typu kamuflowanie zwierzątka, horda siejących spustoszenie dzieci czy – to akurat trafne – hrabia mijający wszystkie świszczące pociski, topory i tym podobne narzędzia zagłady. Cały czas postacie stoją w miejscu: Dracula skrywa i nie mówi niczego wprost, Mavis (córka) martwi się o ojca, zaś jej chłopak wydaje się traktować wszystko na luzie. Pewną świeżością jest nowa lokalizacja, czyli statek oraz Atlantyda czy bardzo pomysłowy pojedynek finałowy z wykorzystaniem broni ostatecznej zagłady. Także linie lotnicze prowadzone przez gremliny potrafią rozbawić, tylko że to wszystko są to bardzo małe drobiażdżki. Dla mnie nie było zbyt wiele, zaś cała historia była strasznie przewidywalna i nudna. Nie bójmy się tego słowa, mimo jakości animacji w stylu znanego dla tego reżysera (ładnie to wygląda) oraz świetnej muzyki troszkę w stylu Danny’ego Elfmana. Czuć tutaj bardzo duże zmęczenie materiału oraz poczucie deja vu, mimo udziału rodziny Van Helsing (nieudane próby neutralizacji to perełki humoru).

hotel transylvania3-2

Sytuację częściowo ratuje polski dubbing kierowany przez Bartka Wierzbiętę. Starzy znajomi nadal trzymają poziom, zwłaszcza Tomasz Borkowski (Dracula) oraz Agnieszka Mrozińska (Mavis), dodając lekkości oraz masę charakteru. Drugi plan wydaje się tutaj bardziej oddalony i zepchnięty do roli tła. Wyjątkiem od tej reguły są nowi bohaterowie, czyli kapitan Ericka (świetna Izabella Bukowska), starszy Van Helsing (niezawodny Jakub Szydłowski) oraz pełniący rolę służącego Śledź (bardzo chłodny Szymon Majewski).

hotel transylvania3-3

Nie wiem jak wam, ale dla mnie „Hotel Transylvania” powinien zakończyć działalność, zanim ostatecznie stanie się nieoglądalny. Ja nie miałem dla siebie zbyt wielu ciekawych rzeczy, poza śladowym absurdem, bo już nie jestem targetem tego dzieła (8-10-latek już we mnie nie siedzi i potrzebuję czegoś więcej od slapsticku), zaś dubbing nie jest w stanie ukryć mielizn fabuły.

5,5/10

Radosław Ostrowski

LEGO Przygoda 2

Pierwsze spotkanie z Emmetem Klockowskim było dla mnie jedną z najlepszych animacji ostatnich lat. Mega optymistyczny, ciepły i fajny korpoludek uratował swoich kolegów z Klockoburga, ratując przed Lordem Biznesem. Tylko, że czas spokoju zniknął wraz z pojawieniem się Duplo, co doprowadza miasto do wręcz postapokaliptycznego klimatu. Tym razem jednak zabawki Duplo z układu Siostar decydują się porwać liderów grupy: Żyletę, Batmana, Stalowobrody’ego oraz Kicię Rożek, zas Emmet wyrusza odbić grupę.

lego przygoda2-1

Pierwsza część rozpoczęła bum na animacje z klocków LEGO od Warner Bros., gdzie w zasadzie oprócz zmiany reżysera w zasadzie mamy to, co zawsze. Czyli zderzenie dwóch światów (świata klocków oraz świata… ludzkiego, a także świata Lego i Duplo), gdzie dochodzi do poważnego spięcia. Fabuła – niczym w „Deadpoolu” – jest pretekstem do wrzucania masy żartów oraz popkulturowych odniesień z „Mad Maxem” czy „Jurassic World” na czele. Ale tak naprawdę to kolejna opowieść o chwale kreatywności oraz dojrzewaniu, a także jakie mogą być tego konsekwencje. Czy dojrzewanie musi oznaczać rezygnację z dawnego wcielenia, przyjaźni oraz bycia tylko poważnym? Te pytania przewijają się przy okazji fabuły, chociaż to wszystko wydaje się być skierowane dla młodego (tak do 10+) odbiorcy. Aczkolwiek na drugim i trzecim planie jest masa miejscami absurdalnych żartów, godnych tria ZAZ (obecność Marii Skłodowskiej-Curie, przeskok do innego świata niczym w „2001: Odysei kosmicznej” czy piosenka królowej Wisimi o niej samej).

lego przygoda2-2

Ale jednocześnie nie mogłem pozbyć się pewnego wrażenia deja vu. Nie chodzi tylko o powtarzalność gagów, lecz także o przewidywalność, masę schematów (tajemniczy Rex, mający być nowym przyjacielem oraz kumplem) i brak czegoś dającego kopa. Do tego środek zwyczajnie rozsypuje się, co jest spowodowane rozdzieleniem postaci, doprowadzając do chaosu i znużenia.

lego przygoda2-3

Sama animacja wygląda tak jak w poprzednich częściach, czyli niemal imitacja poklatkowego stylu, wszystko jest bardzo klockowate i to dodaje masę uroku. Kolorami wali to po oczach (zwłaszcza w układzie Siostar), muzyka miesza orkiestrę z popem, retro elektroniką oraz bardzo chwytliwymi piosenkami. Nadal lubię tych bohaterów (zwłaszcza narcystycznego Batmana – jego nie da się nie lubić), ogląda się to z przyjemnością, a sceny akcji i sama wizja świata pozostaje kreatywna.

lego przygoda2-4

A jak sobie radzi polski dubbing? Więcej niż nieźle. Nadal nie zawodzi Piotr Bajtlik w roli ciepłego, zaczynającego dojrzewać Emmeta oraz tajemniczego, twardego Rexa, mającego statek kosmiczny z… dinozaurami. Równie cudnie się sprawdza Ewa Andruszkiewicz (twardo stąpająca przy ziemi Żyleta), Adam Bauman (pirat Stalowobrody) oraz Marta Dobecka (Kicia Rożek). Dla mnie jednak film kradł fantastyczny Krzysztof Banaszyk (Batman) i absolutnie zaskakująca… Natalia Sikora w roli absolutnie uroczej, chociaż budzącej nieufność królowej Wisimi, potrafiącej zmienić się w cokolwiek. I to jest prawdziwa petarda.

Druga część już nie ma tej świeżości i w zasadzie powtarza błędy poprzedników (chaotyczny środek, lekkie przeładowanie żartów, schematy, przewidywalność), ale nadal potrafi dostarczyć odrobiny frajdy. Animacja też wygląda ładnie, jednak bardziej skierowana jest dla młodszego widza. Starszy troszkę może się wynudzić. Może nie jest cudownie, ale nadal fajnie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Asterix i Obelix. Tajemnica magicznego wywaru

Czy ja muszę mówić, jak bardzo uwielbiam dwóch Galów, którzy notorycznie spuszczają łomot Rzymianom? Niski Asterix oraz troszkę przypakowany Obelix to dla mnie najbardziej ikoniczny duet superherosów, ale tym razem mają bardzo poważne zadanie: otóż specjalista od magicznego napoju Panoramix… spada z drzewa i uważa, że powinien znaleźć swojego następcę. Trzeba wyruszyć przez całą Galię i jest też niejaki Sulfurix – stosujący czarną magię druid, pragnący zemsty oraz idący na układ z Cezarem.

magiczny napoj1

Parę lat temu pojawiło się „Osiedle Bogów”, czyli pierwsza animacja o Asterixie i Obelixie zrobiona w trójwymiarze. Twórcy tego dzieła, scenarzysta Alexandre Aster oraz reżyser Louis Clichy tym razem postanowili zrobić oryginalną opowieść, bez korzystania z komiksowego tekstu. Czy oznacza to, że nie ma tego klimatu? To nadal starzy znajomi i sprawdzone elementy wracają. Spuszczanie łomotu Rzymianom przy pomocy magicznego napoju? Jest. Kłótnia między kowalem (Automatix) a handlarzem ryb (Ihigienix) o jakość ryb? Jest. Julek Cezar i legioniści dostający wpierdziel? W poprzedniej części było ich o wiele więcej, ale ten fragment nadal bawi. Piraci, których łajba zawsze tonie? Są. Czyli wszystko gra? No, nie do końca.

magiczny napoj2

Sama intryga wydaje się dość niespiesznie poprowadzona, ale w drugim akcie troszkę brakowało mi kopa, zaś nadmiar potencjalnych wątków nie zostanie rozwinięty. Bo jest bardzo młody i uzdolniony druid, który jest troszkę za bardzo skupiony na sobie, bardzo uzdolniona dziewczynka z wioski, co ma potencjał na druida, wreszcie Sulfurix, pragnący zemsty na druidach oraz Panoramixie (swoim dawnym przyjacielu). Tu wszystko w tym metrażu wydaje się dorzucone i takie wręcz ciasne w ciągu tej półtorej godziny, zaś parę wydarzeń sprawia wrażenie niezrozumiałych (odłączenie się Asterixa od grupy, dość szybkie eliminowanie Obelixa z gry czy pozostawienie wioski pod opieką Kakofonixa). Sytuację ratuje za to bardzo satysfakcjonujący oraz widowiskowy finał, dzięki któremu „You Spin Me Round” zespołu Dead or Alive nie będzie już brzmieć tak samo. Plus jeszcze humor, co jest także zasługą polskiego tłumaczenia oraz spotykanych druidów (Selfix, Netflix, nawet Jezus zwany tu Człowiekiem-Piekarnią).

magiczny napoj3

By jeszcze uatrakcyjnić całość wiele scen jest zrobionych w innej formie (ręcznie rysowana kreska podczas historii o Panoramixie oraz Sulferixie czy mapa Galii niczym z Indiany Jonesa), zaś animacja trzyma poziom poprzednika, a nawet miejscami jest lepsza, bardzo szczegółowa. To bardzo ładnie wygląda, a w tle jest bardzo klimatyczna muzyka oraz parę szalonych pomysłów.

magiczny napoj4

Zdecydowanie mocną zaletą jest polski dubbing, choć nie powracają wszyscy aktorzy z „Osiedla bogów” (m.in. nie ma Piotra Fronczewskiego i Arkadiusza Jakubika). Asterixem znowu jest Wojciech Mecwaldowski i coraz lepiej sobie radzi z tą rolą. Nadal jest dość rozsądnym gościem, chociaż łatwo puszczają mu nerwy. Za to do roli Obelixa powrócił Wiktor Zborowski, potwierdzając wielką klasę, tak samo Miłogost Reczek jako Panoramix, choć na początku troszkę gryzł mi się ten głos. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie… Kuba Wojewódzki w roli głównego antagonisty. Sulfurix z jego niskim, głębokim głosem budzi respekt, bez popadania w karykaturę. Zaś drugi plan zdominował duet Automatix/Ihigienix (Piotr Bąk i Jarosław Boberek), docinając sobie i nawet próbując stworzyć własny magiczny napój – szczególnie ten drugi.

„Tajemnica magicznego wywaru” nie zrobiły tak mocnego wrażenia jak „Osiedle bogów” (dzisiaj oceniłbym wyżej niż teraz), ale to nadal ten fajny, zabawny, a jednocześnie mądry film dla młodego widza. Pod płaszczykiem bijatyki i żartów dotyka kwestii dość poważnych (zderzenia tradycji z nowoczesnością, wierności zasadom czy wyrywania się ze schematów), o jakich by się nie podejrzewano dzielnych Galów.

7/10

Radosław Ostrowski

Ogród rodzinny. Dezerter

Rok 1948, powoli w Czechosłowacji zaczynają instalować się komuniści. A jak radzą sobie bohaterowie „Ogrodu rodzinnego”? Odnalazł się w końcu zaginiony Otta, tylko że twarz ma dość zmasakrowaną i wraca do swojego salonu fryzjerskiego. Vilma z Jindrichem oczekują kolejnego dziecka, a mężczyzna pracujący w kontroli lotów ma problemy z powodu antykomunistycznego nastawienia. Jako taka trzyma się właściciel szklarni Milos, który dzięki wsparciu rodziny jest w stanie prowadzić swój interes. Kto jednak stanie się tytułowym dezerterem?

ogrod_rodzinny_21

Jan Hrebejk ze scenarzystą Petrem Jarchovskim wracają do naszej rodziny i tym razem przygląda się, jak poszczególni bohaterowie odnajdują się w nowej rzeczywistości. „Dezerter” stylistycznie kontynuuje ścieżkę obraną przez pierwszy film. Nadal wrażenie robi warstwa wizualna (salon i szklarnia wygląda świetnie), stylizowane zdjęcia oraz powolna, spokojna narracja. Ale coraz więcej tutaj widać mroku oraz wpływu polityki. Naklejane plakaty, namawiające do głosowania na komunistów, cieć będący komunistą (mocna scena, gdy Jindrich ostro wykłada mu swoje przekonania), zmiana władzy w salonie – tutaj widać, jak mechanizmy historii mają wpływ na naszych bohaterów. Jednak Hrebejk skupia się przede wszystkim na Otcie, który najciężej znosi wszelkie perturbacje, za które będzie musiał zapłacić. Więcej wam z fabuły nie zdradzę, ale będzie parę niespodzianek, nie zabraknie odrobiny humoru (wizyta radzieckich towarzyszy oraz psikus dokonany przez Karlika – śmiech i przerażenie idą tu ręka w rękę) oraz miejscami gorzkich obserwacji.

ogrod_rodzinny_22

Hrebejk tutaj zyskuje na polu obyczajowym, co najbardziej widać w rodzinie Jindricha. Żona wydaje się niby ugodowa, może bardziej dyplomatką, ale mężczyzna nie tylko może odpędzać swoją niezłomną postawą, która przynosi tylko więcej komplikacji. Ale jego podejście do córki jest dość oschłe, co może wynikać z długiej nieobecności, ale także z silnego pragnienia syna. Także podziały polityczne bywają mocne, co doprowadza do pewnej nieufności, nawet nienawiści (spięcie między Karelem a Jindrichem zakończone dość bolesną puentą). Nie mniej reżyser próbuje zrozumieć swoich bohaterów, nawet jeśli dokonują niezrozumiałych dla nas decyzji.

ogrod_rodzinny_23

Tak jak poprzednia część, to był popis Anny Geislerovej (tutaj też obecnej na drugim planie), tak ta należy w całości do Jiriego Machaczka. Aktor bardzo dobrze pokazuje zmieniający się charakter Otty – od bardzo serdecznego, niemal króla życia aż po niemal wrak człowieka, coraz bardziej pozbawionym ducha, charakteru, chęci do czegokolwiek. Pozostali aktorzy nadal prezentują się bardzo dobrze (szczególnie Martin Finger, David Novotny oraz Sabina Remundowa), podtrzymując poziom poprzednika.

„Dezerter” to zdecydowanie mocniejszy i poważniejszy film od poprzednika, gdzie Hrebejk wprowadza wiele mroku. Historia i polityka coraz mocniej wchodzą z butami, ale nadal reżyser troszkę wprowadza humoru. Niemniej wydźwięk całości jest bardzo dramatyczny, co potrafi parę razy uderzyć. Jaki będzie ciąg dalszy? Przekonamy się wkrótce.

8/10

Radosław Ostrowski

Ant-Man i Osa

Pamiętacie Scotta Langa? Ten drobny złodziejaszek, który potrafi się pomniejszać oraz nawiązywać kontakt z owadami i mrówkami, ostatnio wpakował się w tarapaty. Po akcji na lotnisku (trzeci „Kapitan Ameryka”) otrzymał areszt domowy i stracił kontakt z wynalazcą Hankiem Pymem. Ale w zamian za to poprawił swoje relacje z byłą żoną oraz córką, a także z kumplami założył firmę specjalizującą się w zabezpieczeniach. Samego aresztu zostało mu raptem trzy dni i wygląda na to, że wszystko jest ku prostej drodze. Brzmi pięknie? Jednak dość szybko zostaje wywrócone do góry nogami przez Pyma oraz maszynę do przechodzenia w wymiar kwantowy.

antman22

Pierwszy „Ant-Man” był pozytywnie zaskakującą, lekką rozrywką ubraną w konwencję heist movie, dodając sporo świeżości do MCU. Wróciła ta sama ekipa realizacyjna, zaś cała intryga tutaj skupia się wokół odnalezienia żony Hanka, która ugrzęzła w wymiarze kwantowym. Problem w tym, że jest jeszcze przynajmniej jeszcze dwie strony, którym bardzo zależy na tym wynalazku. Cała historia zaczyna się gmatwać, a nawet pojawiają się mroczniejsze fragmenty związane z przeszłością Pyma. Akcja zaczyna się coraz bardziej komplikować, akcja zaczyna pędzić na złamanie karku i potrafi to sprawić masę frajdy. Znowu błyszczą wszelkie momenty, gdzie wszelkie pomniejszenia oraz powiększania postaci, przedmiotów oraz obecności mrówek (w tym niezapomniany Antonio Banderas). No i każde wejście Luisa to komediowa perełka – szczególnie scena z serum prawdy.

antman21

Sam wątek wymiaru kwantowego oraz jego funkcjonowania dodaje wartości, a sam wygląd jest imponujący. Pamiętacie wymiar astralny z „Doctora Strange’a”? To jest jeszcze bardziej podkręcone, barwne, ale i niebezpieczne miejsce, z którego samodzielny powrót (bez odpowiedniego sprzętu) jest praktycznie niemożliwy. No i jak to wali po oczach – narkotyki nie są w stanie dać takich wizji jak twórcy efektów specjalnych.

Ale mimo prób coraz bardziej uatrakcyjniania fabuły oraz ciągłego dziania się, coś się popsuło. Nie zrozumcie mnie źle, bawiłem się naprawdę dobrze i kilka zabawnych sytuacji naprawdę było w punkt. Niemniej czułem pewien niedosyt, a sam Człowiek-Mrówa zostaje zepchnięty na drugi plan do roli śmieszka. Z nowych postaci tylko Duch wydaje się intrygującą postacią. To nie jest klasyczny łotr, chcący rozpierdolić cały świat albo jest zły, bo tak. Złamana postać z bardzo mrocznym tłem, który wywołuje współczucie, co jest największą zaletą. Tak jak scena po napisach, która zmienia totalnie sytuację naszego bohatera.

antman23

Aktorsko nadal wszystko trzyma poziom. Paul Rudd ciągle sprawdza się w roli Scotta „Ant-Mana” Langa, czyli drobnego złodziejaszka z dobrym sercem oraz troszkę komediowego herosa (ten ciągle popsuty kombinezon). Nie da się go nie lubić, nawet jeśli miejscami zachowuje się niedojrzale. Pazurki za to bardziej pokazuje Evangeline Lilly, która ma kilka świetnie wykonanych scen akcji (no i jej kombinezon robi cuda). Twarda zawodniczka, sama dające sobie radę oraz kopiąca tyłki facetom – jak jej nie kochać? 😉 Ale film i tak kradnie Michael Pena (Luis), dodając masę humoru, lekkości oraz świetnych tekstów. Z nowych postaci świetnie wypada Hannah John-Kamen w roli Ducha (Ava), a także Laurence Fishburne jako dawny partner Pyma.

Powiem wam szczerze, że drugi Ant-Man nadal potrafi dostarczyć lekkiej, niezobowiązującej rozrywki w świecie Marvela. Nie mogę pozbyć się jednak wrażenia, że zamiast na bohaterach skupiono się bardziej na akcji (przyznaje, że kreatywnej) i troszkę mniej świeżości tu jest. Jednak finał potrafi chwycić i zadaje pytanie: co dalej?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Avengers: Wojna bez granic

Na ten film wszyscy fani komiksów oraz Kinowego Uniwersum Marvela. Nie powiem, że ja też na ten film czekałem. Bardzo polubiłem te postacie przez te 10 lat – to od groma czasu, który naprawdę wystarczy. No i wszyscy Avengersi musieli się zmierzyć z największym zagrożenie w historii, czyli Thanosa. Problem w tym, że grupa Obrońców rozpadła się: Stark i Rogers mocno się posprzeczali (trzecia część „Kapitana Ameryki”), Ant-Man i Hawkeye są w areszcie domowym, a reszta herosów jest rozproszona. Czy w ogóle nasi herosi mają szansę na zwycięstwo?

avengers_33

Bracia Russo już od samego początku zapowiadają, że będzie to zupełnie inne kino. Najpierw mamy radiowy komunikat, wołanie o pomoc oraz dosłownie masę trupów dookoła. To statek Thora, a Thanosa nie jest w stanie pokonać nawet Hulk (tak mocno oberwał, że nie pojawia się potem w ogóle). Powoli jednak nasi bohaterowie, czyli wszyscy uczestnicy filmów Marvela, otrzymują info o nim i próbują w każdy możliwy sposób powstrzymać to, co wydaje się nieuniknione. Oczywiście, ze wszystko polane jest szeroko pojęta rozpierduchą oraz kolejnymi próbami zdobycia kolejnych Kamieni Nieskończoności. Jednocześnie twórcy próbują (z powodzeniem) zbudować przeszłość związaną z Thanosem, a akcja przeskakuje z miejsca na miejsce. Mimo pozornego chaosu, cała historia wydaje się bardzo klarowna i jasno przedstawiona. Kilka postaci także zostaje pogłębionych jak Thor, który już nie ma niczego do stracenia czy Star-Lord, który musi dokonać bardzo dramatycznego wyboru. Rozbicie grupy na niejako mniejsze drużyny daje zaskakujące połączenia. Świetnie wypada relacja Thora z Rocketem oraz Starka z Parkerem, a także spięcia między tym pierwszym a dr Stange’m (natężenie ego przekracza dopuszczalne normy).

avengers_31

Realizacyjnie film wygląda olśniewająco (kręcony kamerami IMAX), bo jesteśmy w różnych częściach kosmosu. Wracamy też na stare rewiry, czyli Wakanda, siedziba Starka, nowojorskie Sanktuarium czy Knowhere (siedziba Kolekcjonera), ale są też równie interesujące miejscówki jak choćby kosmiczna kuźnia czy opustoszała, wyniszczona planeta Titan. To wszystko wygląda naprawdę okazale i nie miałem kompletnie poczucia sztuczności. Nie brakuje odrobinki humoru (na szczęście, nie zmienia całego filmu w komedię), zaś stawka gry czuć aż do finału. Także efekty specjalne trzymają swój wysoki poziom, wprawiając w zachwyt.

avengers_32

Aktorsko poziom został utrzymany, zaś sprawdzeni aktorzy już tak się zżyli ze swoimi postaciami, iż trudno mi sobie wyobrazić kogokolwiek innego. Najbardziej z tego grona wybija się Chris Hemsworth, którego Thor staje się zdesperowanym mścicielem, nie mającego już absolutnie nic do stracenia. Podobnie wyróżnia się Benedict Cumberbatch oraz Tom Holland, dodający odrobinę lekkości w historii. Z nowych znajomych nie można zapomnieć o Peterze Dinklage’u jako kowalu Eitrim (jakoś większy się zrobił). No i jeszcze jest Thanos, czyli Josh „Cable” Brolin. Na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo dużym osiłkiem, który mógłby samymi pięściami rozwalić cały Wszechświat i wierzy w słuszność swoich działań. Zaś motywacja stojąca za jego czynami z jednej strony budzi przerażenie, ale z drugiej jego pobudki oraz przeszłość bohatera potrafią budzić współczucie.

„Wojna bez granic” zamyka trzecią fazę Kinowego Uniwersum Marvela z poważnym hukiem. Zamiast zwycięstwa mamy gorycz oraz strasznie brutalne żniwo i jedno pytanie: jak to wszystko odkręcić? A po napisach końcowych cisza i niedowierzanie pozostają na długo. Przynajmniej u mnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Predator

Kto nie pamięta Predatora? Ten kosmiczny przybysz, specjalizujący się w polowaniu, mordowaniu istot, którym wyrywa kręgosłupy. No i jest ostrym, bezwzględnym sukinsynem. Pierwsza część zrobiona przez Johna McTiernana to otoczony wielkim kultem klasyk, będący mieszanką kina akcji z horrorem SF. Potem kolejne części mocno osłabiły całą serię, która jest już dawno zaorana, pozamiatana i niemal uznana za martwą. Teraz postanowił do niej wrócić Shane Black – ceniony (przynajmniej przeze mnie) scenarzysta i reżyser, który grał w pierwszym „Predatorze” jako Hawkins. No i zginął pierwszy. Teraz przyszedł czas zapłaty. 🙂

Ku mojemu zdumieniu, nowy film Blacka to… sequel franczyzy, mocno czerpiący z poprzednich części. Naszym głównym herosem jest Quinn McKenna – snajper, który wyrusza do Meksyku z zadaniem odbicia zakładników z ręki kartelu narkotykowego. Jednak cały plan idzie w pizdu, gdyż wkrótce rozbija się statek kosmiczny. Mężczyzna odnajduje troszkę sprzętu niejakiego Predatora i decyduje się wysłać te cacka jako paczkę do swojej rodziny (żona oraz syn z autyzmem), z którą jest w separacji. Na jego nieszczęście syn uruchamia i zaczyna bawić się tym, doprowadzając do pojawienia się kolejnego Predzia, który wziął więcej koksu niż wszyscy przypakowani twardziele kina akcji razem wzięci. To oznacza jedno: wielkie kłopoty.

predator_20181

Szczerze mówiąc, nikt nie był pewny, co z tym wszystkim można jeszcze zrobić. A reżyser postanowił się troszkę tym uniwersum pobawić. Mamy tu klasyczne elementy franczyzy z różnych części. Jest obowiązkowy Predator, czyli kosmiczny bydlak z wypasionym sprzętem zdolnym do mordowania i likwidowania swoich przeciwników, że głowa mała. I ten design nadal się świetnie trzyma, chociaż – spojler – Predzio dość szybko ginie, przez jeszcze bardziej przykokszonego SuperDuperPredatora. Jest tej tajny agent oraz spore laboratorium, badające technologię kosmicznego łowcy, gdzie dołącza pani biolog. No i jeszcze przypadkowo zbieranina wojaków z lekko odchyloną psychiką pod wodzą Quinna. Do tego jeszcze zostaje wplątany syn żołnierza, który ma spektrum autyzmu (co jak się okaże, jest dość istotne dla intrygi) i mamy dość spory bigos, w którym ciężko się połapać.

predator_20182

Zresztą sam Black komplikuje wszystko zmieniając wiele niemal kanonicznych kwestii (motywacje Predatorów) oraz robiąc z tego… komedię polaną sosem z horroru akcji. Reżyser znany był z tworzenia opowieści pełnych czarnego humoru, jednak tutaj wszystko jest obrane w żart. O ile jeszcze w przypadku naszej wariackiej ekipy, byłbym w stanie to zrozumieć, bo to wariaci, czubki i świry. Ale w przypadku głównego ludzkiego antagonisty, który podchodzi do sprawy zbyt luzacko, jest to niedopuszczalne. Przez to pajacowanie i śmichy hihy kompletnie nie czuć napięcia, a postacie praktycznie mnie nie obchodziły. Oprócz tego, że są bardzo słabo zarysowane (troszkę wojacy są pogłębieni, ale bez przesady), to ich ewolucja bywa wręcz niewiarygodna (pani biolog z wystraszonej kobiety zmienia się w twardego niczym Rambo superstrzelca – jak wiadomo na lekcjach biologii strzelanie to podstawa). Bzdura pogania tutaj bzdurę, akcja zasuwa jak szalona, zaś sens i logika postanowiły zrobić sobie wolne.

predator_20183

Żeby jednak cesarzowi, co cesarskie, są pewnie plusy tego dzieła. Po pierwsze, Black fetyszyzuje tytułowego bohatera oraz jego ekwipunek. Po drugie, nie brakuje odniesień do klasycznego „Predatora” (włącznie z finałową konfrontacją w lesie), co może wywoływać sentyment fanów starego dzieła. Po trzecie, jest krwawo i brutalnie, a sama akcja wygląda naprawdę porządnie. Także jest chemia między naszą pokręconą ekipą żołdaków, która z każdą sekundą zaczyna nabierać kolorytów (najbardziej zapada w pamięć niejaki Nebraska „Gaylord” Williams oraz pokręcony duet Coyle-Baxley). I nawet ten humor miejscami potrafi trafić, dostarczając sporo śmiechu.

Ciężko mi ocenić to, co odpierdolił tutaj Shane Black. Z jednej strony potrafi dostarczyć odmóżdżającej rozrywki, ale z drugiej to nie takiego „Predatora” się spodziewałem. Niby jest krwawo i brutalnie, ale zbyt śmiesznie i niepoważnie, przez co nie czuć napięcia ani zagrożenia. Dobrze się to ogląda, jednak nie jest to tak fajny film, jaki mógłby powstać. Mimo niezłej oceny, to jeden z największych rozczarowań tego roku.

6/10

Radosław Ostrowski

Bez litości II

Pamiętacie Roberta McCalla? Niby zwykły, szary człowiek – kulturalny, życzliwy dżentelmen, który ma jedną poważną wadę: gdy słyszy, że coś jest nie tak, reaguje. A że posiada taki zestaw umiejętności, jakich Liam Neeson nigdy się nie nauczy, tym bardziej musisz na niego uważać. Przeniósł się z Nowego Jorku do Bostonu, gdzie wozi gości limuzyną. Poza tym nadal zajmuje się tym, co najlepsze: wyrównuje rachunki ze światem. Jednak tym razem sprawa będzie bardzo osobista, gdyż zostaje zamordowana jego najlepsza przyjaciółka z Agencji.

bez_litosci_21

Denzel Washington i Antoine Fuqua postanowili zrobić coś, czego nigdy nie zrobili: zrealizować sequel, co mnie nie dziwi. Robert McCall to postać, która jest niemal żywcem wzięta z jakiegoś klasycznego kina akcji: twardy kręgosłup moralny połączony z ostrymi metodami eksterminacji oraz chęcią niesienia pomocy. Nie dla sławy, chwały czy kasy, ale dlatego, że… tak trzeba. Samotny mściciel? Bliżej mu do westernowego przybysza znikąd, który pojawia się, robi swoje i znika. Nie stosuje pięści i gnatów po to, by siać śmierć i spustoszenie, a przed śmiercią daje szansę; szansę na naprostowanie sprawy. Jeśli postąpisz słusznie, to się więcej nie spotkamy i przeżyjesz; jeśli nie, to też się więcej nie zobaczycie, bo trafisz do krainy wiecznych łowów.

bez_litosci21

Reżyser powtarza pewne rzeczy z poprzedniej części, które nie koniecznie się sprawdzały. Jest tu wiele wątków pobocznych, stanowiących pewien pretekst do pokazania McCalla w akcji – sam początek w pociągu do Turcji, by odbić porwane dziecko przez ojca, wymierzenie sprawiedliwości dzieciakom z wyższych sfer za potraktowanie kobiety. Jest jeszcze pewien młody chłopak ze zdolnościami plastycznymi, co w jego otoczeniu niekoniecznie jest mile widziane. Ten drugi plan bardzo mocno odwraca uwagę od głównej intrygi, która jest – niestety – strasznie przewidywalna. Dość łatwo się domyślić, kto pociąga tutaj za sznurki, zaś motywacja oraz brak charyzmy przeciwników jest mocno widoczny.

Film zaczyna się z mocnego C, same sceny akcji są nadal świetnie zrobione w niemal „sherlockowym” stylu z filmów Guya Ritchie. Jest krwawo, brutalnie z dość niestandardowymi narzędziami zagłady w postaci… karty kredytowej. Wtedy jest adrenalina waląca w łeb, świetny montaż oraz tempo, które coraz bardziej traci na sile. Jest jeszcze świetna scena rekonstrukcji zbrodni czy finałowa konfrontacja w opuszczonym mieście podczas burzy (jedynie walka z głównym złem angażuje, bo całą reszta dla McCalla nie stanowi żadnego zagrożenia), ale to troszkę za mało, by dorównać pierwszej części.

bez_litosci31

Denzel Washington świetnym aktorem jest i choć niczym tutaj nie zaskakuje, nadal ogląda się go z przyjemnością. Nie tylko w mocnych scenach akcji, gdzie pokazuje swoje umiejętności w zmniejszaniu populacji, ale w zwykłych rozmowach, spojrzeniu – on nic nie musi robić, by wyglądać groźnie. Wystarczy, że jest. Wraca też Melissa Leo (Susan) oraz Bill Pullman (Brian), nadal stanowiąc solidne tło. Najlepiej prezentuje się tutaj Ashton Sanders w roli Milesa, który staje się dla McCalla kimś w rodzaju syna, próbując pokazać mu inne życiowe drogi niż członkostwo w gangu. Szkoda tylko, że główny złol jest niezbyt ciekawą postacią, którą bardzo łatwo rozgryźć.

Czy „Bez litości II” to sequel niepotrzebny? Troszkę tak, bo w zasadzie robi to samo, co poprzednik, tylko bez tego zaangażowania oraz jest bardziej „rozmemłany”. Jako jednorazowa rozrywka sprawdzi się dobrze, ale nic ponad to.

5,5/10 

Radosław Ostrowski