Ukryty

Film zaczyna się dość normalnie – mężczyzna dokonuje napadu na bank, zabijając ludzi i kradnie czerwone ferrari w Los Angeles. Zostaje ciężko raniony podczas policyjnej obławy. Detektyw Tom Beck wydaje się zadowolony z takiego obrotu sprawy. Jednak podejrzany umiera, a ktoś inny znowu zaczyna siać terror w mieście. Dodatkowo Beckowi zostaje przydzielony tajemniczy agent FBI, Lloyd Gallagher.

ukryty1

Film Jack Shouldera z 1987 roku wygląda i brzmi znajomo. Wydaje się być kolażem zgranych i ogranych motywów z kina SF – inwazja kosmity na Ziemię (a konkretniej na Amerykę), próba powstrzymania go za pomocą nietypowej broni, przemoc i jatka. Gra jednak idzie o mniejszą stawkę – obcy nie planuje podboju, zgarnięcia surowców czy uczynienia ludzi swoimi niewolnikami. To łobuziak, który chce zabawić się, a gdy jego ciało już nie nadaje się za bardzo do użycia, wtedy wchodzi w skórę człowieka (scena wejścia kosmity z człowieka na człowieka jest naprawdę obrzydliwa) i dalej szaleje. Film ma niezłe tempo (strzelanin i pościgów jest tutaj sporo), ale archaiczne efekty specjalne oraz dość przewidywalny przebieg fabuły oraz dość szybkie odkrycie kart (łatwo domyślamy się schematu, a agent Gallagher skrywa tajemnicę) mogą przeszkadzać. Same sceny akcji są zrobione porządnie, okraszone rockową muzyką i napięcie sięga czasami zenitu (scena strzelaniny na posterunku) doprowadzając do oczywistego, ale przyjemnego finału.

ukryty2

„Ukryty” zapowiada „Gatunek” (scena śmierci podczas stosunku seksualnego) i inne filmy SF, ale też czuć wejście „Miasteczka Twin Peaks”. Nieprzypadkowo Lloyda Gallaghera gra Kyle MacLachlan, który za 3 lata zostanie agentem Dalem Cooperem. Jest pewne podobieństwo w tych postaciach: ekscentryczność, posiadana tajemniczą wiedzę, zrozumiałą tylko dla niego. Brakuje tylko, by pojawiła się jakaś sowa i zaczął chwalić kawę. Jednak Gallagher ma pewną głęboko skrytą tajemnicę, która będzie musiała się odezwać. Niezgorszy jest  Michael Nouri, który tylko pozornie wydaje się typowym gliniarzem jakim jest Tom Beck. Powoli między bohaterami rodzi się przyjaźń i lojalność. Drugi plan jest dość wyrazisty, co jest zasługą nie tylko Złego oraz jego wejść.

ukryty3

Mimo lat, film Shouldera jest całkiem przyzwoitą robotą, która potrafi całkiem nieźle zabawić. Czuć tutaj estetykę 80., a kilka scen mocno zapadnie w pamięć. Niby nic nowego, ale zgrabnie jest poukładane.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Avengers: Czas Ultrona

Jak pamiętamy z poprzedniej części, Avengers to grupa superherosów, którzy pilnują porządku na Ziemi i walczą o pokój. Kapitan Ameryka, Iron Man, Hulk, Thor, Czarna Wdowa i Sokole Oko nie mają jednak chwili odpoczynku, gdyż walczą z odwiecznym wrogiem TARCZY – Hydrą, odbijając laskę Lokiego. Stark bada urządzenie i wykorzystuje do stworzenia Ultrona – sztucznej inteligencji, która pomagałby im. Że nie będzie to dobry pomysł, Avengersi przekonują się dość szybko.

avengers21

Na ten film fani Marvela czekali ogromnie, bo zebranie w jednym filmie wszystkich superherosów zawsze jest świetne. Poza tym, kto nie lubi rozpierduchy? Joss Whedon, który pokazał pierwszą część „Avengersów” dba o to, żebyśmy się nie nudzili. Wszystkiego jest więcej – więcej rozpierduchy, ironicznych i zabawnych dialogów, większe scalenie ze światem Marvela (masa bohaterów pobocznych z poprzednich filmów). Jednak Whedon poza tym próbuje zaserwować ważkie i poważne pytania dotyczące odpowiedzialności oraz tego, jak w imię dobra dokonuje się zła. Głos ten należy do nowych łotrów do pokonania, a mianowicie Ultrona – sztucznej inteligencji, która rozwinęła się do tego stopnia, że uznaje Avengersów za zło i jedyną nadzieją dla ludzkości jest jej… śmierć. W realizacji (nieświadomie) pomagają bliźniacy Maximoff, a wplecenie tych bohaterów oraz taka refleksja w – bądź co bądź – rozrywkowym filmie zaskakuje. Jednak mimo widowiskowości (starcia nadal mają pomysłową choreografię, a między bohaterami jest silna chemia), miałem wrażenie przesytu oraz znużenia całością. Wszystko już w zasadzie było, chociaż poziom realizacji nadal jest wysoki, a finał w Sokowii potrafi trzymać za gardło (ratowanie cywili jest kluczowym fragmentem).

avengers23

Nadal jest to świetna rozrywka także pod względem aktorskim – ekipa w składzie Downey Jr./Hemsworth/Evans/Ruffalo robią szoł, kradnąc sceny reszcie. Plusem jest to, ze więcej czasu dostali, troszkę pominięci w poprzedniej części Scarlett Johansson (Czarna Wdowa) i Jeremy Renner (Sokole Oko). O ile łucznik jest spoko facetem, któremu w krytycznym momencie udaje się scalić ekipę posiadających megamoce kompanów, przy których sprawia wrażenie przypadkowego wojaka, o tyle w przypadku Wdowy twórcy zachowali się bardzo nie fair. Twardą laskę zmiękczyli (chociaż dzięki temu dowiadujemy się troszkę więcej o przeszłości) i na silę próbują rzucić ją w ramiona Hulka. To kiepski pomysł jest i mam nadzieję, że zostanie porzucony w następnych częściach. Za to nowi antagoniści to duży plus.

avengers22

O Ultronie już mówiłem, a głos Jamesa Spadera idealnie pasuje do dobrze napisanego bohatera. Także bliźniacy Romanoff są wyrazistymi mścicielami, posiadającymi swoje moce wskutek eksperymentów genetycznych – Pietro „Quicksilver” (niezły Aaron Taylor-Johnson, chociaż wolę łobuzerskiego Evana Petersa z najnowszych „X-Menów”) zasuwający z prędkością światła oraz Wanda „Szkarłatna Wiedźma” (świetna Elisabeth Olsen) manipulująca umysłami. Dawno nie było w tym uniwersum tak wyrazistych czarnych charakterów.

avengers24

 

Powiem tak: po obejrzeniu najnowszego „Mad Maxa” każdy blockbuster będzie wyglądał cienko. Druga część „Avengerów” nie jest w stanie mu dorównać, tak jak pierwszej części. Niemniej jest to nadal dobre kino rozrywkowe, które jest w stanie zagwarantować frajdę osobom w wieku od lat 5 do 105.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Droga

Czas postapokalipsy, jednak nie zobaczymy tutaj ruin miasta ani genezy całej sytuacji. mamy przed sobą dwójkę ludzi, podróżujących na wybrzeże. To ojciec i syn, szukający jedzenia i próbujący przetrwać w tym nieludzkim czasie. Mają ze sobą wózek, gdzie trzymają wszystkie rzeczy oraz pistolet z dwoma nabojami.

droga1

Film John Hillocata pozornie opowiada historie znaną, pokazujący rozpad dawnego świata oraz człowieka desperacko walczącego o przetrwanie. Świat jest tutaj mroczny i ponury – dosłownie. Słońca nie ma od dawna, śnieg, deszcz, błoto – od lat już nie ma upraw, drzewa zaczyna same odrywają się od ziemi, a ludzie przerzucili się na kanibalizm. Społeczeństwo, prawo, cywilizacja rozpadły się jak domek z kart. Każdy tutaj dba o siebie, a sugestywne zdjęcia potęgują klimat beznadziei, bezsilności. I jak w tym brutalnym świecie można pozostać człowiekiem? Hillcoat stawia trudne pytania i masa obrazów zostaje w pamięci – odnalezienie ludzi zamkniętych w piwnicy, opadłe drzewa na wodzie czy kradzież wózka. To wszystko trzyma mocno za gardło aż do dramatycznego finału, który daje niewielką nadzieję, że jeszcze jest światło w tym mroku. Ale to wymaga otworzenia się i zaufania innym ludziom. Kolor pojawia się jedynie w retrospekcjach, z czasów przed zagładą.

droga2

Pomaga w tym świetne aktorstwo Viggo Mortensena (ojciec) oraz Kodiego Smith-McPhee (syn), ciągnących ten film na swoich barkach. Mają tylko siebie, starają się zachować i przetrwać w tych czasach. Ten pierwszy ma desperację w oczach, jest podejrzliwy i nieufny, w przeciwieństwie do syna – młodego, wystraszonego i przedwcześnie uczącego się życia, a chemia między nimi jest jedynym napędem ich działań. Poza nimi trudno zapomnieć epizodów Charlize Theron (pojawiająca się w retrospekcjach żona), Roberta Duvalla (starzec) i Guya Pearce’a (weteran).

droga3

„Droga” jest piorunującym, smutnym, niemal depresyjnym film post-apokaliptycznym. Brak efektów specjalnych, oszczędność dialogów i świetne aktorstwo sprawiają, że zostaje on w pamięci na długo. Wędrówka niełatwa, pełna niebezpieczeństw oraz innych ludzi, którzy bywają zwierzętami.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Miasteczko Wayward Pines – seria 1

UWAGA
Tekst może zawierać spojlery. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Zaczyna się to wszystko dziwacznie. Budzi się mężczyzna – w lesie, kompletnej obcej okolicy. Nie pamięta kim jest, ani jak tu trafił. Po kilkudziesięciu krokach trafia do miasteczka, w kawiarni trafi przytomność. Trafia do szpitala i odzyskuje powoli pamięć – nazywa się Ethan Burke, jest agentem Secret Service i przybył do miasteczka, by odnaleźć dwójkę zaginionych kolegów po fachu. Miasteczko nazywa się Wayward Pines i wydaje się przyjazne, gdzie ludzie są uśmiechnięci, życzliwi i otwarci. Jednak coś jest nie tak – okolica jest otoczona murem pod napięciem, samochodów praktycznie nie ma i nie można się nigdzie dodzwonić (żona, syn i szef się martwią).

wayward_pines1

Już przed premierą produkcja Chada Hodge’a oparta na trylogii Blake’a Croucha’a porównywano do „Miasteczka Twin Peaks” i coś w tym jest. Tajemnica, niepokojąca okolica, która skrywa swoją prawdziwą twarz. Jednak takie porównania i skojarzenia działają raczej na niekorzyść, bo klimatu produkcji Lyncha oraz Frosta podrobić się zwyczajnie nie da. Początek mocno rozczarowuje, bo dość szybko orientujemy się, że rzeczywistość miasteczka nie jest efektem choroby psychicznej Burke’a (co zostaje nam lekko zasugerowane na początku, ale twórcy porzucają ten pomysł) i szybko zdradzają pewne elementy układanki. Kamery, mikrofony, chipy zamontowane w nogach, mur, fałszywe banknoty oraz reguły panujące w tym raju na Ziemi. Nie próbuj uciec. Nie rozmawiaj o przeszłości. Zawsze odbieraj telefon, gdy dzwoni. Cena za to jest śmierć.

wayward_pines2

Całość od strony produkcji pilotuje M. Night Shyamalan, który – delikatnie mówiąc – lata świetności ma już dawno za sobą. „Wayward Pines” to dla niego szansa naprawy swojej reputacji oraz pokazania, że jeszcze się nie wypalił. Jak wspominałem początek rozczarowywał, bo łatwo rozgryzłem, że coś tu jest nie tak. Wolne tempo, dość niezdarnie (do odcinka 3 i 4) prowadzona fabuła nie wróżyły niczego dobrego. Już miałem skreślić „Wayward Pines” aż pojawił się odcinek piaty, gdzie zostaje rozwiązana główna tajemnica. I kompletnie zbaraniałem – więzienie jakim wydawało się Wayward Pines okazało się jedynym azylem ocalałej ludzkości, która zmutowała się w paskudne stwory-kanibale zwane abikami. Od tego momentu wszystko nabrało tempa, intryga zazębiała się mieszając gatunki (akcja, thriller, horror, SF) i było wiele mocnych scen akcji. Napięcie wisiało w powietrzu, pojawiło się kilka wolt zmieniających podejście do całości, włączając wątek indoktrynacji dzieci oraz kultu jednostki – założyciela miasta Davida Pilchera, traktowanego niemal jak Bóg. Wrażenie to zostało spotęgowane przez gorzki finał. Szkoda, że nie powstanie druga seria, bo zaciekawiło mnie jak Ben Burke odnalazłby się w tym niebezpiecznym środowisku.

wayward_pines3

Aktorzy mieli niełatwe zadanie, gdyż postacie (w większości) nie są zbyt wyraźnie zarysowane. Ale udaje się im zbudować role z krwi i kości, chociaż nie wszyscy dostali tyle czasu antenowego, by wykorzystać w pełni swój potencjał. Dotyczy to ról Juliette Lewis (kelnerka Beverly, pragnąca uciec z miasteczka) i Terrence’a Howarda (arogancki, uparty i bezwzględny szeryf Pope), którzy dość szybko opuszczają ten świat. Bardzo dobrze prezentuje się Matt Dillon jako Ethan Burke. Prawy i uczciwy glina, próbujący odnaleźć się w nowej rzeczywistości, skrywający strach w spojrzeniu. Potem zostaje nowym szeryfem miasteczka, ale nie daje sobą pomiatać. Jeszcze lepsza jest Melissa Leo (pielęgniarka Pam, który budzi porównywalny strach jak siostra Ratched) oraz Toby Jones (spokojny i opanowany psychiatra, dr Jenkins), który odgrywa tutaj kluczową rolę w historii.

wayward_pines4

Jedyna osoba z obsada, która wywoływała mocno zgrzyt to Shannyn Sossamon jako bezradna i wystraszona Theresa Burke – żona Ethana, ale to raczej wina scenarzystów niż jej gry aktorskiej.

wayward_pines5

Najbardziej mi szkoda, że nie będzie ciągu dalszego, a otwarty finał musi mi wystarczyć. Serial jest przykładem tezy, że jak coś się źle zaczyna, nie musi się źle kończyć. Dobra robota, panie Shyamalan i reszto ekipy.

7/10

Radosław Ostrowski

Mad Max: Na drodze gniewu

Max Rochatansky to legendarny bohater post-apokaliptycznych pustkowi. Został powołany do życia przez George’a Millera w 1979 roku i otrzymał twarz mało znanego wtedy aktora Mela Gibsona. Następne dwie części (zwłaszcza znakomity „Wojownik szos„) potwierdziły status kultowego herosa. Familijny „Mad Max pod Kopułą Gromu” nadszarpną tą reputację (przynajmniej w moich oczach). Wydawałoby się, że już na pustkowia nie wrócimy, bo niby po co i z kim? Aż tu nagle rozeszły się wieści, że Szalony Max powraca. Czy warto było czekać 30 lat?

mad_max4_1

Każdy fan serii wie, że Max Rochatansky to były gliniarz, którego rodzina została zamordowana przez gang. Od tamtej chwili porzuca swoją profesję i samotnie odmierza post-apokaliptyczny świat, gdzie rządzi silniejszy. A silniejszy jest ten, kto ma ropę i wodę. Tak jak Wieczny Joe, który w swojej Cytadeli trzyma tysiące niewolników oraz fanatyków (Wojennych Chłopców), którzy pójdą za nim w ogień. I tam trafia schwytany przez jego ludzi Max. Jednak ktoś z tego „Raju” chce uciec i to nie byle kto, bo prawa ręka Joe – Imperatorka Furiosa. Razem z ciężarówką pełną benzyny, zabiera ciężarne „żony” Joe, które służyły mu jako reproduktorki. W całą ta potyczkę zostaje wplątany Max.

mad_max4_2

Fabuła nie jest jakoś specjalnie skomplikowana (zresztą jak w klasycznej trylogii) i służy jako pretekst do pokazania wizji świata przyszłości, zdominowana przez pustynię i maszyny. Pojazdy są tu niemal czczone jak bogowie, kierownice prawie jak relikty, a silniejszy wygrywa. Całość to niemal niekończący się pościg, w którym gra wszystko. I jestem pod ogromnym wrażeniem zarówno rozmachu, z jakim są zainscenizowane poszczególne sceny akcji (kamera dosłownie jest wszędzie, gdzie się da, montaż pełen dynamiki i adrenaliny – takiego kopa nie miałem od czasu „Wyścigu”, a pościg w burzy piaskowej czy finałowa konfrontacja to są prawdziwe perły w koronie), jak wygląda świat (scenografia imponująca – pustkowie wygląda jak nieskończony ocean piachu) oraz kapitalny design pojazdów (m.in. potężny wóz z głośnikami oraz kolesiem z gitarą elektryczną, która bucha ogniem – co Miller brał w trakcie kręcenia tego filmu, nie ma pojęcia). To jest po prostu obłęd, dodatkowo genialnie sfotografowany (powracający z emerytury po pięciu latach John Seale, dokonuje prawdziwych cudów), gdzie każdy – od kaskaderów po gości od efektów specjalnych wykonuje kapitalną. Najbardziej klimatem przypomina „dwójkę”, gdzie Max bronił na pustyni rafinerii oraz konwoju z paliwem. Więcej wam nie zdradzę, bo dzieje się tu sporo.

mad_max4_3

Muszę przyznać, że na początku byłem zawiedziony nieobecnością Mela Gibsona w tej historii. Był on nierozerwalnie kojarzy z postacią Maxa, że każdy aktor (choćby nie wiem jakby się starał) wydawał się z góry skazany na przegraną. Sytuacji nie uspokoił fakt, że legenda będzie miała twarz Toma Hardy’ego. Ku mojemu zaskoczeniu aktor dał radę i bardzo dobrze odnalazł się w roli złamanego bohatera, prześladowanego przez demony przeszłości. Charczący głos, małomówność i strach w oczach dopełniają tego mrocznego portretu. Gdy trzeba kogoś ratować, Max dokonuje cudów i odnajduje się w swoim żywiole. Jednak ten film został „skradziony” przez genialną (inaczej to napiszę GENIALNĄ) Charlize Theron. Furiosa w jej wykonaniu to zbuntowana szefowa i twarda kobieta, walcząca o sprawę. I powiem tyle – tak ostrej laski nie widziałem od czasu… „Obcego”.  Czuć chemię między nią a Maxem, choć są zmuszeni do zawarcia porozumienia. Żadnego romansu miedzy nimi nie ma i nie będzie. Na szczęście.

mad_max4_4

Na chwilę obecną „Mad Max” to największy i najlepszy blockbuster AD 2015. Raczej nie zanosi się na to, by cokolwiek było w stanie ten film przebić (może nowe „Gwiezdne wojny”, ale gwarancji nie ma). Mówiąc krótko i brutalnie: nie ma tu czasu na pierdoły i zbędną gadaninę, to jedna, ciągła akcja z kilkoma momentami na złapanie oddechu. Jestem absolutnie przekonany, że będzie to też standard, jeśli chodzi o realizację scen pościgów samochodowych. Zobaczcie koniecznie i dajcie się zatracić tej wizji.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Czworo do pary

Ethan i Sophie są małżeństwem, które przeżywa kryzys. Spotykają się na sesjach terapeutycznych, jednak niewiele z tego wynika.  W końcu terapeuta, proponuje naszej parze pobyt w odludnym domku. Każda para po pobycie w tym domku wychodziła odmieniona – tak zapewnia terapeuta. Jednak takiej odmiany żadne z nich się nie spodziewało, gdyż w domku gościnnym dochodzi do dziwnych rzeczy.

czworo_do_pary4

Film niejakiego Charliego McDowella to pokręcona mieszanka komediodramatu, romansu i… SF. Twórcy chcą opowiedzieć o związku i podchodzą do tego w nietypowy sposób. Bywa troszkę zabawnie (pierwsze spotkanie w domku), ale dominuje tutaj uważna refleksja oraz psychologiczna wnikliwość, prawdopodobnie niemożliwa bez elementów nadprzyrodzonych. Trudno mi o tym opowiedzieć bez spojlerowania, ale fabuła jest dość dziwna i cała ta nadprzyrodzona otoczka wielu może odstraszyć, a nawet zniechęcić. Im uważniej jednak oglądamy, tym trafniej dostrzegamy i zastanawiałem się jak to możliwe, ze dwa tak różne charaktery potrafiły się zgrać zakochać i dopasować się. Innymi słowy jest to kolejne starcie rozwagi z romantyzmem – reżyser potrafi ograć schematy i zastanawia się tak jak Woody Allen o tym, dlaczego miłość gaśnie, ale brakuje tu odpowiedzi jak ją wzniecić. Im dalej tym ciekawiej, jednak całość zwyczajnie nie angażuje emocjonalnie. A zakończenie jest dość przewrotne i potrafi zaskoczyć.

czworo_do_pary1

Może i troszkę siada tempo, ale nie można zwalić niczego na aktorów, którzy dali z siebie wszystko. Mark Duplass i Elisabeth Moss tworzą bardzo skomplikowane i jednocześnie różne postawy. Ona jest tą romantyczką, która bardziej kocha czyjąś wersję człowieka niż jego prawdziwą twarz. On z kolei to racjonalista, akceptujący wady swojej partnerki. Obydwie te wizje są poddane weryfikacji, jednak wnioski należą do odbiorcy.

czworo_do_pary2

Za to plus, ale skupienie się tylko i wyłącznie na sferze intelektualnej wielu może znudzić. Jednak osoby szukające w kinie czegoś nowego, nietypowego i oryginalnego na powinni być zadowoleni. Ja w zasadzie też byłem zadowolony.

czworo_do_pary3

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ex Machina

Gdzieś w czasach podobnych do obecnych mieszka młody informatyk – Caleb Smith. Pracuje on w firmie Blue Book, czyli najpopularniejszej wyszukiwarce internetowej (zapomnijcie o Google’u). Chłopak wygrywa konkurs, gdzie w nagrodę otrzymał tydzień spędzony w domu swojego szefa, Nathana. Wydaje się, że będzie to zwyczajna, męska impreza – gadanie, chlanie i seks. Nie do końca, bo Nathan prosi go o zrobienie testu Turinga na zbudowanej przez niego sztucznej inteligencji – Ava.

ex_machina1

Alex Garland jest bardzo znanym i interesującym scenarzystą, jeśli chodzi o kino SF. Potwierdzały to takie filmy jak „Dredd”, „Nie opuszczaj mnie” czy „W stronę słońca” Garland tym razem doszedł do wniosku, że tylko on jest w stanie wiernie przenieść historię, której realizacji nie powstydziłby się sam Roman Polański – kameralna realizacja, niewielka liczba aktorów i psychologiczna gra. Gra, w której każdy bardziej lub mniej udaje, manipuluje i oszukuje. A że jedną z tych osób jest robot, w dodatku płci żeńskiej – jest dodatkowym podtekstem. Więcej jednak wam nie powiem, bo musiałbym spoilerować. Atmosfera jest tutaj mroczna i gęsta, każde wypowiadane słowo ma tutaj wagę i ciągle pojawiają się różne niespodzianki.

ex_machina2

Garland oszczędnie buduje napięcie, w czym pomaga mu ascetyczna i niemal sterylna strona wizualna – szklane pomieszczenia, oszczędne meble i design budują atmosferę osaczenia i tajemnicy. I jest to też znakomicie zagrane przez cała trójkę aktorów: Domhnalla Gleasona (informatyk Caleb), Oscara Isaaca (miliarder Nathan) oraz zjawiskową Alicię Vikander (Ava).

ex_machina3

„Ex Machina” to kolejne ostrzeżenie przed zabawą w Pana Boga oraz tym, jak sztuczna inteligencja może być niebezpieczna. Miłośnicy bardziej filozoficznej strony SF będą wniebowzięci, a rozgrywka wciąga i fascynuje, zostając w pamięci na długo.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Chappie

W niedalekiej przyszłości w Johannesburgu do policji zostają zbudowane roboty, pełniące funkcje policjantów. Jeden z nich nr 22, dość często ulega usterkom. Podczas ostatniej akcji obrywa od rakiety i ma zostać przeznaczony do likwidacji. Jednak jeden z inżynierów, Deon Wilson wszczepia mu program ze świadomością, dzięki czemu mógłby się uczyć i kradnie robota. Niestety, przed przetestowaniem maszyny, Wilson zostaje porwany przez trojkę gangsterów, który chcą, by przeszkolił robota na bandytę.

chappie1

Nowy film Neilla Blomkampa – reżysera z RPA, który opowiada o swoim kraju (i nie tylko) w konwencji kina SF. Czyli znów mamy Johannesburg pokazany jako siedlisko nędzy oraz ziemia jałowa, a poważne pytania (istota człowieczeństwa, sztuczna inteligencja) i refleksje ubrane są w dynamiczne kino akcji, gdzie efektowne strzelaniny robią wielkie wrażenie. Reżyser konsekwentnie czerpie ze swojego wyrobionego stylu – fetyszyzmu nowoczesnej technologii, spowolnień przy scenach rozwałki (początek filmu) oraz antykorporacyjnych oskarżeń. Niby to wszystko już znamy, a wnioski potrafią być oczywiste (maszyna bywa bardziej ludzka niż człowiek), jednak „uczenie się” przez robota rzeczywistości potrafi wciągnąć. Chappie przypomina takie zagubione dziecko, które nieświadomie kopiuje zachowania innych, co daje mu pewnego uroku. Poznaje ciepło, ale też ból i cierpienie – czyli wszelkie emocje ludzkie. Pojawiają się tu pewne bzdury (świadomość znajdująca się na pendrivie czy złamanie niezhakowanego „mózgu” eobo-policjantów), ale jeśli nie będziemy na nich się skupiać, to zabawa będzie niezła.

chappie2

Mimo powagi sytuacji i ważkich problemów, „Chappie” jest lekkim i miejscami zabawnym filmem, co także jest zasługą nie tylko reżysera, ale i dobrego aktorstwa. Kolejny raz klasę potwierdza Sharito Copley, który podkłada głos pod robota Chappie. Jak o nim już wspominałem, przypomina on dziecko próbujące się odnaleźć w rzeczywistości, ale jest zdolny do najszlachetniejszych zachowań ludzkich. Poruszająca i ciekawa postać. Solidnie prezentuje się zarówno Dev Patel (Deon Wilson – „stwórca”) jak i Hugh Jackman (zawistny informatyk Vincent Moore), ale największą niespodzianką jest obecność duet Die Antwood (zespół rapowo-rave’owy) w roli gangsterów – troszkę przerysowanych, jednak idealnie pasujących do świata.

chappie3

Blomkamp powoli staje się niewolnikiem własnego stylu, a „Chappie” to idealne podsumowanie dotychczasowego dorobku. Ciekawe czy jego następny film (nowy „Obcy”) będzie dla niego zbawieniem czy pułapką. A „Chappie” to dobre i poruszające kino, przypominające troszkę „Robocopa” (gliniarze-maszyny) i „Transcendencję” (świadomość), co nie jest dużą wadą.

chappie4

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mad Max pod Kopułą Gromu

Nasz Max dzielnie przemierza pustkowia postapokaliptycznego świata, ale nawet jego opuszcza szczęście. Zostaje okradziony z dobytku i trafia do miasta Bordertown – spokojnej okolicy, w której handluje się wszystkim co się da. Tam zostaje wplątany w porachunki między walczącymi o władze Ciotką Entiny i Masterem Blasterem.

Mad_Max3_4

Trzecie pojawienie się na ekranie Szalonego Maxa mocno odbiega od poprzednich części, choć ekipa realizująca pozostała niemal bez zmian. Jednak tym razem fundusze dali Amerykanie z Warner Bros. Z jednej strony dało to rozmach, ale z drugiej pojawiły się niebezpieczne kompromisy. Millera wsparł na stołku reżyserskim George Ogilvy, a cała opowieść jest mocno ugrzeczniona i złagodzona jak tylko się da. Czyli minimum przemocy, zero krwi i humor adresowany do najmłodszego grona odbiorcy. Jeszcze na początku jest ten surowy klimat, a starcie Max z Blasterem w klatce ogląda się dobrze, ale odkąd Max zostaje wygnany i pojawiają się dzieci, całość idzie ostro w dół. Jeszcze nieźle prezentuje się finałowy pościg, gdzie czuć tempo i energie, ale brakuje gwałtowności i ostrości poprzednich części. Nie takiego Maxa lubiłem – trzecia część sprawia wrażenie dokręconej na siłę, pozbawionej konsekwencji i tego uroku jaki miały poprzednie części.

Mad_Max3_2

Mel Gibson kreowany tutaj na zbawcę dziecięcego rodu jest pozbawiony charakteru – bardziej mi pasował jako cyniczny mściciel czy outsider niż opiekujący się zgrają irytujących dzieciaków przewodnik.  Bliżej mu tutaj do Indy’ego, ale nie tego tutaj szukałem. Nieźle poradziła sobie Tina Turner jako cwana i rządząca miastem Ciotka. Nawet muzyka Maurice’a Jarre’a jest świetna, ale co z tego?

Mad_Max3_1

„Mad Max pod Kopułą Gromu” to zwyczajne zbezczeszczenie legendy i czysta komercha, która niczym na dłużej nie przyciąga. Fani serii dla własnego zdrowia psychicznego nie powinni oglądać trójki, tylko czekać na najnowszą część. I wszystko w tym temacie.

5/10

Radosław Ostrowski

Mad Max 2 – Wojownik szos

Po wydarzeniach z pierwszej części Max Rochatansky jedzie swoim pościgowym samochodem z silnikiem V8 poszukując paliwa. Spotyka na drodze kapitana samodzielnie skonstruowanego helikoptera, który opowiada mu o małej osadzie, gdzie zbierana jest ropa. Problem w tym, że osada jest atakowana przez niebezpieczny gang kierowany przez uważającego się za boga Humungusa.

mad_max2_1

George Miller dostał troszkę większy budżet i zrealizował kontynuację przebijającą oryginał. Na początku dostajemy prolog, w którym poznajemy rzeczywistość postapokaliptycznych realiów, gdzie ówczesny porządek świata został obalony na skutek wyniszczającej wojny. Najcenniejsza staje się ropa i paliwo – kto je posiada, ten ma władzę i pełną kontrolę. Nadal opowieść jest opowiedziana w sposób prosty i surowy, z fatalistycznym klimatem. Troszkę to przypomina klasyczne amerykańskie westerny, w których pojawiał się jeździec znikąd  i zaprowadzał porządek w okolicy. Tak jak poprzednia część jest to wysokooktanowe kino akcji, pełne dynamicznie zrealizowanych i sfilmowanych scen pościgów (finałowa ucieczka z cysterną kierowana przez Maxa), gdzie nie brakuje eksplozji, krwi, strzałów oraz morderczego tempa, a kamera pojawia się wszędzie, gdzie tylko się da. Dzięki tym prostym zabiegom, „Mad Max 2” otrzymuje bardziej epicki rozmach, a design ówczesnych pojazdów oraz kostiumy stały się punktem inspiracji dla następnych twórców kina SF spod znaku postapokalipsy i nie tylko (seria gier „Fallout”).

mad_max2_2

Mimo braku efektów specjalnych i gigantycznego budżetu, film zachował klimat poprzednika i nie zestarzał się tak mocno jak oni. Postacie w filmie można podzielić na trzy grupy. Pierwsza to mieszkańcy osady kierowani przez rozsądnego i charyzmatycznego Pappagallo. Druga to brutalny gang kierowany przez zamaskowanego Humungusa. Trzecia grupa to samotni outsiderzy tacy jak Max i kapitan, którzy wędrują po okolicy, by przetrwać. Reżyser wyciska z tematu i dostępnych środków wszystko, co się dało. I potwierdza ono charyzmę Mela Gibsona – zgorzkniałego, cynicznego egoisty, który nie chce brać odpowiedzialności za los innych.  Poza nim wybija się tylko Bruce Spencer, grający w podobnym tonie postać sprytnego Kapitana.

mad_max2_3

Rzadko zdarza się kontynuacja, która byłaby w stanie przebić część pierwszą, ale George’owi Millerowi się to udaje. Jest lepsze, spójniejsza i to jej odbitym blaskiem poprzednia część otrzymała status kultowego dzieła. Jednak trzecia część nie spotkała się z tak dużym entuzjazmem, ale to już jest inna opowieść.

mad_max2_4

8/10

Radosław Ostrowski