Chłopcy z Brazylii

UWAGA!
Tekst może zawierać treści uznane za spojlery, więc jeśli nie oglądaliście filmu, nie czytajcie.

Nikt tak nie sprawdza się w roli czarnych charakterów jak naziści. Żądni władzy nad światem psychopaci opętani okultyzmem oraz złem, że już bardziej się nie dało. Pojawiali się w filmach nawet w latach 70-tych, osadzonych współcześnie („Akta Odessy” czy „Maratończyk”) czy podczas II wojny światowej („Bękarty wojny” czy ostatnio „Operacja Overlord”). O grach komputerowych nawet nie wspominam. Jednak czynienie z nich złoli w czasach osadzonych współcześnie jest dość ryzykowne, bo czy mogą nadal wzbudzić jakąkolwiek grozę czy lęk? Nawet w latach 70-tych taka koncepcja początkowo wydawała się czymś świeżym. Ale czy pod koniec tej dekady to jeszcze działało? Postanowił to sprawdzić reżyser Franklin J. Schaffner w opartym na powieści Iry Levina „Chłopców z Brazylii”.

Film – znany w naszym kraju także jako „Synowie III Rzeszy” – zaczyna się w Paragwaju, gdzie młody syjonista obserwuje jednego z ukrywających się nazistowskich zbrodniach. Przypadkowo trafia na samego doktora Josefa Mengele, organizującego poważną intrygę. Jej celem jest zamordowanie 94 mężczyzn w wieku 65 lat w ciągu dwóch i pół roku. Niestety, nasz niedoszły łowca nazistów zostaje schwytany podczas przekazywania informacji legendarnemu łowcy nazistów – Ezry Liebermana. Ten postanawia wybadać sprawę, zdany tylko na siebie.

chlopcy z brazylii1

Reżyser nie serwuje wszystkich informacji od razu, bo inaczej ten thriller nie zadziałałby. „Chłopcy z Brazylii” są staroszkolnym dreszczowcem, spokojnie odkrywającym wszystkie karty, co buduje klimat tajemnicy oraz podskórnego niepokoju. Napięcie potrafi podkręcić bardzo ekspresyjna muzyka Jerry’ego Goldsmitha w połączeniu z miejscami użytym montażem równoległym (kapitalna scena, gdy Mengele przechodzi po ruinach dawnego szpitala). A wszystko w czasach, kiedy nazistowskie zbrodnie wydają się pieśnią przeszłości. Nie nadając się nawet na wzmiankę w prasie, co jest dzisiaj bardzo smutne. Jedynie starzy ludzie pokroju Liebermana i Mengele jeszcze są w stanie walczyć, mając masę czasu oraz determinacji. Pierwszy może liczyć tylko na wsparcie młodych idealistów, drugi na swoich zwierzchników (do pewnego stopnia). Konfrontacja jest nieunikniona, ale nie będzie tu brawurowych pościgów czy rozpierduchy, choć przenosimy się z miejsca na miejsce.

chlopcy z brazylii2

Schaffner pewną ręką prowadzi całą opowieść, nawet jeśli zacząłem domyślać się o co tak naprawdę chodzi. Bo nie chodzi o pochodzenie ojców, tylko o dzieci, które są… klonami Adolfa Hitlera. Więc jak zwykle chodzi o panowanie nad światem. Chłopcy wyglądają tak samo (są grani przez tego samego aktora – Jeremy’ego Blacka), są rozpuszczeni i… co z nimi zrobić? Ocalić ich w nadziei, że niczego nie zbroją, a geny zostaną stłumione? Czy może ich wytropić i zamordować? Ten dylemat zostaje szybko rozwiązany (niestety), ale konsekwencje pozostają tajemnicą. Rzadko spotykana przemoc potrafi uderzyć, choć krwi nie ma zbyt wiele – może poza konfrontacją dwójki bohaterów z udziałem psów. Jednak potrafi uderzyć, bo zło od nazistów wywołuje ponadczasowy strach.

chlopcy z brazylii3

I to wszystko jest wykonane przez fantastycznie dobrany duet aktorski, zmuszony do konfrontacji. Laurence Olivier jako Lieberman (postać wzorowana na Szymonie Wiesenthalu) jest wystarczająco pocieszny, pełnego empatii, determinacji. Ma być tym dobrym i ma to wręcz wypisane na czole. Ale prawdziwym zaskoczeniem oraz gwiazdą tego filmu jest Gregory Peck. Aktor gra doktora Mengele i robi to bardzo sugestywnie. Aktor drugi raz w swojej karierze zagrał postać negatywną (wcześniej był kapitanem Ahabem w „Moby Dicku” Johna Hustona), ale tutaj wchodzi na o wiele wyższy poziom. Samo spojrzenie może budzić grozę, tak jak niemiecki akcent oraz wyczuwalny gniew i szaleństwo, bez popadania w przerysowanie czy groteskę. To ten duet nakręca ten film, choć nie brakuje w nim znanych twarzy na drugim i trzecim planie (m.in. James Mason, Denholm Elliott czy – będący na początku kariery – Steve Guttenberg).

Powiem szczerze, że nie do końca wiedziałem, czego oczekiwać po „Chłopcach z Brazylii”. Dostałem efektywny, staroświecki (lecz nie archaiczny), trzymający w napięciu thriller. I dowód na to, że naziści nadal potrafią straszyć. Nawet po tylu latach.

8/10

Radosław Ostrowski

Sala strachu

To miał być zwykły koncert, gdzie ludzie się bawili, troszkę się popiło i miało być fajnie. Grała kapela punkowa niejako na zastępstwo. Widownię stanowili skinheadzi, czyli panowie w glanach, twardzi i nie idący na jakiekolwiek negocjacje czy kompromisy. Dochodzi do pewnego poważnego incydentu – gitarzystka kapeli zostawiła telefon w pokoju. Basista Pat idzie po niego i… widzi trupa na podłodze z nożem w głowie. Robi się nerwowo, a kapela zostaje umieszczona w pokoju oraz zamknięta. Nie są jednak sami, bo towarzyszy im Amber – świadek morderstwa. Raczej nie ma szans na spokojnie rozwiązanie sytuacji.

Ile razy już oglądaliśmy brutalne i krwawe filmy, jednak przemoc zaczęła spływać na nas jak kaczce. Znieczuliliśmy się na nią, rzadko robi na nas wrażenie. Sytuację postanowił zmienić reżyser Jeremy Saulnier, który w 2015 roku zrealizował skromny, niezależny thriller. „Green Room” brzmi jak coś prostego, nieskomplikowanego, co nie powinno porwać czy poruszyć. A jednak. Konfrontacja młodych ludzi, którzy nie mieli (raczej) do czynienia z bronią i neonazistów prowadzona jest bardzo powoli, głównie za pomocą dialogów. Podskórnie jednak czuć tutaj wiszące napięcie, potęgowane przez to, że widzimy całą sytuację z dwojga perspektyw. A co gorsze, nasi młodzi bohaterowie nie wiedzą, co szykuje na nich druga strona. Powoli zaczynamy odkrywać kolejne tajemnice skinheadów kierowanych przez Darby’ego (zaskakujący i opanowany Patrick Stewart), planującego kolejny ruch oraz szykującego następne pułapki.

I w drugiej połowie zaczyna się zabawa reżysera w niemal slasherową rzeźnię, ale troszkę inaczej. Przemoc jest tutaj może nie imponująca pod względem wizualnym czy rozmachu, lecz jest gwałtowna jak podczas przekazywania broni przez drzwi lub finale pozbawionym heroizmu, muzyki ani poczucia zwycięstwa i satysfakcji. Tu przemoc jest brzydka, odpychająca, chcesz od niej odwrócić wzrok. Wszystko w stonowanej, lekko zielonkawej kolorystyce oraz bardzo ograniczonej przestrzeni.

Do tego całość jest świetnie zagrana. Poza wspomnianym Stewartem najbardziej wybija się Anton Yelchin (basista Patrick), stający się niejako liderem grupy oraz Imogen Poots (wplątana w sytuację Amber). Z tego duetu to Amber wydaje się najbardziej ogarnięta w tej sytuacji, zaś chemia między tą dwójką jest bardzo naturalna.

To kolejny przypadek niepozornego, skromnego filmu, który daje intensywnego kopa, pełnego adrenaliny oraz suspensu. Panie Saulnier, jak pan mi zaimponował.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Odpowiednik – seria 1

Berlin – miasto takie tak tysiące innych miast. Szare, nudne, pozornie nieciekawe. Tutaj żyje i pracuje Howard Silk – mężczyzna bardziej starszy niż młodszy. Jego miejscem pracy jest tajemnicze Biuro, gdzie bohater działa w Łączności, zaś jego żona leży w szpitalu wskutek wypadku (jest w śpiączce). Spokojne i stateczne życie mężczyzny zostaje jednak wywrócone, a wszystko z powodu pewnego agenta oraz jego informacji o narażeniu Biura. A tym mężczyzną okazuje się… duplikat Howarda Silka. Wszystko z powodu znajdującego się pod budynkiem Przejścia, gdzie 30 lat wcześniej powstał świat bardzo podobny do naszego, lecz z czasem doszło do poważnych zmian. Ludzie wyglądają tak samo, mówią tak samo i dzielą te same wspomnienia przed całą sytuacją.

Sama koncepcja stojąca za dziełem Justina Marksa zbliża serial w kierunku SF. Zwłaszcza, że sama geneza stworzenia Drugiej Strony (alternatywnego Berlina oraz całego świata) nie zostaje nam wyjaśniona. Poza jednym zdaniem, że powstała wskutek eksperymentu, który wymknął się spod kontroli. I w sumie to tyle. Ale sam serial to szpiegowski thriller, klimatem przypominający dzieła z czasów zimnej wojny. Nie ma tutaj skupiania się na pościgach i strzelaninach (choć nie brakuje ich, a wyglądają porządnie – gdyby nie rzadkie „trzęsawki” kamery), lecz na konsekwentnie budowanej intrydze oraz odkrywaniu zależności kto z kim dla kogo i dlaczego. Przeciwnik, kimkolwiek jest, sprawia wrażenie osoby będącej o krok przed wszystkimi. Sama akcja jest prowadzona spokojnie, pozwalając głębiej wejść w ten skomplikowany układ dwóch światów.

Prowadzone jest to początkowo głównie przez dialogi, jednak coraz bardziej zaczynamy widzieć różnicę. Ludzie wyglądają identycznie, a jakby mają zupełnie różne charaktery i osiągnięcia. Jedna osoba jest zwykłym urzędnikiem, a w Drugiej Stronie okazuje się tajnym agentem. Ale Druga Strona ma pewien ukryty cel oraz dalekosiężnym plan, który nie zostaje nam do końca przedstawiony. I widzimy dlaczego decydują się na ten krok, choć nie znamy wszystkich zamieszanych. Akcję jeszcze bardziej podkręca fakt, że Howard od pewnego momentu musi naśladować swojego odpowiednika i to podkręca jeszcze bardziej napięcie. Twórcom bardzo przekonująco udaje się pokazać jak to „drugie życie” zaczyna wpływać na Howarda oraz jego sobowtóra, stopniowo rzutując na ich charaktery. Ale obaj panowie będą musieli na pewien czas pozostać w nieswojej skórze, co dobitnie pokazuje mocny finał. Choć muszę przyznać, że był on lekko rozczarowujący i oczekiwałem czegoś bardziej widowiskowego. Niemniej pozostaje kilka pytań bez odpowiedzi, więc na pewno sięgnę po drugi sezon.

Realizacyjnie też trudno się do czegoś przyczepić. Całość wygląda bardzo przyziemnie, z dużą ilością szarości niczym brukowej kostki (szczególnie w punkcie kontrolnym między światami), co dodaje realizmu. Nie ma tutaj bajeranckich efektów specjalnych czy bajeranckich tricków, ale to nie przeszkadza w uwiarygodnieniu całego konceptu. Jedyna rzecz, do której mogę się przyczepić wobec historii to wątek zabójczyni Baldwin. Początkowo wydaje się zagadkową postacią z prostą motywacją, jednak później gdzieś zostaje zepchnięta do roli nijakiego tła, by w finale o sobie przypomnieć.

„Odpowiednik” to przede wszystkim aktorski popis J.K. Simmonsa, grającego dwie różne wersje tej samej postaci Howarda Silka. Pierwszy to wycofany, empatyczny, ale zmęczony i samotny człowiek (dobra strona), drugi to bezwzględnie dążący do celi szpieg, porywczy oraz bardzo opanowany. Różnią się absolutnie wszystkim: mową ciała, sposobem mówienia i chodzenia, przez co łatwo ich rozróżnić. Choć pod koniec granice zaczynają się zacierać. Absolutnie wybitna kreacja w historii telewizji. Ale na drugim planie też nie brakuje wyrazistych ról. Taka jest Olivia Williams jako bardzo powściągliwa, analityczna oraz uparta Emily Burton (obecna/była żona w zależności od świata), a także rewelacyjny Harry Lloyd jako szef wywiadu, Quayle. Może i wydaje się niekompetentny, ale pod tą twarzą kryje się bardzo złożoną osobowością. Zwłaszcza ostatnie odcinki pokazują szeroki wachlarz możliwości. Solidnie trzymają poziom zarówno Ulrich Thomsen (Aldrich) oraz Stephen Rea (Alexander Pope), mający kluczową rolę dla historii.

Pierwszy sezon „Odpowiednika” wciąga jak rasowy thriller, ma wspaniałego Simmonsa oraz więcej niż interesujący świat do pokazania. Mam wielką nadzieję, że zostanie to bardziej rozwinięte oraz utrzyma poziom tego sezonu.

8/10

Radosław Ostrowski

Chance – seria 1

Dr Eldon Chance jest neuropsychiatrą, pełniącym rolę konsultanta oraz biegłego w sądzie. Innymi słowy, nie prowadzi praktyki, tylko zaleca dalsze kroki w leczeniu, odsyłając do specjalisty. Życie prywatne to burdel – mężczyzna jest po rozwodzie, zaś opiekę nad nastoletnią córką sprawuje była żona z nowym partnerem. A i z pieniędzmi też raczej krucho, więc doktor podejmuje się każdego zlecenia. Wkrótce do niego trafia Jaclyn Blackstone, której mąż-policjant bije i ma problemy z pamięcią, a także drugą osobowość (Jackie). Lekarz decyduje się jej pomóc, przez co pakuje się w poważne kłopoty.

To miał być pierwszy mocny strzał nowej platformy streamingowej – hulu. Całość oparto na powieści Kema Nunna, odpowiedzialnego także za fabułę serialu, wśród reżyserów serialu był sam Lenny Abrahamson, zaś tytułową rolę grał nie kto inny jak Hugh Laurie. Jeśli na początku mieliście podejrzenia, że „Chance” będzie czymś w rodzaju „Dr House’a”, pomyliliście adresy. Jedyną cechą łączącą obydwu panów jest doktor przed imieniem i nazwiskiem. House był jednym z wzorów antybohatera – cynicznego, zgorzkniałego, choć bardzo inteligentnego. Chance jest jego zaprzeczeniem – pełen empatii, dla którego dobro pacjenta się liczy, ale czasami za bardzo się angażuje w sprawy i ma dość mroczną tajemnicę. No i serialowi Kema Nunna bliżej jest tutaj do czarnego kryminału czy thrillerów od Alfreda Hitchcocka niż serialu medycznego.

Muszę jednak przyznać, że sama historia toczy się zaskakująco spokojnie, powoli odkrywając kolejne elementy układanki i budując bardzo mroczny klimat. Co jest o tyle zaskakujące, że cała akcja toczy się w San Francisco, dając pewien powiew świeżości. Odbiciem od intrygi kryminalnej są sceny, gdy Chance opowiada o kolejnych swoich przypadkach do zbadania, a także jak poznajemy jego przeszłość. Schematy i szablony są znane, bo jest blondwłosa femme fatale (jak u mistrza Hitch, tylko że z rozdwojeniem jaźni), brutalny oraz skorumpowany mąż, nastoletnia córka z problemami. Także nasz Chance, coraz bardziej pociągany przez swoją ciemną stronę, budzi fascynację, mając duże wątpliwości co do swojego stanu psychicznego. Niemniej twórcy parę razy zaskakują, pojawia się nawet drobna zabawa chronologią, jest świetnie sfotografowana, a zakończenie nie tylko satysfakcjonuje, lecz zapowiada drugą serię.

To, co wyróżnia „Chance’a” od innych seriali to bardzo mroczny klimat, bardzo dobre dialogi, ale przede wszystkim dwie fantastyczne kreacje aktorskie. Pierwszą jest Hugh Laurie w roli Chance’a – zaskakująco wyciszony, za pomocą drobnych gestów pokazuje gotujące się w nim emocje. Niby stoik, ale bardzo nerwowy, czasami naiwny, jednak w gruncie rzeczy to dobry człowiek. Ale całość tak naprawdę kradnie fenomenalny Ethan Suplee jako D., który staje się przyjacielem, a nawet mentorem doktorka w poruszaniu się po mrocznym świecie. Wielgachny facet z wojskowym doświadczeniem skrywa pewną niepokojącą przeszłość, a chemia między nim a Lauriem jest świetna, dodając jeszcze więcej frajdy z oglądania. Równie zaskakująca jest Gretchen Mol jako Jaclyn/Jackie, która z zadania grania dwóch osób wychodzi obronną ręką.

Niby nie jest to nic, czego byśmy nie znali, ale w swoim gatunku (noir, thriller psychologiczny) trzyma się mocno. Charyzma Lauriego, wspieranego przez fenomenalnego Suplee oraz mroczny noirowy klimat wciąga do samego końca. Druga seria zapowiada się więcej niż ciekawie.

8/10

Radosław Ostrowski

Mroczna połowa

Książek Stephena Kinga na ekranie przenoszono więcej razy niż jakiegokolwiek innego autora (może poza Williamem Szekspirem). Jedne w udany lub mniej sposób, choć tych ze stanów średnich i słabszych jest dużo więcej. Na jakiej półce pojawiłby się nakręcona przez George’a Romero „Mroczna połowa”?

Sam początek jest bardzo obiecujący i skupia się na postaci Thada Beaumonta. Już jako dziecko objawiał talent do pisania. Podczas tworzenia dostaje nagłego ataku, przez co trafia do szpitala. Na stole operacyjnym lekarze odkrywają w jego ciele „resztki” po bracia bliźniaku i zostają usunięte. Po latach mężczyzna staje się cenionym pisarzem oraz wykładowcą akademickim. Z jednej strony tworzy cenione i uznane dzieła, ale też – pod pseudonimem George Stark – robi krwawe kryminały, przynoszące mu sporą kasę. Pod wpływem szantażu pisarz decyduje się ujawnić całemu światu, że pisze jako Stark i doprowadza to do… ożywienia jego alter ego. A jemu bardzo nie podoba się ta całą sytuacja i chce zmusić Thada do napisania kolejnej powieści. Przy okazji wrabiając go w morderstwa kilku osób.

Wydawałoby się, że powieści Kinga byłby idealnym materiałem dla mistrzów kina grozy. Jednak zazwyczaj było tak, iż każdy taki fachowiec sięgał po jedną powieść niekwestionowanego mistrza („Christine” Johna Carpentera czy „Martwa strefa” Davida Cronenberga), więc połączenie Kinga z Romero brzmiało jak coś fantastycznego. Niby wszystko wydaje się być na miejscu, akcja jest płynnie prowadzona, zaś odniesienia do doktora Jekylla i pana Hyde’a są aż nadto oczywiste. Tutaj jest ten motyw wykorzystany do pokazania niejako dwoistości pisarza. Z jednej strony utalentowanego i chcącego pisać po części do zyskania prestiżu (literatura bardziej ambitna), z drugiej trzeba móc się z tego utrzymać finansowo. To drugie oblicze reprezentuje Stark – „zły brat bliźniak”, niejako wypierany ze świadomości.

Problem w tym, że jednak opowieść prezentowana przez Romero zwyczajnie nie angażuje. Przede wszystkim za mało poznajemy tego Starka, który niemal od razu zostaje ograniczony do bycia porąbanym zabójcą wziętym z jakiegoś slashera. Jego pochodzenie oraz możliwości są bardzo niespójne. Także dość wolne tempo oraz powolne budowanie z czasem doprowadza do braku impetu, a kolejne sceny morderstw zaczynają cierpieć na brak napięcia. No i ta historia zaczyna być dla mnie nieprzekonująca, z (niewykorzystanym, bo spłaszczonym) motywem dwóch osobowości niejako w jednej osobie.

Niemniej muszę przyznać, że podwójna rola Timothy’ego Huttona – zwłaszcza jako psychopatyczny Stark – to najmocniejszy punkt tego średniaka. Wielka szkoda, bo powieść zasługiwała na lepszą adaptację. Spore rozczarowanie po uznanym horrorowym twórcy.

6/10

Radosław Ostrowski

The Nightingale

Słowik jak wszyscy wiemy to ptak cudnie śpiewający i pięknie wyglądający. Jak kobieta. Ale jedno i drugie nie bardzo przepada za byciem uwięzionym. Nie inaczej jest z Claire – irlandzką kobietą, która trafiła w XIX wieku do Tasmanii. A był to czas, kiedy w tej brytyjskiej kolonii trafiali skazańcy wszelkich płci. Kobieta została wypuszczona z więzienia, gdzie trafiła za kradzież dzięki porucznikowi Hawkinsowi. Ten miał napisać jej list, dzięki któremu mogłaby swobodnie przebywać, jednak odwleka sprawę i traktuje Claire jak swoją własność. To bardzo nie podoba się mężowi kobiety, doprowadzając do ostrej awantury oraz braku awansu dla oficera. Ten z zemsty zabija mężczyzna oraz niedawno urodzone dziecko razem z dwoma żołnierzami, gwałcą ją oraz ciężko poturbowaną zostawiają w buszu. Co pozostaje Claire do zrobienia? Jedna, oczywista rzecz – zemsta, w czym ma jej pomóc rdzenny przewodnik Billy, który nie zna jej motywacji. Oboje wyruszają w pościg za Anglikami.

Pochodząca z Australii reżyser Jennifer Kent zwróciła na siebie uwagę horrorem „Babadook” w 2014 roku. „The Nightingale” to drugi film w dorobku reżyserki i potwierdza, że warto uważniej przyglądać się tej twórczyni. Tutaj jest to mieszanka filmu historycznego z thrillerem i kinem zemsty. Ale nie spodziewajcie się czegoś w stylu „Johna Wicka” czy popisów a’la Charlize Theron. Czyli co, mamy wolnego snuja z żółwim tempem, doprowadzającego do wczesnego zaśnięcia? Na szczęście nie. Kent spokojnie opowiada swoją historię, tylko pozornie chłodną i z masą statycznych ujęć. Jednak w środku widać, że się tam pod skórą gotuje. Samo wprowadzenie trwa ponad 30 minut, kończąc się bardzo nieprzyjemną sceną gwałtu oraz morderstwa. Niby widziałem takich scen wiele, a ta wygląda zwyczajnie. Jednak czułem mocno dyskomfort, spotęgowany przez bardzo ciasne zdjęcia.

Sama historia zemsty dla reżyserki jest także pretekstem do pokazania historii Tasmanii oraz relacji między rdzennymi mieszkańcami a białymi ludźmi. Ci pierwsi zostali wypchnięci ze swoich domów, terenów łowieckich, stając się niejako niewolnikami. Robią za przewodników po swoim własnym kraju, niby są „cywilizowani” przez białych, a tak naprawdę tracą swoją tożsamość, język czy duchowe życie. A nawet tylko swoje życie – czy można dokonać większej podłości niż wywyższanie się nad innymi na niby swoim terenie? To jednak nie jako toczy się przy okazji pokazując sojusz dwójki outsiderów w nieprzyjaznym dla nich świecie. Nie brakuje tu zarówno onirycznych momentów, gdy bohaterkę prześladują koszmary jak i bardzo intensywnych, choć krótkich scen przemocy.

Ta intensywność wynika też z absolutnie rewelacyjnego aktorstwa. Odkryciem są tutaj Aisling Franciosi (Claire) oraz Baykali Ganambarr (Billy, przewodnik), którzy byli dla mnie kompletnie nieznani. Oboje niejako odrzuceni przez świat, początkowo niechętni i obcy, z czasem zaczynają się zbliżać (nie fizycznie). Ta więź była dla mnie prawdziwym paliwem, poprowadzona absolutnie bezbłędnie i są to role zasługujące na wszelkie nagrody. Ale największą niespodzianką był Sam Claffin jako porucznik Hawkins. Taki przystojny facet, a taki skurwysyn z krwi i kości, za wszelką cenę dążący do awansu. Tak obrzydliwego, odpychającego degenerata nie widziałem od bardzo dawna. I ta rola pokazuje inne, niespotykane predyspozycje tego aktora.

„Słowik” pokazuje jak rozwija się Jennifer Kent i jedno mogę wam powiedzieć – delikatnych filmów ta osoba robić nie będzie. Mocny, powalający i trzymający w napięciu do krwawego finału, przebijający debiut. Kolejny przykład pokazania niewygodnej przeszłości, pokazując do czego był (i nadal jest) zdolny biały człowiek.

8/10

Radosław Ostrowski

Constantine

Był taki czas, że popularność kina superbohaterskiego nie była aż tak wysoka jak obecnie. Na nowo ta fala po słabej drugiej połowie lat 90. Podniosła się po sukcesie „X-Men” oraz pierwszego „Spider-Mana” od Sama Raimiego. Potem – tak jak dzisiaj – bywało różnie, szukając innych materiałów niż komiksy Marvela czy DC. Ale poza „Hellboyem” oraz „Watchmenami” nic nie zrobiło dużego zamieszania. A czy mówi wam coś Constantine? John Constantine.

Postać stworzona przez brytyjskiego autora komiksów Alana Moore’a to blondwłosy, brytyjski gość, który widzi anioły i demony. Kiedyś próbował odebrać sobie życie, co doprowadziło do faktu, że jego życie zostało skazane na potępienie. Chcąc troszkę odzyskać łaskę od Boga, pełni rolę takiego egzorcysty. A nasza planeta pełni coś w rodzaju miejsca gry między piekłem a niebem, gdzie tzw. mieszańcy dbają o równowagę. I nasz bohater dostaje sprawę. zgłasza się do niego policjantka, której siostra bliźniaczka popełniła samobójstwo w szpitalu psychiatrycznym. Policjantka nie wierzy w samobójstwo, ponieważ była ona osobą wierzącą.

„Constantine” to reżyserski debiut Francisa Lawrence’a, wówczas reżysera teledysków, dzisiaj znany jako twórca serii „Igrzyska śmierci” (oprócz części I). I jest to bardzo luźna adaptacja materiału źródłowego. Akcja z Londynu przeniesiono do Nowego Jorku, zaś nasz bohater to brunet z amerykańskim akcentem oraz ciemnym garniturem. Sama historia wydaje się prosta, ale nie jest opowiedziana w sposób prostacki. Reżyser próbuje zbudować wokół wiary mitologię, choć czasami logika potrafi zrobić sobie wolne. Wolne oraz spokojne jest także tempo, rzadko sięgające po sceny akcji, dając czas na wejście w klimat lekko noirowy. Świetny wizualnie, utrzymany głównie w ciemnych kolorach oraz dziejący się w nocy. Tylko, że ta historia – choć ma parę zakrętów – nie wciąga, a nawet troszkę nudzi. Dialogi czasami są przeładowane ekspozycją, świat wydaje się bardzo niewielki oraz ledwie zarysowany, zaś ustalenie kto stoi za wszystkim nie jest wcale trudne. No i czasami twórcy za bardzo chcą być cool (spluwa w kształcie połączenia Thompsona z… krzyżem), choć sceny egzorcyzmów czy drobnej akcji dobrze się trzymają. Tak jak niezłe efekty specjalne oraz wizje piekła przypominające pst-apokaliptyczną rzeczywistość.

Jeśli chodzi o aktorstwo to jest więcej niż OK. Tytułową rolę zagrał Keanu „Neo” Reeves, który do ról niezbyt rozmownych, wycofanych stoików pasuje idealnie. A że nie ma nic wspólnego z komiksowym pierwowzorem? Cóż, to akurat drobiazg, chociaż ta postać wydaje się zbyt wycofana oraz obojętna na to, co się dzieje dookoła. Znacznie ciekawiej prezentuje się Rachel Weisz w ról bliźniaczek: „psychicznej” Isabel oraz detektyw Angeli, chociaż między nią a Reevesem nie ma żadnej silnej chemii. A szkoda. Film za to kradną drobne epizody Petera Stormare’a (Lucyfier) oraz Tildy Swinton (archanioł Gabriel), dodając odrobinę charakteru do całości.

Solidna adaptacja oraz debiut, chociaż troszkę za bardzo skupiony na wizualiach. Bo sama historia nie robi aż tak wielkiego wrażenia, zupełnie jakby to był wstęp do większej całości, sequela? Ale szkoda, że nic z tego nie wyszło.

6/10

Radosław Ostrowski

Odległy ląd

Stacja kosmiczna gdzieś na jednym z księżyców Jowisza. Tutaj robotnicy są zatrudniani przez wielką firmę do wydobywania surowców, choć warunki są bardzo nieprzyjemne. Tak bardzo, że kilku pracowników zaczyna dostawać ataku szału oraz zabijając się. Sytuację, mimo szybkiego pozbywania się ciał (albo tego co, z nim zostało), próbuje wyjaśnić nowy szeryf, William O’Neil. Powoli odkrywa, że za wielkim sukcesem firmy stoją… przemycane narkotyki, zlecane przez kierownika kolonii, Marka Shepparda. Na nieszczęście szeryfa, do konfrontacji staje samotnie, zaś szef wynajmuje zabójców.

Peter Hyams na początku lat 80. był już znanym filmowcem, opromienionym sukcesem „Koziorożca 1”. Więc nie było zaskoczeniem, że znowu sięgnął po kino SF. Jeśli do czegoś miałbym porównać „Odległy ląd” to byłaby hybryda „Obcego” z… westernem. Ze szczególnym wskazaniem na „W samo południe”, zwłaszcza od momentu oczekiwania na zabójców. Dlaczego z filmem Ridleya Scotta? Bo ma tak samo brudny, chropowaty świat zdominowany przez korporacje. Te są nastawione na zysk za wszelką cenę, decydując się na wyzysk w zamian dając duże wypłaty oraz bonusy. Wszyscy odwracają wzrok, a system działa bardzo sprawnie, więc po co to psuć? Historia jest prosta i brzmi znajomo, ani nie jest widowiskowa. Ale Hyams prowadzi to tak pewnie, że nie ma tutaj miejsca na nudę.

Jest troszkę bieganiny, jest suspens oraz finałowa strzelanina, potrafiąca ograć przestrzeń. Co ciekawe, jest parę drobnych zaskoczeń, jednak nie zdradzę wam. Realizacyjnie wygląda to bardzo w stylu „Obcego”, czyli bardzo przyziemnie i chropowato. Pomaga w tym na pewno świetna scenografia, balansująca między sterylnością a zużyciem. Jedynym poważniejszym problemem dla mnie są dwie rzeczy. po pierwsze, sceny gdy postacie ulegają dekompresji. Innymi słowy z powodu przeciążenia grawitacji ich głowy wybuchają. Być może w czasie realizacji była to jedna z teorii naukowych, jednak w filmie wygląda to śmiesznie. Drugim problemem jest odtwórca roli syna głównego bohatera. chłopak wypada bardzo sztucznie oraz nie jest podobny do swoich rodziców. Zwłaszcza że szeryfa gra absolutnie świetny Sean Connery, zachowujący (pozorny) spokój w stresowej sytuacji.

Jak już wspomniałem Connery’ego, drugą wyrazistą postacią jest jeszcze dr Lazarus. Frances Sternhagen daje tej postaci szorstkość, zadziorność oraz charakterek, czyniąc z nią jedyną sojuszniczką naszego bohatera. Chociaż sama do tego by się nie przyznała. Antagoniści są tutaj solidni oraz typowi dla tego okresu, czyli korpo-szef (solidny Peter Boyle) oraz drobne role zabójców.

„Odległy ląd” mógłby być spokojnie spin-offem serii zapoczątkowanej przez Ridleya Scotta. Szorstki, chropowaty klimat, korporacja w tle oraz charyzma Connery’ego czyni ten film małą perełkę. Zbitka westernu z SF działa tutaj mocno, pokazując jak wiele osiągał Peter Hyams w wysokiej formie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Gniazdo

Lata 80. to był czas kiedy w USA poluzowano kilka przepisów, by gospodarka mogła ruszyć z kopyta. Więc szansa na zdobycie wielką kasę zrobiła się bardzo wielka. Ale nie każdemu udało się wyrwać dla siebie kawałek tortu. Rory O’Hara miał takiego farta, mieszka z żoną oraz dwójkę dzieci. Jednak teraz decyduje się wrócić do rodzinnego Londynu, by stworzyć siebie na nowo. By znów złapać byka za rogi i odnieść sukces. Dlatego kupuje wielką rezydencję, opłaca czynsz na rok i wraca do dawnej firmy. Wszystko wydaje się iść w idealnym kierunku, prawda?

gniazdo2

Reżyser Sean Durkin pozornie wydaje się opowiadać historię znaną i starą jak świat. Portretu idealnej rodziny, która tylko idealnie wygląda z daleka. Im bliżej jednak podchodzimy, tym pojawia się więcej pęknięć. Opowiada to bardzo powoli i spokojnie, lecz spokój jest pozorny. Rodzina tutaj staje się siedliskiem problemów. On (świetny Jude Law) to złotousty gaduła, pragnący osiągnięcia sukcesu. Chce być lepszym, bogatszym, szczęśliwym. Tylko, że pod tym obliczem skrywa się mania wielkości, narcyzm oraz ciągła pogoń za pieniądzem. Zaś jego nawijka to zwykłe wodolejstwo, mające zwrócić uwagę osób, by kupić ich sympatię. Taki tryb marzyciela, chcącego więcej niż ma. Kontrastem dla niego jest bardziej trzymająca się ziemi Allison (rewelacyjna Carrie Coon), trafiająca na nowe, nieznane środowisko. I to poczucie obcości doprowadza do depresji oraz osłabienia pewności siebie.

gniazdo1

Niby jest to dramat obyczajowy, ale Durkin stawia tutaj na bardzo mroczną atmosferę. Czuć coraz bardziej narastający niepokój oraz poczucie bycia w pułapce. A jest nią przywiązanie do luksusowego stylu życia, pogoń za pieniądzem oraz blichtrem. To zagrożenie jest bardzo delikatnie sygnalizowane, a reżyser skupia się na samych bohaterów. Stąd jest tyle zbliżeń oraz skupienie na twarzach. Tak samo bardzo stonowane kolory oraz rzadko pojawiająca się, ale budująca mroczny klimat muzyka.

„Gniazdo” nie jest filmem dla każdego i wielu może zniechęcić wolne tempo czy skromnie zarysowana akcja. Ale jest to bardzo wyrafinowane, fantastycznie zagrane kino, dziwnie trafne pasujące do dzisiejszych czasów.

7,5/10

Radosław Ostrowski

1983

Pierwszy polski serial Netflixa – pamiętam jakie było poruszenie na dźwięk tych słów. Dodatkowo na wyobraźnię podziałał fakt, że był to thriller SF osadzony w alternatywnej historii naszego kraju. No i jeszcze nie byle jakie reżyserki: Agnieszka Holland, Kasia Adamik, Olga Chajdas i Agnieszka Smoczyńska. Co mogło pójść nie tak? Wiele rzeczy. Zwłaszcza kiedy scenariusz pisze Amerykanin w swoim języku, a potem jest to mechanicznie tłumaczone na polski. To jednak tylko drobiazg, ale po kolei.

Akcja toczy się w 2003 roku, kiedy Polska nadal jest w bloku komunistycznym, choć siła Związku Radzieckiego nie jest tak mocno obecna. Technologia jest bardzo rozwinięta, mimo braku social mediów. W tym świecie żyje Kajetan Skowron – młody student prawa, którego rodzice zginęli w zamachach terrorystycznych w 1983 roku. Mieszka z babcią, ma piękną dziewczynę (córkę ministra gospodarki) i jest idealistycznie zapatrzony w nowy, wspaniały świat. Wszystko się zmienia kiedy w niejasnych okolicznościach ginie jego mentor – sędzia Żurawski. Przed śmiercią wręcza mu akta sprawy sprzed 5 lat, kiedy doszło do morderstwa całej rodziny. Prowadzący śledztwo milicjant miał wątpliwości, co do winnego, ale został zdegradowany. Teraz inspektor Anatol Janów prowadzi sprawę samobójstwa młodego chłopaka. Pracował on jako drukarz zarówno dla rządu, jak i dla komórki terrorystycznej zwanej Lekką Brygadą. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem by stwierdzić, że drogi obu panów się przetną.

Na papierze ta historia ma wszystko, by przykuć uwagę. Intryga kryminalna przeplata się z polityczno-szpiegowskimi rozgrywkami na szczytach władzy. Zderzenie młodego idealisty z cynicznym twardzielem znającym swoje możliwości i ograniczenia też obiecywało wiele, tak jak cała otoczka tajemnicy. I co z tego dostajemy? Może nie nic, ale bardzo niewiele i sama konstrukcja tego świata wydaje się nieprzekonująca oraz pełna luk. Jak w ogóle doszło do tego gospodarczego cudu? Gdzie zniknęli działacze opozycji, o których się tu praktycznie nie wspomina (słowo Solidarność nie pada)? I kto tak naprawdę steruje tym krajem? Minister gospodarki, dowódca armii czy szef tajnych służb? A może jest ktoś jeszcze silniejszy?

Jedyną najciekawszą rzeczą tutaj jest obecność Wietnamczyków, będących z jednej strony siłą roboczą i imigrantami. Ale są też tacy bardziej obrotni jak Wujek – biznesmen, niby będący neutralny, ale tak naprawdę działający dla każdego, kto jest w stanie zapłacić. Mało tego, jest nawet specjalna dzielnica w Warszawie zwana Małym Sajgonem. I to miejsce budzi skojarzenia z „Blade Runnerem”. Realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić, bo udaje się zbudować klimat dystopijnego państwa policyjnego. Lekko neonowe, nocne zdjęcia, stonowana kolorystyka, równoległy montaż oraz scenografia mieszająca stare z nowym – to wygląda i ogląda się świetnie.

O ile jeszcze ta zamotana intryga jeszcze potrafi wkręcić, to jednak są tutaj dwa bardzo ważne problemy. Po pierwsze, bardzo nienaturalne dialogi. Z jednej strony są przeładowane ekspozycjami i parę zdań jest powtarzana istotna kwestia dla fabuły. Czyli jest zbyt łopatologicznie. Druga sprawa to jest tłumaczenie, gdzie postacie często używają w zdaniu słowa „ja”. Albo kiedy imiona i nazwiska nie są deklinowane, co jeszcze bardziej wywołuje poczucie obcości. No i jeszcze tempo strasznie nierówne: od przyspieszenia aż po chwile przestoju ze zbędnymi wątkami pobocznymi. Zupełnie jakby chciano upchnąć wszystko do tych 8 odcinków, by zbudować podwaliny pod 2. Sezon (który nie powstanie).

No i aktorsko jest tutaj jak na poziomie scenariusza, czyli nierówno. Albo w najgorszym wypadku te postacie są niewykorzystane i pojawiają się na bardzo krótko (jak w przypadku Andrzeja Konopki czy Łukasza Simlata) lub ich wątki nie prowadzą donikąd (tutaj to dotyczy niestety Edyty Olszówki oraz Zofii Wichłacz). Z głównych ról najlepiej sprawdza się zawsze trzymający poziom Robert Więckiewicz. Niby takich bohaterów już widzieliśmy wcześniej (cyniczny, złamany przez życie twardy glina), ale nadal to działa i daje się mu oblicze kogoś innego niż ostatniego sprawiedliwego. Niestety, najsłabszym ogniwem jest Maciej Musiał, będący tutaj absolutnie drewniany. Rozumiem, że to miał być młody idealista zderzony z prawdziwym obliczem systemu, jednak absolutnie tej postaci nie uwierzyłem. Głos jest kompletnie wyprany z emocji, zaś wszelkie próby ekspresji kompletnie nie działają. Znacznie lepsza jest Michalina Olszańska jako szefowa Lekkiej Brygady, Ofelia. Niby twarda, gotowa na siłową konfrontację, ale skrywa w sobie bardziej delikatne oblicze. A nawet uwodzicielskie, spróbujcie oderwać wzrok od niej, bo ja nie dałem rady. Drugi plan jest aż przebogaty w znane twarze (od Tomka Włosoka przez Bartka Bielenię), ale najbardziej zapada w pamięć Mirosław Zbrojewicz (generał Świętobór) oraz Vu Le Hong („Wujek” Bao Cho).

Czy ten serial zasługiwał na aż tak chłodny odbiór w dniu premiery? Troszkę tak, bo miał całkiem ciekawy pomysł, ale nie wiedział kompletnie co chce opowiedzieć. Rzuca wątkami na prawo i lewo, przez co ma się poczucie niedosytu. Czegoś tutaj brakuje, przez co czasami się nudziłem i ciężko mi było w to wejść.

6/10

Radosław Ostrowski