Mad Max

Gdzieś w niedalekiej przyszłości Australia przypomina Dziki Zachód, gdzie rządzi prawo silniejszego, a droga jest miejscem chaosu i bestialskiej przemocy. Policja dba o to, by pilnować jako taki porządek. Jednym z tych gliniarzy jest Max Rochatansky, który jest najlepszym w swoim fachu. Podczas pościgu ginie członek gangu motocyklowego, Nocny Jeździec. Reszta gangu pod wodzą Kosy planuje zemstę.

mad_max1_1

Przed 1979 rokiem nikt nie wiedział kto to jest George Miller i Mel Gibson. Wszystko zmieniło się dzięki temu tytułowi. Debiutujący jako reżyser Miller postanowił pobawić się w kino SF, chociaż trudno dostrzec elementy futurystyczne, ale w dialogach powoli odkrywamy świat – w tym miejscu nie można handlować paliwem, części samochodowe są trudno dostępne, a na drodze rządzi anarchia i przemoc. Nawet posterunek policji bardziej przypomina opuszczoną fortecę, a różnica między bandziorami (najwięksi wariaci i psychopaci) a stróżami prawa jest mocno zatarta. W dodatku jest to rzeczywistość zdominowana przez mężczyzn. Panie tutaj albo są ofiarami przemocy, albo delikatnymi i wrażliwymi paniami chronionymi przez samców.

mad_max1_3

Najważniejsze tutaj są dwie rzeczy: klimat i dynamicznie zrealizowane sceny akcji. Widać, że budżet jest skromniutki, ale to nie przeszkadza – pustkowia Australii wyglądają surowo i pięknie, zaś szybki montaż i ujęcia z kierownicy, a także kraksy będące popisami kaskaderów (otwierający film brawurowy pościg). Z dzisiejszej perspektywy wydawać się mogą śmieszne, ale to nie przeszkadza. Nawet kliszowe i schematyczne poprowadzenie fabuły z obowiązkowym motywem zemsty (zabicie rodziny Maxa) oraz skontrastowanym z brutalnymi scenami akcji obrazkami z życia rodzinnego naszego bohatera (lekko kiczowate zdjęcia sielanki).

mad_max1_2

Ale to tutaj surowy i oszczędny styl aktorski Mela Gibsona błyszczy mocnym blaskiem. Max w jego wykonaniu jeszcze nie jest takim szaleńcem, ale wzbudza strach swoich wrogów. Brutalny, surowy i bezkompromisowy, ale też bardzo zmęczony swoją pracą działającą na niego w sposób destrukcyjny. Dlatego ciągle składa podania o rezygnację, które nie są jednak przyjmowane. Finał budzi w nim prawdziwego demona, który dopiero w następnych częściach się obudzi, ale to temat na znacznie dłuższą opowieść.

mad_max1_4

7/10

Radosław Ostrowski

Nagi lunch

Postanowiłem dać jeszcze jedną szansę Davidowi Cronenbergowi, sięgając po jeden z bardziej znanych filmów, mianowicie nakręcony w 1991 roku „Nagi lunch”. Będzie dziwacznie, mrocznie i tajemniczo.

nagi_lunch1

Nowy Jork, rok 1953. Głównym bohaterem jest William Lee – pracownik firmy dezynfekcyjnej, czyli zajmującej się likwidacją robali. Mężczyzna odkrywa, ze ktoś kradnie proszek do dezynfekcji. Po krótkim śledztwie odkrywa, że to jego żona uzależniła się od tego świństwa. Ostatecznie zażywa razem z nią proszek. Podczas policyjnego przesłuchania pojawia się wielki karaluch, który przedstawia mu się jako oficer prowadzący Intersfery. Przekazuje Lee zadanie zabicia żony, gdyż jest agentką obcego mocarstwa. Mężczyzna przypadkowo dokonuje zabójstwa, co wpędza go w silniejszy nałóg narkotyczny.

nagi_lunch2

Intryga w filmie jest strasznie zakręcona, a rzeczywistość z wizjami narkotycznymi przeplata się w niemal niezauważalny sposób. Wizualnie reżyser stylizuje opowieść na czarny kryminał (Intersfera), gdzie nasz bohater poszukuje tropów do Interzone Incorporation, która ma zostać zdemaskowana. W tym świecie pojawiają się różne dziwactwa – wolne związki, karaluchy będące maszynami do pisania, luźny seks i kompletna degrengolada. Nie wiadomo, komu można zaufać, na ekranie pojawiają się coraz dziwaczniejsze rzeczy, a zakończenie niczego nie wyjaśnia. Trudno jednak być obojętnym wobec tego chorego klimatu reżysera, podkręcanego przez oniryczne zdjęcia oraz wielobarwna muzykę Howarda Shore’a. Mętlik wywołuje też stosowanie repety – sceny, dialogi i ujęcia powtarzające się w różnych okolicznościach. Jednak to wszystko ma głębszy sens, a kluczem do interpretacji jest ukryty w psychoanalizie Freuda.

nagi_lunch3

Cronenberg jeszcze do tego znakomicie prowadzi aktorów. Kapitalny jest tutaj Peter Weller – legendarny odtwórca RoboCopa jest tutaj mocno wyciszony, jakby nieobecny. Aktor bardzo dobrze radzi sobie z pokazaniem tłumionych namiętności, zobojętnienia oraz szaleństwa, bez efekciarstwa oraz nadekspresji. Równie zniewalająca jest Judy Davis w podwójnej roli: szukającej mocnych wrażeń żony Joan oraz femme fatale z Intersfery Joan Frost. Poza tym duetem trudno nie dostrzec równie przekonującego Iana Holma („pisarz” Tom Frost), Juliana Sandsa (ukrywającego swój homoseksualizm Cloqueta) oraz Roya Scheidera (dr Benway).

 

nagi_lunch4

Dziwaczne, psychodeliczne, alei jednocześnie bardzo intrygujące kino, mające na celu coś więcej niż tylko szokowanie. Najlepszy film Cronenberga do tej pory.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Planeta małp

Jest rok 2029. Na stacji kosmicznej Oberon przeprowadzane są badania nad zwiększeniem inteligencji u nielicznych małp. Podczas podróży stacja obserwuje dziwną burzę magnetyczną z tajemniczą wiadomością. Najpierw małpa zostaje wysłana, jednak po jej zniknięciu kapitan Leo Davidson wyrusza na własną rękę za nią. I wpada w pętlę czasową na planetę, gdzie rządzą małpy.

planeta_malp1

Powieść Pierre’a Boulle’a była inspiracją dla serii filmów SF rozpoczętych w 1968 roku przez Franklina J. Schaffnera z Charltonem Hestonem w roli głównej. Film ten oglądałem dość dawno i niewiele z niego pamiętam, więc bez żadnych kompleksów sięgnąłem po remake Tima Burtona z 2001 roku.  I powiem szczerze, że liczyłem na więcej niż dostałem. Dlatego, że reżyser zrobił typowego blockbustera, gdzie fabuła jest tak przewidywalna (Leo, troszkę wbrew swojej woli staje się zbawcą ludzkości, starcie ludzi z rozwiniętymi małpami), że najciekawsze rzeczy zostają pominięte. Świat rządzony przez małpy przypomina państwo totalitarne, gdzie silną władzę ma armia, a ludzie traktowany są jak niewolnicy, mogłaby budzić przerażenie, gdyby bardziej pozwolono na głębszym przyjrzeniu się. Zamiast tego mamy kino akcji ubrane w szaty SF, gdzie musi dojść do ostatecznego starcia miedzy ludźmi a małpami. Po drodze jeszcze mamy nieudolny wątek romansowy miedzy Leo, a kobietą i małpicą oraz kilka mniejszych lub większych bzdur (działający nadajnik Leo, przejście przez rzekę czy absurdalne zakończenie, będące zapowiedzią sequela, który miał jej wyjaśnić). Burton trzyma to pewna ręką, dzięki czemu film da się obejrzeć, jednak efekt jest mocno rozczarowujący.

planeta_malp2

Najlepiej broni się w tym dziele warstwa audio-wizualna. Zdjęcia, zwłaszcza nocne potrafią zrobić dobre wrażenie, podobnie muzyka Danny’ego Elfmana. Największe brawa należą się charakteryzatorom za wygląd rządzących małp – wyglądają one bardzo realistyczne i jednocześnie potrafią one wyrażać emocje mimiką twarzy. Także aktorsko jest tutaj przynajmniej przyzwoicie, choć aktorzy wcielający się w małpy nosili ciężkie kostiumy i byli mocno ucharakteryzowani. Największe wrażenie zrobił Tim Roth w roli brutalnego generała Thade’a, który nienawidzi ludzi i jest gotów ich wymordować. Przyzwoicie sobie radzi Helena Bohnam Carter jako Ari – naukowiec walczący o równe prawa wobec ludzi i małp oraz stanowiący tutaj o humorze Paul Giamatti jako wplątany w walkę handlarz ludźmi Limbo. Cała reszta jest zaledwie poprawna z nijakim Markiem Wahlbergiem na czele.

planeta_malp3

„Planeta małp” to, obok „Jeźdźca bez głowy” największe rozczarowanie ze strony Burtona. Film przede wszystkim nudny, idiotyczny i za mało w nim samego Burtona, jakby nakazano mu rolę zwykłego rzemieślnika. A tego zdecydowanie nie chcę.

5/10

Radosław Ostrowski


Marsjanie atakują!

Kosmici najbardziej znani na ekranie z tego, że z tylko sobie wiadomych powodów chcą zaatakować naszą planetę, by zmieść ją w pył. Nie inaczej jest w pochodzącej z 1996 roku produkcji Tima Burtona. Sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa – Marsjanie, głosząc pokój, idą na wojnę. Oczywiście, największy cios biorą na siebie Amerykanie, a dokładnie prezydent James Dale, który musi wybrać… jaki krawat nałożyć na siebie.

marsjanie_atakuja_1

Sam film ma dość luźną konstrukcję (kilkoro postaci, których wątki przeplatają się ze sobą), a formą przypomina kino spod znaku Eda Wooda (nawet latające spodki wyglądają podobnie), tylko zrobione za większy budżet. Mimo tego efekty specjalnie wyglądają tandetnie – wystarczy zobaczyć na to jak wyglądają kosmici. Jednocześnie pod szyldem tandetnego kina SF, Burton tworzy bardzo satyryczne i groteskowe spojrzenie na swoich rodaków. Obrywa się zarówno liberalnym intelektualistom, którzy w sposób dość pokojowy próbują załagodzić konflikt, jak i narwanym prawicowym generałom oraz redneckom wierzącym w argumenty siły. A metoda pokonania kosmitów to największy, a jednocześnie banalny żart tego całego przedsięwzięcia (oczywiście, nie zdradzę). Najmocniejszy i najzabawniejszy film jest wtedy, gdy powaga miesza się z dowcipem, co widać na przykładzie sceny pierwszego kontaktu (patetyczna muzyka, podniosłe słowa, relacja mediów oraz… kompletna rozwałka jako ciąg dalszy) czy podczas ucieczki z Las Vegas.

marsjanie_atakuja_2

Nie brakuje też ogranych klisz jak dwójki dzieciaków, którzy dzięki grom komputerowym są w stanie eliminować wrogów, rednecków zbrojących się do walki za pomocą strzelb i karabinów czy naiwnych polityków. Głupota, cwaniactwo i próba zarobku kończy się śmiercią, a przetrwa tylko ten, kto ma więcej sprytu oraz działa w czystych, konserwatywnych intencjach. Sami Marsjanie są po prostu istotami o prymitywnym guście, marzący tylko o niszczeniu i destrukcji, co jest tak ludzkie. Prawda?

marsjanie_atakuja_3

Reżyserowi udało się też zebrać gwiazdorską obsadę, która świetnie odnajduje się w tej groteskowej konwencji. Największe brawa należą się świetnemu Jackowi Nicholsonowi, który gra aż dwie postacie – naiwnego i troszkę bezradnego prezydenta USA (stawiającego na dyplomacje oraz lepsze wyniki w sondażach) oraz cwanego właściciela kasyna Arta Landa, próbującego zbić kapitał na inwazji. Dzieli ich zarówno barwa głosu, charakter oraz osobowość, co świadczy o warsztacie Nicholsona. Zresztą interesujących postaci jest kilka: szef sztabu prezydenta (zabawny Martin Short) stawiający na sondaże, naukowiec wierzący w uczciwe intencje Marsjan (Pierce Brosnan z fajką w ustach), uznająca Marsjan za kosmicznych ekologów Barbara Land (rozbrajająca Annette Bening) czy pozbawiona gustu Pierwsza Dama (Glenn Close). Drobnych epizodów jest tu zresztą bardzo dużo i nie starczyłoby miejsca na wymienienie wszystkich, jednak jest parę niespodzianek jak Tom Jones w roli… Toma Jonesa.

marsjanie_atakuja_4

Burton świadomie idzie w stronę pastiszu oraz kiczu, co dla osób spodziewających się gwałtownych ataków śmiechu mogło rozczarować. Ale i tak „Marsjanie atakują!” jako kino z przymrużeniem oka, sprawdza się naprawdę dobrze. Tylko trzeba znaleźć odpowiednie podejście, bo inaczej będziecie rozczarowani.

7/10

Radosław Ostrowski

Interstellar

Gdzieś w niedalekiej przyszłości, nasza planeta znajdzie się na krawędzi katastrofy. Anomalie pogodowe, epidemie niszczące nasze jedzenie, brak wojska i porządku – za kilkanaście lat ludzie umrą z powodu krztuszenia się. Jednak po cichu NASA opracowała plan podróży kosmicznej do jednej z planet, gdzie moglibyśmy potencjalnie żyć. Szansa powodzenia jednak są niewielkie, a szefem całej ekspedycji zostaje Cooper – były inżynier i astronauta, obecnie farmer, który przypadkowo odkrywa siedzibę NASA.

interstellar1

Powiem to wprost – jestem fanem Christophera Nolana, co już może doprowadzić do braku obiektywizmu w moim osądzie. Ekspozycja przez pierwsze 40 minut, może wydawać się niemal idiotyczna, gdyż przez przypadkowe odkrycie rolnik zostaje szefem misji. Po drodze będzie jeszcze kilka mniejszych lub większych bzdur, ale wiadomo o SF, że jest to wizja fantastyczna, całkowicie wykreowana przez reżysera opowiadająca o tym, co może się wydarzyć. Jednak tym razem zamiast czysto komercyjnej produkcji, Nolan próbuje być bardzo ambitny i mierzy wysoko, bo próbuje opowiedzieć o niszczeniu naszej planety, sile miłości wobec córki oraz podboju kosmosu za pomocą czasoprzestrzennego tunelu. Przez prawie 3 godziny, reżyser mocno inspiruje się Stanleyem Kubrickiem i Stevenem Spielbergiem, co tłumaczy zarówno niesamowite wizualne wrażenia oraz motyw relacji Coopera ze zbuntowaną córką Murph, która ciężko znosi rozstanie z ojcem. Ten ostatni wątek sprawia wrażenie ważniejszego niż przebieg całej misji, troszkę balansując na granicy banału.

interstellar2

Niesamowity klimat potęgują tutaj znakomite zdjęcia. Wally’ego Pfistera zastąpił Hoyte van Hoytema, którego powinniście kojarzyć dzięki takim filmom jak „Fighter”, „Szpieg” czy „Ona”. Największe wrażenie robią tutaj wszelkie sceny pokazujące kosmos – jego siłę, bezkres oraz piękno. Przelot przez tunel czy wejście do czarnej dziury – te ujęcia i sceny pozostaną w pamięci na długo. Mam nadzieję, że van Hoytema pozostanie nowym operatorem Nolana. Kompletnym zaskoczeniem była dla mnie niezwykła muzyka Hansa Zimmera z potężnymi organami. Ta mieszanka działa silnie na wszelkie zmysły. Także dźwięk, a zwłaszcza cisza w kosmosie jest piorunująca (bo jak wiemy, w próżni dźwięk się nie rozchodzi).

interstellar3

A co mi się nie podobało? Nolan troszkę za długo rozkręca całą opowieść, próbując skupić się na bohaterach, ich lękach oraz wątpliwościach, a także ich egoizmie, bezwzględności i samolubstwie. Same rozważania na statku czy próba naukowa rozwiązania problemu grawitacyjnego mogą wydawać się nudne, ale dłużyzny ten wydają się być kluczowe. Niektóre dialogi też niebezpiecznie skręcają w stronę banału czy kiczu, na szczęście wszystko jest trzymane pod kontrolą, co nie przeszkadza nawet w zakończeniu.

interstellar4

O ile sam film jest nierówny, to do jego poziomu dopasowali się też aktorzy – grają troszkę nierówno i nie wszyscy trzymają ten sam poziom. Spory wywoływali grający główne role Matthew McConaughey oraz Anne Hathaway. O ile ten pierwszy naprawdę dobrze poradził sobie z rolą człowieka niedopasowanego do swojego świata – odkrywcy, pełnego sprytu i determinacji, o tyle aktorka jako córka profesora Branda (niezawodny Michael Caine) radzi sobie zaledwie nieźle, gdyż jej emocjonalny chłód (przez większość czasu) mocno przeszkadzał. Świetnie sobie za to poradził Matt Damon jako dr Mann, który zajmował się badaniem jednej z planet. Bardzo mocno pokazywał do czego może doprowadzić samotność na obcej planecie – i nie są to pozytywne cechy. Również należało pochwalić robota TARS (głos Billa Irwina sprawdza się bardzo dobrze) i trzymającą poziom Jessicę Chastain (dorosła Murph).

Można powiedzieć o „Interstellar”, że na bezrybiu i tak ryba wśród SF. Nolan częściowo może rozczarować, jednak wiele scen oraz przed wszystkim ostatnie 45 minut to czysta poezja warsztatowa. Z jednej strony bardzo krytyczne podchodzi do ludzkości, ale zawsze zachowuje pewną nadzieję wobec nas. Wiem, że ten film mocno podzieli wszystkich, którzy widzieli. Dla mnie to jednak dobry film.

7/10

Radosław Ostrowski

Solaris

Tytułowa Solaris to planeta badana przez kosmiczną stację, jednak ona (planeta) jest otoczona tajemniczą substancją zwaną oceanem. Jednak jego oddziaływanie pozostaje zagadką. Pobliska stacja wysyła jednak od pewnego czasu dzieją się niepokojące rzeczy. Dlatego zostaje tam wysłany psycholog Kris Kelvin. Na miejscu okazuje się, że dowódca Gibarian, popełnił samobójstwo.

solaris1

Przeniesienie na ekran powieści Stanisława Lema, gdzie zamiast akcji stawia się tutaj na filozoficzna refleksję oraz próbę rozwikłania tajemnicy, wydaje się niemal samobójstwem. Ale jak widać, nie brakuje tutaj szaleńców, a jednym z nich był Andriej Tarkowski, który przeniósł „Solaris” w 1972 roku. Ale nie jest to adaptacja w skali 1:1, z powodu dość skromnego budżetu. Reżyser skupia się przede wszystkim na psychice Kelvina, który mierzy się z własnymi demonami – śmiercią swojej młodej żony, Hari. Jednak na samej stacji pojawiamy się dopiero po 40 minutach, gdyż wtedy jesteśmy na Ziemi, gdzie Kelvina odwiedza pilot Burton, który miał dość dziwne przejścia na Solaris. Poznajemy nierozwiązywalną tajemnicą, która powoli zostaje odkrywana. Gdy jesteśmy na stacji, rzuca się w oczy dość imponująca, choć jednocześnie oszczędna scenografia i dość delikatne efekty specjalne (wygląd oceanu naprawdę imponuje).

solaris2

Ale w tle przewija się jedno fundamentalne pytanie – czy jesteśmy w stanie nawiązać kontakt z inną cywilizacją? Bo chyba tym jest ocean – choć tak naprawdę nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Ocean wysyła swoich „gości” – kim oni są? Każdy z mieszkańców stacji ma kogoś innego, choć nie zawsze kamera go pokazuje. Czy to są demony przeszłości, stare zawinione grzechy czy zmaterializowani ludzie, mający „pośredniczyć” w kontakcie? Lem stawia dość mocno te pytania, ale dla Tarkowskiego najważniejsza jest tak naprawdę samotność człowieka w niewyobrażalnym kosmosie. Człowieka, który jak to mówi Snaut „potrzebuje drugiego człowieka” oraz próbuje rozciągnąć Ziemię do kosmosu, „szuka zwierciadła”. Ta filozoficzna refleksja jest pewnym naddatkiem i mimo pewnych dłużyzn (długi powrót do domu Burtona) czy troszkę „archaicznej” stronie realizacyjnej, Tarkowski potrafi skupić uwagę i zaintrygować.

solaris3

Nie chce w zasadzie opowiadać o aktorstwie, muzyce czy montażu, bo w zasadzie trudno się do czegokolwiek przyczepić. Każda z postaci jest bardzo złożona i skomplikowana, a ich postawy wobec tego, co się dzieje na stacji wokół Solaris, muszą i skłaniają do refleksji. Dlatego „Solaris” to troszkę inne SF, bardziej oparte na dialogu, aurze Tajemnicy – podobnie jak w „Stalkerze”. Wiec jeśli tamten film wam się spodobał, to „Solaris” też powinno wam przypaść do gustu. Wiem, że to nie jest stricte recenzja, ale to nie jest jakiś tam film. Każdy powinien go przeżyć.

solaris4

Radosław Ostrowski


Automata

Jest rok 2044. Ziemia na skutek burzy słonecznych zmienia się w radioaktywną pustynię, oddzieloną murem budowanym przez roboty nazwane Pielgrzymami Automata 7000. Maszyny są objęte dwoma protokołami: robot nie może zaatakować człowieka i nie może samodzielnie modyfikować. Sprawdzaniem robotów zajmuje się agent ubezpieczeniowy Jacq Vaucan. Pewnego dnia zajmuje się nietypowym przypadkiem robota zastrzelonego przez policjanta. Okazuje się, ze robot był poddawany modyfikacjom, co jest niezgodne z drugim protokołem. Vaucan prowadzi śledztwo, które odmieni jego życie.

automata1

Hiszpański reżyser Gabe Ibanez podjął się realizacji filmu SF (za amerykańskie pieniądze) i choć widać pewne budżetowe braki, wyszedł zaskakująco przyzwoity tytuł. Początek budzi skojarzenia z „Blade Runnerem” – deszczowe miasto, pełne brudu, kolorowych neonów oraz banerów. A jednocześnie obserwujemy powolny rozpad społeczności. Kryminalne śledztwo, mocno przypominające klimatem czarne kryminały potrafi utrzymać w napięciu, także dzięki mrocznym zdjęciom oraz interesującej scenografii. problem jednak zaczyna się, gdy bohater trafia na pustynię (przedtem jest efektowny pościg) – wtedy klimat zmienia się i powoli zanika. Jednak po drodze Ibanezowi udaje się zadać kilka pytań o sztuczną inteligencję oraz człowieczeństwo, serwując kilkoma scenami akcji. Nie przeszkadzają też zapożyczenia (także z „Mad Maxa” – pustynny krajobraz czy „Ja, robot” – wygląd robotów oraz protokoły), ale zwolnione tempo może parę osób zniechęcić.

automata2

Swoje robią za to dobrze zagrane role. Bardzo cieszy pojawienie się Antonio Banderasa w roli przypominającej troszkę Ricka Deckarda. Typowy śledczy – dociekliwy, szukający odpowiedzi, a łysina bardzo zaskakuje. Drugą zapadają w pamięć postacią jest naukowiec – dr Dupre (Melanie Griffith) badająca roboty i pomagająca naszemu detektywowi w sprawie. Ale pojawia się na dość krótki czas. Pozostałe role są zagrane bardzo przyzwoicie i trudno się do nich przyczepić.

automata3

Do połowy „Automata” wydaje się intrygującym oraz ciekawym filmem SF z dość oszczędnymi efektami specjalnymi oraz mrocznym klimatem. Potem jednak napięcie siada i brakuje tempa, jednak efekt może parę osób pozytywnie zaskoczyć. Fani SF znajdą coś dla siebie, a Ibanez może jeszcze kiedyś zaskoczyć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kosmiczni kowboje

W roku 1958 szkolono amerykańskich pilotów myśliwych do lotów w kosmos, gdy powstawała NASA. Jednymi z nich byli Frank Corvin oraz Hank Williams, ale wtedy zrezygnowano z nich. 40 lat później do Ziemi zbliża się rosyjski satelita „Ikona”, a Rosjanom zależy na pozbyciu się tego sprzętu z orbity, jednak maszyna nie reaguje na polecenia. Udaje się ustalić, że układ został „skopiowany” z amerykańskiego sprzętu zaprojektowanego przez Franka Corvina. NASA w osobie Boba Gersona zgadza się, by Corvin oraz jego dawni druhowie wyruszyli w kosmos, by odesłać „Ikonę” z dala od Ziemi.

kosmiczni_kowboje2

Clint Eastwood znów obsadził siebie w roli głównej i dał zadanie uratowanie świata. Ale całość jest podana w dość lekkiej, niemal komediowej formie. Całość oparta jest na antagonizmach łatwych do strawienia oraz miłych dla oka. Sam początek to retrospekcyjne przypomnienie rywalizacji między USA a Rosją o dominację (okraszone ładnymi zdjęciami w kolorystyce błękitu), a dalej jest kontrastowa walka między młodością i starością. Eastwood wykorzystuje ten kontrast nie tylko, by w żartobliwej formie przedstawić oswajanie się z powolną stratą siły fizycznej, ale też pokazuje niezmienność charakteru mimo upływu lat oraz siłę przyjaźni.  Jest bardzo zabawnie (fragment wizyty u Jaya Leno czy przeprowadzane badania), ale bardzo realistycznie pokazano wszelkie elementy szkolenia astronautów (ze wskazaniem na symulatory). Perłami są też ujęcia samej akcji (wygląda to całkiem widowiskowo), jednak tam pojawia się odrobina patosu oraz pokaz dzielności Amerykanów, która jednak nie przeszkadza w seansie.

kosmiczni_kowboje1

Sama ekipa prezentuje się naprawdę bardzo dobrze. Sam Clint nadal przypomina prawego i dzielnego kowboja, który jest obrońcą dawnych wartości, jednak bywa zapatrzony zbyt mocno w siebie, co Eastwood pokazuje wyraźnie. Razem z Tommy Lee Jonesem (Hank Williams) tworzą duet twardzieli, którzy nie odpuszczają sobie, bywają zgryźliwi i bardziej twardzi. Jednak widać pewną szorstką przyjaźń między nimi. Wspierani są przez czarującego Donalda Sutherlanda (uwodziciel Jerry) oraz równie uroczego Jamesa Garnera („Czołg” Sullivan), tworzący dowcipny drugi plan. I w zasadzie ta czwórka wystarczyła by za rekomendację, jednak drugi plan też jest dość wyrazisty z solidnym Jamesem Cromwellem (Bob Gerson) oraz Marcią Gay Harden (Sara Holland) na czele.

kosmiczni_kowboje3

Eastwood zamyka XX wiek filmem może nie zbyt ambitnym, ale przyjemnym i lekkim w odbiorze. To bardziej komedia niż film SF, ale co z tego. Bezpretensjonalna rozrywka zrobiona na naprawdę dobrym poziomie, okraszona porządnym humorem oraz znakomitą obsadą. Clint potem czegoś takiego już nie zrobił.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz

Marvel ostatnio coraz bardziej szaleje, jeśli chodzi o adaptacje swoich komiksów – to, co robi Kevin Feige zasługuje na uznanie. Przed nową częścią Avengers powstają ciągi dalsze przygód członków tej ekipy. Był już Ajron Men, Człowiek Młot (Thor), teraz przypomina o sobie największy harcerzyk tego uniwersum – Kapitan Ameryka.

Jak pamiętamy pierwszą część (a kto nie widział, będzie mu to przypomniane podczas wizyty w Muzeum Smithsonian), Steve Rogers został odmrożony po 70 latach i pracuje dla T.A.R.C.Z.Y. Jednak po ostatniej akcji (odbicie zakładników i ochrona danych) dochodzi do dziwnych sytuacji – szef agencji Nick Fury zostaje zabity, a Kapitan staje się celem. W dodatku wkracza do akcji niejaki Zimowy Żołnierz.

kapitan_ameryka1

O ile pierwsza część miała w sobie coś z lekkiego kina przygodowego, o tyle film braci Russo tym razem skręca w stronę szpiegowskiego thrillera, gdzie nie do końca wiadomo komu można zaufać. Widać to zarówno w ponurej i chłodnej warstwie wizualnej (budynki chłodne i sterylne), a także w piętrowej intrydze, w której pojawia się stary wróg (nazistowska organizacja Hydra). Poza świetnie zrobionymi scenami akcji oraz niezłymi żartami (lista rzeczy do nadrobienie z ostatniego półwiecza) oraz lekkością, padają pytania o inwigilację i bezpieczeństwo obywateli, rząd działający w tajemnicy i po cichu wybierający mniejsze zło. Czy też jest miejsce na Steve’a Rogersa, który zyskuje polityczna świadomość. To wszystko jest tak jakby przy okazji, nie zapominając o czystej zabawie. Nadal jest widowiskowo (zamach na Fury’ego w mieście – takie akcji nie widziałem od czasów „Gorączki”), patos został zredukowany do minimum, montaż jest dynamiczny i efektowny – jednym słowem totalna zadyma. Może trochę bajeranckie, a intryga jest szyta grubymi nićmi, ale to jedyne poważne wady.

kapitan_ameryka2

Twórcom udało się też stworzyć pełnokrwiste postacie, co w tego typu produkcjach jest rzadkością.  grający główną rolę Chris Evans sprawdza się świetnie i widać, ze ma pewne moralne wątpliwości, co do działań służb, jednak pozostaje im lojalny, mając kilka zaufanych postaci. Na podobnym tonie gra Samuel L. Jackson (Nick Fury), będący klasa samą w sobie, a Scarlett Johansson (Czarna Wdowa) potwierdza, że w kinie akcji czuje się jak ryba w wodzie (jednak też ma problemy z zaufaniem). Mało wam? To jeszcze jako bonus dostajecie Roberta Redforda (sekretarz stanu Alexander Pierce) oraz świetnego Sebastiana Stana (Zimowy Żołnierz – zimny i bezwzględny cyngiel, będący skutkiem eksperymentów Hydry, jednak wewnętrznie rozdarty).

kapitan_ameryka3

Naprawdę jestem zaskoczony poziomem tegorocznych blockbusterów od Marvela – co jeden to lepszy. „Kapitan Ameryka” potwierdza tylko formę zwyżkową komiksowych macherów. Pytanie czy ktoś będzie im w stanie podskoczyć? Jakoś nie widzę chętnych.

8/10

Radosław Ostrowski

X-Men: Przeszłość, która nadejdzie

Seria o X-Menach jest jedną z bardziej znanych filmowych marek. Opowieść o mutantach kierowanych przez profesora Charlesa Xaviera (ci dobrzy) oraz Erika Lehnsherra (ci źli, którzy idą na wojnę z ludźmi) spotkała się ze świetnym przyjęciem widowni, a w 2011 roku doszło do realizacji prequela przez Matthew Vaughna. „Pierwsza klasa” pozostaje dla mnie najlepszą częścią serii, ale pilotujący poprzednie części (poza trójką) Bryan Singer postanowił powrócić i kontynuować wątki z poprzednika.

xmen_52

Tym razem przyszłość dla mutantów jest wyjątkowo mroczna i nieprzyjemna. W przyszłości pojawią się mechaniczni Strażnicy, którzy są strasznie odporni i zabijają wszystkie mutanty, a także pomagających im ludzi. Żeby przetrwać zjednoczeni Profesor X i Magneto decydują się wysłać jednego z mutantów w czasie, by nie dopuścić do uruchomienia Strażników – wiąże się to z powstrzymaniem Mystique przed zabiciem Stephena Traska, który skonstruował Strażników. Okazuje się, ze jedynym mutantem mogącym przeżyć tą podróż jest Wolverine (wiecie, adamantium). Jednak niedopuszczenie do zamachu jest jednym z paru problemów, z którymi nasz mutant będzie musiał się zmierzyć (różnice między Xavierem i Magneto).

xmen_51

Fabuła wydaje się tak zaplatana, że wystarczyłby jeden błąd i całość szlag by trafił. Jednak zarówno Singer jak i Simon Kirberg (scenarzysta) trzymają mocno rękę na pulsie tworząc widowiskową, ale i inteligentną rozrywkę. Podróż w czasie wydaje się świetnym pomysłem na odświeżenie serii, a jednocześnie jest to sequel, prequel i być może ciąg dalszy. Sama historia jest mocno spójna, a odtworzenie realiów lat 70. jest oddane bardzo dokładnie i słychać to także w warstwie muzycznej. Czasami bywa to okraszone humorem (krótkie wejście Quichsilvera – dla mnie za krótkie – który pomaga odbić Magneta z więzienia – efektowne, efekciarskie i zabawne), postacie są też wiarygodne psychologicznie, efekty specjalne są specjalne, a kilka razy dynamiczny montaż przykuwa uwagę (przeplatanka obydwu czasów w finałowym starciu czy próba zamachu na Traska). Niemal idealne kino rozrywkowe.

xmen_53

Dlaczego niemal? Przyszłość jest tutaj ledwie zarysowana i pokazuje się dość krótko. Pozostało kilka spraw niewyjaśnionych w poprzednich częściach (np. czemu Wolverine ma w przyszłości szpony z adamantium, a cofając się w czasie już nie i jakim cudem nadal żyje Profesor X), ale to już trochę takie czepianie się na siłę. Po drugie kilka postaci jest zaledwie zarysowana (głównie z przyszłości, gdzie panuje wieczna ciemność i jest beznadzieja), a pozornie czarny charakter jakim jest Trask (niezawodny Peter Dinklage) jest mocno zepchnięty na dalszy plan. I niestety, nie udaje się uniknąć patosu, zwłaszcza w kwestiach dotyczących tolerancji.

xmen_54

Swoje też robią świetni aktorzy. Hugh Jackman, który znów gra główną rolę jest dokładnie taki jaki być powinien – wyluzowany, walczący i odpowiedzialny, bo musi stać się mentorem dla wodzów mutantów z przeszłości. Panowie Stewart i McKellen (Xavier i Magneto) pojawiają się dość rzadko, ale nie zawodzą, gdyż film kradną ich młodsze wcielenia, czyli fantastyczni James McAvoy i Michael Fassbender, budując pełnokrwiste postacie mierzące się z własnymi demonami (profesor i jego ból) i bólem zadanym przez drugą stronę. No i oczywiście nie można nie wspomnieć o Jennifer Lawrence (Mystique) – ona znowu pokazała się z najlepszej strony.

xmen_55

„X-Men” przypomnieli o sobie z hukiem oraz mocną siłą ognia. Oznacza to jedno – prawdopodobnie najlepszą adaptację komiksu w tym roku (jeszcze pozostał drugi Kapitan Ameryka) i najlepszy blockbuster tego roku. Będziecie zaskoczeni, jeśli powiem wam, ze będzie ciąg dalszy? Ja nie mogę się doczekać.

8/10

Radosław Ostrowski