Wojna zawsze jest miejscem podłości, okrucieństwa i bezlitosnej walki. Nie inaczej było podczas Wielkiej Wojny, czyli I wojny światowej. To właśnie podczas niej walczył podporucznik Bruno Stachel – najpierw żołnierz piechoty, ale pod koniec wojny trafia do lotnictwa jako pilot. Trafia do eskadry kapitana Heidemanna, rywalizując z jego najlepszym oficerem – Willim von Klugermanem. W stawką w tej walce poza życiem, jest tytułowy Błękitny Max – najwyższe niemieckie odznaczenie wojskowe przyznawane za odwagę i zestrzelenie 20 samolotów.

Kino wojenne ma to do siebie, ze rządzi się swoimi regułami, chociaż samą wojnę można zaprezentować na wiele różnych sposobów. John Guillermin w 1966 roku swoim filmem próbował połączyć rozmach scen batalistycznych z wiarygodną psychologią bohaterów. I to wszystko w czasach, gdy chodziło na planie tysiące statystów i nawet nie znano takiego słowa jak komputer. Trzeba przyznać, że po latach sceny batalistyczne robią nadal olbrzymie wrażenie – statyści, wybuchy, odgłosy strzałów i tysiące trupów. Sceny lotniczych pojedynków (chociaż widać, że tło w samolocie podczas scen z kabiny jest domontowane) trzymają w napięciu i ogląda się je zapartym tchem.

Ale to tylko jedna warstw filmu. „Max” to także historia człowieka z nizin społecznych, który dobija się do świata wyższych sfer. Pilotami w większości (przynajmniej w eskadrze naszego bohatera) byli arystokraci, dzięki czemu zdobywali dodatkowe wpływy i znajomości. Jak zawsze z arystokracją bywa, to ludzie chełpiący się swoim bogactwem (piją tylko drogi alkohol jak szampan) i uwielbiają adrenalinę. W tle jeszcze przewija się wykorzystanie Stachela jako bohatera propagandy prasowej (scena fotografowania w szpitalu) oraz romans z żoną generała (jakby tego było mało jest tez ciotką Williego), jednak to ostatnie nie zostaje w pełni wygrane, spełniając rolę zapychacza. Wyjątkiem w tym wątku jest finał, w którym dochodzi do poważnych konsekwencji. Niby tutaj mówi się o honorze i uczciwej walce, ale w imię tego honoru dokonuje się oszustw, hipokryzji i zachowanie swojej reputacji. Więcej wam nie powiem, bo zepsułbym frajdę.

Zachwycają przestrzenne zdjęcia oraz podniosła, militarystyczna muzyka Jerry’ego Goldsmitha. Jednak nie robiłoby to na mnie takiego wrażenia, gdyby nie mocna rola George’a Pepparda. Stachel w jego interpretacji to facet, dla którego latanie jest jedynym sensem życia. Zdobycie dla niego Błękitnego Maxa jest celem najważniejszym, nawet jeśli wiązałoby się to ze złamaniem rozkazów przełożonych. Zdystansowany od reszty, prymitywny egoista z chłodnym spojrzeniem cynika. Mimo tych wad, kibicowałem mu. Kontrastem dla niego jest Willi (debiutujący Jeremy Kemp) – elegancki, wysłowiony, ale prowokujący i skory do bitki. A nad nimi wszystkimi wybija się na drugim planie chłodny James Mason (generał von Klugermann), wykorzystujący wojnę w bardziej polityczny sposób.
Guillermin miesza w tym barszczu wątkami i motywami, ale udaje się nad tym wszystkim opanować. „Błękitny Max” to ambitne widowisko, które skupia się także na pokazaniu degeneracji społeczeństwa oraz tym, że brutalna siła zawsze wygrywa. I tak naprawdę nie obowiązują żadne zasady na polu bitwy.
8/10
Radosław Ostrowski

































