W lesie dziś nie zaśnie nikt

Pierwszy polski horror – tak reklamowano najnowszy film Bartosza M. Kowalskiego, który ostatecznie trafił na Netflixa. Marketingowcy troszkę minęli się z prawdą (w Polsce pierwszym horrorem był „Dybuk” Michała Waszyńskiego z 1937 roku), chyba że mówimy tutaj o pierwszym polskim slasherze. To wtedy tak – to już bliżej prawdy. Czy warto sięgnąć po „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, czy lepiej sięgnąć po polską komedię romantyczną? Bo jest bardziej przerażająca niż śmieszna.

Punkt wyjścia jest tutaj prosty: mamy grupę nastolatków trafiającą do obozu offline. Z dala od Internetu, telefonów komórkowych mają przejść coś jakby obóz survivalowy. Wiecie, składanie namiotów, zbieranie jedzonka i takie tam. Skupiamy się na piątce z nich oraz ich opiekunce, co niejeden obóz przeżyła. Jednak na to, co czeka ich w lesie, nie można być przygotowanym. No i są bardzo duże szanse, że nie wszyscy z tego wyjdą cało.

Widać, że reżyser niejeden slasher widział i wie, jak to wszystko ma działać. Jednocześnie wie, że nie może za bardzo trzymać się tych szablonów, bo dziś strachu to nie wywołuje. Zbyt wiele już widzieliśmy, znamy te klocki oraz tricki, więc wyjścia są dwa. Albo ubrać to wszystko w nawias i polać humorem jak w „Krzyku” czy „Domu w głębi lasu”, albo zalać wszystko wiadrami krwi, rzeźnią oraz posoką. Kowalski idzie gdzieś tak pośrodku tymi ścieżkami. Jest to samoświadomy slasher, gdzie oblewa to żartem, zna reguły gry (wypowiadane są przez jednego z bohaterów – nerda Julka) oraz szablonowe postacie: twarda laska z mroczną przeszłością, wysportowany chłopak, nerd, puszczalska blondynka. Las wygląda pięknie i imponująco, co jest pewną niespodzianką. Bohaterowie niby są znani, a jednak niektórzy mnie obchodzili. To drugie zaskoczenie, choć jest tutaj parę wad.

Po pierwsze, tempo czasem szwankuje. Gwałtownie przyspiesza, by równie szybko się zatrzymać. I nie zawsze można zaangażować się w tą historię. Po drugie, jest to przewidywalne jak cholera, a ludziom podczas zagrożenia IQ spada na łeb na szyję. Ale tego po gatunku należało się spodziewać. To tak jakby się czepiać, że w komedii jest dużo żartów. Chociaż nie wszystkie trafiają w punkt (ostatnia scena). No i jeszcze chciałoby się dać więcej czasu kilku postaciom pobocznym (komendant obozu, smolarz, ksiądz, policjant). Ale zakończenie w pełni satysfakcjonuje i daje obietnicę na ciąg dalszy.

Jeszcze bardziej dziwi, że jest tutaj co grać. Zarówno cała ta młoda ekipa z Julią Wieniawą oraz Wiktorią Gąsiewską na czele wypadają dobrze. Mają też troszkę zarysowaną przeszłość, więc ich los potrafi zaangażować. Z doświadczonej ekipy najbardziej zaskakiwał Mirosław Zbrojewicz (smolarz) oraz Piotr Cyrwus (ksiądz) w innej roli niż zwykle. No i niezapomniany epizod Wojciecha Mecwaldowskiego jako komendanta obozu – tak nakręcony oraz pełen energii, że głowa mała. Szkoda, że potem znika.

Jest to dla mnie pewna niespodzianka, bo mimo znajomych tropów oraz szablonów „W lesie dziś…” to bardzo porządny, kompetentny slasher. Aż dziwne, że do tej pory nikt nie spróbował tego gatunku. Pozostaje mieć nadzieję, że pojawią się naśladowcy, idąc krok dalej, czego sobie życzę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Powrót

Witajcie w małomiasteczkowej polskiej prowincji z Bogiem na ustach. Tutaj wraca do domu młoda dziewczyna, która kiedyś brała udział w programie typu talent show. Potem zniknęła i wraca, choć tak naprawdę nikt na nią nie czeka. Siedzi dziewucha zamknięta w domu jakby była duchem. Co się tak naprawdę stało? Jak jej najbliżsi zareagują na tajemnicę?

powrot(2018)2

Magdalena Łazarkiewicz to reżyserka, która zawsze będzie w cieniu swojej znanej siostry. Niemniej co jakiś czas próbuje o sobie przypomnieć, że jeszcze tworzy. „Powrót” jest inspirowany prawdziwą historią dziewczyny, która została oszukana i przeszła piekło. Powrót do rodzinnych stron miał przynieść ukojenie oraz odzyskanie sił, ale okazało się to pułapką. Rodzina okazała się mieć Boga tylko w słowach, bo przyzwyczaili się żyć bez Uli. Wydaje się kimś w rodzaju balastu, jest bardzo wycofana, jakby nieobecna. Bardzo powoli jest odkrywana jej tajemnica, jednak to wszystko służy pokazaniu znanego obrazka Polski B. Zacofanej, bałwochwalczej, gdzie dominuje religijna hipokryzja oraz obłuda. To, co ludzie mogą o tobie pomyśleć staje się ważniejsze od więzi rodzinnych. Bo to może zaszkodzić reputacji, interesom i wywołuje większy ból dziewczynie niż można to sobie wyobrazić. Dom pełen dewocjonaliów, które albo są tylko czymś, co trzeba powiesić albo skrytką na papierosy.

powrot(2018)1

Niby wydaje się prawdziwe i poruszające, ale nie mogę pozbyć się wrażenia pewnego przejaskrawienia. Bo jest tylko chlanie, bicie i w sumie nie ma ani jednego pozytywnego bohatera. Poza Ulą, która znosi to wszystko i nie robi z siebie ofiary. Pokazanie całego dramatu w skali mikro, bardzo kameralnej jest samo w sobie niezłym pomysłem. Niemniej jest kilka momentów, gdy całość zaczyna trzymać się na ślinę jak wątek byłego chłopaka Uli. Od samego początku ma wyglądać groźnie i jest zły do tego stopnia, że rodzina nie dzwoni na policję. Niby można to tłumaczyć poczuciem wstydu, ale po wyjawieniu tajemnicy Uli nie powinno być decydującym czynnikiem. Ani razu nawet taki pomysł nie zostaje wspomniany i to jest ewidentnie podporządkowane z góry narzuconej tezie. Takie szczególiki psują wiarygodność tego świata, chociaż może się mylę.

powrot(2018)3

Trudno mi się przyczepić realizacji, bo ona miejscami bardzo pomaga. Klimat budują świetne zdjęcia, niemal skupione na detalach oraz twarzach. Dziwnie w tle wypada muzyka, bardziej pasująca pod thriller, co wywołuje miejscami dysonans. Ale jest kilka momentów mocno łapiących za gardło jak scena przymierzania ubrań czy wyznania Uli przed księdzem, co nie czyni tego filmu obojętnym.

Tak samo najmocniejszym punktem są tutaj dwie świetne kreacje aktorskie: matki i córki. Pierwszą gra dawno nie widziana Agnieszka Warchulska, gdzie widać w niej konflikt między religijnym fanatyzmem, a trudną do wyrażenia miłością. Pokazane jest to bardzo delikatnie, choć scenariusz nie zawsze pozwala. Ale odkryciem była dla mnie Sandra Korzeniak jako Ula. Bardzo wycofana, wręcz subtelnie poprowadzona postać dziewczyny naznaczonej piekłem i odrzucona przez bliskich magnetyzuje. Nawet kiedy nie robi nic, co jest nieprawdopodobne.

„Powrót” nie odkrywa niczego nowego  temacie hipokryzji małego zaścianka i jest to kolejne ostre (w założeniu) spojrzenie na Kościół. Nie zawsze subtelne, czasami przypomina to wyważanie otwartych drzwi, ale ciągle potrafi parę razy uderzyć.

6/10

Radosław Ostrowski

Żmijowisko

Tytułowe Żmijowisko to ośrodek agroturystyczny gdzieś na mazurskiej głuszy. Las, jezioro, ognisko – innymi słowy oaza spokoju. Ale to właśnie tutaj doszło do tragedii. Zaginęła 15-letnia Ada, córka Arka i Kamili, którzy spędzali tam wypoczynek razem ze znajomymi matki dziewczyny z czasów studiów. Mimo intensywnych poszukiwań, Ady nie udaje się znaleźć. Rok później ojciec wraca na miejsce zbrodni, by dotrzeć do prawdy.

zmijowisko1

Łukasz Palkowski wręcz zaczyna taśmowo robić seriale dla telewizji. Po „Belfrze”, „Pułapce” i „Chyłce” tym razem zmierzył się z powieścią Wojciecha Chmielarza. Książki oczywiście nie czytałem, więc nie mogę jej w żaden sposób porównać. Niemniej jest wiele znajomych motywów dla historii opartych na tajemnicy: mroczna okolica, bardzo dziany biznesmen, rodzinne niesnaski, nieprzyjemna przeszłość, tajemnice i kłamstwa. A w to wszystko zostaje wciągnięty zwykły, szary człowiek ze zniszczoną reputacją. Reżyser jednak decyduje się na zabawę chronologią, stosując aż trzy linie czasowe: chwile do dnia zaginięcia, rok po całej sytuacji oraz czas pomiędzy. Wszystko to zaznaczone innymi kolorami, przez co nie ma szansy na dezorientację ani zagubienie. I ta przeplatanka jest czymś bardzo odświeżającym, zaś osadzenie całości na Mazurach budziło klimat kryminałów… skandynawskich.

zmijowisko2

Niemniej muszę przyznać, że „Żmijowisko” bardzo mnie rozczarowało. O ile klimat potrafi uwieść, zdjęcia odpowiednio eksplorują tamtejszą faunę, to jednak problem mam z samą konstrukcją opowieści. Sama kryminalna intryga z czasem zaczyna schodzi na bardzo daleki plan, a najważniejsze zaczynają być dwa wątki. Pierwszy dotyczy fascynacji syna właścicieli ośrodka z nową koleżanką ze szkoły. Sabina ma w sobie dużo mroku, jest zafascynowana zbrodnią, a relacja staje się coraz bardziej toksyczna, niepokojąca i budząca grozę. Natomiast drugi wątek dotyczy coraz bardziej psującego się związku Arka i Kamili, który są ze sobą z powodu… nieplanowanej ciąży. Więcej jest tutaj kłótni, ciętych i ostrych słów, których kumulacją jest incydent na ognisku.  Te momenty odpowiednio podkręcają całą atmosferę, gdzie można ją kroić nożem.

zmijowisko3

Muszę też przyznać, że reżyser wie jak mylić tropy oraz potrafi zaciekawić, mimo dość nierównego środka serialu. Niemniej muszę przyznać, że bardzo zaskoczył mnie finał oraz rozwiązanie całej intrygi, którego się nie spodziewałem. Nie zdradzę wam o co chodzi, ale byłem w bardzo wielkim szoku i zostałem wpuszczony w maliny. To jest dla mnie największy atut, który jest w stanie zrekompensować słabsze momenty.

Aktorsko jest tutaj bardzo porządnie i jest kilka niespodzianek. Zaskakuje tutaj Paweł Domagała, który próbuje mocno zerwać z emploi charakterystycznego aktora z komedii romantycznych. Tutaj wciela się w bardzo wycofanego everymena, zderzonego z bardzo niezrozumiałą tajemnicą, pełen frustracji oraz lęków. To mocna i nietypowa kreacja, pokazująca dość spory potencjał tego aktora, zwłaszcza w momentach utraty temperamentu, kłótni czy oskarżeń. Dlatego tak dobrze wypada w duecie zarówno z Agnieszką Żulewską (Kamila), jak i debiutującą Daviną Reeves-Ciarą (Adaoma), choć ta druga pełni rolę partnera w śledztwie. Dla mnie jednak najlepiej z obsady wypada Cezary Pazura w roli biznesmena Rybaka oraz Kamila Urzędowska jako jego córka, Sabina. Pierwszy jest odpowiednio twardym biznesmenem, bezwzględnie dążącym do realizacji swoich celów, zaś druga jest coraz bardziej niepokojącym materiałem na manipulującą socjopatkę, zafascynowaną przemocą, krwią oraz zabijaniem. Bardzo niepokojący duet, choć nie mają ze sobą wiele scen. Z drugiego planu warto wspomnieć mocną rolę Piotra Stramowskiego (bardzo śliski Robert) oraz Wojciecha Zielińskiego (Krzysztof Trypa).

zmijowisko4

Nie wiem co tu się wydarzyło, ale „Żmijowisko” pokazuje pewne drobne wypalenie Palkowskiego. Punkt wyjścia brzmi bardzo znajomo, intryga miejscami rozłazi się, a aktorstwo i klimat nie zawsze są w stanie przyciągnąć wszystkich do samego końca. To się jeszcze dobrze ogląda, ale na miejscu reżysera uważniej dobierałbym materiał do pracy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Królewicz Olch

Kuba Czekaj – żaden inny polski reżyser w ostatnim czasie tak mnie nie wkurzył i byłem jednym z niewielu, których debiut „Baby Bump” odrzucił swoją treścią. Niemniej muszę przyznać, że wizualnie wyglądał świetnie. Tylko, co z tego? Niemniej wiedziałem, czego należało się spodziewać po „Królewiczu Olchu”. Czy jest lepszy, znowu podzieli widownię, a może reżyser przekona swoich hejterów?

krolewicz_olch1

Bohaterem tego dzieła jest młody chłopak o wielkim umyśle intelektualnym, ze wskazaniem na fizykę. Ma 14 lat i jest wychowany, przepraszam, tresowany przez swoją matkę, a ojca nikt nie widział. Mamuśka wykorzystuje chłopca i jego geniusz do udziału w różnych konkursach, dających sporą bonifikatę finansową, przez co czuje się lekki dziwadłem. Jednocześnie pracuje nad pewnym projektem.

krolewicz_olch2

Sama fabuła jest dość pretekstowa, a jej celem jest… no właśnie. Wszystko jest tutaj strasznie pogmatwane, a reżyser rzuca nas na głęboką wodę, nie dając żadnych wskazówek ani poszlak. A czego tutaj nie ma: komputer odmierzający koniec świata, teoria światów równoległych, brak akceptacji rówieśników, majaki mieszające się z rzeczywistością, kompleks Edypa, tajemnicze drzewo, tworzenie hologramów no i wpleciony w to wszystko „Król olch” Goethego (i jego muzyczna wersja od Schuberta). A wszystko jest oprawione w formę jakiejś alegorii czy metafory, której znaczenie potrafią rozszyfrować jedynie nieliczni. Miasto jest kompletnie anonimowe, będące mieszanką polskiego, angielskiego i niemieckiego (było to w „Baby bump”), a scenariusz wydaje się jedynie ciągiem scenek, gdzie samemu trzeba rozgryźć sens. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że Czekaj tak się zakochał w swoim dziele, że nie potrafił wcisnąć w odpowiednim momencie hamulca i została przekroczona granica między artystycznym bełkotem a czymś podniosłym, pełnym ambicji.

krolewicz_olch3

Po obejrzeniu na pewno poczujecie wielki zamęt w głowie. Próba rozgryzienia wszystkich scen, gestów, znaczeń czy rzucanych kwestii pozbawionych (dla mnie) jakiegokolwiek sensu. Rzadko bohaterowie ze sobie rozmawiają, zaś ciągle rzucane fragmenty poematu sprawiają złudne wrażenie spójności. Nawet finał, gdzie dochodzi do zderzenia obydwu światów (gdzie każdy głos ma taki „szum” ekranowy) wprawia w totalną konsternację i sprawia wrażenie wrzuconego na siłę. Nawet aktorzy nie mają specjalnie co grać, bo te postacie są tylko i wyłącznie figurami, pozbawionymi głębszych cech charakteru oraz wiarygodnej psychologii.

krolewicz_olch4

Film oparty tylko na samej tajemnicy może przykuć uwagę. Nadal wygląda to fantastycznie, tylko czy poza mocną sferą audio-wizualną jest coś więcej? Drugie dno, trzecie, czwarte? A może samo dno? Mnie, znowu, Czekaj odstraszył. Trochę szkoda, bo ma on w sobie ogromny potencjał, tylko że albo jest to pretensjonalny bełkot, albo ja jestem zwyczajnie za głupi na takie kino.

3/10

Radosław Ostrowski