Bloodshot

Poznajcie Raya Garrisona. To jest żołnierz, a tacy robią masę rzeczy, w tym odbijając zakładników, zabijając bandytów, terrorystów i tego typu delikwentów. Ma też kobietę, do której wraca po każdej akcji z kolejnymi ranami, bliznami, zadrapaniami. Po ostatniej akcji staje się najgorsze: on zostaje schwytany, a dziewczyna porwana. Porywacz chce dostać informacje od naszego wojaka, ale nie dostając ich zabija ją, następnie Raya. W tym momencie powinna kończyć się historia, ale nie takie cuda w kinie widzieliśmy. Garrison zostaje wskrzeszony przez korporację, mając wszczepione w swojej krwi nanity. Dzięki temu cacku Ray staje nowym Deadpoolem, czyli jest niemal nieśmiertelny. Tylko, że te nanity trzeba je regenerować, przez co nie jest tak nieśmiertelny jak Deadpool.

bloodshot1

Jak wszyscy wiemy, komiksowe adaptacje dzielą się na te według Marvela, te według DC i całą resztę. Z tego ostatniego grona najbardziej znaną marką był „Hellboy” od Guillermo del Toro, „Kingsman” czy netflixowa „The Umbrella Academy” (ciągle nie obejrzana), jednak przebicie nie jest zbyt wielkie i popularność też jest raczej skromniutka. Jakościowo też raczej bywało dość różnie, ale nie osłabiło to konkurencji. Jak się wpisuje zrobiony przez debiutanta „Bloodshot” według dzieła Valianta? Sama historia zaczyna się nawet nieźle, jesteśmy rzuceni w środek akcji. Wygląda ona efekciarsko, ze slow-motion oraz typowym montażem kina akcji ostatnich lat. Czyli dużo cięć oraz niezbyt duża czytelność. Po jakiś 15 minutach pojawiają się elementy fantastyki w postaci zmartwychwstania oraz nanotów, przypominając troszkę „RoboCopa” zmieszanego z „Deadpoolem”. Bez żadnej głębi i rozkminy o tym, co czyni nas ludźmi oraz kwestii tego, co jest jawą, a co manipulacją. Bo skoro można wyczyścić mózgownicę, wszczepić wspomnienia, to jaka będzie następna bariera do pokonania?

bloodshot2

Reżysera to ewidentnie nie interesuje i rozumiem, bo to film akcji. Historia może być pretekstowa i szablonowa, byleby sceny strzelanin oraz zabijania były fajne. Problemem jest dla mnie to, że sama demolka oraz rozpierducha po prostu jest. Troszkę od tej reguły odrywa się zamach dokonany przez Bloodshota po wskrzeszeniu w tunelu, gdzie jedyne kolory to czerwień oraz błękit. Wygląda to nieźle, slom motion jest wykorzystywane z sensem i to jest fajne. Potem jest już zbyt efekciarsko, a konfrontacja z dwoma uberwojakami w windzie za bardzo przypomina sekwencje QTE z gier. Nuda pojawia się w połowie i nawet większa obecność humoru nie jest w stanie tego uratować.

bloodshot3

Aktorsko nie ma tutaj jakiś fajerwerków, a Vin Diesel to klasyczny Vin Diesel z taśmowych filmów akcji. Miałem wrażenie, że mu się nie chciało grać, zaś drętwy ton jego wypowiedzi kompletnie nie działa. O wiele lepiej wypada Guy Pearce jako naukowiec, odpowiedzialny za zmartwychwstanie i mający swój ukryty cel. Tylko, że to już też widziałem kilka razy i w lepszym wykonaniu tego aktora. Jeśli ktoś tutaj naprawdę błyszczy to Lamorne Morris jako genialny haker, dodający odrobinę lekkości oraz humoru, a także Elza Gonzalez w roli jednej z modyfikowanych żołnierzy. To jednak za mało, by mówić o udanym filmie nawet jako guilty pleasure.

Niestety, ale „Bloodshot” to bardzo duży zawód. Nie czytałem komiksów, lecz mam wrażenie zmarnowania potencjału na coś o wiele bardziej fajnego, a tak to klisza kliszę pogania. Jest zbyt efekciarsko, nie angażuje i po prostu nudno.

5/10

Radosław Ostrowski

Gold

Złoto – surowiec najbardziej pożądany na świecie, który gwarantuje bogactwo, dobrobyt oraz szczęście. Tylko, że nie dla wszystkich, lecz dla tych, co wiedzą gdzie i jak szukać. Robią to zarówno amatorzy, jak i firmy zajmujące się wydobywaniem surowców. Taką firmę prowadził Kenny Wells, a dokładniej jego ojciec. Lecz kiedy on umarł w 1981 roku, przedsiębiorstwo wpadło w tarapaty przez kilka lat. Wszystko się zmieniło w 1988 roku, gdy mężczyzna postanowił zaryzykować i pójść w układ z legendarnym poszukiwaczem, Michael Acostą w poszukiwaniu złota do Indonezji. Nie jest łatwo, ale w końcu udaje się znaleźć złoto.

gold1

Stephen Gaghan to bardzo ceniony scenarzysta („Traffic”), który czasami próbuje swoich sił jako reżyser. I w swoich produkcjach próbuje połączyć kino gatunkowe z ważnym społecznie czy politycznie tematem. Tym razem znowu próbuje chwycić kwestie finansowych przekrętów i oszustw, opierając się na prawdziwych wydarzeniach. Nie mógł jednak wykorzystać prawdziwych imion, nazwisk oraz sytuacji (z powodów prawnych), więc ubiera wszystko w szaty fikcji. Fabułę można w zasadzie podzielić na dwie części. Pierwsza, troszkę w duchu kina łotrzykowsko-przygodowym opisuje odkrywanie surowców oraz determinację Wellsa w poszukiwaniu złota. Próba spełnienia amerykańskiego snu za pomocą sprytu, determinacji oraz szczęściu. Wiadomo, że za sukcesem zaczną pojawiać się konkurenci, chcący przejąć zyski z eksploatacji złóż. I tu pojawiają się komplikacje – gracze z Wall Street, mający szerokie wpływy, a tacy nie odpuszczają.

gold2

Wtedy zaczyna się druga część filmu, pokazująca walkę o swój sen. Co oznacza bezpardonową walkę oraz działanie z planem, by wszystkich wykiwać. Poznawanie kto jest przyjacielem, kto wrogiem oraz jak zawalczyć o swoje. Tylko, że ta walka zostaje spuentowana tak ironicznym oraz dramatycznym twistem, że powinniśmy się go domyślić wcześniej, prawda?

Problem jednak w tym, że reżyser nie jest w stanie zdecydować się, co ma być na pierwszym planie i w jakim tonie opowiedzieć całość. Czy to ma być satyryczne spojrzenie na świat wielkiej finansjery, wielka przygoda między dwoma poszukiwaczami, sensacyjna opowieść o przekręcie? Gaghan miesza tutaj wszystko do jednego kotła, przez co wychodzi film zaledwie letni. Brakuje tutaj wyczucia oraz zespolenia tego wszystko w jedną, spójną całość. Wrażenie robią zdjęcia dżungli i realia lat 80., z bardzo taneczną muzyką w tle (m.in. Iggy Pop, New Order czy Pixies).

gold3

Ale najwięcej wyciska tutaj Matthew „Allright, Allright, Allright” McConaughey w roli Kenny’ego. Facet ma wręcz ADHD, mimo sporego brzuszka i łysiny na głowie. Wizjoner, krętacz, oszust, pijak, który dla osiągnięcia celu rzuci obietnice bez pokrycia i jest w stanie nawet wejść do klatki z tygrysem. Aktor zawłaszcza ekran wszystkim, nie dając nikomu w zasadzie manewru do działania. Oprócz Edgara Ramizera w roli Acosty, którzy tworzy postać o wyglądzie i stylu dawnych poszukiwaczy przygód, gdzie czuć tą silną więź w trakcie wyprawy.

„Gold” nie ma w sobie blasku złota, nie powala i nie świeci. Zabrakło tutaj pewniejszej ręki, która stworzyła z tego prawdziwą petardę. Kolejna, tym razem nieangażująca ballada o chciwości.

6/10

Radosław Ostrowski

Kong: Wyspa Czaszki

Pamiętacie King Konga? To taka wielka włochata małpa, która została zabrana ze swojego naturalnego środowiska, chce zdobyć serce pięknej kobiety, ale ginie skasowany przez tępych ludzi. To wielkie pojawiało się w kinie parę razy (ostatnio w 2004 roku), lecz tym razem znowu powraca jako część większego uniwersum. Bo teraz po sukcesie Marvela, każdy chce mieć swoje własne uniwersum.

Początek to rok 1944, gdzie na opuszczoną wyspę spadają dwa rozbite samoloty, pilotowane przez żołnierzy dwóch stron konfliktu wojny na Pacyfiku. I już byli gotowy do wzajemnego wymordowania się, gdy pojawił się on – wielki, owłosiony, potężny małpiszon w rozmiarze XXL. Potem trafiamy do roku 1973, kiedy w Wietnamie rozpętuje się pokój, czyli amerykańscy wojacy zbierają dupę w troki i mają wracać do domu. Jednak tajemnicza organizacja Monarch kierowana przez Billa Randę chce zorganizować ekspedycję naukową na kompletnie nieznaną, niezbadaną przez ludzi Wyspę Czaszek. Do ekipy naukowców wchodzą żołdacy pod wodzą pułkownika Packarda, były wojskowy brytyjskiej armii, a obecnie tropiciel oraz fotoreporterka (anty)wojenna.

kong1

Reżyser Jordan Vogt-Roberts, który wcześniej zrobił ciepło przyjętych „Królów lata”, tym razem mierzy się z realizacją dużego filmu, mającego tak naprawdę być tylko popcornową rozrywką. Czyli tak jak w ostatniej „Godzilli”, mamy widzieć dużego, zmutowanego bydlaka, który będzie siał śmierć, spustoszenie oraz totalny rozpierdol. Czyli klasyczne kino z potworkami a’la „Godzilla” czy „Pacific Rim”, ale… jest zaskoczenie. Bo reżyser na samym początku idzie tutaj w kino akcji, gdzie mamy troszkę koszarowego humoru, fetyszu na punkcie militariów, zabawek, helikopterów oraz kilka efekciarskich popisów operatorskich. Ta przyroda wygląda bardzo pięknie (zbliżenia na zwierzęta czy odlatujące ptaki), mimo pewnego nadużywania ulubionego slow-motion (jak te helikoptery fajnie latają, jak ten Kong w tym słońcu wygląda imponująco), zaś kamera miejscami przykleja się do pewnych rzeczy (ujęcia ze spluwy wzięte niemal z gry komputerowej). A w tle muza rockowa z lat 70. – co z tego, że ograna (rzucanie bombek w rytm „Paranoid” Black Sabbath zawsze jest super), ale robi swoją robotę.

kong2

Potem fabuła rozpada się na dwa wątki (niczym oddział naszych bohaterów) związane z dwoma, a nawet trzema postaciami: powoli zmierzającemu ku obłędowi Packardowi, dla którego wojna nigdy się nie kończy (prawie jak w „Czasie Apokalipsy”), gigantycznego Konga, będącego bogiem i strażnikiem wyspy pełnej monstrum (zmutowanych mrówek, woło-bizonów, pterodaktylowych jaszczurek – czytaliście może „Zaginiony świat” Conan Doyle’a?) oraz wplecionych w to wszystko naszych ludzików, próbujących wyrwać się stąd jak najszybciej. Do tego są jeszcze jacyś ludzie pierwotni, przypominający jakieś afrykańskie plemiona, ale to tylko dekoracja, niemniej sam wygląd wyspy potrafi wzbudzić przerażenie.

kong3

Może i jest to przewidywalne, kilka postaci jest zbędnych (chińska pani naukowiec), ale jak przychodzi do rzezi, jest ciężko i brutalnie (co z tego, że jest PG-13 i nie ma krwawych scen). Jak Kong ruszy do akcji, japa mi się automatycznie zaczęła się cieszyć. Same starcia wyglądają imponująco (walka z pterodaktylami za pomocą katany jest niemal zrzynką z „300”), czuć siłę każdego ciosu, uderzenia i kompletniej demolki (pierwsze spotkanie z Kongiem), zwłaszcza w finałowej potyczce.

Aktorstwo – tak jak fabuła – jest tutaj bardzo pretekstowa, bo i te postacie nie są wychodzą poza pewne stereotypowe klisze i nie są zbyt pogłębione. Czyli dokładnie tak jak w „Godzilli”, tylko że jest tutaj dwóch odpowiedników Bryana Cramstona z filmu Edwardsa. Po pierwsze, bardzo zaskakujący John C. Reilly w roli zaginionego weterana II wojny światowej. Początkowo wydaje się takim trochę śmieszkiem, jednak ta postać skrywa w sobie więcej głębi oraz tajemnicy. Drugim mocnym punktem jest Samuel L. Jackson jako pułkownik Kurtz, eee, Packard, dla którego wojna oraz zabijanie staje się jedynym sensem życia. Niby nic nadzwyczajnego, ale Samuelowi z obłędem jest bardzo do twarzy. W ogóle drugi plan jest bardziej ciekawy niż grający główne role (chyba główne, nie wspominając Konga) Tom Hiddleston oraz Brie Larson (wygląda niemal jak Lara Croft z ostatniego „Tomb Raidera”) – oboje piękni niczym z czasopisma, którzy zawsze dobrze wyglądają oraz kompletnie nie zapadają w pamięć. Za to Toby Kebbell w motion capture jako Kong budzi ogromny szacunek jako bezwzględna, niemal brutalna siła natury, z którą lepiej nie zadzierać.

„Kong” jako kolejna część franczyzy oraz efekciarska rozpierducha jest w stanie dostarczyć rozrywki, pod warunkiem wyłączenia komórek mózgowych. Czuć klimat starych filmów przygodowych oraz aurę pewnej niesamowitości, której nie potrafię opisać słowami. Nie mogę się doczekać dalszego ciągu.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Warcraft: Początek

„Warcraft” to jedna z najpopularniejszych serii gier komputerowych w historii tej branży. Opowieść o konflikcie między ludźmi a orkami, wydaje się wręcz idealnym materiałem na porządne kino fantasy. Projekt ekranizacji leżał 10 lat, zanim doszło do ostatecznej realizacji, której podjął się Duncan Jones – zdolny filmowiec tworzący kino SF („Moon”, „Kod nieśmiertelności”).

warcraft1

Sama historia jest prosta. Orkowie nie są w stanie żyć w swoim świecie, który umiera. Za radą swojego przywódcy Gul’dana, używającego czarnej magii (Spaczenia) wyruszają do królestwa ludzi, Azeroth. Wojna wydaje się nieunikniona, a lud prowadzony przez króla Llane’a oraz dowódcę wojsk, Lothara, szykuje się do starcia. Pomocą ma służyć Strażnik, Medivh. Jednocześnie w obozie orków, dochodzi do buntu pod wodzą Durotana.

warcraft2

Jak widać, Jones próbuje wejść w realia fantasy, dość wiernie oddając warstwę wizualną gry. Dlatego rycerze mają bardzo duże zbroje i miecze, Orkowie to strasznie napakowani koksiarze z młotami, a wygląd miast jest imponujący. Najciekawsze jest jednak pokazanie historii z punktu widzenia Orków, którym bliżej jest do ludzi niż do tępych, bezmózgich potworów. Potrafią myśleć, są honorowi i muszą decydować o tym, co jest dobre dla ich ludu. Przy nich ludzie wydają się prostą zbieraniną, która kieruje sojuszem innych nacji (krasnoludy, elfy), które są tutaj ledwie zarysowane. Niby jest ten świat, ale brakuje tła, fundamentów i możliwości wejścia w ten barwny świat. Motywacje są jednak jasno pokazane, intryga poprowadzona sprawnie i gładko, bez przynudzania. Starcia wyglądają efektownie, w tle gra podniosła muzyka, a efekty specjalne zasługują na uznanie (wygląd Orków – wow).

warcraft3

Jak w tym całym świecie odnaleźli się aktorzy? Całkiem dobrze i nie czuć fałszu. Najlepiej z całej obsady wypadły dwie postacie: Durotan i Strażnik. Pierwszy (fantastyczny Toby Kebbell) jest lojalnym, honorowym wojownikiem, potrafiącym przejrzeć na oczy, drugi (niezawodny Ben Foster) skrywa w sobie pewną tajemnicę, wiedzę i nie mówi zbyt wiele. Humor wnosi Travis Fimmel jako odpowiedzialny i lojalny dowódca, potrafiący rzucić ironicznym tekstem. Pochwalić też należy intrygująca Paula Patton (mieszanka człowieka i orka Garona) oraz solidny Dominic Cooper (opanowany i rozważny król Llane).

warcraft4

Twórcy podchodzą do materiału źródłowego z szacunkiem i to widać od samego początku. Jones wkłada wiele serca i wysiłku, by zrobić po prostu dobry film, będący udaną ekranizacją gry. Zakończenie sugeruje część drugą, która mogłaby rozkręcić całą serię. Czekam.

7/10

Radosław Ostrowski