Pass Over

Było wiele prób zachowania na taśmie spektaklu teatralnego, choć zastanawiam się jaki jest sens tego działania. Tego zadania postanowił podjąć się Spike Lee, pokazując sztukę Antoinette Nwandu. Ze wszelkim zachowaniem teatralnego rodowodu: bardzo oszczędna, umowna scenografia, mała ilość aktorów na scenie oraz masa dialogów.

Cała akcja skupia się na rogu ulicy Martina Luthera Kinga oraz 65 w Chicago. To na niej znajduje się Moses z Kitchem. Obaj są czarnoskórzy, którzy najbardziej pragną wyrwać się ze swojej dzielnicy i zerwać z dotychczasowym życiem. Życiem pełnym zioła, strzelających policjantów oraz poczucia niesprawiedliwości. Tylko, że problemem jest mentalność oraz lęk.

pass over1

„Pass Over” wydaje się mieć coś ważnego do powiedzenia, tylko że ta historia kompletnie mnie nie poruszyła. Czy dlatego, że nie jestem czarnoskóry? A może z powodu nadmiaru obecności filmów z rasizmem, nietolerancją i nienawiścią? Ten szablon jest bardzo mocno odczuwalny (gliniarz, wyglądający staroświecko biały pan), a sceny przed wejściem oraz po wyjściu z teatru są jedynie zbędnym balastem. Jedna ulica, w tle słychać strzały oraz gadanina. Niemal w całości oparta na nudnych repetycjach, powtarzaniu pewnych rytuałów (zaczynające się od „piff-paff”, wymienianie rzeczy w ziemi obiecanej), marzeń oraz rzadkich przebitek na widownię. Celowa sztuczność i umowność działa tutaj na duży minus, zdominowaną przez statyczną pracę kamery. Nawet zakończenie, bardzo gorzkie, nie był w stanie mnie poruszyć.

pass over2

Lee kompletnie mnie zawiódł, zaś „Pass Over” wydaje się kompletnie pozbawione pazura, zaangażowania oraz czegoś, co nie wiedziałbym na temat rasizmu w USA. Powiem krótko, odpuśćcie sobie i nie oglądajcie tego.

4/10

Radosław Ostrowski

Ona się doigra

Brooklyn, czyli mocno „czarnoskóra” dzielnica Nowego Jorku. To tutaj mieszka niejaka Nola Darling – dziewczyna o zamiłowaniu artystycznym. Tworzy kolaże, wcześniej próbowała grać na fortepianie, ale nic nie wyszło. Co ją wyróżnia z tłumu? Że spotyka się z trzema facetami naraz. Dlaczego? próbujemy w trakcie seansu znaleźć odpowiedź na to. Jamie jest dojrzały oraz odpowiedzialny, Greer jest przystojny i ma fioła na swoim punkcie. Za to Mars ubiera się jak raper i nie radzi sobie z dorosłym życiem, ale potrafi być zabawny.

ona sie doigra1-1

W 1986 roku nikt nie wiedział kim jest Spike Lee. „Ona się doigra” to reżyserski debiut, mocno inny od kolejnych tytułów. Jest to zdecydowanie kameralna opowieść, gdzie sprawy rasowe czy polityczne praktycznie tu nie istnieją. Przecież na planie nie było żadnego białego aktora. Sam film ubrany jest w konwencję dokumentu, gdzie (nieobecne na ekranie osoby) słyszymy rozmowy na temat Noli. Opowiadają o niej jej chłopacy, koleżanka, dawna lokatorka, a nawet sama zainteresowana. Jaki wyłania się z tego obraz naszej bohaterki? Niezdecydowana, zagubiona, pewna siebie, a może jest nimfomanką oraz seksoholiczką? Reżyser powoli zaczyna odkrywać kolejne karty, choć sama bohaterka wydaje się bardzo nieosiągalna. Utrzymanie całości w czarno-białej taśmie oraz jazzowej muzyce tworzy bardzo specyficzny klimat. Troszkę melancholijny, trochę nostalgiczny, ale zdecydowanie intymny. Nie brakuje tutaj formalnych eksperymentów, zabawy montażem (przyspieszona scena erotyczna), zaś sam seks pokazany jest w bardzo delikatny, nienachalny sposób. Takiego operowania oświetleniem w tego typu scenach nie widziałem od dawna.

ona sie doigra1-3

Spike Lee tutaj klimatem bardziej przypomina pierwsze filmy Jima Jarmuscha, bo jako takiej akcji tu nie ma. Wszystko tu opiera się na dialogu, nastroju oraz klimatu. Ale jednocześnie czułem, że coś wisi w powietrzu i ten układ musi zostać zweryfikowany. Bo panowie nic o sobie nie wiedzą. Przynajmniej na początku. Bo pojawia się pytanie – kogo ostatecznie wybierze? O ile kogoś wybierze. Bo czemu jest ich aż tylu facetów? Czyżby nie istniał idealny mężczyzna posiadający wszystkie potrzebny cechy: powaga, poczucie humoru oraz pewność siebie? Sami poznajcie odpowiedź, bo sam wam jej nie udzielę.

ona sie doigra1-2

No i jest to cudownie zagrane przez mniej znanych aktorów. Wyjątkiem jest tutaj niedojrzały Mars grany przez samego reżysera, który pasuje do niedojrzałego pseudorapera. Strasznie pociągająca jest Tracy Camilla Jones w roli głównej. I kompletnie mnie dziwi, że nigdy więcej o niej nie słyszałem, bo miała zadatki na gwiazdę. Podobnie wcielający się w pozostałych partnerów Tommy Hicks (Jimmy) oraz John Canada Terrell (Greer), tworząc bardzo wyraziste charaktery.

ona sie doigra1-4

„Ona się doigra” rozpoczęła karierę Spike’a Lee, pokazując spory talent młodego filmowca. Tytuł był tak ważny dla reżysera, że dwa lata temu (w formie serialu) twórca na nowo ożywił ten tytuł dla Netflixa. Czy jest tak udany? O tym powiem innym razem, zaś sam film rekomenduję. Lee się nie doigrał i bardzo dobrze.

8/10

Radosław Ostrowski

Czarne bractwo. BlacKkKlansman

Dawno, dawno temu Spike Lee był traktowany przez czarnoskórą widownię niczym poważny, wściekły prorok. Młody gniewny twórca, bardzo uważnie przygląda się swojemu społeczeństwu pod względem rasizmu i nietolerancji. Ostatnie lata były bardzo chude, chociaż pewien renesans wskazywał zrobiony dla Netflixa serial „Ona się doigra” (telewizyjny remake reżyserskiego debiutu – ciągle do nadrobienia). Ale tym razem reżyser postanowił wrócić do pełnego metrażu z historią tak nieprawdopodobną, że musi być prawdziwa.

Jest początek lat 70., czyli czas, kiedy jeszcze była wojna w Wietnamie, działały Czarne Pantery, a czarnoskórzy obywatele zaczynali coraz bardziej zdobywać takie same prawa obywatelskie jak biali mieszkańcy. Do Colorado Springs trafia Ron Stallworth – czarnoskóry policjant, który zostaje przyjęty do zaszcza…, ehh, zaszczytnej funkcji… archiwisty. Podła robota, ale od czegoś trzeba zacząć. Ale nasz Ron jest uparty i zostaje przeniesiony jako tajniak, mający infiltrować środowisko młodych, czarnoskórych studentów. Ale całą jego prace zmienia jeden telefon. Telefon z ogłoszenia od Ku Klux Klanu. Przepraszam, od Organizacji, że chciałby ich bliżej poznać. I… bardzo szybko pojawia się odpowiedź. Ale przecież jest Murzynem, więc jak miałby zinfiltrować Ku Klux Klan? Powiedzmy, że zamiast niego będzie biały glina – Philip Zimmerman.

blackkklansman1

Lee wraca do swoich tematów, ale ubiera to w bardziej przystępnej, rozrywkowej formie. Historia oparta na wspomnieniach Stallwortha jest bardzo szalona. Mamy klasyczną infiltrację wrogiego środowiska za pomocą dwóch gliniarzy, którzy muszą stać się niejako jednym organizmem. Flip musi naśladować sposób mówienia Rona, z kolei Ron zwyczaje oraz pewne nawyki. Sama intryga jest dla reżysera pretekstem do pokazania realiów epoki, gdzie po jednej i drugiej strony widać silną nienawiść. Z jednej strony mamy ten Ku Klux Klan, który wszędzie widzi spisek Żydów, nienawidzi innych ras niż biała. Z drugiej strony są czarnoskórzy aktywiści związany z Czarnymi Panterami, którzy chcą siłą zdobyć swoje (należne) prawa i przywileje. Czy w ogóle jest możliwa inna droga niż konfrontacji, bezkompromisowej walki? Wydaje mi się, że Lee piętnuje obydwie postawy, stawiając na dialog oraz porozumienie. Nie brakuje tu śmiechu (świetne rozmowy telefoniczne, zwłaszcza z szefem KKK – puenta wali po łbie), odrobiny publicystycznych tekstów (bo wtedy młodzi rozmawiali o polityce, a nie o duperelach; chyba?), ale nie brakuje też bardziej poważnych tonów. Mocne wrażenie robi montażowa przeplatanka, gdzie mamy obok siebie inicjację nowych członków Organizacji + seans „Narodzin narodu” oraz wspomnienia starszego człowieka dotyczące śmierci jego znajomego podczas zamieszek.

blackkklansman2

Jednocześnie reżyser bardzo dobrze rekonstruuje klimat lat 70. Kapitalne są tutaj stroje i charakteryzacja (główne czarnoskórych bohaterów), ale też scenografia, samochody. Jednocześnie Lee bawi się formą, bo nie brakuje zarówno montażu równoległego, szybko wplecionych fotografii, plakatów (rozmowa Rona z dziewczyną na moście), komiksowy „podział” ekranu, a nawet jest jeden zabieg żywcem wzięty z kina tego okresu (bohaterowie „przesuwają się” przez korytarz). I to czyni seans „BlacKkKlansmana” jeszcze przyjemniejszym.

blackkklansman3

Ale dla mnie są dwie dość drobne, lecz istotne kwestie. Po pierwsze, więcej tutaj uwagi jest poświęcone Klanowi, który czuje się coraz bardziej przerażony obecnością Murzynów na świecie i nie potrafi się dostosować do obecnych czasów. Co troszkę powoduje, że środowisko czarnoskórych studentów, którzy są gotowi na konfrontacje jest ledwo zaznaczone. Przydałby się tutaj balans, chociaż rozumiem intencje twórcy.  Po drugie, na koniec dostajemy dokumentalne wstawki z obecnej Ameryki, gdzie dochodzi do spięć na tle rasowym. To przesłanie, że jest to problem nierozwiązany jest zbyt łopatologiczny, czego Lee unikał przez cały film.

I jak ten film jest cudownie zagrany. Choć rzadko pojawiają się razem John David Washington (Ron Stallworth) i Adam Driver (Flip Zimmerman), obydwaj są rewelacyjni, jednak ten drugi ma więcej czasu ekranowego. Niemniej jednak czuć chemię między panami, zaś Washington ma świetną nawijkę (głos w końcu odziedziczył po ojcu), a Driver znakomicie sprawdza się jako tajniak udający rasistę i ksenofoba. Choć na drugim planie nie brakuje wyrazistych postaci, to na tym polu najbardziej wybija się Topher Grace jako David Duke, czyli szef KKK. To jest odpowiednia mieszanka rasizmu, pewności siebie oraz tępoty, że aż nieprawdopodobne.

Muszę przyznać, że Spike Lee wrócił. „Czarne bractwo” to z jednej strony świetne poprowadzone kino sensacyjne, ale też ostrzeżenie, iż sprawy rasizmu nie zostały do końca rozwiązane. I oby się to nie skończyło wojną, co może sugerować bardzo gorzki finał.

7,5/10

Radosław Ostrowski