Bogowie ulicy

Na pierwszy rzut oka to jeden z wielu filmów sensacyjno-policyjnych, jakich pełno. Bo mamy dwóch gliniarzy – Briana Tylora i Mike’a Zavalę, którzy pracują w drogówce LA. A wiadomo, co robią gliniarze z drogówki – ścigają kierowców, czasem strzelają albo uratują dzieci z pożaru. Bywa, ale jedno proste zgłoszenie (sprawdzenie czy w domu jest staruszka) powoduje, że partnerzy nadepnęli na odcisk kartelowi narkotykowemu.

David Ayer to scenarzysta, który jak nikt zna żywot gliniarza od podszewki (scenariusz „Dnia próby”). I niby na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest to jeden z wielu filmów z dwoma partnerami jak w „Zabójczej broni”, gdzie jadąc z jednego miejsca na drugie, gawędzą i dowcipkują. Cale clue jest w formie realizacji, bo nasi gliniarze mają w mundurach taki mikrokamery HD, a Brian też ma przy sobie taką normalna kamerę, pościgi też są pokazane z perspektywy kamery na desce rozdzielczej radiowozu – ogląda się to jak rasowy dokument i to buduje też poczucie autentyzmu, za co należą się brawa. Pokazany jest dzień powszedni gliniarza, gdzie nie jest to takie łatwe, bo można też zarobić kulkę, a nawet zginąć, a bluzgi lecą bardzo często. Mimo tego Ayer pokazuje gliniarzy jako silną, głęboką wieź na śmierć i życie, po prostu jako ludzi, którzy czują, cierpią i giną.

bogowie1

Drugą siła napędową tego filmu jest duet Jake Gyllenhaal/Michael Pena jako partnerzy, którzy wierzą i kochają to, co robią. To są ludzie ufający sobie nawzajem, choć charakterem różnią się totalnie. Zavala jest ustabilizowanym mężem i bardziej spokojnym facetem (chyba że obrazisz jego pochodzenie, to ci skuje mordę), zaś Tylor jest dowcipny i twardy. Razem naprawdę rządzą. Reszta obsady m.in. Anna Kendrick jako dziewczyna Tylora czy Frank Grillo w roli sierżanta też jest bardzo przekonująca i wiarygodna.

bogowie2

To mocne, świeże i ciekawe kino, którego trochę brakuje. Od strony technicznej podobnie prezentuje się „Drogówka” Smarzowskiego, co nie jest żadną ujmą. Prawdziwe kino prosto z USA.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Alex Cross

Policyjny psycholog, detektyw Alex Cross ma bardzo trudną łamigłówkę – celem jest pewien psychopata, który chce zamordować kilku biznesmenów. Jednak detektywowi udaje się nie dopuścić do zamachu na jednego z nich. Zabójca mści się na Crossie, zabijając jego żonę i dopiero to może okazać się dla niego błędem.

cross1

Cross jest bohaterem cyklu powieściowego Jamesa Pattersona, którego książki już były przenoszone na ekran („Kolekcjoner” i „W sieci pająka”), zaś w obu psychologa grał niezawodny Morgan Freeman. Ten film nakręcony przez Roba Cohena („Ostatni smok”, „Szybcy i wściekli”) jest prequelem i pokazuje naszego bohatera, gdy pracował dla policji w Detroit. I zaprawdę powiadam wam, nie ma tam nic wartego waszej uwagi. To, że jedzie po wszelkich możliwych kliszach: -gliniarz-mściciel, trochę irytujący partner, szef-kompletny dupek bardziej dbający o swoją reputację czy psychopata tak zły, że aż miejscami groteskowy. To można byłoby przeżyć, gdyby to zostało zrealizowane w sposób przykuwający uwagi. Nic z tego. Kamera w scenach akcji ma ADHD, przez co niewyraźnie widać kto kogo leje i gdzie, efekty specjalne (czytaj wybuchy) słabe, fabuła przewidywalna i nudna.

cross2

Może aktorom udało się włożyć serce i ożywić schematyczne postacie? Nie do końca. Grający główną rolę misiowaty Tyler Perry, który ma łeb jak sklep wypada dość średnio, zwłaszcza w scenach wymagających pokazania innych emocji niż gniew, nawet nie ma go co porównywać z Freemanem. Pozostali aktorzy też nie wypadają najlepiej (Edward Burns, Jean Reno i John C. McGinley), choć szansę swoją wykorzystał Matthew Fox w roli głównego złego. Facet wygląda przerażająco (strasznie chudy) i potrafi przykuć uwagę, ale twórcy chyba nie do końca zaufali aktorowi i zmusili go do świdrowania oczami (żeby był bardziej straszny) oraz mówienia jak lubi zadawać ból. Nie zmienia faktu, że to właśnie Fox wypada najlepiej z całej obsady. Ale nawet on nie jest w stanie uratować tego filmu.

Bo „Alex Cross” to jeden z wielu kryminałów jakich można obejrzeć w kinie, tv czy na DVD. Z braku czegoś można obejrzeć, ale na waszym miejscu nie marnowałbym czasu. Absolutna strata czasu.

4/10

Radosław Ostrowski

Atlas chmur

W 1846 r. notariusz Adam Ewing zapada na ciężką chorobę podczas podróży z wysp Pacyfiku do San Francisco. W trakcie wyprawy zaprzyjaźnia się z niewolnikiem. W 1936 r. młody kompozytor-gej Robert Frobisher zatrudnia się u światowej sławy kompozytora Vyvyana Ayrsa. Po pewnym czasie zaczyna tworzyć własne arcydzieło. W 1973 r. dziennikarka Luisa Rey szuka prawdy o intrydze szefa elektrowni atomowej, czym ściąga na siebie śmiertelne niebezpieczeństwo. We współczesnym Londynie wydawca Timothy Cavendish wpada w kłopoty finansowe. Wskutek intrygi brata zostaje uwięziony w domu starców. A w dość odległej przyszłości w Nowym Seulu genetycznie zmodyfikowana kelnerka Sonmi-451 oczekuje na wykonanie wyroku śmierci. Opowiada służącemu systemowi Archiwiście historię swojej przemiany. A w post apokaliptycznej rzeczywistości Zachariasz próbuje chronić swych bliskich przed kanibalami Kona. Jego życie zmienia pojawienie się tajemniczej kosmitki Meronym.

Wachowscy i Tom Tykwer próbują stworzyć filmową układanką, toczącą się w sześciu przestrzeniach czasowych, gdzie ok. 20 bohaterów w ciągu prawie trzech godzin. Jak widać, nie jest to łatwe kino, bo wymaga skupienia, zaś przeplatanie wątków może wywołać chaos i zagubienie na początku, ale opanowanie tego nie jest aż takie trudne jak się wydaje. Twórcy stworzyli dość ciekawą wizję świata (zwłaszcza historie futurystyczne), zaś przewijającym wątkiem jest bunt wobec porządku świata, narzuconym konwenansom oraz bycie niewolnikiem, a wszystko okraszone poważnymi i „głębokimi” dialogami oraz monologami, co dość mocno psuje frajdę z oglądania. Poza tym każda z opowieści opowiedziane w różnych konwencjach: od komedii przez thriller i melodramat do SF, ze świetnym montażem oraz kapitalną charakteryzacją, gdyż aktorzy grają nawet po kilka postaci i nie zawsze łatwo jest rozpoznać ich.

I właśnie zagrane jest to naprawdę świetnie, choć postacie nie są zbyt głęboko zarysowane. Największe brawa należą się Tomowi Hanksowi (m.in. Zachariasz, dr Henry Goose czy pisarz Dermot Hoggins), który stworzył kilka kompletnie różnych postaci (najbardziej zapada w pamięć brytyjski pisarz Hoggins, brytyjski akcent Hanksa jest wyborny) i pokazał, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Drugim jasnym punktem jest Halle Berry (m.in. Luisa Rey, Meronym czy biała blond Jocasta), ale też nie można zignorować będących w równie mocnej formie Hugo Weavinga (m.in. demoniczny demon Stary Georgie, zabojca Bill Smoke czy pielęgniarka Noakes – nowa wersja siostry Ratchet), Jima Broadbenta (m.in. Cavendish) czy Jima Sturgessa (m.in. Adam Ewing i Hae-Joo Chang). To naprawdę robi wrażenie i po części oni podnoszą ten film na wyższy poziom.

atlas6

Ta mieszanka jest zgrabnie pokazaną żonglerką gatunkami oraz potwierdzeniem rzemiosła reżyserów. A że czasem pojawiają się naprawdę głębokie dialogi i monologi, to akurat jest najdrobniejsza wada. Uczciwie dobry film.

7/10

Radosław Ostrowski

Pokłosie

Myślę, że świat to jedno wielkie kurewstwo i my tego nie naprawimy. Ale wiesz co? Nie dołożymy do tego ręki.

Do wsi po ponad 20 latach wraca z Ameryki Franciszek Kalina, by na wakacjach odwiedzić swojego brata. Na miejscu odkrywa, że Józek nie jest darzony zbytnią sympatią przez swoich sąsiadów. Przyczyną tego konfliktu było wyciągnięcie z drogi nagrobków, które utwardzały drogę. Były to nagrobki z żydowskiego cmentarza. Powoli bracia odkrywają ponurą tajemnicę wsi, z mordowaniem Żydów w tle.

Był taki czas, że Władysław Pasikowski kręcił filmy, które z jednej strony miały mocną treść i dość głęboko pokazywały naszą rzeczywistość po transformacji, gdzie wszystko wywróciło się do góry nogami, a sprawiedliwość, moralność i przyjaźń okazały się nic nie wartymi słowami, których definicję można znaleźć w słownikach i encyklopediach (nie znano wtedy Internetu i Wikipedii). A że przy okazji widownia chciała to obejrzeć, reputację reżyser miał wysoką za odwagę i bezkompromisowość. Dlatego na następny film Pasikowskiego trzeba było czekać ponad 10 lat (po drodze był znakomity serial kryminalny „Glina”).

poklosie1

„Pokłosie” (pierwotnie film miał nosić tytuł „Kadisz”) trafił do kin z metką niewygodnego, antypolskiego i mocnego kina. Jednak reżyser wie jak to opowiedzieć, żeby zaciekawić i nie była to tania publicystyka. Dlatego ubrane jest to w konwencji kryminału/thrillera, gdzie tajemnica jest bardzo powoli, ale konsekwentnie odkrywana, czuć atmosferę szczucia i bezsilności (samochód). Nie brakuje ponurych zdjęć Pawła Edelmana (zwłaszcza scena w garbarni czy wykopywanie kości w nocy) oraz dobrego montażu (przeplatanie scen w archiwum urzędu z układaniem nagrobków na polu). Plus jeszcze do tego naprawdę  dobre dialogi (choć ostatnio mało klną, ale to nie jest wada), bardzo sprawna realizacja i konsekwencja w tworzeniu tej opowieści.

poklosie2

Jednak ten film nie miałby nawet połowy tej siły, gdyby nie aktorstwo. Początkowo główną rolę Józka miał zagrać Bogusław zwany Franzem, ale nie dogadali się panowie i nie wyszło. A zamiast niego jest Maciej Stuhr. Już słyszę te śmichy, że błazen, że się wygłupia i w poważnych rolach jakoś go nie wyobrażamy.  Ale poprzedni rok dla tego aktora był przełomowy, bo zarówno w „Obławie” jak i w „Pokłosiu” pokazuje nie przeciętny talent, grając „ostatniego sprawiedliwego”, który postępuje zgodnie z własnym sumieniem. Szkalowany, szczuty nie poddaje się. Partnerujący mu Ireneusz Czop jako starszy brat Franek jest bardziej zdystansowany, ale potem wkręca się i pomaga mu w wyjaśnieniu sprawy. Obaj panowie tworzą naprawdę świetny duet. Poza nimi należy też wyróżnić Jerzego Radziwiłowicza (proboszcz, sojusznik braci), Zbigniewa Zamachowskiego (sierżant Nowak, komendant policji) oraz mocno zapadający w pamięć epizod Danuty Szaflarskiej (zielarka), a jej opowieść o tym, jak doszło do zbrodni naprawdę zapada w pamięć.

poklosie3

Jeśli ktoś uważał, że Władysław P. sobie nie da rady po tak długiej przerwie, nie miał racji. „Pokłosie” to udany powrót do kina, a jednocześnie przykład pokazywania nas z tej perspektywy i strony, o której chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć. My, Polacy nie jesteśmy takimi świętymi za jakich chcielibyśmy się uważać. I dobrze, że jeszcze takie filmy powstają.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Looper – Pętla czasu

W roku 2072 będzie możliwe podróżowanie w czasie, jednak zostanie ono zabronione. Jednak jedna organizacja będzie w stanie wykorzystywać je – mafia. Gangsterzy wykorzystują podróże w czasie, by eliminować swoich wrogów, przenosząc ich 30 lat wstecz, gdzie są zabijani przez zabójców – looperów. Jednak w przyszłości, nowy szef Rainmaker eliminuje looperów i zamyka pętlę, czyli rozwiązuje umowę i wysyła do zabicia loopera starszego o 30 lat. Właśnie takie zadanie otrzymał Joe, ale jego starsze wcielenie ucieka…

looper1

Tematyka podróży w czasie to jeden z archetypów konwencji SF. Ale reżyser Rian Johnson miał bardzo ciekawy i nietypowy punkt wyjścia na tą opowieść. Świat, w którym gangsterzy kontrolują świat, każdy nosi gnata, bo nie jest bezpiecznie, nie należy do przyjemnych, zaś futurystyczne gadżety (motocykle jadące ponad ziemią czy garłacze – broń looperów) mieszają się ze współczesnymi strojami. Akcji w tym filmie jest niewiele tak jak efektów specjalnych, ale robią wrażenie (wszelkie sceny telekinezy Cala) i wyglądają efektownie. Problemem mogło być rozwiązanie paradoksów czasowych, jednak Johnson znalazł wyjście z tej sytuacji – przyszłość w „Looperze” nie jest konkretną rzeczywistością, a raczej pewnym wiecznie poruszającym się, wiecznie płynącym w kalejdoskopie czasu zbiorem alternatyw. Co z tego może wyjść, zależy od nich, zaś reżyser skupia się przede wszystkim na bohaterach i ich trudnych wyborach. Zemsta, odzyskanie dawnego życia – tutaj mamy ludzi z krwi i kości.

looper2

W dodatku są oni bardzo przekonująco zagrani. Najważniejsi są tutaj Joseph Gordon-Levitt i Bruce Willis grający tą samą postać. Ten starszy jest bardziej zmęczony i zdeterminowany, uparcie dążący do celu, dawno Bruce nie był w tak dobrej formie. Gordon-Levitt to ćpun i gówniarz, który po burzliwej przeszłości zaczyna dojrzewać. Świetnie wypada też Emily Blunt w roli, która jest dość kluczowa, a o której nie mogę powiedzieć zbyt wiele. Poza tą kluczową trójką, zwraca uwagę grający drobną rolę Jeff Daniels (Abe, człowiek mafii w Kansas City), Noah Segan (Kid Blue – looper) oraz świetny Pierce Gagnon (dzieciak Cid).

Ciekawie pomyślane i dobrze opowiedziane kino SF, które nie udaje, że chodzi o serwowanie dobrej zabawy. To chyba uczciwa propozycja.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Kryptonim: Shadow Dancer

Belfast, rok 1993. Colette McVeigh jest młodą kobietą, która zajmuje się synem i jednocześnie walczy w IRA. Podczas akcji podłożenia bomby w metrze, zostaje zwerbowana pod wpływem szantażu (syn miał zostać przejęty przez Anglików). Od tej pory ma meldować o wszystkich działaniach swoich braci, ale wszystko zaczyna się komplikować od nieudanego zamachu na policjanta. Wtedy oficer prowadzący Colette odkrywa, że jest jeszcze jedna wtyka.

shadow_dancer

James Marsh jest przede wszystkim cenionym dokumentalistą, który także sprawdzał się w fabule, co było widać na przykładzie „Wilczego prawa: 1980”. Tym razem reżyser podjął wątku IRA oraz tajnych służb. Nie jest to jednak film stricte sensacyjny, bo najważniejsza jest relacja między Colette a rodziną, która jest zaangażowana w walkę z Brytanią. Ale tutaj Irlandczycy mają obsesję na punkcie zdrady oraz kretów. Jednocześnie tajne służby nie są wobec siebie otwarte i ukrywają swoich kretów przed resztą. Bo w razie wsypy grozi im śmierć. A pracownicy wywiadu, jeśli dostaną nadmiar władzy, mogą być równie niebezpieczni jak ci, których tropią. Nie ma tutaj efektownych strzelanin, pościgów czy innych bondopodbnych tricków. Kamera jest bardzo statyczna, chłodna i stonowana, zaś sceny akcji są bardzo stabilne. Jednak poza thrillerem jest to też dramat rodzinny i tu są stawiane pytania o to, co jest ważniejsze: rodzina czy ideologia? I to jest dość otwarte pytanie.

shadow_dancer2

Zaś od strony aktorskiej, film jest trochę nierówny. Najlepiej wypada Clive Owen w roli Maca – opanowanego i spokojnego agenta, który jednak decyduje się na niesubordynację. Także grająca jego przełożoną Gillian Anderson jak zimna suka wypada przekonująco. To samo chciałbym powiedzieć o Andrei Riseborough grającą Colette. Niestety, jest ona najsłabszym elementem, zaś jej obojętny wyraz twarzy nie przekonuje mnie. Być może to miała być forma maski, ale jej los nie obchodził mnie.

Gdyby nie to, byłby to jeden z najlepszych thrillerów ostatnich lat. A tak mamy do czynienia z naprawdę dobrym thrillerem, który potrafi trzymać w napięciu i ogląda się dobrze.

7/10

Radosław Ostrowski

Obława

Rok 1945. Kapral Wydra jest żołnierzem partyzanckiego oddziału porucznika Maka, który ukrywa się gdzieś w lesie. Kapral dostaje zadanie zlikwidowania niejakiego Kondolewicza – młynarza, który jest kapusiem. To proste zadanie będzie początkiem sprawy, w którą zostaną wplątane 4 osoby.

oblawa1

Moja miłość do polskiego kina była wielokrotnie wystawiana na próbę. Bo potencjał był niewykorzystywany, budżet za tani, nuda panie i prawie ciągle te same twarze. Z tego co powstaje w naszym kraju, w ciągu roku tych ciekawych i udanych propozycji, można policzyć na palcach jednej ręki. I do tego grona dodałbym nowy film Marcina Krzyształowicza (polski film można też poznać po trudnym do wymówienia nazwisku reżysera), który po paru latach przerwy i dwóch zapomnianych produkcjach, serwuje nam film o wojnie. Żeby jednak przyciągnąć naszą uwagę, chronologia zostaje załamana, co daje bardzo ciekawy efekt, a każda z poprzednich scen nadaje nowe znaczenie i rzuca inne światło na bohaterów. Bo niby wydaje się, że wiemy o nich wszystko – egzekutor, konfident, jego żona i sanitariuszka. Jednak im dalej w las, tym więcej dostrzega się szarości, a jedyni źli to Niemcy. Wszystko to znakomicie sfotografowane (realistyczne i wyprane z kolorów ujęcia Arkadiusza Tomiaka) i zmontowane, ale znów dźwiękowcy się nie popisali, bo dialogi (z tego, co wychwyciłem) były naprawdę dobre. No i o patosie czy patriotyzmie zapomnijcie – tu żołnierze klną, chcą zabijać i wszyscy są zmęczeni (tak jak dowódca).

oblawa3

A co do aktorów? Jak opisać te postacie, by nie zdradzić zbyt wiele o nich? Po raz kolejny klasę pokazał Marcin Dorociński jako bezwzględny egzekutor Wydra, dla którego litość jest słowem obcym. Kompletnie zaskoczył za to Maciej Stuhr i jeśli ktoś zwątpił i uważał go za beztalencie, po tym filmie zmieni zdanie. Kondolewicz w jego interpretacji to cwany facet, który jest słabym i świadomym tego, co robi. Także Sonia Bohosiewicz i Weronika Rosati zasługują na uznanie tworząc niejednoznacznych bohaterów. Poza tym czworokątem należy też wyróżnić Andrzeja Zielińskiego jako zmęczonego, chorego porucznika Maka.

oblawa

„Obława” to mocna i brudna opowieść o bezsensowności wojny. Bez patyczkowania, łagodzenia i innych ceregieli.

8/10

Radosław Ostrowski

Hannibal. Po drugiej stronie maski

Litwa, rok 1944. Rodzina Lecterów posiadająca majątek musi uciekać przed nacierającymi Niemcami i Rosjanami, jednak rodzice giną w nalocie, a ich dzieci – Hannibal i Misza wpadają w ręce litewskich najemników, którzy zabijają Miszę. Młody Hannibal ucieka w Litwy i trafia do Francji, gdzie zajmuje się nim ciotka, lady Murasaki. Jednak chłopak nie zapomniał i powoli planuje zemstę.

hannibal1_300x300

Film w założeniu miał pokazać narodziny Hannibala Lectera. Stojący za kamerą Peter Webber podjął się trudnego zadania i wyszedł z tego z dość obronną ręką, ale mimo to czuć pewien zawód. Sam wojenny początek oraz przeszłości ze strasznej nocy robią mocne wrażenie m.in. dzięki świetnym, brudnym zdjęciom oraz niezłemu klimatowi. W ogóle warstwa wizualna jest najmocniejszą stroną tego filmu, także muzyka jest warta uwagi. Zaś sama fabuła i przebieg wydarzeń lekko rozczarowuje, brakuje też napięcia. Bo w zasadzie film idzie niebezpiecznie w stronę slashera, gdy Lecter pojedynczo morduje kanibali. Oczywiście, okazuje się, że ludzie ci są jeszcze bardziej niebezpieczni od Lectera, ale to nie uzasadnia pokazywania i bycia aż tak brutalnym.

hannibal2_300x300

Na szczęście częściowo aktorzy ratują całą sytuację. Największe obawy był wobec Gasprada Ulliela, ponieważ Lecter tak bardzo zżył się w świadomości z Anthonym Hopkinsem, że każdy wybór byłby krytykowany. Jednak Ulliel broni się i zakskująco dobrze wypadł w roli Lectera, bez popadania w parodię. Ale i tak cały film skradł Rhys Ifans w roli głównego złego, obrzydliwego Grudasa. Nie można lubić tego faceta, ale potrafi przykuć uwagę bardziej niż Lecter, co chyba jest dość dziwne. Z drugiego planu przykuwa uwagę Li Gong (jedyna kobieta w całej obsadzie) jako elegancka pani Murasaki, która uczy go kultury i podkochuje się w nim oraz Dominic West w roli inspektora Pupila.

Ogólnie mówiąc, to dość niezłe kino, ale jednak czegoś w nim zabrakło, co mogłoby wywindować film na wyższy poziom. Lecter zasługuje na lepszą fabułę. Teraz zostało tylko czekać na serial.

7/10

Radosław Ostrowski

Savages: ponad bezprawiem

Ben i Chon są młodymi chłopakami, którzy zajmują się sprzedawaniem narkotyków. Poza tym balują, imprezują i mają tą samą dziewczynę, Ophelię. Dostają propozycję współpracy z meksykańskim kartelem, ale się nie zgadzają.  Więc kartel pod wodzą Eleny decyduje się porwać dziewczynę, w ten sposób zmuszając ich do lojalności…

Oliver Stone ostatnio nie miał zbyt dobrej passy, od czasów „Męskiej gry” każdy film spotykał się z chłodniejszym przyjęciem („Aleksander”, „W.” czy „Wall Street II”). Tym razem postanowił przenieść na ekran powieść Dona Winslowa. Choć sama fabuła nie jest zbyt zaskakująca, to jednak jest opowiedziana w taki sposób, że aż chce się oglądać. Kamera albo skupia się na pięknych plenerach Kalifornii, albo zaczyna skupiać się na detalach jak w rasowym kryminale. Tempo zmienia się jak w kalejdoskopie, nie brakuje brutalnych scen (tortury zakończone podpaleniem ciała) bez chodzenia na kompromisy, obecność narratorki (niezbyt lotnej Ophelii) – dzięki takim zabiegom Stone bawi się konwencją, niepozbawionej przerysowania. A zakończenie wielu może zaskoczyć.

savages_400x400

Od strony aktorskiej najciekawszy jest zdecydowanie drugi plan, bo główni bohaterowie są średnio ciekawi. Wcielający się w nich Taylor Kitsch (narwany i bardziej walczący Chon) oraz Aaron Taylor-Johnson (spokojniejszy i bardziej myślący Ben) radzą sobie poprawnie, zaś Blake Lively w roli O to młoda, puściutka dziewczyna marząca o wielkiej przygodzie, która ma ładnie wyglądać przed kamerą. Jak już wspomniałem ciekawszy jest drugi plan, na którym bryluje Benicio Del Toro jako bezwzględny i obrzydliwy Lado. Również Salma Hayek w roli szefowej kartelu jest dość ciekawie zarysowana jako ostro walcząca o przetrwanie szefowa mafii, która czasem potrafi być ludzka, ale rzadko. Nie można nie wspomnieć Johna Travolty grającego skorumpowanego agenta DEA, który odgrywa dość kluczową rolę i wypada naprawdę przyzwoicie.

savages2_400x400

Stone może nie kręci filmów tak mocnych jak „Pluton” czy „Urodzony 4 lipca”, niemniej wraca jednak do dobrej formy. Bezkompromisowe, dobre kino sensacyjne w niezłym stylu. Czekam na więcej, Mr Stone.

7/10

Radosław Ostrowski

Bez hamulców

Willie (nie mylić go ze słynnym z bajek Kojotem) jest kurierem dostarczającym na rowerze przesyłki. Pewnego dnia o godzinie 17:00 dostaje zlecenie na dostarczenie koperty z zawartością, którą ma dostarczyć do chińskiej dzielnicy. Takie zlecenia to dla Willie’ego chleb powszedni. Ale od samego początku przesyłką jest zainteresowany pewien gliniarz, który chce ją przechwycić. Rozpoczyna się pościg i wyścig z czasem…

hamulce_400x400
Willie – prawie jak struś pędziwiatr

Jak widać fabuła brzmi dość nieskomplikowanie. Jednak reżyser David Koepp potrafi przykuć uwagę na dłużej i dajemy się wciągnąć w ten rajd. Choć może wydawać nie nierealnym, żeby rower jechał szybciej do samochodu, ale potrafi wcisnąć się w takie miejsca dostępne tylko dla dwóch kółek. Policjanci też tutaj nie należą do bystrzaków i zajeżdża tu kliszami. Ale jednego nie można Koeppowi odmówić – kiedy pojawia się rowerzysta i to szybko jadący, wtedy film jest najlepszy. Montaż jest dynamiczny (zwłaszcza pościg rowerzystów w parku), tempo jest naprawdę szybkie (aż trudno uwierzyć, że to zasługa rowerów), a kaskaderzy pokazali co umieją. Jednak reżyser wrzuca retrospektywy nakreślające całą sytuację i o co naprawdę toczy się stawka. Wtedy następuje spowolnienie tempa i robi się lekko nudnawo. Ale to zdarza się raptem dwa razy i można to wybaczyć. Niemniej udało się stworzyć bezpretensjonalną rozrywkę.

hamulce2_400x400
Detektyw Monday

I jest też naprawdę dobrze zagrany. Jest ciekawy drugi plan (ładna Dania Ramirez, ciekawa Jamie Chung i lekko łobuzerski Wole Parks), ale tak naprawdę ten film kradnie dwóch aktorów. Joseph Gordon-Levitt jako Willie potwierdza, że jest jednym z najciekawszych aktorów młodego pokolenia. Jego bohater to ryzykant, który jeździ bez hamulców (dosłownie) i przerzutek, nie brakuje mu sprytu oraz uroku. Jeszcze lepiej wypadł Michael Shannon. Ten aktor, którego można było podziwiać w „Zakazanym imperium” tutaj gra znakomicie gliniarza, który jest kompletnie nieobliczalnym psycholem (scena „rozmowy” ze sprawczynią całego zamieszania czy „przesłuchania” w karetce dobitnie to potwierdza), który reaguje bardzo nerwowo.

Głównie znany jako scenarzysta Koepp pokazuje tym filmem, że jest nienajgorszym reżyserem. Co prawda, są pewne wady, jednak całość wypada zdecydowanie na plus. A jak śpiewał Lech Janerka: „rower jest wielce ok”.

7/10

Radosław Ostrowski