Trainspotting

Kiedy do naszych kina trafił „Trainspotting” – drugi film w dorobku Danny’ego Boyle’a miałem niecałe 10 lat i niespecjalnie interesowałem się kinem. Poza tym mieszkałem zbyt daleko od najbliższego kina (ponad 70 km!!) i raczej nie miałbym szansy zobaczyć tego na dużym ekranie, a potem jakoś się nie złożyło. Ale od czego są wznowienia w formie remastera 4K, zwłaszcza z okazji rocznicy premiery. I żałuję, że aż tyle czasu odwlekałem.

Historia oparta na powieści Irvine’a Welsha skupia się na młodych Szkotach, którym życie upływa od jednego strzału heroiny do kolejnego. A prowadzić nas (jako narrator) będzie niejaki Mark Renton (Ewan McGregor) – młodociany chłopak, dający sobie w żyłę i robiący wszystko dla kolejnej działki. Ale nie robi tego sam, tylko z paczką kumpli: niezbyt lotnym Spudem (Ewan Bremner), próbującym sprzedawać dragi Sick Boy (Jonny Lee Miller) oraz narwany psychopata Begbie (Robert Carlyle). By zdobyć kasę kradną, co popadnie i w zasadzie tkwią w tym bagnie, ale dla Rentona przychodzi moment opamiętania.

„Trainspotting”, choć dotyka poważnej kwestii uzależnienia, jest tak naprawdę… komedią. Boyle ze scenarzystą Johnem Hodge’m zachowują atmosferę książkowego pierwowzoru oraz ironiczno-smolisty humor. I ta tonalna mieszanka może wydawać się dziwaczna, jednak od samego początku elektryzuje. Bo jak nie poczuć kopa na widok uciekającego Rentona z kumplami do grającego w tle „Lust for Life” iggy’ego Popa (cóż za ironia w doborze piosenki)? A jednocześnie słyszymy ten monolog zaczynający się od „Wybierz życie”, który nierozerwalnie kojarzy się z tym filmem. Pozornie sama historia jest prosta i jest obserwacją młodych ćpunów, co mieszkają na zadupiu, w zasadzie nie mając zbyt wielu perspektyw na przyszłość. Co jeszcze bardziej potęguje mocno stonowana kolorystyka (gnijąca zieleń i rdzawa czerwień) oraz dynamiczny montaż, pozwalający wejść w umysł.

Ale to sceny związane z narkotykami zapadają najmocniej w pamięć: śmierć noworodka w łóżeczku, rozmowa Spuda o pracę pod wpływem speeda, wizyta w najgorszym kiblu Szkocji, przedawkowanie (w tle gra „Perfect Day” Lou Reeda) czy – najbardziej surrealistyczna – detoksu Rentona, zamkniętego w pokoju. Tutaj mężczyzna jest prześladowany przez znajomych, poznaną dziewczynę, teleturniej z małego ekranu czy… niemowlaka idącego na ścianie. W tych momentach Boyle miesza powagę z bardzo gorzkim humorem czy to przy użyciu kontrastującej muzyki, nagłych ataków przemocy lub kompletnie nieoczekiwanych sytuacji. A także nie brakuje napięcia czy skrętów ku gangsterce (sprzedaż zdobytych narkotyków), zamykając się w fenomenalnym finale.

Co jednak najważniejsze, twórcy unikają moralizowania i prawienia banałów, wierząc w inteligencję widza. Reżyser potrafi mocno pokazać zarówno bezlitosne oddziaływanie narkotyków na najbliższych ludzi (wątek Tommy’ego – czystego i dbającego z kondycję fizyczną faceta, który zaczyna brać; rodzice Rentona czy dziewczyna Sick Boya), ale też ich samych. A jak dodamy do tego toksyczną więź „kumpli”, którzy ciągną na dno – zwłaszcza próbujący wielokrotnie zerwać Sick Boy czy bardzo przemocowego Begbie’ego, potrafiącego samą obecnością wywołać strach – widzimy coraz powolne dojrzewanie do „wybrania życia”.

A wszystko dopełnia absolutnie rewelacyjnie aktorstwo. Główne role zagrali młodzi ludzie dopiero na początku swojej drogi: Ewan McGregor błyszczy w roli zagubionego Rentona, lawirującego między tańcem z heroiną i coraz bardziej idącego ku autodestrukcji. Jednak powoli zaczyna wyrywać, co prezentuje finałowy monolog. Odrobinę humoru wnosi Ewan Bremnen jako niezbyt inteligentny Spud, nie potrafiący się wyrwać z nałogu oraz lojalny wobec tzw. kumpli. Jonny Lee Miller jako Sick Boy to mieszanka cwaniaczka, który w każdej chwili może zdradzić, próbując szybko zarobić. Jednak najbardziej niebezpieczny jest kradnący ekran Robert Carlyle, którego Begbie przypomina narwanych gangsterów granych przez Joe Pesciego. Rzucający mięsem we wszystkich kierunkach, bardzo pewny siebie i agresywny twardziel, będący tak naprawdę pasożytem. Poza tym kwartetem jest kilka zapadających w pamięć postaci jak poznana w klubie Diane (debiutująca Kelly Macdonald), stający się kolejną ofiarą dragów Tommy (znany z „Dog Soldiers” Kevin McKidd) czy diler Sweeney zwany „Matką Miłosierdzia” (kompletnie nie do poznania Peter Mullan).

Troszkę obawiałem się seansu, pamiętając jaki ferment wywołało „Requiem dla snu” Darrena Aronofsky’ego, które także dotykało uzależnień w bardziej mrocznym i cięższym tonie. Ale film Boyle’a, który absolutnie bezbłędnie lawiruje między powagą a humorem, nic nie traci ze swojego ciężaru i antynarkotykowego przekazu. Imponujące.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Patrz jak kręcą

Jak pokazuje historia, pewne konwencje w kinie są nieśmiertelne. Takie jak kryminały w stylu zwanym przez Anglosasów whodonit, czyli kryminałów w stylu Agathy Christie. Mamy znajome elementy w rodzaju morderstwo najbardziej antypatycznej osoby, by mieć wokół siebie krąg podejrzanych, zamkniętą przestrzeń oraz detektywa wyjaśniającego całą misterną układankę. Z taką konwencją grają zarówno adaptacje królowej kryminału od Kennetha Branagha, jak i biorąca całą konwencję w nawias „Na noże”. I wydaje się, że w podobną stronę pójdzie film „Patrz jak kręcą”. Ale kto kręci, co i dlaczego? Wyjaśnijmy po kolei.

Na początku wydaje się, że przewodnikiem po Londynie roku 1953 będzie Leo Kopernick (Adrien Brody) – hollywoodzki reżyser. Co robi Jankes w stolicy Brytanii? Otóż ma on dokonać ekranizacji teatralnego przeboju West Endu, czyli „Pułapki na myszy”. Nieznajomość sztuki kompletnie mu w tym nie przeszkadza, mimo już setnego wystawienia. Impreza kończy się awanturą, zaś Leo musi się przebrać. Wtedy zostaje zamordowany przez tajemniczego nieznajomego w płaszczu i kapeluszu, a ciało trafia na scenę. Dochodzenie prowadzi zmęczony życiem inspektor Stoppard (Sam Rockwell) i początkująca, pełna entuzjazmu posterunkowa Stalker (Saorise Ronan). Czy uda im się ustalić tożsamość oraz motyw mordercy?

Debiutujący w kinie fabularnym reżyser Tom George do tej pory pracował dla telewizji, tam samo jak scenarzysta Mark Chappell. Nie przeszkadza im to jednak troszkę pobawić się znajomą konwencją oraz tropami klasycznych, eleganckich kryminałów z wyższych sfer. Fikcja miesza się z prawdziwymi postaciami (pojawia się choćby aktor Richard Attenborough, który w „Pułapce na myszy” grał inspektora policji czy producent Jack Wolfe, zaś sama sztuka inspirowana jest prawdziwą historią), zaś duch Agathy Christie unosi się nad całością. Nie brakuje znajomych klisz (skontrastowany duet śledczych, masa podejrzanych, antypatyczna ofiara, retrospekcje czy finał w rezydencji na odludziu), jednak twórcy z delikatnością bawią się tymi kliszami. Pomaga w tym zarówno dystans oraz ironiczne poczucie humoru, co dostajemy już na otwarcie. W końcu jak widziało się jedną taką historię, to się widziało tysiące, prawda?

Być może z tego powodu „Patrz jak kręcą” porównywano do „Na noże”, gdzie też prowadzono grę z konwencją kryminału a’la Christie. Bo twórcy nie boją się po sięgnąć i są pewni, że to zadziała. Pomagają przy tym niepozbawione błyskotliwości dialogi, ale przede wszystkim stylowa realizacja. Jest tutaj wiele ujęć jakby żywcem wziętych od Wesa Andersona (włącznie z jazdą kamerą w bok podczas jednej ze scen w komisariacie czy pościgu z dystansu), choć bez pastelowych kolorów. Nie można też nie wspomnieć o montażu, gdzie reżyser wiele razy dzieli ekran – głównie przy scenach przesłuchania czy mieszającej stylistyki muzyce Daniela Pembertona. Trudno odmówić klasy oraz lekkości.

W czym absolutnie pomaga świetnie dobrana obsada. Sam Rockwell jako zmęczony, trochę zblazowany inspektor Stoppard pasuje wręcz idealnie. Choć początkowo można odnieść wrażenie, że ta postać trochę ma gdzieś całą sytuację i bywa (delikatnie mówiąc) niezdarny. To wszystko jednak tylko pozory, pod którymi skrywa się inteligentny facet, próbujący przetrawić paskudną przeszłość. Ale wielką niespodziankę zrobiła mi Saorise Ronan, której fanem jakimś wielkim nie byłem. Posterunkowa (albo jak mówią Anglicy konstabl) Stalker jest kontrastem dla inspektora – niedoświadczona, ambitna, za dużo gadająca i nie pewna siebie. Aktorka wszystko to gra z takim wdziękiem, że strasznie polubiłem tą postać, która też próbuje sobie radzić z przeszłością. Tu się jakaś magia odbyła, bo i chemia między tą dwójką działa wręcz bezbłędnie. W zasadzie każdy z aktorów ma tutaj swoje przysłowiowe pięć minut, by móc zabłyszczeć. I nieważne, czy jest to Adrien Brody (Leo Kopernick), David Oleyowo (scenarzysta Cocker-Norris), Ruth Wilson (Petula Spencer, właścicielka teatru) czy Harris Dickinson (aktor Richard Attenborough) – nikt nie odstaje tutaj od reszty.

Niby kryminał bardzo retro, ale zaskakująco wciągający, zabawny i lekko post-modernistyczny. Ktoś powie, że już to widzieliśmy tysiąc razy, więc żadnych niespodzianek nie będzie. Ale czy aby na pewno? Duet George/Chappell mają inne zdanie na ten temat i warto je poznać.

7/10

Radosław Ostrowski

The ABC Murders

Każdy fan kryminałów prędzej czy później natknie się na powieści Agathy Christie. Postacie panny Jane Marple i Herculesa Poirota stały się częścią popkultury, tworząc wiele wersji tych postaci. Pod koniec roku 2018 brytyjska BBC postanowiła (zgodnie z paroletnią tradycją) przenieść w formę miniserialu kolejną powieść brytyjskiej mistrzyni kryminałów. Ale pierwszy raz spotykamy się z Poirotem.

Jednak tym razem nasz detektyw troszkę poszedł w odstawkę. Czasy swoje wielkiej chwały i świetności minęły dawno (jest rok 1933), dodatkowo jako cudzoziemiec bywa nielubiany przez rodowitych Brytyjczyków, mimo pełnej asymilacji. Nie jest już przez nikogo zatrudniany i w zasadzie pozostaje tylko czekanie na śmierć. Aż tu nagle dostaje list od niejakiego A.B.C., który grozi, że zacznie zabijać i jedynie nasz detektyw będzie w stanie go powstrzymać. Co gorsza, zabójca sprawia wrażenie osoby, która naszego Belga zna więcej niż dobrze. Policja jednak sprawę ignoruję, zaś inspektor Japp przeszedł na emeryturę. Kiedy jednak sprawca dotrzymuje słowa, Poirot podejmuje się (troszkę na własną rękę) poprowadzić śledztwo. A wszystko się zaczęło, gdy do pewnego małego hoteliku trafia pan Cust. Alexandre Bonaparte Cust.

abc1

Tym razem scenarzystka Sarah Clarke zmierzyła się z niemal ikoniczna postacią, troszkę zmodyfikowała przy fabule (odstępstw jest dość sporo, ale nie kłują mocno w oczy – z pewnymi wyjątkami) i zrobiła solidny, bardzo mroczny kryminał. Jednak twórcy serwują pewną sztuczkę: od razu poznajemy sprawcę i ważniejsza jest tutaj psychologiczna rozgrywka. Taka zabawa w kotka i myszkę między Poirotem a zabójcą, sprawiającym wrażenie psychopaty. A jednak nie brakuje tutaj kilku wolt, które wywracają całą intrygę do góry nogami. Same zbrodnie (w większości) dzieją się poza ekranem, a my widzimy jedynie trupy pełne krwi. Jednocześnie dość wiernie odtworzono realia epoki – film zachwyca scenografią, kostiumami oraz kilkoma sztuczkami montażowymi (sceny pisania listów, gdzie każde uderzenie maszyny brzmi jak strzał z karabinu), dodającymi atrakcyjności. W ogóle montaż parę razy wprowadza w pole,

abc2

Ale żeby nie było tak słodko, to muszę się do paru rzeczy przyczepić. Po pierwsze, samo zawiązanie intrygi trwa dość powoli, przez co pierwszy odcinek troszkę mnie wynudził. Na szczęście z czasem zaczyna nabierać impetu, by w finale zaskoczyć (na szczęście). Po drugie, parę razy zostaje tutaj wpleciony (za pomocą ulubionego narzędzia filmowców, czyli łopaty) kwestia imigrantów oraz nietolerancji Brytyjczyków wobec nich. Jeszcze ta wrogość jest podsycana przez media. Po trzecie (i chyba najważniejsze) zostają wplecione sceny z przeszłości Poirota, czyli przed trafieniem do Anglii w 1914. Z jednej strony rozumiem ten zabieg, bo chodziło o pogłębienie psychologicznego portretu naszego detektywa, ale samo wyjaśnienie tej tajemnicy nie było mi do szczęścia potrzebne. No i troszkę mnie rozczarowało (powiedziałbym coś więcej, ale to mi nie przejdzie przez gardło), przez co byłem zdumiony.

abc3

Początkowo wybór Johna Malkovicha do roli Poirota wydawał mi się niedorzeczny. Nie zrozumcie mnie źle, bo to świetny aktor, ale ten detektyw tak kojarzy się z brytyjską kulturą, że automatycznie wyobraża się w tej roli mieszkańca Albionu. Jednak sama interpretacja oraz pomysł na tą postać jest znakomita. Amerykanin bardzo dobrze pokazał pewne zmęczenie oraz wręcz wegetację Poirota, który nie stracił swoich umiejętności dochodzeniowych. Jest jak mędrzec, który widział wiele, ale jednocześnie jest w nim coś mrocznego (mocno to pokazuje scena rozmowy z księdzem). Szkoda, ze dopowiedzieli tą tajemnicę. Mimo, że zrezygnowano z jego charakterystycznych wad (próżność, przywiązanie do symetrii), pozostawiono jego ironiczne poczucie humoru. Drugim zaskoczeniem jest Rupert Grint w roli młodego inspektora Crome’a, dzięki czemu udaje się odciąć od znanej kreacji z pewnej serii o czarodzieju z blizną. Aktor świetnie sobie radzi w roli zarozumiałego, pewnego siebie buca, który powoli zaczyna dostrzegać w Belgu sojusznika, a nie wroga. Ta relacja jest jedną z przyjemniejszych rzeczy na ekranie, choć troszkę za mało panowie mieli wspólnych scen. Równie imponującą robotę robi Eamon Farren jako tajemniczy pan Cust, który wydaje się być pozornie miłym dżentelmenem, lecz skrywa pewną tajemnicę. Poza tym jest jeszcze parę ciekawych postaci drugoplanowych, które zapadają w pamięć jak właścicielka motelu (Shirley Henderson), przywiązana do luksusu panna Grey (Freya Mavor) czy chorująca lady Clarke (Tara Fitzgerald).

Powiem szczerze, że serial „ABC” jest porządnie wykonanym miniserialem, który proponuje inne spojrzenia na postać Poirota, troszkę przypominając „Pana Holmesa” z Ianem McKellenem w roli główniej. Bardziej skupia się na psychice bohatera, chociaż intryga kryminalna też potrafi wciągnąć, mimo pewnych potknięć.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Pentameron

Kilka baśni, trzy królestwa oraz opowieści pełne mroku, tajemnicy. Akcja skupia się na trzech postaciach: królowej pragnącej dziecka, monarchę pełnego chuci oraz króla mieszkającego z córką, co dba bardziej o pchłę niż o dobro swojego dziecka. Bardzo luźno te opowieści się wiążą ze sobą, które Matteo Garrone spaja ze sobą wizualnie.

pentameron1

Te trzy opowieści są zdecydowanie inne niż typowe, klasyczne baśni spod znaku Disneya. Bliżej tutaj do „Labiryntu fauna” czy opowieści braci Grimm, co Garrone wykorzystuje całkowicie. Wszystkie te wątki są bardzo luźno poprowadzone, gdzie przeskakujemy z tych wątków, by potem do niego wrócić. Tak naprawdę to bardzo tajemnicze kino, pełne mroku, surowości, czarów oraz czegoś między wystawnością a surowością. Scenografia z jednej strony robi imponujące wrażenie, ale z drugiej jest ono bardzo oszczędne, co jest dość zaskakujące. Co jest jeszcze dziwniejsze, poza inspiracjami (m.in. „Książę i żebrak” czy „Shrekiem”), to wszystko trzyma się kupy i parę razy reżyser wodzi za nos, ale jednocześnie unika osądzania bohaterów. Każda z postaci ulega swoim pragnieniom, pożądaniom (miłość, uroda, książę, dziecko) i musi za to zapłacić pewną cenę. A to jedna z dwóch brzydkich sióstr, nagle zostaje przemieniona w przepiękną kobietę, a więź między nimi zaczyna słabnąć, narodzone dziecko królowej spotyka swojego „sobowtóra” urodzonego tego samego dnia (służącej) w sposób równie „magiczny”, co on sam, zaś księżniczka marząca romantycznej miłości zostaje wydana za mąż… olbrzymowi, na skutek pewnego zadania.

pentameron2

Nawet jeśli pojawia się humor, jest on bardzo smolisty. Garrone pozwala sobie na wiele, historia jest prowadzona nieszablonowo, posiadając bardzo specyficzny klimat. Poczucie niezwykłości potęguje piękna muzyka Alexandre’a Desplata oraz wysmakowanymi zdjęciami. Niektóre kadry jak podwodna walka z morskim potworem, przypomina bardzo stare filmy przygodowe (zwłaszcza, że nasz śmiałek nosi strój przypominający… nurka głębinowego). A wszystko zostaje połączone w finale.

pentameron3

To wysmakowane kino byłoby jedynie pustą wydmuszką, gdyby nie cudownie dopasowani aktorzy. Wrażenie robi niesamowita Salma Hayek jako konsekwentna, zachwycająca i pełna majestatu monarchini, pragnąca dziecka oraz próbująca go kontrolować. Zaskakuje John C. Reilly w bardziej poważnej roli, tylko szkoda, że pojawia się tak krótko. Troszkę humoru wnosi za to niebezpiecznie „postrzelony” Toby Jones, który dość dziwnie okazuje swoje uczucia córce Violet (świetna Bebe Cave). Z kolei drugi plan jest równie wyrazisty, pełen takich postaci jak tajemniczy nekromanta (Franco Pistoni), trupa cyrkowa czy olbrzymi ogr (Guillaume Delaunay).

pentameron4

Jaki jest „Pentameron”? To baśń idąca swoją własną ścieżką, chociaż opierając się na klasycznych motywach. Surowa, brudna, brutalna i niebojąca się pokazywać krwi, z drugiej strony bardzo wyrafinowana wizualnie i zmuszającego widza do samodzielnego myślenia. Takie rzeczy to tylko w Europie.

7/10

Radosław Ostrowski