Daleko od okna

Gdzieś w małym miasteczku mieszka młode małżeństwo – Barbara i Jan. On zajmuje się malowaniem, ona zajmuje się domem. Do szczęścia brakuje tylko dziecka, ale wtedy wybucha wojna – czas strachu i niepokoju. Jan wprowadza do swojego domu Żydówkę Reginę, którą ukrywają. Nie jest łatwo, a sytuację komplikuje fakt, iż między Reginą i Janem dochodzi do zbliżenia. Dziecko zostaje wychowane przez małżonków.

daleko_od_okna2

Jan Jakub Kolski jest reżyserem, który posiada swój własny świat oraz formę, którą można nazwać realizmem magicznym. Tym większym zaskoczeniem był film na podstawie utworu Hanny Krall i opowiadający o czasach wojny. „Daleko od okna” to film mroczny, ciężki i stawiający niełatwe pytania o człowieczeństwo w sytuacji ekstremalnej. Wojenne tło jest tutaj zaledwie zarysowane (granatowi policjanci, żołnierze), jest schowane za domem, jednak jej obecność jest namacalna, a zagrożenie denuncjacją jest realne. Niemal całość rozgrywa się w domu naszych bohaterów oraz w okolicy miasteczka, gdzie widać siłę niemieckiego narodu (w jednej ze scen Jan czyści krew po egzekucji), a każdy gest i niewypowiedziane słowo ma znaczenie. Odebranie dziecka w sytuacji ekstremalnej (była wojna, matka Żydówka, za ukrywanie której groziła śmierć) budzi pytania o kwestie moralne w czasach, gdzie najważniejsze było przetrwanie.

daleko_od_okna1

Niepokojąca atmosferę budują znakomite zdjęcia Arkadiusza Tomiaka – pełne mroku, gry światłocienia, a jedynym jasny elementem kolorystycznym są wspomnienia Reginy z dawnych czasów pełne mocnych kolorów, niemal malarskie oraz ujęcia nieba. Również oszczędna scenografia robi dobre wrażenie, a muzyka Michała Lorenca współgra z ekranowymi wydarzeniami. Także bardzo naturalne dialogi, budują autentyzm całej historii, bez fałszu, zadęcia i patosu.

daleko_od_okna3

Ale to wszystko by się nie udało, gdyby nie bardzo dobre aktorstwo, co zawsze było mocnym atutem filmów Kolskiego. Zarówno Dorota Landowska jak i Bartosz Opania świetnie odnajdują się jako młode małżeństwo, nie mogące mieć dziecka. Ich postawa zmienia się pod wpływem wydarzeń – kobieta przejmuje tutaj inicjatywę i staje się matką, którą zawsze chciała być, on wycofuje się i zatraca się w pracy oraz alkoholu. Zaskoczeniem jest dla mnie Dominika Ostałowska, który poradziła sobie z rolą kruchej Reginy, której udaje się zachować godność w trudnych czasach, ale płaci za to cenę. I zdecydowanie najlepszy z całej obsady Krzysztof Pieczyński – pozornie cyniczny i bezwzględny granatowy policjant Jodła, jednak w tajemnicy kocha Barbarę i chce ją chronić. Emocjonalny czworokąt jest tutaj silnie poprowadzony, grany na półtonach i drobnych gestach oraz spojrzeniach.

Kolski pozbawiony swojego „Jańciolandu” okazuje się być twórcą zaskakującym. Czasami na minus (nieudany „Zabić bobra”), ale także na plus, co pokazuje ten film. Niezwykłe, opowiadające w sposób daleki od szablonów i zmuszający do myślenia – tak się powinno robić kino.

8/10

Radosław Ostrowski

W potrzasku. Belfast ’71

Rok 1971 dla szeregowego Gary’ego Rossa był bardzo trudnym rokiem. I to nie dlatego, ze zaczynał swoją służbę w brytyjskiej armii. Także w tym roku został przeniesiony na teren wroga – gdzie żaden angielski wojak nie jest mile widziany. Do Północnej Irlandii. Jednak chłopak ma paskudnego pecha. W trakcie nalotu na dom, dochodzi do zamieszek i jeden z chłopaków kradnie karabin żołnierzy. Ross rusza za nim w pościg (dostał taki rozkaz) i zostaje oddzielony od grupy i pobity, następnie ucieka przed gnojkami próbującymi go zabić.

71_1

O konflikcie między brytyjskim wojskiem a IRA powstało sporo filmów, wiec co nowego w tej kwestii ma niejaki Yann Demange? Okazuje się, że całkiem sporo i co najważniejsze nie bawi się w publicystykę. Tu nie ma tylko brutalnych i ostrych Anglików czy narwany i agresywnych Irlandczyków – jest tutaj więcej odcieni szarości, choć na ekranie dominuje tutaj mrok nocy oraz czerwień światła czy krwi. To wszystko buduje klimat grozy, osaczenia i przerażenia, gdyż z mroku nocy może wyłonić się chłopak z pistoletem gotowym do strzału. Zwłaszcza, ze w samej IRA też dochodzi do konfliktu i walki o władzę, gdzie nasz bohater zostaje przypadkowo wplątany. Realizm jest tutaj mocny (kostiumy i scenografia mocno w tym pomagają), a kilka scen jak eksplozja w barze zostanie w pamięci na długo i trzyma w napięciu do końca.

Spora w tym zasługa aktorów dość mniej znanych jak świetny Jack O’Connell w roli Rossa – obcego w obcym mieście i wśród obcych ludzi. On dźwiga ten film na swoich plecach i radzi sobie bez zarzutu. pozostali aktorzy, których można kojarzyć raczej z małego ekranu (Sean Harris – kapitan Browning czy Richard Dormer – Eamon), tworzą skomplikowane i wyraziste postacie.

71_2

Po latach wiemy, że udało się w Północnej Irlandii dojść do rozejmu. Jak to było możliwe? Drogą zapomnienia przeszłości, choć nie jest to łatwe. Ta dość optymistyczna refleksja nie pozwala zapomnieć o absurdalności jakiejkolwiek wojny, co młodemu debiutantowi, wcześniej pracującemu dla telewizji udało się pokazać w sposób naprawdę poruszający.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Snajper

Wojna zawsze kręciła filmowców niemal od zawsze. Potrafili stworzyć wielkie dzieła („Czas Apokalipsy”, „Szeregowiec Ryan”), ale też czasami ja spłycali pokazując ją jako wielką przygodę, z czego już wyrosłem. Więc co jeszcze można opowiedzieć o wojnie, zwłaszcza o wojnie w Iraku? Zadania tego podjął się największy patriota USA, Clint Eastwood.

snajper1

Prawie 85-letni Amerykanin postanowił opowiedzieć o wojnie z perspektywy jednego faceta – Chrisa Kyle’a. kim był ten człowiek? Najlepszym amerykańskim snajperem, który podczas wojny w Iraku zabił setki osób. Spodziewałem się amerykańskiej flagi, sporej dawki patosu oraz pokazania amerykańskich chłopaków jako fajnych oraz prawych kolesi, będących szeryfami świata. Eastwood troszkę bawi się w propagandzistę, ale nie do końca. Pojawia się patos w scenach pogrzebów czy podczas powrotu do domu, jednak nie jest to ciężkostrawna mieszanka, podszyta miejscami zgorzknieniem. Problem jednak w tym, ze jest to dość jednostronnie przedstawione, tylko z perspektywy Jankesów. Sami Irakijczycy są przedstawieni albo jako prymitywne dzikusy, zajmujące się mordem albo podstępnymi zdrajcami współpracującymi z Al-Kaidą. Ta jednowymiarowość wywołuje dość negatywne odczucia, bo Eastwood znany był z bardziej złożonych obserwacji. Przeszkadza może też lekko chaotyczny początek, gdzie mamy przeskoki chronologiczne, jednak potem wszystko wraca na swoje tory.

snajper2

Plusem na pewno są sceny akcji, w których atmosfera jest nerwowa i napięcie miejscami mocno sięga zenitu. Wystarczy wspomnieć finał z burzą piaskową, przez którą kompletnie nic nie widać. Eastwood znany był z prostych środków do pokazywania emocji, nawet odrobinę humoru (szkolenia w Navy Seals). Sam Eastwood nie schodzi poniżej solidnego poziomu, ale problem miałem taki, że widziałem już podobny film, opowiadający o tym samym. Czyli o człowieku, który chce walczyć za kraj i nie potrafi żyć bez wojny. Tak, to „Hurt Locker”, który mocniej podziałał niż film Eastwooda.

snajper3

Jeśli chodzi o aktorstwo, to jest to więcej niż dobry poziom. Bradley Cooper miał zagrać rolę Kyle’a jeszcze, gdy film miał nakręcić David O. Russell i muszę przyznać – dał radę. To rola zagrana w sposób bardzo oszczędny, wyciszony i skupiony, ale w oczach widać wszystko: od uporu i determinacji po strachu i zagubienie. Poza nim jest jeszcze równie dobra Sienna Miller jako żona Taya, nie do końca radząca sobie z mężem wojakiem, co rzadko pojawia się w domu, a jak jest to tak jakby był nieobecny.

„Snajper” to pierwszy od 7 lat film Eastwooda, który trafia do polskich kin. Jedno jest pewne – Brudny Harry nadal trzyma formę i na razie nie planuje emerytury. W dodatku rozbił bank, zarabiając kupę szmalu. To naprawdę dobre i miejscami trzymające w napięciu kino wojenne, ale lepszy był „Hurt Locker”.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

 

Miasto 44

Chyba żaden film polski nie wywołał ostatnio takich emocji jak „Miasto 44”. Film skupia się na postaci Stefana, który zostaje zaprzysiężony kilka dni przed powstaniem.

miasto_44_1

Jan Komasa zaskakuje tutaj nie tylko rozmachem, niemal hollywoodzkim, ale też całkiem nieźle oddaje atmosferę czasu powstania: od euforii (za 2-3 dni, będzie po wszystkim) przez zniechęcenie po grozę i bezwzględność działań powstańczych. Można się przyczepić, że realizacja jest bardzo współczesna i nowoczesna, a bohaterowie są płascy i mało ciekawi (a wątek miłosny między Stefanem i Biedronką – niemal na granicy kiczu). Komasa nie próbuje się bawić w publicystykę czy atakować polityków, ale pokazuje młodych ludzi w czasach, gdy gotowość na oddanie swojego życia za swój kraj było czymś naturalnym. I im dalej trwa powstanie, tym bardziej widać beznadzieję sytuacji – jest coraz mocniej, brutalniej (z obowiązkowym slow-motion) i parę scen na pewno wielu zmiażdży emocjonalnie. Na mnie największe wrażenie zrobiły sceny w kanałach (niemal iście horrorowa strona plastyczna) oraz w piwnicy obrzuconej granatami, gdzie zabijano cywili. To na takich scenach budowany jest ten film, choć może wielu znudzić ten teledyskowy montaż oraz wpleciona muzyka (m.in. dubstep).

miasto_44_2

O aktorstwie pokrótce powiedziałem, że jest i nie przeszkadza. Bohaterowie mają być na tyle wyraźni, żeby było ich widać, ale o sympatii można zapomnieć, gdyż w każdej chwili mogą zniknąć z ekranu. Tak naprawdę najbardziej warci zapamiętania byli wcielający się w dowódców Tomasz Schuchardt („Kobra”) oraz Michał Żurawski („Czarny”). Dominuje tutaj młoda grupa aktorów z mało znanymi (jeszcze) twarzami, z wyjątkiem Antoniego Królikowskiego („Beksa”) i robią co mogą, radząc sobie poprawnie.

miasto_44_3

Komasa miał ambicje bycia drugim Wajdą. Plusem na pewno jest to, że stara się unikać patosu i pokazuje powstanie bez słodzenia i ogródek – jako okrutna walka, jak zresztą każda wojna. Problem w tym, że postacie były mi obojętne, a coraz mocniejsze i brutalniejsze sceny mogły działać odstraszająco. Wyraźnie adresowane dla młodego widza z pokolenia Facebooka. Na pewno nie przejdziecie obojętnie wobec niego.

Radosław Ostrowski

Niezłomny

Każdy chce dzisiaj reżyserować filmy, nawet jeśli nie ma na ten temat zielonego pojęcia. Co zrobić – jest wolny wybór i kto chce i czuje się na siłach, może próbować. Tym razem postanowił spróbować swoich sił niejaka Angelina Jolie, bo – jak sama stwierdziła – znudziło się jej aktorstwo. O czym opowiada jej film? Bohaterem jest niejaki Louie Zamperini – pewnie to nazwisko niewiele wam mówi, ale na olimpiadzie w Berlinie ten chłopak pobiegł na 5000 metrów w iście brawurowym stylu. Ale potem przyszła wojna i nikt nie myślał wtedy o olimpiadach czy bieganiu. Louis został bombardierem, ale w 1942 roku jego samolot został zestrzelony i mężczyzna dostał się do japońskiej niewoli. A jak wiadomo, Japończycy to straszni sadyści.

niezlomny1

Taki temat i taka historia daje spore pole do popisu, zwłaszcza że autorami scenariusza są bracia Coen, Richard LaGravenese („Co się wydarzyło w Madison County”) oraz William Nicholson (współautor „Gladiatora”). Z takim wsparciem trzeba być naprawdę mistrzem, żeby to spierdolić. I jakby to powiedzieć? Angelina jeśli ma ambicje iść dalsza drogą jako gościu siedzący przy krzesełku z napisem director, to jeszcze musi popracować. Sama historia skupia się przede wszystkim na pobycie w obozie, a jego życiorys (włącznie z udziałem w olimpiadzie) potraktowano w szybkiej, skrótowej formie. Od momentu zestrzelenia mógłby zacząć się mocny i poruszający film o tym, jak przetrwać w ekstremalnych warunkach, jednak największym problemem jest zero-jedynkowy podział bohaterów (Japończycy, a dokładnie kapral Watanabe to sadystyczny bydlak, próbujący złamać naszego bohatera, stającego się niemal świętym, a nawet super wytrzymałym herosem) oraz kompletny brak zaangażowania emocjonalnego. Chyba już za bardzo naoglądałem się różnych tortur zarówno fizycznych, jak i psychicznych, co oznacza, że widok przemocy wywołuje we mnie raczej obojętność. I jeszcze ten nieznośny patos – to jest w stanie zabić nawet największego twardziela.

niezlomny2

Na pewno zaletą jest fakt, że reżyserka postawiła na mniej znane twarze, co teoretycznie powinno pomóc w skupieniu się na fabule. Jak myślicie, dlaczego to nie zadziałało? Zgadliście, historia jest nieciekawa i mało angażująca, więc cokolwiek by aktorzy nie robili (a robią wiele), to idzie na marne. Szkoda, bo Jack O’Connell (Zamperini), Domhnall Gleeson (Russell Phillips) czy Takamasa Ishihara (Watanabe) naprawdę robią wiele, by przykuć swoją uwagę.

Jeśli pani Jolie, naprawdę chce skończyć karierę aktorską i przerzucić się na reżyserię, to jeszcze musi wykonać sporo roboty. O ile warstwa techniczna jest bez zarzutu, o tyle patetyczny i niemal hagiograficzny scenariusz nie pozwalają osiągnąć więcej niż poziom średnio-niezły. A wydaje mi się, że reżyser powinien mierzyć wysoko. Czy nie?

6/10

Radosław Ostrowski

Listy z Iwo Jimy

Film jest drugą częścią opowieści o bitwie na wyspie Iwo Jima.  Fundamentem tej opowieści z perspektywy Japończyków są znalezione w 2005 roku na wyspie listy napisane przez żołnierzy dowodzonych przez generała Kuribayashiego. Próba rekonstrukcji wydarzeń dokonana przez Clinta Eastwooda jest przeciwieństwem wydarzeń ze „Sztandaru chwały”.

listy_z_iwo_jimy1

Nie brakuje tutaj rozmachu oraz scen batalistycznych, jednak jest on bardziej wyciszony, stonowany i oszczędniejszy, także od strony wizualnej. Reżyser zaskakuje tym bardziej, że udaje mu się nie tylko odtworzyć prawdopodobny przebieg wydarzeń, ale rekonstruuje także mentalność indoktrynowanych Japończyków, dla których honor jest najważniejszy, a śmierć dla cesarza niemal zaszczytem – nic dziwnego, że Japończycy byli tacy zdeterminowani. W całość jeszcze są wplecione retrospektywy, pokazujące ich bliskich oraz trudne decyzje (Shimizu, który został zesłany za to, że… nie zabił psa), pozbawione sensu oraz logiki („honorowe” samobójstwa). Nie brakuje tutaj napięcia, bohaterowie wydaja się czymś więcej niż tylko jedną cechą wybijająca się czy nośnikiem jakiejś idei. Znowu jest to znakomicie zrealizowane (mroczne zdjęcia – spora część wydarzeń toczy się w tunelach, solidny montaż i bardzo dobre dialogi, a także muzyka niewybijająca się) i przypomina się starą prawdę – wróg po bliższym poznaniu przestaje być wrogiem.

listy_z_iwo_jimy2

W samym filmie, gdzie dialogów w języku angielskim jest śladowa ilość, świetnie sprawdza się japońska obsada. Nie sposób nie docenić Kena Watanabe, który znakomicie się sprawdził w roli generała Kuribayashiego. Widać, że to odpowiedzialny dowódca, którego metody nie do końca zyskują akceptację jego podwładnych (nie buduje okopów na plaży, stara się utrzymywać żołnierzy przy życiu zamiast robić harakiri), znając troszkę podejście Amerykanów. Drugim istotnym bohaterem jest szeregowiec Saigo (Kazunari Ninomiya), traktujący nowego dowódcę niemal jak bohatera, zachowując też zdrowy rozsądek. Postać ta (zmyślona) to typowy wojak, nie chcący umierać za swoją ojczyznę. Te dwie postaci zapadają najbardziej w pamięć, ale drugi plan też jest bardzo ciekawy z Ryo Kaze (Shimizu) oraz Tsuyoshi Iharą (pułkownik Nishi) na czele.

listy_z_iwo_jimy3

Kto by się spodziewał takiej dojrzałości oraz wrażliwości po takim amerykańskim twardzielu jak Clint Eastwood? Na pewno nie ja, ale ciągle zaskakuje mnie ten reżyser. Powiem tylko tyle: bardzo dobry film, nie tylko dla miłośników wojennych opowieści.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Sztandar chwały

Bitwa o Iwo Jimę była jedną z najważniejszych potyczek na froncie Pacyfiku podczas II wojny światowej. Była tak ważna, że Clint Eastwood postanowił o niej opowiedzieć w dwóch filmach, pokazując starcie z perspektywy obydwu stron walczących. „Sztandar chwały” jest opowieścią od strony Amerykanów, a dokładnie relacją świadków, z którymi rozmawiał syn jednego z wojaków, sanitariusza Johna Bradleya. Kojarzycie to zdjęcie?

iwo_jima

Tak, Bradley był jednym z żołnierzy wnoszących ten sztandar. I to o nich opowiada ten film. A dokładniej mamy tutaj dwa wątki, które przeplatają się ze sobą. Pierwszy to wojenne starcia o japońską wyspę. Te fragmenty mocno przypominają to, co znamy choćby z „Szeregowca Ryana” (brudne, stonowane zdjęcia, ujęcia z ręki nadające niemal reporterski charakter oraz wielki rozmach). To potęguje ponury klimat, jednak niczym nowym tutaj nie zaskakuje. Drugi wątek związany jest z tymi, co wnieśli sztandar na szczyt. Zostali oni wycofani z wojny i wykorzystani przez rząd, by zebrać bony wojenne. Cyniczne działania polityków (cel propagandowy) są tutaj mocno piętnowane oraz stanowią znacznie ciekawszą historię niż wojenne batalie.

sztandar_chwaly1

Obydwie te opowieści przeplatają się ze sobą, co budzi pewien chaos oraz zgrzyt, przez co nie zawsze działa to tak silnie, jakby tego chcieli twórcy. Nie udało się też uniknąć patosu (końcówka jest naprawdę słaba i bardzo amerykańska), jednak nie wywołuje to aż takich wymiotów, jak wielu by się tego spodziewało. Efekt jednak jest naprawdę dobry i udaje się pokazać wojenny bezsens i absurd wojny (kiedy jeden z wojaków wpada do wody, żaden statek nie zawraca po niego czy przenoszenie kabla telefonicznego na szczyt), a także jej destrukcyjną siłę. Niby to już znamy, ale zawsze warto to przypomnieć.

sztandar_chwaly2

Eastwood postawił tutaj na młodych aktorów w rolach głównych i rzeczywiście udało się stworzyć mocny skład. Pozytywnie zaskakuje tutaj Ryan Philippe jako sanitariusz Bradley, który niespodziewanie dla siebie zostaje uznany za bohatera, mimo iż wiele razy nie udało mu się uratować kolegów ze szponów śmierci. Także Jesse Bradford (szeregowy Gagnon) bardzo dobrze sobie poradził z rolą bohatera mimo woli (był tak naprawdę gońcem), żyjącego w blasku reflektorów. Ale tak naprawdę błyszczy tutaj Adam Beach (Indianin Ira Hayes), który nie radzi sobie z wojennymi wspomnieniami, topiąc je w alkoholu. W dodatku jako Indianin jest traktowany obco. Poza nimi jest jeszcze solidny drugi plan z Barrym Pepperem (sierżant Mike Strand), Jamie Bellem („Iggy”) czy Paulem Walkerem (Hank).

sztandar_chwaly3

Eastwood tym razem poszedł na wojnę i parę razy mocno zapunktował. Bywa troszkę patosu (jednak bardziej podszyty cynizmem), ale pokazuje tutaj jak mocną siłą jest tutaj mit. Perspektywa japońska wydaje się jednak ciekawsza, ale Clint poniżej przyzwoitego poziomu nie schodzi.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Wzgórze Złamanych Serc

Sierżant Tom Highway to zaprawiony w boju wojak, który w cywilu niespecjalnie sobie radzi – lubić wypić, tłum po mordzie, za co jest często aresztowany. Tym razem jednak zostaje przydzielony do dawnej jednostki, gdzie ma za zadanie wyszkolić młodych rekrutów do walki. Nie jest to łatwe, także z powodu dość niekonwencjonalnych metod sierżanta.

wzgorze_zlamanych_serc1

Clint Eastwood tym razem idzie na wojnę, tym razem na Grenadę. Po drodze dostaniemy sporo koszarowego humoru, bójek, dyscypliny oraz przemiany dup wołowych w prawdziwych wojaków z krwi i kości. Po drodze jeszcze są „utarczki” z byłą żoną oraz próby powrotu do niej. Lekka, czysto rozrywkowa produkcja z obowiązkową amerykańska flagą oraz odrobinką patosu. Można się pośmiać, sceny finałowe (walki w Grenadzie) zrobione są bez zarzutu i przy odrobince piwa można się nieźle bawić.

wzgorze_zlamanych_serc2

Sam Eastwood kolejny raz ogrywa wizerunkiem twardziela, jednak tym razem jest on świadomy swojego wieku oraz poszukuje stabilizacji po wojsku. Nie przeszkadza mu to jednak być prawdziwym wrzodem na dupie dla swoich ludzi. Jednak upór, twarda dyscyplina i nie trzymanie się ścisłe regulaminu w tym wypadku procentują. Na drugim planie wybija się komediowy Mario Van Peebles, czyli niedoszły muzyk, który jest pyszałkowaty, arogancki i robi za takiego cwaniaka. Poza nim jest jeszcze Marsha Mason, czyli Aggie – była żona Toma (ich scysje też potrafią zabawić).

wzgorze_zlamanych_serc3

Zdecydowanie lekka rozrywka o tym, że jednak bycie wojakiem jest fajne. Nie do końca się z tym zgodzę, jednak jako czysto rozrywkowa produkcja film sprawdza się po prostu dobrze. I tyle. Miłośnicy wojskowego humoru odnajdą się tu jak ryby.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Furia

Kwiecień 1945, wojna powoli zmierza ku końcowi. Do załogi czołgu Sherman zwanego “Furią” po śmierci strzelca dołącza nowy członek Norman. Załoga kierowana przez sierżanta Colliera zwanego War Daddy, dostaje zadanie przejęcia miasta oraz ochrony drogi zaopatrzenia. Ale łatwo w żaden sposób nie będzie.

furia1

David Ayer to reżyser kojarzony przede wszystkim z kinem policyjnym. Tym razem postanowił pójść na wojnę. Jak zobaczyłem zwiastun, złośliwie określiłem „Furię” jako „Czterech pancernych i Brada Pitta”. Ale jeśli myślicie, z zobaczycie heroiczne kino, gdzie dzielni amerykańscy chłopcy spuszczają wpierdol Niemcom, to będziecie rozczarowani. Sherman nie był zbyt dobrym czołgiem (jak w tym dowcipie: „Co się stanie jak Tygrys spotka pięć Shermanów? Tygrys będzie miał przewagę liczebną.”), ale był taki i w dość dużej ilości, czego o Tygrysie powiedzieć się nie da. Sam film jest mroczny, ciężki i brudny, niepozbawiony brutalnej jatki oraz dużej ilości strzałów. Owszem, nie ma tutaj niczego zaskakującego czy oryginalnego w tej całej konwencji, ale jak się to ogląda. Nie brakuje też spektakularnych scen akcji (trzy Shermany vs Tygrys czy finałowe starcie jednego czołgu przeciwko trzystu SS-manom), ciężkiego klimatu potęgowanego mrocznymi, surowymi zdjęciami oraz elektroniczno-chóralną muzyką. Czasami drażni symbolika (krzyże, cytaty z Biblii, biały koń jako symbol niewinności), a główni bohaterowie niezbyt są wyraziści, ale mniejsza z tym. Cała reszta jest po prostu świetna.

furia2

Od strony aktorskiej najlepiej prezentuje się dwóch facetów. Pierwszy to Brad Pitt jako War Daddy. sierżant jest twardy, brutalny, surowy. Jak ojciec, który wprowadza młodego Normana w brutalny świat, gdzie panuje bezwzględna, ale prosta zasada: albo my ich albo oni nas (scena „zabicia” jeńca), ale to facet, za którym poszedłbym w ogień. Drugim jest Norman (nie przepadam za Loganem Lermanem, ale tu radzi sobie przyzwoicie), który dopiero wchodzi w ten wojenny tryb i wiele się w nim zmieni, zwłaszcza jego moralny kręgosłup. Poza nimi są jeszcze Michael Pena (kierowca Latynos Gordo), zaskakująco dobry Shia LaBeouf (głęboko wierzący Bible, który obsługuje działo) oraz Jon Bernthal (mechanik Grady) – widać, że to zgrana paczka. I tyle.

furia3

Ayer zmienił klimat, ale pozostał surowym facetem, mówiącym bez ogródek. Twarde, mocne kino wojenne jakiego nie było od dawna. Amerykanin odrobił pilnie swoją lekcję.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Paragraf 22

Rok 1944. Na włoskiej wysepce Pianosa stacjonuje amerykańska baza lotnicza. I w tym miejscu znajduje się kapitan Yossarian, który chce wyrwać się stąd. Zwłaszcza, że liczbę obowiązkowych lotów już zaliczył dawno, ale dowódca pułkownik Cathcart ciągle liczbę zwiększa. Jednak nie jest to jedyna przyczyna.

paragraf22_1

Czarna komedia napisana przez Josepha Hellera w 1962 roku była pierwszą powieścią, która obalała mit dzielnego amerykańskiego wojaka i drwiła z militarnej biurokracji. I tym tropem podążył reżyser Mike Nichols, który tym filmem –  razem z „MASH” Roberta Altmana przedstawił wojnę w zupełnie inny sposób, podkreślając absurdy oraz jej bezsens. Po co walczyć z wrogiem, kiedy twoi przełożeni robią wszystko, żeby cię zabić? Nie chodzi tu o przeprowadzanie nadliczbowych lotów czy bezsensowych ataków (próba zniszczenia miasta, gdzie ma Niemców kończy się… zaatakowaniem oceanu, za co nasi żołnierze otrzymają medale), ale i potężną mechanikę biurokracji, wobec której inni ludzie są kompletnie bezradni. Próby zwolnienia się z powodu uznania za wariata (tytułowy paragraf 22) kończą się klęską, a dowódcy bardziej dbają o swoje prywatne interesy, są niekompetentni (przymusowo awansowany major Major, który przyjmuje wtedy, kiedy go nie ma) niż życie swoich podwładnych. Najdobitniej widać to w scenie, gdy Amerykanie bombardują swoją własną bazę… by sprzedać nadmiar bawełny. W ogóle działania syndykatu porucznika Milo Minderbendera wywołują największa mieszankę śmiechu (przynajmniej na początku) i grozy (pod sam koniec).

 

paragraf22_2

Reżyser trzyma mocno rękę na pulsie, łamie chronologię, scenariusz jest solidny, humor miejscami naprawdę smolisty (zabicie fotografa… śmigłem od samolotu), przedstawiający świat, w którym zdrowy rozsądek jest szaleństwem, a szaleństwo normalnością. W dodatku cała obsada sprawdza się znakomicie z Alanem Arkinem (Yossarian!!!) na czele. Postacie są wyraziste i pełnokrwiste jak cwany i obrotny Minderberder (wyborny Jon Voight), który handluje wszystkim (spadochron też zwinie w zamian za jedwab), sadystyczny generał Dreedle (sam Orson Welles), który za nieposłuszeństwo wszystkim by zastrzelił, trochę ciapowaty kapelan Tappman (Anthony Perkins w nietypowym wydaniu – czytaj nie z „Psychozy”) czy kretyński pułkownik Cathcart (Martin Balsan w mroczniejszym wydaniu), który tylko podkręca liczbę lotów i dla niego ważniejsza jest dobra reputacja.

paragraf22_3

Film wywołuje śmiech, ale jest humor podszyty grozą i przerażeniem. Dla wielu taka dawka absurdu może być ciężkostrawna, jednak taka jest właśnie wojna. Nawet jeśli jest pokazywana w krzywym zwierciadle. Mimo lat ma moc.

7,5/10

Radosław Ostrowski