Rekiny wojny

Ta historia brzmi tak nieprawdopodobnie, że musiało się to wydarzyć naprawdę. Rok 2005, Miami. Poznajcie Davida Packouza – młodego faceta, który jest konserwatywnym Żydem. Ma dziewczynę i pracuje jako masażysta. zaplanował świetny interes, jednak nie wypalił i cały towar (bawełniane tkaniny) został na zbyciu. Właśnie wtedy na pogrzebie kumpla pojawia się dawno nie widziany kumpel z liceum – Efraim Diveroli. Facet zajmuje się handlem bronią i proponuje Davidowi udział w tym interesie, czyli dając duże fragmenty tortu wojskowego.

rekiny_wojny1

Nie spodziewałem się po filmie Todda Phillipsa zbyt wiele, zwłaszcza ze dotyka dość poważnej kwestii handlu bronią i styku biznesu z polityką. Ale nie jest to do końca poważny film, gdyż reżyser wykorzystuje doświadczenie z poprzednich filmów i wie, jak podkręcić tempo. Kto by się spodziewał, że dwóch gówniarzy (częściowo legalnie) robi taki interes z wojskiem. Wszystko obraca się tutaj wokół giwer, zielska, panienek i kupy szmal. Brzmi jak „Wilk z Wall Street”? To porównanie jest troszkę z dupy wzięte. Nie jest to aż tak ostre, dosadne i rozbuchane, chociaż teledyskowa forma bardziej przypomina „Big Short”, to film jest takim młodszym bratem „Pana życia i śmierci”. Wszystko poznajemy z perspektywy Davida. Dzieje się tutaj wiele – już pierwszy interes, czyli dostarczenie pistoletów do Iraku za pomocą pośredniego przemytnika z Jordanii robi niesamowite wrażenie humorem, dynamiczną akcją i tempem. Dochodzi do zderzenia z wojną, gdyż nagle pojawiają się strzelający ludzie znikąd, a trupy takie prawdziwe. Cały film jest świetnie zrealizowany i cały czas zachodziłem w głowę, jak to w ogóle było możliwe. Nie brakuje tu ironii, złośliwości i bluzgów, a parę scen to prawdziwe perły (przemienienie paczek z amunicją, test kałachów czy rozmowa z Pentagonem w sprawie dilu afgańskiego). Imponują lokacje oraz znakomicie wpleciona muzyka, która bywa mocnym komentarzem do wydarzeń ekranowych (a gra m.in. Leonard Cohen, Iggy Pop, Pink Floyd, Pitbull czy Justice).

rekiny_wojny2

Jednak gdy opadnie pył, a dragi odejdą z organizmu, to zostaną zwłoki i ocean broni. A że niektóre akcje nie zawsze są zgodne z prawem, to inna kwestia. Phillips skupia się tutaj na kumpelskiej przyjaźni, która zostaje wystawiona na ciężką próbę i ten wątek wygrywa. W końcu nasz David musi wybrać między interesem, rodziną i uczciwością. Nie jest to aż tak przewrotne jak w „Wilku”, ale satysfakcja i świetna rozrywka jest zagwarantowana.

rekiny_wojny3

Zwłaszcza, że mamy tutaj świetny duet. Błyszczy Miler Teller jako David, który jest także narratorem całej opowieści. Trudno go nie polubić, bo to sympatyczny facet, co byt swojej rodzinie zapewnić musi i dlatego wchodzi w układ z Efraimem. Kibicujemy mu do samego końca, nawet jeśli jego kręgosłup moralny staje się bardziej elastyczny. Ale tak naprawdę cały film zawłaszcza rewelacyjny Jonah Hill i ten jego niezapomniany, diaboliczny uśmiech. Efrain w jego wykonaniu to szachraj i manipulator, który jest dla kasy zrobić wszystko. Nawet oszukać wspólników, ale to psychopatyczne oblicze poznajemy w drugiej części filmu. Obaj panowie świetnie się uzupełniają, a wspiera ich w krótkim epizodzie sam Bradley Cooper jako bardziej doświadczony kolega po fachu.

rekiny_wojny4

Aż nie chce mi się wierzyć w to, co widziałem. Nie jest to stricte komedia, ale akcentów humorystycznych nie da się wymazać. Wariackie, nieoczywiste kino ze świetnym tempem, pewnie poprowadzone i zagrane. Pozytywna niespodzianka od twórcy „Kac Vegas” i aż strach pomyśleć, co będzie następne.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bagnet na broń

Rok 1951, wojna w Korei. A wiadomo jak tam jest – zimno, biało i wszędzie czają się skośnoocy komuniści. amerykańscy żołnierze zostają otoczeni, więc pada rozkaz odwrotu dla całej dywizji. By jednak uśpić czujność wroga, ostaje skromny 48-osobowy oddział wojaków pod wodzą porucznika Gibbsa. Muszą wytrzymać kilka dni, ale łatwo nie będzie, gdyż przeciwnik jest liczniejszy.

bagnet_na_bron1

Samuel Fuller nadal nie dysponuje dużym budżetem, ale czy to ma znaczenie, gdy ma się wsparcie samej armii USA? To wyjaśnia obecność fachowego sprzętu – karabinów, bagnetów, moździerzy, a nawet czołgu. Mimo to reżyser skupia się bardziej na psychologicznym działaniu wojny oraz odpowiedzialności za swoich kolegów. To właśnie tutaj można dostrzec pozornie luźne rozmowy o wszystkim poza obecna sytuacją: o planach dalszych, o rozterkach, dziewczynach i to wygląda nieźle. Także same batalistyczne sceny prezentują się naprawdę przyzwoicie mimo stateczności (przy wybuchach kamera się lekko trzęsie). Padają strzały, są eksplozje, nie ma krwi (co w przypadku filmów z tego okresu to standard), ale nie oznacza to nudy. Nie zabrakło kilku trzymających w napięciu scen jak próba wyciągnięcia rannego wojaka z pola minowego czy finałowej konfrontacji i momentu zawahania kaprala Denno przed zastrzeleniem. Widać jednak niedostatki budżetowe, a wszystko toczy się dość spokojnie, mimo kilku scen akcji.

bagnet_na_bron2

Reżyser jak ognia unika patosu, co jest sporym plusem, a dialogi dodają autentyzmu. Czasami troszkę łopatologicznie powtarza o problemach moralnych Denno i wzięciu się w garść, co może irytować. Ratuje sytuację całkiem przyzwoite aktorstwo, odrobinę teatralne, lecz nie irytuje. Tu wybija się Gene Evans jako twardy sierżant Rock, który jest mocnym i niezłomnym przywódcą. Solidny jest Richard Basehart, który wciela się w walczącego z własnymi demonami i stresem wynikającym z odpowiedzialnością. Reszta obsady jest ok i trudno się przyczepić.

bagnet_na_bron3

Sam film to dopiero wprawka. Fuller nadal pokazuje, że wiele może wycisnąć z małego budżetu oraz niezbyt znanych aktorów. Jednak wychowany na współczesnych wojennych rozwałkach nie czuje się silnie wstrząśnięty. „Bagnet na broń” nieźle znosi próbę czasu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Samuel_Fuller

Błękitny Max

Wojna zawsze jest miejscem podłości, okrucieństwa i bezlitosnej walki. Nie inaczej było podczas Wielkiej Wojny, czyli I wojny światowej. To właśnie podczas niej walczył podporucznik Bruno Stachel – najpierw żołnierz piechoty, ale pod koniec wojny trafia do lotnictwa jako pilot. Trafia do eskadry kapitana Heidemanna, rywalizując z jego najlepszym oficerem – Willim von Klugermanem. W stawką w tej walce poza życiem, jest tytułowy Błękitny Max – najwyższe niemieckie odznaczenie wojskowe przyznawane za odwagę i zestrzelenie 20 samolotów.

bkitny_max1

Kino wojenne ma to do siebie, ze rządzi się swoimi regułami, chociaż samą wojnę można zaprezentować na wiele różnych sposobów. John Guillermin w 1966 roku swoim filmem próbował połączyć rozmach scen batalistycznych z wiarygodną psychologią bohaterów. I to wszystko w czasach, gdy chodziło na planie tysiące statystów i nawet nie znano takiego słowa jak komputer. Trzeba przyznać, że po latach sceny batalistyczne robią nadal olbrzymie wrażenie – statyści, wybuchy, odgłosy strzałów i tysiące trupów. Sceny lotniczych pojedynków (chociaż widać, że tło w samolocie podczas scen z kabiny jest domontowane) trzymają w napięciu i ogląda się je  zapartym tchem.

bkitny_max2

Ale to tylko jedna  warstw filmu. „Max” to także historia człowieka z nizin społecznych, który dobija się do świata wyższych sfer. Pilotami w większości (przynajmniej w eskadrze naszego bohatera) byli arystokraci, dzięki czemu zdobywali dodatkowe wpływy i znajomości. Jak zawsze z arystokracją bywa, to ludzie chełpiący się swoim bogactwem (piją tylko drogi alkohol jak szampan) i uwielbiają adrenalinę. W tle jeszcze przewija się wykorzystanie Stachela jako bohatera propagandy prasowej (scena fotografowania w szpitalu) oraz romans z żoną generała (jakby tego było mało jest tez ciotką Williego), jednak to ostatnie nie zostaje w pełni wygrane, spełniając rolę zapychacza. Wyjątkiem w tym wątku jest finał, w którym dochodzi do poważnych konsekwencji. Niby tutaj mówi się o honorze i uczciwej walce, ale w imię tego honoru dokonuje się oszustw, hipokryzji i zachowanie swojej reputacji. Więcej wam nie powiem, bo zepsułbym frajdę.

bkitny_max3

Zachwycają przestrzenne zdjęcia oraz podniosła, militarystyczna muzyka Jerry’ego Goldsmitha. Jednak nie robiłoby to na mnie takiego wrażenia, gdyby nie mocna rola George’a Pepparda. Stachel w jego interpretacji to facet, dla którego latanie jest jedynym sensem życia. Zdobycie dla niego Błękitnego Maxa jest celem najważniejszym, nawet jeśli wiązałoby się to ze złamaniem rozkazów przełożonych. Zdystansowany od reszty, prymitywny egoista z chłodnym spojrzeniem cynika. Mimo tych wad, kibicowałem mu. Kontrastem dla niego jest Willi (debiutujący Jeremy Kemp) – elegancki, wysłowiony, ale prowokujący i skory do bitki. A nad nimi wszystkimi wybija się na drugim planie chłodny James Mason (generał von Klugermann), wykorzystujący wojnę w bardziej polityczny sposób.

Guillermin miesza w tym barszczu wątkami i motywami, ale udaje się nad tym wszystkim opanować. „Błękitny Max” to ambitne widowisko, które skupia się także na pokazaniu degeneracji społeczeństwa oraz tym, że brutalna siła zawsze wygrywa. I tak naprawdę nie obowiązują żadne zasady na polu bitwy.

8/10

Radosław Ostrowski

Walkiria

Adolf Hitler to jedna z najbardziej znienawidzonych postaci w historii ludzkości. Sami Niemcy też za nim przestali przepadać i wielokrotnie próbowali go zabić, a dokładnie 15. Ostatnia próba była też najgłośniejsza i miała miejsce w lipcu 1944 roku. Zawiązano spisek mający na celu obalenie władzy i nazistów przejęcie jej przez zakonspirowaną opozycję. By usunąć Hitlera, podłożono bombę w jego kwaterze na Wilczym Szańcu, a zamachu dokonał pułkownik von Stauffenberg.

walkiria1

Dalszy los wydarzeń jest znany, bo spisek się nie udał. Nie przeszkodziło to w 2008 roku nakręcić film o zamachu. Za „Walkirię” odpowiada Bryan Singer, który postanowił zrobić sobie przerwę od komiksowych superprodukcji. I trzeba przyznać, że z zadania wywiązał się wzorcowo. Singer wiernie rekonstruuje przebieg wydarzeń – od postrzelenia pułkownika podczas nalotu i próbę (nieudanego) zamachu podczas lotu aż do kulminacyjnego momentu, czyli zamachu stanu. Najciekawsze jest to, że mimo znajomości przebiegu wydarzeń, trzyma w napięciu aż do samego końca. Reżyser razem z autorem zdjęć, wiernie odtwarza atmosferę niepewności, strachu oraz oczekiwania, by wszystko poszło zgodnie z planem. Wystarczy wspomnieć o ostatecznym zamachu, gdzie każdy element był na swoim miejscu czy dokonywaniu zamachu stanu, gdy armia jest kompletnie zdezorientowana. To trzeba zobaczyć samemu.

walkiria2

Pochwalić należy także świetną scenografię, kostiumy oraz muzyka, współtworząca klimat, a także bardzo rytmiczny montaż. I to samo chciałbym powiedzieć o aktorach, którzy są po prostu znakomici. Z jednym wyjątkiem – Tom Cruise. Ile razy może on ratować świat? Owszem, jest on podobny do pierwowzoru, ale mocno odstaje od reszty grając niemal tylko jednym wyrazem twarzy. Na szczęście z głosem radzi sobie lepiej. I jeszcze bardziej mi przeszkadza wybielony, wręcz nieskalany portret pułkownika, który takim bohaterem to nie był. Był bardziej konserwatywny od reszty otoczenia, ale nadal był nacjonalistą. Za to znacznie ciekawszy i barwniejszy jest tutaj drugi plan, złożony ze znakomitych aktorów brytyjskich takich jak Kenneth Branagh (generał von Treschow), Bill Nighy (rozważny generał Olbricht), Tom Wilkinson (karierowicz generał Fromm) czy Terence Stamp (generał Beck). Każdy z nich tworzy pełnokrwistą, wyrazistą postać, samym spojrzeniem czy gestem.

walkiria3

Muszę przyznać, że niespecjalnie wierzyłem w ten film. Ale po raz okazuje się, że nic nie jest oczywiste ani klarowne. Bryan Singer potwierdził swoją klasę jako reżyser, a „Walkiria” to kawał świetnego thrillera, który trzyma za mordę i nie puszcza aż do samego finału. Może inny aktor w roli Stauffenberga uczyniłby ten tytuł wybitnym, ale to i tak bardzo dobre kino rozrywkowe.

walkiria4

8/10

Radosław Ostrowski

Letnie przesilenie

Jest rok 1943, lato. Jesteśmy gdzieś w małej wiosce, daleko od Warszawy. I to właśnie zetkną się losy dwóch chłopaków, wchodzących powoli w dorosłość. Romek ma 17 lat, mieszka z matką i jej kochankiem, już pracuje w parowozowni jako asystent maszynisty. Guido to żołnierz żandarmerii, który wolałby robić coś zupełnie innego. Obaj podkochują się w tej samej dziewczynie, a pierwsze spotkanie jest dość zaskakujące. A wszystko z powodu skradzionego patefonu i puszczonej muzyki.

letnie_przesilenie1

Na hasło polskie kino wojenne patrzę ze sporym dystansem. Wiadomo, wielki budżet jest poza zasięgiem, sceny batalistyczne mogą być porządne, a prosty podział na dobrych Polaków oraz złych Niemców staje się coraz mniej przyswajalny. Ostatnimi laty powstało wiele przełamujących ten prosty układ produkcji takich jak „Pokłosie” i „Obława”. Do tego grona też aspiruje nowy film Michała Rogalskiego. „Letnie przesilenie” to bardziej film inicjacyjny, tylko że osadzony w innym niż zwykle tle. wojna jest tutaj, jednak nie jest ona najważniejsza. Reżyser pokazuje normalne życie w nienormalnych czasach, gdzie kradnie się rzeczy po Żydach (i tych, którzy już nie wrócili), podrywa się dziewczyny i słucha zakazanego jazzu. Sielanka? Wizualnie na pewno – Jerzy Zieliński bardzo malarsko, ale jednocześnie realistycznie przedstawia ten świat. Sceny przyrodnicze – zachód słońca, pająk tkający nić ranem, mgła – wyglądają niesamowicie, zachowując jednak brud i szarość jak podczas obławy w lesie. Wtedy jednak wojna i przemoc gwałtownie przypomina o sobie (zabicie w lesie dwójki zbiegów), zmuszając naszych bohaterów do zmiany nastawienia oraz dojrzewania. Brutalnego i bezwzględnego, za co można zapłacić nawet życiem.

letnie_przesilenie2

Tutaj każdy bohater ma tu coś na sumieniu, ale nawet Niemcy (poza nowym komendantem) to w zasadzie normalni i porządni goście, których czas i rzeczywistość zmusiła do takiej, a nie innej postawy. Ja mam jednak jeden problem z tym filmem – to scenariusz, przypominający zbiór scenek z perspektywy dwójki naszych bohaterów. Nie mam nic przeciw dwutorowej narracji, jednak nie do końca mnie to przekonuje. Jest wiele postojów, momentów obserwacji, przez co można poczuć znużenie, wręcz monotonię.

letnie_przesilenie3

Ale jest też świetne aktorstwa, w większości młodych i nieznanych aktorów (Filip Piotrowicz i Jonas Nay są fantastyczni – warto ich obserwować). Ogląda się ich naprawdę z ogromną frajdą, podobnie jak śliczną Urszulę Bogucką (Franka) i Marię Semotiuk (ukrywająca się Żydówka). Ze znanych twarzy najbardziej rozpoznawalny jest tutaj Bartłomiej Topa w roli cwanego pijusa, złodzieja i maszynisty – dawno nie widziałem takiej paskudnej mordy. Równie antypatyczny jest nowy komendant (Steffen Scheumann), nie bawiący się w żadne subtelności.

letnie_przesilenie4

Dawno nie widziałem tak mocnego filmu, który nie pokazuje wszystkiego wprost, unika patosu i pokazuje normalne życie w okupowanej przez Niemców Polsce.  Bez słodzenia, upiększania, ale i przesadnego tarzania się w gównie, błocie oraz piachu, a to już jest coś, co należy docenić.

7/10 (lekko naciągane)

Radosław Ostrowski

Szarże

John Winger to typowy facet, który jest typowym looserem. Pracuje jako taksiarz na pół etatu, niby robi fotografie, niby ma dziewczynę, ale wszystko się sypie. Auto zostaje mu skradzione, rzuca pracę, dziewczyna rzuca jego i nie płaci za lokum. Mieszka tam ze swoim kumplem i współlokatorem – nauczycielem angielskiego dla cudzoziemców, Russellem Ziskeya. Namawia kumpla, żeby razem poszli do wojska, gdyż tam jest super i laski lecą na wojaków. Na miejscu okazuje się, że nie jest to tak fajnie, jak pokazały reklamy tv. Sadystyczny i twardy sierżant Hulka, banda nieudaczników jak oni, ale są za to dwie fajne dziewuchy z żandarmerii, więc może chłopaki dadzą sobie radę?

szarze1

Komedia z wojskiem w tle to zawsze interesujący pomysł, pod warunkiem, że lubi się koszarowy humor. A najbardziej armia padała ofiarą żartów w latach 80., co widać w takich filmach jak „Szpiedzy tacy jak my” czy opisywanej tutaj komedii Ivana Reitmana z 1981 roku. Niby jest to standardowy zestaw gagów i schematyczna opowieść w stylu: od dupy wołowej do najlepszego wojaka. Nie zabrakło wojskowego drylu, robienia pompek, niekompetentnych dowódców w postaci kapitana Stillmana, marzącym o zrobieniu kariery czy twardego sierżanta, niedającego sobie w kaszę dmuchać. Humor jest odrobinę ironiczny (dialogi Wingera i Ziskeya), niepozbawiony pieprznych fragmentów (walka z laskami w kisielu czy odwiedzenie mieszkania generała przez naszych bohaterów i dziewuszki z żandarmerii – prawie jak w „Seksmisji” 😉 ). I to działa nadal.

szarze2

Jednak prawdziwą perłą jest tutaj scena, gdy nasi wojacy podśpiewują „Do Wah Diddy Diddy” czy niesamowity pokaz podczas apelu przed generałem. Można to oglądać w nieskończoność i to nadal będzie śmieszyć. Jednak wtedy Reitman zmienia ton, wysyłając naszych chłopaków do Niemiec, gdzie mają przetestować wojskowy superpojazd. Wtedy pojawiają się strzelaniny, pościgi – kradzież sprzętu – i stereotypowe pokazanie rosyjskich wojaków jako gupich, tępych gierojów, a nasi cwani amerykańscy ciapacze, przebijają ich sprytem oraz sprzętem (co potem okazało się prawdą).

szarze3

Na szczęście to jedyna wada tej miejscami wariackiej komedii, której najmocniejszą kartą jest Bill Murray. To jeden z tych aktorów, których vis comica ma siłę elektrowni atomowej. Pyskaty, krnąbrny, napalony ciapak – wszystko, co tu robi Murray jest bombowe, a jego zblazowane spojrzenie jest nie do podrobienia. Aktora wspiera nieodżałowany Harold Ramis – tutaj jako ten spokojniejszy, mądrzejszy i zaradniejszy, a i tak zgadza się na różne pomysły Johna. I jeszcze to afro na głowie – 🙂 Dodatkowo jest ciekawy drugi plan, gdzie błyszczy Warren Oates jako twardy niczym stal sierżant Hulka – nie do zdarcia, nie do zniszczenia. Nawet pocisk moździerza to pikuś. Poza nim pojawia się kilka znajomych twarzy z tego okresu – John Candy (misiowaty Ox), Judge Reinhold (Elmo), John Diehl (Cruiser) czy ładniutka Sean Young (żandarm Louise).

szarze4

„Szarże” to nie jest może tak ostre i szydercze kino w rodzaju „MASH”, ale nie o to tu chodziło. Mimo lat, nadal śmieszy i to bez znajomości kontekstu epoki. Porządny scenariusz, rozbrajające gagi oraz fenomenalny duet Murray-Ramis to rękojmia dobrej zabawy, gdzie śmiech będzie nam bardzo towarzyszył.

7/10

Radosław Ostrowski

Sprawiedliwy

Czy jest sens tworzenia kolejnych filmów o Holocauście? W czasach, gdy wydaje się, że wiedza na ten temat została niemal wyczerpana, odpowiedź wydaje się jedna i jedyna możliwa: nie. Dowodem na potwierdzenie tej tezy jest najnowsza polska produkcja „Sprawiedliwy”.

sprawiedliwy1

Debiutujący na stanowisku reżysera Michał Szczerbic (scenarzysta „Róży” i znienawidzonego „Wiedźmina”) opowiada swoją opowieść dwutorowo, gdzie akcja toczy się zarówno podczas wojny, jak i kilka lat po. Przyczynkiem do całej tej historii są losy Hanii – żydowskiej dziewczyny, która ukrywała się w czasie wojny w jednej ze wsi. Powraca, by wręczyć ukrywającej ją rodzinie Polaków medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata – Anastazji i Janowi. Ci jednak nie są do tego skorzy. Sama konstrukcja fabuły jest sporym plusem, podobnie jak oparta na żydowskim instrumentarium muzyka i stonowane zdjęcia. Ale największym problemem jest tutaj scenariusz, a będąc bardziej dokładnym bohaterowie. Cel był dość prosty: pokazanie ludzkich postaw wobec nazistowskiego zła oraz zabijania (wywożenia) Żydów. Nie brakuje zarówno prawych (i sprawiedliwych), ale też ludzi wystraszonych, szmalcowników, konfidentów. Tylko wszystko jest tutaj takie zero-jedynkowe i kompletnie nieangażujące, dodatkowo zrealizowane niemal bez polotu, przypominając zbiór niekoniecznie mocno powiązanych scenek.

sprawiedliwy2

Z jednej strony jest brutalnie i ostro (karanie szmalcowników za pomocą chłosty), ale są też pewne momenty łagodne, Mielna liryczne (relacja Hani z wiejskim chłopem, Pajdkiem). To też wywołuje pewien zgrzyt. Nie zabrakło też obowiązkowego bicia w areszcie, rewizji Niemców, ukrywania się. I mogłoby to zrobić wrażenie, gdyby nie powstało wcześniej takich filmów jak „Lista Schindlera”, „Pianista” czy ostatnio „Syn Szawła”.

sprawiedliwy4

Dawno nie widziałem tak letniego filmu, a sytuację częściowo próbują ratować aktorzy, jednak nie mają zbyt wiele do zagrania. Najbardziej z tego zestawu wybijają się dwie postacie – Pajdek, czyli pozornie wiejski głupek, ale starający się żyć normalnie mimo wszystko (świetny Jacek Braciak) oraz jego siostra Dziunia, twardo stąpająca po ziemi kobieta ze skomplikowanym życiorysem (kompletnie zaskakująca Katarzyna Dąbrowska). Za to strasznie irytowała mnie Aleksandra Hamkało w roli dorosłej Hani – od samego jej głosu więdły mi uszy.

sprawiedliwy3

Niepotrzebny, nudny, nieangażujący – lista grzechów „Sprawiedliwego” jest cała masa. Szczerbic potwierdza tylko, że powinien odpuścić sobie reżyserowanie, gdyż kompletnie sobie nie radzi. Z pisaniem scenariuszy jest troszkę lepiej.

4/10

Radosław Ostrowski

Stalag 17

Grudzień 1944. Tytułowy Stalag 17 to obóz jeniecki znajdujący się gdzieś w okolicy Dunaja, a znajdują się sami sierżanci. Jednym z nich jest obrotny oraz cwany J.J. Sefton, który jest zdystansowany wobec całego otoczenia. Nie pomaga mu to specjalnie, bo w stalagu jest zdrajca, donoszący Niemcom o wszelkich tajemnicach. Przekonanie to potęguje się w momencie nieudanej ucieczki Manfrediego i Johnsona.

stalag_17_1

Nakręcenie filmu o obozie jenieckim kilka lat po zakończeniu II wojny światowej może wydawać się karkołomnym przedsięwzięciem. Jednak Billy Wilder w 1952 roku podjął się tego ryzyka, dodatkowo idąc w stronę nie do końca poważnego tonu. I w zasadzie trudno ten film jednoznacznie ocenić. Bo z jednej strony bardzo przekonująco jest przedstawione jak łatwo można oskarżyć człowieka bez jednoznacznych dowodów. Wtedy „Stalag” jest pełnokrwistym dramatem oraz studium ludzkich zachowań. Oskarżenie, szczucie i izolacja – taka jest cena oskarżeń, wynikających ze sprytu, handlowania z Niemcami (za papierosy można zdobyć niemal wszystko). Problem jednak zaczyna się, gdy pojawiają się elementy humorystyczne oraz próby realistycznego pokazania życia w obozie. Apele, spacery, próby ucieczki, listy od rodzin itp. – niby nic wielkiego, jednak są tutaj pewne uproszczenia.

stalag_17_2

I nie chodzi o bimbrownię, wyścigi koni stanowiące rozrywkę czy scenę indoktrynacji za pomocą „Mein Kampf” (najzabawniejsza scena filmu), ale momenty ocierające o czysty absurd. Tylko tak można nazwać scenę, gdy dwóch jeńców udając malowanie farbą docierają do żeńskiej części obozu i dostają za to tylko reprymendę zamiast kulki w łeb. Podobnie jest z postacią feldfebla Schultza, który jest bardzo dowcipny, wyluzowany oraz jowialny wobec tego wesołego baraku. Podejrzewam, ze mogło to wynikach z próby zabliźnienia ran po II wojnie światowej, a dzisiaj fanów obozowych opowieści może rozdrażnić ta schizofrenia stylistyczna.

stalag_17_3

Muszę jednak przyznać, że dobrze się to oglądało. Wątek poszukiwania zdrajcy trzyma w napięciu, chociaż dość szybko dowiadujemy się jak ją przekazywane informacje, ale nie wiemy przez kogo. Akcenty humorystyczne odbieram jako próbę zachowania względnej normalności wobec bierności oraz prób ucieczki. Stąd m.in. podglądanie Rosjanek czy taneczna zabawa świąteczna – naprawdę śmiałem się z tego i to bardzo.

„Stalag” jest też bardzo dobrze zagrany, a z całej tej ferajny najbardziej wybija się wspaniały William Holden. Cyniczny, obrotny Sefton wzbudza zarówno podziw swoją pomysłowością, jak i zawiść wśród kolegów. Jednak mimo niepatriotycznej postawy jest w porządku i wzbudza sympatię swoją szorstką elegancją, a próby dojścia do prawdy muszą budzić respekt. Reszta aktorów też bardzo dobra (ze świetnym Otto Premingerem jako komendantem obozu) i odnajdująca się w swoich rolach.

stalag_17_4

„Stalag” troszkę się zestarzał, ale jak każdy prekursor gatunku – nadal potrafi być interesujący. To dobre kino z silnym akcentem komediowym, co może się nie spodobać wielu osobom. Mi to nie przeszkadzało czerpać frajdy z seansu.

7/10

Radosław Ostrowski

Podziemny front

Rok 1944. W Danii od dłuższego czasu działa ruch oporu, kierowany przez weteranów wojny zimowej. Członkami tej grupy są dwaj egzekutorzy: Bent Faurschou-Hviid ps. Płomień  oraz Jorgen Haagen Schmith ps. Cytryna, którzy zabijają duńskich kolaborantów. Swoje zadania otrzymują od swojego szefa – rady prawnego Winthera, wykonując je bez cienia wątpliwości. Do czasu, kiedy następnym celem ma być kochanka Płomienia, podejrzewana o zdradę.

podziemny_front1

Najbardziej znane ruchy oporu walczące podczas II wojny światowej z nazistami to polski i francuski. Ale Ole Christian Madsen postanowił opowiedzieć o mało znanym epizodzie ze swojego kraju. Płomień i Cytryna to postacie autentyczne, tak samo jak wydarzenia z ekranu (z pewnym ubarwieniem). Reżyser bawi się konwencjami gatunkowymi – od rasowego kina wojennego, po psychologiczny dramat i film szpiegowski i stawiając wydawałoby się ograne do bólu motywy. Miłość, zdrada, moralne dylematy dotyczące odpowiedzialności za swoje czyny – znamy to od dawna. Madsen jednak decyduje się na zmianę tonacji – zamiast sepijnych zdjęć, wybrana jest estetyka czarnego kryminału. Ciemne miejsca, gra światłocieniem, dymy z papierosa, elegancko ubrani kilerzy (obowiązkowy garnitur i/lub kapelusz do zestawu) bardziej przypominający gangsterów, ale to pewnie kwestia skojarzeń. Nie mogło zabraknąć też klasycznej femme fatale. Innymi słowy, wszystko jest na swoim miejscu i ogląda się to naprawdę dobrze.

podziemny_front2

Można zarzucić, że w scenach akcji czasami kamera przypomina współczesne kino akcji spod znaku Bourne’a (chaotyczne ujęcia i zmiana perspektywy), jednak daje się to obejrzeć. Dodatkowo można narzekać na długą ekspozycję oraz wątki obyczajowe z życia Cytryny (troszkę schematyczne), ale całość daje wiele do myślenia, strzelaniny są zrobione z pomysłem i finezją, zmuszając szare komórki do wysilenia się nad intrygą.

podziemny_front3

Za to wszystko jest wygrywane przez bardzo dobrze prowadzonych aktorów. Błyszczy zarówno Thure Linhardt jak i Mads Mikkelsen. Ten pierwszy przekonująco wypada w roli młodego, fanatycznego wojaka, drugi jest opanowanym i spokojnym facetem ze złamanym życiem osobistym. Obydwaj niejako są zmuszeni zweryfikować swoje motywacje oraz stosunek do swoich przełożonych i pokazują to bardzo przekonująco. Podobnie jest ze Stine Stenegade wcielająca się w femme fatale Kitty.

podziemny_front4

Niby klasyczne kino moralnego niepokoju wojennego, ale będące ciekawą i świeżą odskocznią wobec ogranych schematów. Takie rzeczy to tylko w Skandynawii.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Granice namiętności

Jest rok 1940 i trwa wojna. I to podczas wojny w Londynie żyje Vera – jest piosenkarką, która swoimi utworami podtrzymuje mieszkańców kraju na duchu. Przypadkowo poznaje swojego dawne kochanka, poetę Dylana Thomasa i jego żonę, Cathlin. Mieszkają razem we trójkę, do momentu, gdy Vera poznaje młodego żołnierza, Williama.

granice_namietnosci1

Romansidło w czasie wojny – tak można określić film Johna Maybury’ego. Na papierze wydaje się to interesująco – miłość, namiętność, zdrady, dziecko, wojna oraz jej wpływ na psychikę. Powinno tu kipieć od emocji i reżyser próbuje użyć kilku metod: od ciekawie sfotografowanych scen erotycznych (z kilkoma odbiciami lustrzanymi) przez brudne ujęcia wojenne, zbitki montażowe (przeplatanka akcji wojennej z porodem) do zbliżeń na twarze. Problem w tym, że całość kompletnie nie angażuje i zwyczajnie nie wciąga. Nie czuć tutaj ani namiętności, ani chemii między bohaterami, w dodatku pewne ciekawsze wątki (kryzys twórczy, skomplikowany portret Thomasa nie potrafiącego wybrać między kobietami czy fascynacja dwóch kobiet) zostają mocno zepchnięte na dalszy plan. I nie pomagają ani ładne plenery, ani recytowane fragmenty wierszy Thomasa. Nawet w scenach dramatycznych (William atakujący dom Thomasów z karabinu czy sceny wojenne) brakuje napięcie, emocji, czuć chłód.

granice_namietnosci2

I nie pomagają aktorzy, którzy starają się jak mogą. Przyzwoicie zaprezentowały się Keira Knightley oraz Sienna Miller (przyznam się bez bicia – jest na co popatrzeć), za to kompletnie nieprzekonujący był Matthew Rhys w roli poety Dylana Thomasa – dekadenta, komunisty, pijaka i kochanka, z kolei Cillian Murphy (William) pojawia się za rzadko i jego bohater jest mocno zepchnięty, chociaż prezentuje się najciekawiej.

granice_namietnosci3

Maybury chyba sam nie do końca wiedział, co chciał i o czym opowiedzieć. Za dużo grzybów jest w tym barszczu, co nie może się wszystkim spodobać.

granice_namietnosci4

6/10

Radosław Ostrowski