Senna

Każdy fan Formuły 1 zna to nazwisko. Ja nie miałem ani szansy, ani możliwości zobaczenia tych wyścigów oraz sławnych pojedynków z początku lat 90., jednak od czego są filmy. Pięć lat temu brytyjski dokumentalista Asif Kapadia postanowił opowiedzieć o brazylijskim kierowcy Ayrtonie Sennie.

senna1

Ten bardzo zdolny i utalentowany kierowca rozpoczął swoją karierę, najpierw w gokartach, by potem w 1984 roku eksplodował w Formule 1. Dalej widzimy jego drogę na szczyt, konflikt z kolegą z zespołu Alainem Prostem aż do tragicznego wypadku 1 maja 1994 podczas GP San Marino. Do dzisiaj nie udało się ustalić, co było przyczyną. Kapadia ma wielkie szczęście i wykorzystuje tutaj sporą ilością materiałów archiwalnych. Sam film to zmontowane archiwalia, bez gadających głów, głownie od realizatorów z F1 (widoki z kamer zainstalowanych w bolidach, rozmowy, wywiady, odprawy przed wyścigiem), a także prywatne archiwa rodziny Senny. Nikt tego do tej pory nie oglądał, a to wszystko układa się w złożony portret kierowcy – jego wzloty, upadki, spokój i gniew. A trudno było ciągle zachować spokój oraz pozytywna energię, gdy kłody pod nogi kładli szefowie FIA, faworyzujący Frosta (pewnie dlatego, że przewodniczący był Francuzem) i na początku próbowano Brazylijczyka zdyskredytować i osłabić jego pozycję. Konflikt z Prostem, bardziej rozumiejącym polityczne machinacje, z jednej strony doprowadzał samych kierowców do ostrych spięć, z drugiej zwiększył oglądalność samej Formuły 1 oraz popularność Senny na cały świat.

senna2

Reżyser jednak wsparł się wywiadami z kilkoma osobami, które miały kontakt z Senną, jednak nie pojawiają się te osoby, tylko słyszymy ich głosy. A udało się zebrać zacne grono (Alain Prost, siostra Ayrtona Viviane, lekarz Formuły prof. Watkins czy dziennikarz John Bisigniano), które ubarwia i tak znakomita całość, dodając różne anegdoty oraz opowieści, które legendarnego kierowcę czynią bardziej ludzkim.

senna3

Można żałować, że nie jest to fabuła, ale z drugiej strony archiwalne materiały potrafią poruszyć i trzymać za twarz. Kapitalny montaż, zgrana z ekranem muzyka oraz świetna reżyseria składają się na interesujący portret zwykłego człowieka, dokonującego niezwykłych wyczynów, pozostając normalnym. obok „Wyścigu” Rona Howarda to film dla fanów królowej sportów motorowych.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mistrzowski rzut

Jest rok 1951 i trafiamy do Hickory – małego miasteczka gdzieś w stanie Indiana. Farmy, kościół, domy i szkoła, a w niej lokalna drużyna koszykówki. Niestety, poprzedni trener zmarł i trzeba powołać kogoś nowego na jego miejsce. I tu pojawia się niejaki Norman Dale – niemłody, ale doświadczony trener, który miał dość długą przerwę (ostatnie 10 lat służył w wojsku). Miejscowi jednak nie do końca są przekonani do nowego trenera i powoli liczą na powrót do drużyny gwiazdy drużyny, Jimmy’ego Chitwooda.

mistrzowski_rzut1

Takich filmów sportowych były co najmniej setki w USA, gdyż tam koszykówka jest (obok baseballa i futbolu amerykańskiego) narodowym sportem. Ale kiedy w 1986 roku debiutujący reżyser David Anspaugh (wcześniej pracował dla telewizji) nie widział albo nie interesował się taką tematyką. Wszystko toczy się wokół sprawdzonej i starej formuły: nowy trener, nowe otoczenie i nowe reguły, docieranie się obydwu stron, wreszcie poważne sukcesy oraz walka o mistrzostwo. Skoro znamy reguły tej gry, to dlaczego udaje się reżyserowi nie tylko zaangażować emocjonalnie, ale i trzymać kciuki za chłopaków do samego końca? Może dlatego, że nie próbuje kombinować i na siłę udziwniać, dodając coś więcej.

mistrzowski_rzut2

Twórcy przy okazji decydują się pokazać portret małego miasteczka – Hickery to dziura tak mała, że nie ma jej nawet na mapie. Koszykówka jest rzeczą, która łączy mieszkańców, a zawodnicy są niemal traktowani jak bogowie. Ale sukces w tej dyscyplinie może być pułapką, z powodu silnej presji. Porażka nie zostanie wybaczona i może być wykorzystana przeciwko tobie. bo gdy przyjdzie czas, że nie będzie można grać, co wtedy pozostanie? Życie przeszłością i (do kompletu) alkohol, ewentualnie praca trenera. Cóż innego można w takiej mieścinie zrobić? Te obserwacje oraz poboczne wątki związane zarówno z niektórymi zawodnikami (jeden z nich ma ojca-alkoholika, drugi jest zbyt niski jak na gracza, a największa gwiazda Jimmy zobowiązał się, że już nie wróci do tego) oraz mieszkańcami, początkowo nieufnymi wobec przybysza.

mistrzowski_rzut4

Najważniejsze elementy filmu sportowego, czyli treningi, inspirujące mowy trenera oraz same mecze, są zrealizowane bardzo porządnie i uczciwie wobec odbiorcy. Nie brakuje obowiązkowych spowolnień, dynamicznej muzyki Jerry’ego Goldsmitha, szybkiej pracy kamery i montażu. Wszystko to angażuje i trzyma w napięciu do samego (co z tego, że przewidywalnego) finału, a dialogi oraz scenografia nadają tylko autentyzmu całości.

mistrzowski_rzut3

Tak samo nie można zignorować świetnej obsady. Gene Hackman ma charyzmę oraz klasę, kompletnie przekonując w roli trenera Dale’a. Stosujący niemal wojskowe metody (stepowanie, bieganie linii, odbijanie piłki od ściany do zawodnika itp.), wymaga całkowitego posłuszeństwa i jest bardzo wymagający. Jednak ta postać ma pewną tajemnicę, a jego porywczy temperament wielokrotnie się udziela, w szczególności na meczach, gdy sędziowie sprawiają wrażenie ślepych kretynów. Równie młodzi chłopcy w rolach zawodników są bardzo przekonujący, oddając swoje lęki, budując pewność siebie i stając się pełnokrwistymi graczami, zyskującymi szacunek otoczenia. Ale i tak cały film skradł wspaniały Dennis Hopper. Aktor wciela się w Wilbura „Strzelca” Fletcha – świetnego znawcy koszykówki oraz miejscowego pijaka. Jego oczy i niepewne spojrzenie mówi więcej niż tysiąc słów, a dobitniej widać to w scenach, gdy działa jako asystent trenera. Ta postać wnosi film na wyższy poziom i wzrusza do samego końca, zapadając mocno w pamięci.

David Anspaugh jeszcze parę razy wejdzie na boisko, a debiut mimo lat oraz ogranych schematów pozostaje świeżym i piekielnie dobrym filmem. Wiemy jak to się skończy, ale jest to bardzo poruszający film, dający potężnego kopa.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Gracze – seria 1

Spencer Strasmore kiedyś był jednym z najlepszych graczy futbolu amerykańskiego. Ale kontuzja przekreśliła szansę na większą karierę. Obecnie pracuje jako menadżer w firmie zajmującej się inwestowaniem w firmie niejakiego Andersona. Próba spieniężenia swoich znajomości, okaże się drogą wyboistą i skomplikowaną.

gracze1

Nowa produkcja HBO stworzona przez Stephena Levinsona to tragikomedia skupiająca się na sportowcach. Zwłaszcza na tych, którzy muszą na nowo odnaleźć się w świecie bez sportu, piłki i tej całej stadionowej wrzawy. Kimś takim jest Spencer, który – choć już nie zawodnik – zna to środowisko od podszewki. Dodatkowo jednak poza nim, mamy tutaj trójkę graczy, którzy przechodzą ewolucję z odcinka na odcinek: otoczony nie najlepszymi doradcami i szastający pieniędzmi Vernon Littlefield, zdolny, lecz impulsywny Ricky Jarrett oraz będący na emeryturze Charles Greene, próbujący odnaleźć się w nowym otoczeniu. Mimo ważkich problemów oraz trafnych obserwacji świata sportowego, jest to bardzo lekka i zabawna produkcja spod znaku HBO. Nie brakuje bluzgów, absurdalnych sytuacji (impreza na statku, gdzie dochodzi m.in. do seksu z… matką jednego z zawodników), ale też i aluzji zrozumiałych dla fanów sportu. Cóż, futbol amerykański, nie jest zbyt popularny w naszym kraju, a sumy pieniędzy, o które toczy się gra są dość astronomiczne, jednak pojawiają się też inne, równie zabawne sytuacje (panika Spencera przed badaniem i zaskakująca reakcja po ich wynikach), a ograne wątki i schematy takie jak rywalizacja o numer koszulki czy szantaż są tutaj poprowadzone naprawdę z głową.

gracze2

Technicznie jest to naprawdę dobra produkcja, ze świetnie dobranymi piosenkami (głównie spod znaku rapu), idealnie wpasowany do poszczególnych scen. Dodatkowo mamy słoneczne Miami, piękne kobiety oraz lekki klimat. Ale żeby nie było tak słodko, jest kilka wad. „Gracze” to przede wszystkim męski świat, gdzie kobiety w zasadzie są albo wspierającymi żonkami, albo seksownymi kociakami, spełniającymi fantazje seksualne. Stanów pośrednich nie stwierdzono, parę wątków to niewypały (m.in. agent Jason poznający przyszłego męża swojej mamy), ale z odcinka na odcinek było coraz lepiej, fabuła rozkręcała się i nawet małe wpadki nie były w stanie przeszkodzić z czerpaniu sporej frajdy z oglądania.

gracze3

Aktorsko, „Gracze” to popis Dwayne’a „The Rocka” Johnsona, mającego więcej do zagrania niż zwykle. Spencer w jego interpretacji to wiarygodny bohater – opanowany i spokojny facet, który chce jak najlepiej dla swoich klientów. Staje się ich mentorem, choć sam musi zmierzyć się ze swoimi problemami (bólem, lekami i przykrościami, które zrobił innym), zachowując pełny luz oraz lekkość.

gracze4

Reszta bohaterów też ma swoje pięć minut, z czego najciekawszych jest aż dwóch. Pierwszy to Ricky Jarrett (bardzo dobry John David Washington), który jest świetnym graczem, jednak bywa bardzo impulsywny i nie do końca wierny swojej dziewczynie. Powoli jednak zaczyna aklimatyzować się z grupą i jest w stanie pokonać swoje demony (to akurat są bardzo zabawne sceny). Drugi jest Charles Greene (Omar Miller) – doświadczony, przechodzący na emeryturę zawodnik. Aktor wiarygodnie pokazuje jego rozterki związane z powrotem na boisko oraz strach, czy da radę. Vernon jest najmniej interesującym bohaterem, jednak grający go Donovan W. Carter dobrze oddał jego niedoświadczenie oraz ignorancję. Wynika to jednak z młodego wieku oraz złego otoczenia. Za to najbardziej trudnym do oceny bohaterem jest partner Spencera, Joe Krutel. Z jednej strony oddany przyjaciel, z drugiej impulsywny, nie zawsze trzeźwo myślący choleryk, który jest kolejnym ładunkiem komediowym.

gracze5

Mimo pewnych niedoskonałości, „Gracze” to dobry i lekki serial, gwarantujący bezpretensjonalną rozrywkę. Już nie mogę doczekać się drugiej serii.

7/10

Do utraty sił

Filmowcy kochają boks i nie jest to żadne zaskoczenie. Bowiem jest to jeden z bardziej dynamicznych sportów, widowiskowy, gwarantujący emocje, krew, pot i łzy. Ile razy widzieliśmy opowieści o facetach, którzy dostają szansę na osiągnięcie sukcesu lub powrotu do glorii i sławy? To jeden z fundamentów amerykańskiego snu, że nie ma rzeczy niemożliwy i nieosiągalnych. I czy można nadal coś ciekawego opowiedzieć w tej materii, czyli w kinie bokserskim?

do_utraty_sil1

Poznajcie wielką nadzieje białych – nie, nie mówię o Andrzeju „Endrju” Gołocie, tylko o Billym Hope. To młody, ale doświadczony bokser z czterema pasami mistrza świata. Jednak styl, w którym walczy jest dość dyskusyjny – wystawiając się na ciosy i wyglądając przy tym jak krwawy rzeźnik. Ale wtedy wygrywa, publika wyje i jest uwielbiany. Do czasu, kiedy pojawia się jedna chwila. Podczas imprezy charytatywnej jego żona zostaje zastrzelona i wszystko się sypie. Bańka pęka, a Billy zostaje sam ze swoimi demonami i traci wszystko – towarzystwo się rozchodzi, córka zostaje oddana do pomocy społecznej, dom idzie na sprzedaż, by spłacić swoje długi. Ostatecznie Hope trafia do slumsów i małej siłowni prowadzonej przez doświadczonego Ticka Willsa.

do_utraty_sil2

Brzmi znajomo? Reżyser Antoine Fuqua opowiada historię jakich było w kinie setki, jeśli nie tysiące. Schemat jest prosty: szczyt – upadek – walka o powrót. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że udaje się zaangażować emocjonalnie w tą historię i czyniąc ją wiarygodną do samego finału. Uważnie pokazuje światek bokserski, gdzie naszego bohatera otacza świta podlizujących się przydupasów, pazerny i chciwy promotor, żywiołowi komentatorzy i oczekująca widowiska widownia. A kiedy upadasz, jesteś sam, zdany tylko na siebie i wtedy wychodzi na jaw, kto był prawdziwym przyjacielem. Boks tak naprawdę jest tylko otoczką dla klasycznej opowieści o walce. Walce, która trwa nie tylko na ringu, lecz także poza nim – o swoja godność, życie, rodzinę.

do_utraty_sil3

Dalej jest ostra praca i trening, który ma zmienić filozofię walki – te sceny, mimo iż je widzieliśmy wiele raz, nadal potrafią porwać. Niby proste elementy, ale są spójnym elementem tego świata i co najważniejsze, nie odniosłem wrażenia gry znaczonymi kartami.

Zarówno sekwencje treningowe, jak i same walki są zrealizowane w widowiskowy sposób – nie brakuje klasycznego planu ogólnego, ale są też pewne eksperymenty w postaci pokazania z perspektywy głowy pięściarza czy spowolnienia. Mauro Fiore znów potwierdza swoją klasę, nadając tym scenom nerwu, tempa oraz adrenaliny, w czym pomaga dynamiczny montaż oraz muzyka spod znaku Eminema.

do_utraty_sil4

Żeby jednak nie było tak słodko, Fuqua nie uniknął skrętów w hollywoodzki styl (troszkę przesłodzony finał), a relacja Billy’ego z córką, która jest kośćcem dramatycznego wątku jest traktowana po macoszemu i nie zostaje do końca wygrana. Tu można było wycisnąć ciut więcej. Także brak czegoś nowego w tej konwencji można uznać za poważny zarzut, ale to już czepialstwo na siłę.

Fuqua poza świetną robotą jako reżysera, ma asa w rękawie – wielkiego Jake’a Gyllenhaala, grającego tutaj (moim skromnym zdaniem) rolę życia. Billy w jego interpretacji to wściekłe zwierzę na ringu, które dopiero, gdy zaserwuje widowni krwawy spektakl jest sobą. Ale po stracie swojej kobiety (bardzo przyzwoita Rachel McAdams), górę bierze gniew, wściekłość i droga ku autodestrukcji. Zarówno w scenach z żoną, podczas wizyt u córki, jak i podczas walk nie czuje się żadnego fałszu. Widzimy fightera, próbującego na nowo posklejać się. I wierzyłem w każde jego słowo i spojrzenie. Aktor zawłaszcza swoja osobowością cały film. Kto wie, może zgarnie nominacje do Oscara. Poza nim nie można nie pochwalić świetnego Forresta Whitakera, który wraca do formy, ogrywając schemat doświadczonego mentora – Till Wills to pozornie trener jakich wiele. Niespełniony bokser, opiekujący się młodymi chłopakami, próbując ich naprowadzić na jasną stronę Mocy. Tutaj nawet średni aktor i upadły finansowo raper 50 Cent w roli cwanego promotora dobrze się odnalazł.

do_utraty_sil5

Antoine Fuqua może w „Do utraty sił” nie serwuje niczego nowego w tym bokserskim dramacie, ale nie zmienia to faktu, że nakręcił najlepszy film w swojej karierze. Świetne, kipiące emocjami i fantastycznie zrealizowane. Niepozbawione wad, ale reżyser serwuje mocne ciosy, powalając na łopatki.

8/10

Radosław Ostrowski

Ramię za milion dolarów

Krykiet to gra mało interesująca i mało dynamiczna dla kina, gdzie chodzi o odbicie piłki.  I to właśnie przypadkowe obejrzenie meczu krykieta staje się inspiracja dla J.B. Bernsteina. Mężczyzna jest agentem sportowym, który działa na własną rękę i to bez sukcesów. Pomysł, który mu przychodzi do głowy jest dość niecodzienny – pojedzie do Indii, gdzie krykiet jest bardzo popularny i zorganizuje talent show, w którym zwycięzca otrzyma milion dolarów i trening na baseballistę, a w zasadzie dwóch – drugi dostanie dziesięć tysięcy dolarów.

ramie_za_milion1

Baseball nie jest zbyt popularną dyscypliną w USA, podobnie jak krykiet. Ale próba połączenia jednego z drugim, może stać się ciekawym eksperymentem. Zazwyczaj filmy wytwórni Disneya kojarzą się z infantylizmem, sentymentalizmem, ale potrafiły też poruszyć i czasami rozbawić. Tak tez jest z prawdziwą historią opowiedziana przez Craiga Gillespie (reżyser „Miłości Larsa”) oraz scenarzystę Thomasa McCarthy’ego („Dróżnik”). Sam film to kolejna z opowieści o spełnieniu swojego amerykańskiego snu, co nie jest zawsze łatwe, szczególnie dla osoby spoza USA. Jednak sama historia jest może troszkę przewidywalna (nie zabraknie wzlotów i upadków, zapatrzenia w forsę czy poruszających mów motywacyjnych), jednak wszystko to jest wyważone i potrafi nawet rozbawić. To naprawdę działa, przy okazji pokazując kontrast między bogatym Zachodem (samo mieszkanie Bernstein to niemalże pałac), a biedniejszymi Indiami (sam casting i program robiony jest ze sporym rozmachem – także wizualnym), gdzie mimo masy mieszkańców jest molochem biedy.

Źródłem humoru jest przede wszystkim próba aklimatyzacji dwójki Hindusów, zwycięzców programu oraz ich tłumacza w nowym środowisku, gdzie nie ma wind, boisko do baseballa jest kompletną nowością, ale są też kompletnie osamotnieni i zdani niemal sami na siebie.

ramie_za_milion2

Sporo emocji przynoszą same sceny programu, gdzie o wygranej decyduje siłą uderzenia (a dokładnie jej prędkość), a przemiana głównego bohatera pozostaje wiarygodna. Może i te wątki wydaja się dość oczywiste (relacja J.R. z lokatorką, próba odnajdywanie się w nowym środowisku czy finałowe spotkanie z łowcami talentów), jednak film ogląda się naprawdę przyjemnie i bardzo miło.

ramie_za_milion3

Co jest też zasługą dobrze radzących sobie aktorów. Największe pole do popisu miał Jon Hamm. Gwiazda serialu „Mad Men” odnajduje się w roli samotnego, szukającego forsy faceta, który jednak w decydującym momencie potrafi potraktować innych nie tylko jako źródło dochodów, jednak przebiega to w dość stopniowy sposób. Równie świetni i świeżsi są Suraj Sarma oraz Mahdur Mittal jako zwycięzcy programu „Million Dollar Arm”, a ich sceny adaptacji w USA potrafią być naprawdę zabawne.  Warto też zwrócić uwagę na solidny drugi plan z Alanem Arkinem (łowca talentów Ray) oraz Billem Paxtonem (trener Tom House) na czele.

Typowy disnejowski film sportowy, których wytwórnia trzaskała na potęgę. I jest to kolejny porządnie wykonany tytuł, który może niczym nie zaskakuje, jednak potrafi działać na emocje.

7/10

Radosław Ostrowski

Invictus – Niepokonany

RPA znalazło się w czasie po zniesieniu apartheidu, jednak mentalność nadal pozostaje taka sama. Ale prezydent Nelson Mandela robi wszystko, by połączyć białych oraz czarnych. Droga jest do tego dość wyboista. Szansę widzi on w zbliżających się Mistrzostwach Świata w rugby w najbliższym roku (1995). I o tej walce postanowił opowiedzieć Clint Eastwood.

invictus1

Chciałbym powiedzieć coś miłego o tym filmie, ale doświadczony Clint zrobił taka laurkę i pomniczek dla Mandeli, że nadmiar patosu oraz ważnych, wielkich słów wielu może wystraszyć i zniechęcić przed seansem. Niby są pewne kameralne sceny, w których widzimy prezydenta prywatnie, ale mam wrażenie, iż były one zwykłymi zapychaczami czasu. Tutaj dominują tutaj przemówienia, przemowy, rozmowy polityczne oraz… mecze rugby. To na nich Eastwood się skupia pośrednio jako narzędziu służącemu do zjednoczenia całego narodu RPA po czasach apartheidu. Patos ten bywa coraz bardziej napięty i nawet wizyta drużyny w wiezieniu, gdzie był trzymany Mandela – wypada odrobinę pretensjonalnie. Nie zawodzi za to finał, czyli mecz z Nową Zelandią w finale. Wtedy całość nabiera tempa, dynamiki (świetnym montaż oraz praca kamery) i bigla, trzymając w napięciu do samego końca. Ale to tylko 20 minut i dla mnie to za mało.

invictus2

Nawet aktorstwo jest zaledwie solidne. Trudno mi cokolwiek zarzucić Morganowi Freemanowi w roli Nelsona Mandeli – akcent jest bez zarzutu, świetnie się sprawdza zarówno w archiwalnych fragmentach jak i każdym wystąpieniu.  Ale to rola wpisana w wizerunek Freemana (mędrca i mentora pełnego charyzmy i ciepła), bez zaskoczenia oraz czegoś nowego. Troszkę lepszy jest Matt Damon, który troszkę przypakował i zrobił wszystko, by być kapitanem rugbystów – Francois Pienniara. Ich dwóch ciągnie ten film, ale nie w stanie uczynić go lepszym niż zaledwie poprawną produkcją.

invictus3

„Invictus” to zniżka formy Eastwooda, który jednak nadal nie odpuszcza i ciągle szuka intrygującego, ciekawego tematu do opowiedzenia. Tu można było to zrobić lepiej.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda


Foxcatcher

Zapasy – każdy mniej więcej wie na czym polega ten sport. Jego wartość docenili starożytni Grecy, umieszczając go w swoich igrzyskach olimpijskich, gdzie jest tą dyscyplina do dnia dzisiejszego (podobno jednak nie na długo). Nasza historia zaczyna się w 1987 roku. Mark Schultz jest złotym medalistą olimpijskim w zapasach, co jest zasługą jego brata – trenera oraz uznanego zapaśnika. Pewnego dnia dzwoni do niego tajemniczy John Du Pont, właściciel ogromnego majątku Foxcatcher. Proponuje wykorzystanie swoje miejsca do treningów zapaśniczych oraz zbudowanie drużyny w tej dyscyplinie.

foxcatcher1

Zaczyna się pozornie i spokojnie, jednak film Bennetta Millera to produkcja nie skupiająca się na zapasach, w ogóle sport nie jest tutaj najważniejszy. Reżyser skupia się na trójce bohaterów oraz ich skomplikowanych relacjach, które są tak naprawdę clou tego dzieła. Jednak całość – zapewne świadomie – wywołuje pewien chłód, emocjonalny dystans wobec swoich bohaterów, których obserwujemy w zazwyczaj zwykłych sytuacjach (treningi, przygotowania, wreszcie same zapasy). Nie ma tutaj krzyczenia, wrzasków, ekspresyjności spod znaku USA – rozgrywa się to na półtonach, spojrzeniach, gestach. Wtedy łatwiej będzie można dostrzec emocje, kierującymi naszymi bohaterami. Wszystko jest tu poprowadzone bardzo delikatnie, w sposób wyważony – widać to w montażu, pracy kamery. Miller wymaga sporego wysiłku, ale jest kilka scen zapadających mocno w pamięć (wypuszczenie koni, „wywiad” o Du Poncie czy dramatyczny finał). Dla wielu może to nie wystarczyć i znudzi sam film.

foxcatcher2

Miller ma jednak rękę do aktorów, którzy tworzą znakomite role. Tak było w „Capote” (Philip Seymour Hoffman) i „Moneyball” (Brad Pitt, Jonah Hill). Bardzo pozytywnie zaskakuje Channing Tatum w roli Marka. Jest to bardzo sprawny fizycznie facet, który poza zapasami ma swojego brata. Aktor dobrze oddaje jego zagubienie, próby wyrwania się z cienia brata-gwiazdy, wreszcie fascynację Du Pontem. Na takim samym poziomie bryluje Mark Ruffalo, potwierdzający swoją klasę. Największą niespodzianką jest tutaj Steve Carell, który długo pozostawał dla mnie zagadką. Rola bardzo wyciszona, stonowana, czasami sprawiała wrażenie jakby była obecna tylko fizycznie, bo duch gdzie odlatuje. Pozostaje niemal do samego końca łamigłówką – z jednej strony pełen kompleksów i (znudzony) pełnym portfelem. Ale kreujący też wizerunek silnego, charyzmatycznego lidera. Ta postać zostanie wam w pamięci na długo.

foxcatcher3

Sam Mark Schultz po obejrzeniu „Foxcatchera” powiedział: Nienawidzę tego kłamliwego filmu. Pojawiły się zarzuty o fałszowanie faktów, ale jak było – tego chyba nikt nie wie. Ale Bennett Miller tym filmem potwierdza, że jest jednym z ciekawszych reżyserów amerykańskich ostatnich lat. I czekam na kolejne filmy. Co do mnie – bardziej podobał mi się „Moneyball”.

7/10

Radosław Ostrowski

Ali

Nie jest tajemnicą, że bardzo lubię i cenię Michaela Manna – za rozpoznawalny styl, za klimat i realizm w opowiadaniu historii. Ale w 2001 roku, po ambitnym „informatorze” postawił sobie jeszcze ambitniejszy cel. Postanowił opowiedzieć o jednym z najważniejszych pięściarzy wszech czasów – Cassusie Clayu, którego cały świat zna jako Muhammada Ali.

ali1

Nie jest to jednak całościowe przedstawienie życiorysu w pigułce. Twórcy zaczynają od pierwszej zawodowej walki z Sonnym Listonem w 1964, a kończą walką w Afryce z Georgem Foremana, dzięki której odzyskał tytuł mistrza świata.  A po drodze jest przyjaźń z charyzmatycznym Malcolmem X, przejście na islam, pozbawienie tytułu mistrza za odmowę służby wojskowej małżeństwo. Jak na dwie godziny sporo, gdyż Mann zamiast stricte biografii wpisuje życiorys Aliego w sytuację społeczno-polityczną lat 60. – czasów segregacji rasowej i nietolerancji. I tak walka jest dla reżysera ważniejsza niż walki na ringu. Pod tym względem reżyser nadal tworzy w charakterystycznym stylu wizualnym (tutaj akurat zaczyna sięgać po kamerę cyfrową), gdzie noc jest ciemniejsza, a samotność bohatera wręcz namacalna dzieki zbliżeniom. Bogatsza jest też muzyka sięgająca nie tylko po elektronikę, ale także „czarne” brzmienia z epoki. To wszystko tworzy specyficzny klimat, choć zdarzają się momenty znużenia (rozmowy z promotorami, wątek Malcolma X) odwracające uwagi.

ali3

Za to kompletnym zaskoczeniem była dla mnie realizacja scen bokserskich. Nie są one ani efekciarskie czy przesadnie dynamiczne, ale zrealizowane są z niemal pietyzmem. Mann razem z Emmanuelem Lubezkim, który zastąpił Dante Spinottiego, chętnie korzysta ze spowolnień, widoku na nogi Aliego (szybkie ruchy), a nawet sięga po nowy arsenał – mikrokamery zamontowane na głowach pięściarzy, dzięki czemu mamy wrażenie bezpośredniego uczestnictwa w walce, nadając całości niemal reporterskiego charakteru. I co najważniejsze – to wszystko nie gryzie się ze sobą, tworząc zaskakująco spójną całość.

ali2

Ale i tak największym atutem jest tutaj aktorstwo. Największą niespodzianka jest tutaj Will Smith, który nie gra Aliego, tylko nim po prostu jest. Poza ringiem sprawia wrażenie wyciszonego, spokojnego faceta, który próbuje odnaleźć się w islamie. Ale na ringu lub podczas konferencji prasowej to pewny siebie, trochę arogancki twardziel przekonany o swojej sile i mocy. Ale jednocześnie to facet pełen słabości (niewierny wobec żony, czasami lubi wypić), który dopiero w trakcie walki staje się zwierzęciem. Ludzie z jego otoczenia to solidnie zagrane, wyraziste postacie (m.in. Jeffrey Wright – fotograf Howard, Jamie Foxx – rozgadany Bundini czy Barry Shabaka Henley – promotor Howard Muhammad), a najbardziej wybijają się dwie postacie – charyzmatyczny Malcolm X (bardzo dobry Mario Van Peebles) oraz dziennikarz Howard Cosell (Jon Voight nie do poznania). Ale panie też mają co do pokazania, a szczególnie dwie – Jada Pinkett (pierwsza żona Claya, Sonji) oraz Nona Gaye (Belinda – druga żona), tworząc twarde kobiety walczące ze słabościami Aliego oraz jego religią.

ali4

„Ali” potwierdza formę Manna, choć dla mnie całość była trochę za długa. Niemniej jest to kawał solidnego kina z fantastycznym aktorstwem oraz ciekawym klimatem. Interesująca propozycja nie tylko dla fanów boksu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Legendy ringu

30 lat temu Stany Zjednoczone mocno obserwowały rywalizację dwóch piekielnie zdolnych pięściarzy – Henry’ego „Razora” Sharpa i Billy’ego „The Kida” McDonnena. Obaj stoczyli ze sobą dwie walki – jedna wygrał Sharp, drugą Kid. I wtedy ten pierwszy ogłosił zakończenie kariery. Jednak syn legendarnego promotora, Dante Slade Jr decyduje się ustawić walkę miedzy obydwoma panami po 30 latach. Pytanie czy to ma sens?

legendy1

Sam pomysł na ten film jest mocno naciągany, a nazwisko reżysera (Peter Segal) nie zapowiadało niczego dobrego. Efekt okazał się jednak całkiem przyzwoity. Równie dobrze mogłoby się to nazywać „Rocky 7”, bo jest parę analogii do serii o Włoskim Ogierze. Przede wszystkim jest to jednak komedia o dwóch emerytach, którzy próbują wrócić na ring, by wyjaśnić stary spór – który z nich jest lepszy? Pozornie wydaje się to błahe i niepoważne, ale motywy tych postaci (nie tylko „ostatnia walka”, ale też szansa na poukładania swoich osobistych spraw – pogmatwanych jak wszystko zresztą) pozostają całkiem poważne, choć pokazane za pomocą narzędzia bardzo popularnego wśród reżyserów – łopaty (widać to zwłaszcza w końcówce, która jest odrobinkę przesłodzona). Żarty są całkiem niezłe (miejscami balansujące na granicy smaku, ale nigdy nie przekraczające tej granicy), pełne odrobiny złośliwości, zaś otoczka obyczajowa związana z byłą żoną Sharpa oraz dawno nie widzianym synem McDonnena zgrabnie się łączą z resztą. Dodajmy do tego naprawdę dobrą muzykę, niezłe sceny treningów i mamy całkiem solidną rozrywkę przez niecałe dwie godziny.

legendy2

Także od strony aktorskiej mamy całkiem niezła frajdę. Ale czy może być inaczej, jeśli między sobą mamy Sylvestra Stallone’a i Roberta De Niro? Obaj panowie grają z pewnym przymrużeniem oka, a nawet sporą dawką autoironii (zwłaszcza Sly, gdzie chce walnąć kawał wiszącego mięcha – coś wam to mówi?). Za to na drugim błyszczy niezawodny Alan Arkin. Jego Lightning to zgryźliwy, niedosłyszący dziadek, który staje się trenerem Razora, stosując dość niekonwencjonalne metody (serwowanie ciosów na basenie pod wodą czy użycie… końskiego moczu na ręce), w dodatku to stary erotoman. Dorównuje mu Kevin Hart jako patrzący tylko na szmal promotor Dante Slade. Tyle jeśli chodzi o humor. Za warstwę dramatyczną odpowiadają dawno nie widziana Kim Basinger (wypada nieźle jako Sally Rose) i znany z „Walking Dead” Jon Bernthal (BJ, syn Kida).

legendy3

Zapowiadała się porażka, ale nie było tak tragicznie. Panowie dali radę, nawet żarty nie były tragiczne. Co tym razem zrobi Sly? Może jeszcze nas czymś zaskoczyć.

6/10

Radosław Ostrowski

Turbo

Poznajcie Teosia. Pracuje w ogrodzie i marzy o tym, by ścigać się jako rajdowiec. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Teoś jest… ślimakiem winniczkiem. I jak wiadomo takie istoty nie mogą robić zawrotnych prędkości. Jednak na skutek dziwnego zbiegu okoliczności, ślimaczek dostaje kopa i może śmigać z zawrotnymi prędkościami. Opuszczając ogród wpada w ręce młodego Latynosa, który pracuje w budce robiącej tacosy.

turbo1

DreamWorks nie wymyśla tutaj prochu i nie tworzy czegoś, co byłoby zaskakujące. To opowieść w stylu „od zera do bohatera”, a jednocześnie o akceptacji najbliższych oraz pogoni za marzeniami. Jedyne czego mi tutaj zabrakło to tego popkulturowego humoru, z którego znana jest ta wytwórnia. Osadzenie tej opowieści wśród Latynosów, którzy ostatnio są dość eksploatowaną nacją w USA nadaje lekkiego smaczku, zaś drugoplanowe postacie ślimaków-wyścigowców dodają odrobiny lekkości i fajnej zabawy. Tylko tyle i aż tyle, choć głównie jest to skierowane dla znacznie młodszego odbiorcy. Ale najbardziej w pamięci pozostaje finałowy wyścig, gdzie Teoś vel Turbo mierzy się z bolidami Indianapolis 5000 – wygląda to niesamowicie, jest sporo dynamiki i emocji do samego końca. Ale to jest jedyna rzecz warta uwagi dorosłych, którzy poczują się trochę znużeni.

turbo2

Trzeba pochwalić dubbing, który wypada całkiem przyzwoicie. Tłumaczenie jest niezłe, zaś głosy aktorów dodane przez żadnych zgrzytów. Zdecydowanie trzeba pochwalić Antoniego Pawlickiego (zawzięty Turbo) i Jarosława Boberka (jego trzymający się ziemi brat Chet), którzy pokazali fason. Z drugiego planu najbardziej utkwił w pamięci Krzysztof Banaszyk (Chet Champion) oraz szalona postać Krzysztofa Szczerbińskiego (ślimak Ślizg).

turbo3

Ogólnie mówiąc, nie jest to szybki i wściekły film, choć prędkość jest mocno odczuwalna. Solidna bajka z prostym przesłaniem oraz naprawdę ładną kreską.

6/10

Radosław Ostrowski