Tajemniczy ogród

Jakby ktoś kiedykolwiek mi powiedział, że specjalizująca się w ciężkim, poważnym kinie Agnieszka Holland zrobi adaptację klasyki literatury dziecięcej, uznałbym to za szaleństwo. Ale w roku 1993 doszło do niemożliwego, bo reżyserka stworzyła adaptację „Tajemniczego ogrodu” Frances Hodgson Burnett. Efekt przerósł najśmielsze oczekiwania.

Historia skupia się wokół Mary Lennox (Kate Maberly) – dziewczynki mieszkającej z rodzicami w Indiach, gdzie jest traktowana przez ich obojętnie. Wszystko zmienia się, kiedy jej rodzina ginie w trzęsieniu ziemi. Trafia do majątku jej wuja Archibalda (John Lynch), lecz ten więcej czasu spędza poza domem. Wówczas domem zarządza pani Medlock (Maggie Smith), zaś ta jest bardzo oschła i nie budzi sympatii. A co gorsza, Mary ma nie opuszczać swojego pokoju. Posiadłość jest jednak zbyt ogromna, by chcieć siedzieć w czterech ścianach. Miejsce zaczyna skrywać wiele tajemnic: w domostwie słychać jakieś wrzaski i płacz, część ogrodu jest zamknięta oraz porośnięta chwastami, a o pewnych rzeczach się nie mówi. Jedną z tajemnic jest fakt, że Mary ma… kuzyna, Colina (Heydon Prowse). Chłopak cały czas spędza w łóżku i nigdy nie wychodził z domu, zaś dziewczynka trafia na niego przypadkiem.

Co najbardziej mnie zaskoczyło to fakt, że Holland nie próbuje na siłę uczynić historii infantylnej czy przesłodzonej. I czuć tutaj wiszącą w powietrzu aurę odkrywania nieznanego, obietnicę przygody. Ale czy może być inaczej z tak pięknymi krajobrazami (w końcu zdjęcia robił Roger Deakins z dodatkową pomocą Jerzego Zielińskiego oraz Dicka Pope’a) oraz ogromnym domostwem niczym z gotyckiego horroru. Oczywiście, największe wrażenie robi tutaj sam wygląd ogrodu, jaki z czasem zaczyna nabierać nowego blasku, kolory stają się mocniejsze, zaś niemal mistyczny nastrój buduje genialna muzyka Zbigniewa Preisnera. Jednak pod tym wszystkim kryje się historia rodziny mierzącej się z bólem, dziecka szukającego akceptacji oraz rodzącej się sile przyjaźni, zmieniającej (dosłownie i w przenośni) całe otoczenie. Od dawna nie oglądałem filmu, który rzuciłby tak silny urok na mnie.

To wszystko jest zasługą zarówno świetnego scenariusza oraz bardzo delikatnej reżyserii. Ale równie imponująca jest tutaj gra aktorska. Szczególnie dzieciaki są fantastyczne: Kate Maberly, Heydon Prowse, Andrew Knott oraz Laura Crossley. Pierwsza w roli Mary początkowo może wydawać się lekko krnąbrna i nie odnajdująca się w nowym otoczeniu, jednak jej ciekawość oraz uruchamiana empatia zaczyna działać cuda. Kompletnie mnie złapał za serducho Prowse, którego Colin jest (dla własnego dobra) izolowany i chroniony przed potencjalnymi chorobami, co czyni z niego słabeusza. W scenach z Mary, kiedy zaczyna konfrontować się z „zarazkami” i odzyskuje siły błyszczy najmocniej, prezentując najszersze spektrum możliwości. Troszkę w cieniu wypada wcielające się w rodzeństwo Knott (znający się na faunie i florze Dickon)/Crossley (Martha, najżyczliwsza służąca jaką widziałem), jednak potrafią parę razy skraść ekran. Z dorosłych ról absolutnie trzeba wspomnieć niezawodną Maggie Smith w dość oschłej (pozornie) pani Medlock oraz Johna Lyncha (pełen bólu lord Craven), tworzących o wiele bardziej subtelne, złożone postacie niż się wydaje.

Takiego filmu po Agnieszce Holland nie spodziewałem. Jedna z najbardziej poruszających, ciepłych i olśniewających wizualnie produkcji (nie tylko) dla młodego widza, skrywającego o wiele więcej niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Rewelacyjna perła w dorobku polskiej reżyserki.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Bez końca

Wrzesień 1982, nadal trwa stan wojenny. W tym miejscu będą przeplatały się dwie historie. Pierwsza dotyczy wdowy po mecenasie Zyro, który nagle zmarł na zawał serca. Małżeństwo ostatnio zaczęło się oddalać, jednak kobieta nie jest w stanie wytrzymać straty męża. Drugi wątek dotyczy ostatniego klienta mecenasa, organizującego strajk Darka Stacha. Mężczyzna siedzi w więzieniu, zostawiając żonę i córkę, a jego sprawę przejmuje doświadczony prawnik (choć nie w sprawach politycznych) mecenas Labrador. Ale czy on powinien prowadzić tą sprawę, wybierając inne metody niż jego dawny student?

bez konca2

Ten film był dla Krzysztofa Kieślowskiego rozpoczęciem nowego etapu w karierze. Tutaj poznał dwóch nowych współpracowników – mecenasa Krzysztofa Piesiewicza oraz kompozytora Zbigniewa Preisnera, którzy będą mu towarzyszyć do końca. Dwa wątki przeplatają się ze sobą, by stanowić jedno spojrzenie na kraj oraz dwie grupy, które nie potrafią znaleźć punktu stycznego. Opozycję próbującą jakoś zmienić i zawalczyć o zmianę tego kraju oraz resztę społeczeństwa: obojętną, samotną, wręcz pozbawioną jakichś większych emocji. Jakby zupełnie byli martwi w środku. Poczucie beznadziei jest wręcz bardzo namacalny – stonowana kolorystyka, niemal ponura muzyka oraz niemal zmęczone, smutne twarze. Zupełnie jakby wtedy wszyscy się postarzeli o jakieś kilka lat.

bez konca1

Rozumiem zamysł reżysera, który unika jednoznacznego opowiedzenia się po jakiejkolwiek ze stron. Nie ma tutaj oskarżeń systemu o doprowadzenie do podziału, ale nie ma też gloryfikowania opozycji. Jej przedstawiciele są ludźmi z krwi i kości, mający swoje problemy. Ale dla mnie bardziej interesujący był wątek sądowy. Tutaj reżyser bardzo oszczędnie prowadzi kamerę, a bardzo wyrazistymi dialogami, niemal do końca trzymając w niepewności. Kwestia metafizyczna niby też jest oparta na tajemnicy, na niewiedzy tego, co wiemy o zmarłej osobie albo ona o nas. I jak z czasem zaczynamy odkrywać jak ta więź była głęboka. Ale nie do końca kupuję te wątek, oglądałem go na zimno, z kompletną obojętnością. Obecność „ducha” wydaje się w zasadzie nie mieć aż tak wielkiego wpływu jak by się mogło wydawać. Nawet jeśli był to celowy zabieg Kieślowskiego, nie wnosił on absolutnie nic.

bez konca3

Aktorsko jest tutaj porządnie, ale jedna osoba najbardziej wybija się z tłumu. Jest to znakomity Aleksander Bardini jako mecenas Labrador – najbardziej niejednoznaczna postać w filmie. Z jednej strony to bardzo doświadczony adwokat, ale specjalizuje się w sprawach kryminalnych, nie politycznych. Wykorzystujący wszelkie sztuczki czy próby kompromisu do wyciągnięcia człowieka z więzienia. Jednak dla niego ta – jak się wkrótce okaże – ostatnia sprawa może stać się szansą na pokazanie, że nie stracił swoich umiejętności i, być może, do refleksji na dotychczasowym przebiegiem kariery. absolutnie powalająca kreacja, choć pozornie drugoplanowa.

Jak ocenić tą przemianę Kieślowskiego dokonaną w tym filmie? Czuć tutaj jeszcze ten dokumentalny sznyt oraz klimat czasów stanu wojennego, a skręty metafizyczne dzisiaj już nie robią takiego wrażenia. Niemniej ciężko nie wejść w tą historię, pochłaniając niemal do końca.

7/10

Radosław Ostrowski

Zwolnieni z życia

Wigilia roku 1989. Marek Wysocki wydaje się zwykłym, szarym elektrykiem. W ten dzień pewna kobieta prosi go o pomoc w naprawie światła. Ale prośba okazuje się być zasadzką dokonaną przez oficera UB. Pobity mężczyzna trafia na śmietnik, a sprawcy są przekonani o zgonie. Ale Marek zostaje ocalony przez tajemniczą kobietę zwaną „Francuzką” i trafia do szpitala z amnezją. Zarówno brat Marka – opozycjonista, jak i sprawcy próbują go odnaleźć.

zwolnieni_z_zycia1

Lata 90. w polskim kinie to był czas pewnego dziwnego zawieszenia, próbując odnaleźć się w ten kompletnie nieznanej, nowej i teoretycznie wspaniałej rzeczywistości. Jednak wszystko okazało się jeszcze groźniejsze, bardziej niebezpieczne. I to ten stan przełomu próbuje pokazać Waldemar Krzystek. „Zwolnieni z życia” to dziwna mieszanka, nawet jak na tamte czasy. Z jednej strony jest wątek kryminalny związany z nową władzą i weryfikacją dawnych ubeków, mających zostać zastąpieni przez nową formację. Ci próbują zniszczyć kompromitujące ich materiały i zastraszyć świadków swoich zbrodni, a opozycja próbuje swoimi „zbyt miękkimi” sposobami wyrównać rachunki. Jednak dla reżysera najważniejszy jest Marek, który znajduje się na marginesie społeczeństwa oraz tajemnicza Francuzka, biorąca go do swojego domu. I ta relacja oraz powolne dojście bohatera do swojej pamięci stanowi prawdziwe clou. Dla wielu osób ta przeplatanka może wywołać dezorientację, bo nie do końca wiadomo na czym się skupić, lecz w tym wariactwie oraz chaosie jest metoda.

zwolnieni_z_zycia2

Reżyser całkiem nieźle buduje napięcie, w czym pomaga mu zgrabny montaż (przebitki z przeszłości, spowodowane usłyszanymi słowami czy przedmiotami) oraz bardzo gwałtowna muzyka Zbigniewa Preisnera. Troszkę wrażenie psuje lekko telewizyjna praca kamery, która jest mocno skupiona na twarzach i bardzo statyczna, ale za to wszystko jest porządnie udźwiękowione (!!!). I do tego miejscami gorzki humor jak w scenie na komisariacie, gdzie padają słowa o zwycięstwie. To nadal mocna scena, nie tracąca swojej aktualności.

zwolnieni_z_zycia3

Krzystek za to ma bardzo dobrą rękę do aktorów. Świetnie wypada Jan Frycz, którego przemiana od zagubionego, nieufnego, mamroczącego faceta aż do powoli łączącego fakty mężczyzny budzi uznanie. Trudno kwestionować jego stan psychiczny, a wszystkie emocje są czytelne. Jednak film kradnie bardzo wycofana Krystyna Janda, która ekspresyjność zastępuje słowotokiem. „Francuzka” z jednej strony wydaje się jedyną normalną w tym postrzelonym świecie, ale skrywa pewną tajemnicę, a jej opowieści tylko wywołują mętlik w głowie. Niemniej trudno od Jandy oderwać oczy. Drugi i trzeci plan jest pełen rozpoznawalnych twarzy, z których największe wrażenie robi śliski Mariusz Benoit (kapitan UB) oraz Gabriela Kownacka (żona kapitana), tworząc dość mroczny duet.

Troszkę zapomniany i ku mojemu zdumieniu intrygujący film Krzystka potrafi zaskoczyć oraz kilka razy podnosi stawkę, a jednocześnie stanowi próbę spojrzenia na nowy świat, gdzie panują stare porządki. Nie jest to tak drapieżne jak „Psy”, niemniej potrafi zaangażować, a to już coś.

7/10

Radosław Ostrowski

Zbigniew Preisner – W poszukiwaniu dróg. Stare i nowe kolędy

w poszukiwaniu drog

Jak co roku w okresie przedświątecznym wychodzą płyty z kolędami i pastorałkami. Już w 1998 roku powstały „Kolędy na nowy wiek” Zbigniewa Preisnera, jednak kompozytor postanowił dopisać 7 nowych i wszystko razem wydać w jednym wydawnictwie. Tak powstało „W poszukiwaniu dróg”.

I jest to pełnoorkiestrowa muzyka, która jednak zamiast dużego rozmachu zaskakuje intymnością. Kompozytora wsparła m.in. Polska Orkiestra Radiowa i pianista Leszek Możdżer oraz wielu cenionych wykonawców. Każda z kompozycji zaskakuje swoim ciepłem, lekkością i elementami o charakterze etnicznym, pełnym smaczków (akordeon w dziecięcych „Kolędnikach” czy góralskie smyczki w „Przybieżeli pastuszkowie na grób”) i ciekawych aranżacji. Bywają też momenty melancholijne („Kolęda niepokoju” czy z wplecionymi serwisami informacyjnymi o uchodźcach „Kolęda w drodze”) oraz kompozycje czysto instrumentalne (pianistyczna „Pierwsza Gwiazdka”, „24 XII każdego roku” z poruszającym fletem i cymbałkami oraz zgrabnymi smyczkami i „Kolęda dla Piotra” w hołdzie dla przyjaciela Piotra Skrzyneckiego).

Za to kompletnie zaskakują teksty, które nie są typowymi utworami o tym, że coraz bliżej święta. Nie brakuje tutaj elementów chrześcijańskich (stajenka, Jezus w kołysance „Śpij, Jezu, śpij”), ale też refleksji nad współczesnym światem: samotnością, odrzuceniem i wojną. A wszystko wdzięcznie zaśpiewane przez zacnych gości jak Beata Rybotycka, Edyta Krzemień, Maciej Balcar, Justyna Szafran czy Jacek Wójcicki.

Jeśli chcecie komuś sprawić prezent na Święta, ale nie chcecie ogranych do bólu kolęd w wykonaniu znanych gwiazd, to album Preisnera wydaje się idealną alternatywą. Pogodne, refleksyjne, ale i ciepłe utwory dające pewne poczucie bliskości.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Trzy kolory: Czerwony

Valentine pracuje jako modelka. Pewnego wieczora potrąca psa, który błąkał się po mieście. Na obroży psa znajduje adres właściciela, którym okazuje się emerytowany sędzia. Kobieta przypadkowo odkrywa, że mężczyzna podsłuchuje sąsiadów. Początkowo jest ona oburzona zachowaniem starszego pana, ale później zaczyna z nim spędzać coraz więcej czasu.

czerwony1

Krzysztof Kieślowski tym filmem pożegnał się z kinem i zamknął trylogię o „Trzech kolorach”, tutaj mamy czerwień, czyli symbol braterstwa. A czym ono jest? No właśnie. Pozornie mamy do czynienia z obyczajową historią z elementami metafizycznymi, czyli to, czym się zajmował Kieślowski pod koniec swojego życia. Żeby być bardziej precyzyjnym, mamy tutaj młodą i trochę naiwna modelkę oraz emerytowanego sędziego, zgorzkniałego, samotnego, która pozornie sprawia wrażenie Boga, który wie wszystko. Ale czy ta wiedza mu coś daje? No właśnie i tak tych dwoje zostaje przyjaciółmi, choć dzieli ich wszystko. Los, przypadek czy Bóg jest w stanie napisać kompletnie pokręcone scenariusze. Ten potrafi poruszyć, gdyż mamy tu postacie z krwi i kości, dialogi oszczędne, zdjęcia mocno nasycone czerwienią, co jest normą w przypadku poprzednich części. A jednocześnie jest ona bardziej pogodny, dodając odrobinę humoru. I pokazuje, że czasem wystarczy uśmiech, by zmienić życie niejednego człowieka. Kieślowski bardzo delikatnie i umiejętnie potrafi o tym opowiedzieć.

czerwony2

Dodatkowo ma tutaj świetnie dobranych aktorów w rolach głównych rolach. Irene Jacob bardzo dobrze wciela się w empatyczną Valentine, która mieszka sama (chłopak gdzieś daleko i kontaktuje się przez telefon) i czuje się odpowiedzialna za to co robi. Jednak bardziej przykuwa uwagę Jean-Louis Trintignant. Sędzia, który podsłuchuje innych sprawia wrażenie wszechwiedzącego i potężnego faceta, ale tak naprawdę jest zgorzkniały i zna człowieka ze złej strony. Potem powoli zmienia się, staje się odrobinę życzliwszy. Ta dwójka rozkręca ten film i czyni go bardzo ciekawym.

Kieślowski tym filmem pożegnał się z kinem, w charakterystycznym dla siebie stylu – pełnym skupień na drobiazgach, symbolach i przede wszystkim na ludziach. Głęboko humanistyczny i bardzo poruszający film.

8/10

Radosław Ostrowski

Trzy kolory: Biały

Karol mieszka we Francji z zoną Dominique. Poznajemy go w dość smutnym momencie, bo w trakcie rozwodu – przyczyna: impotencja. Mężczyzna zostaje pozbawiony środków do życia, mieszkania i zakładu fryzjerskiego. Próbuje się jakoś utrzymać, grając na grzebieniu w metrze. I tam poznaje Mikołaja, który pomaga mu wrócić do kraju – w walizce. Na miejscu Karol próbuje swoich sił w biznesie i planuje się zemścić na swojej byłej.

bialy1

Po bardzo poetyckim „Niebieskim”, Kieślowski wykonuje woltę gatunkową i tworzy dość gorzka komedię z wątkiem kryminalnym. A że większość wydarzeń toczy się w Polsce, która uczyła się kapitalizmu, daje jej to dość specyficznego posmaku, zaś sam humor jest mocno gorzki i pełen ironii. Ta opowieść o zemście i równości, która nie istnieje, bo każdy chce mieć więcej, bardziej, zaś w świecie można wszystko kupić (nawet swój zgon) przykuwa uwagę, jest bardzo sprytnie poprowadzona, a intryga imponuje i trzyma w napięciu. I tak jak w poprzedniej części dominował kolor niebieski, tak tutaj dość często pojawia się kolor biały – symbol niewinności i równości. Tylko gdzie jest ta równość? W miłości, wobec której wszyscy jesteśmy słabi – zdaje się sugerować reżyser. I chyba nie jest to zaskoczenie, a jednocześnie jedyny moment, gdy reżyser idzie w stronę metafizyki.

A jeśli chodzi o aktorów, to tutaj jest naprawdę wysoki poziom. Tym razem największą uwagę przykuwa Zbigniew Zamachowski. Karol to uroczy, ale pechowy facet, który nadal kocha swoją żonę mimo wszystko. Z „paryskiego” impotenta staje się rekinem biznesu, pełnym sprytu oraz kochankiem wręcz doskonałym, konsekwentnie realizuje swój plan zemsty. I ta przemiana jest bardzo wiarygodnie pokazana. Drugą ważną postacią jest Dominique, czyli Julie Delpy – piękna kobieta, która jest twarda i bezwzględna. Ale tylko u siebie.

bialy2

Za to drugi plan jest przebogaty, gdzie pojawia się m.in. Jerzy Stuhr (brat Karola), Cezary Pazura (właściciel kantoru) czy Jerzy Trela (pan Bronek). Ale i tak bryluje tutaj znakomity Janusz Gajos jako Mikołaj. Polski biznesmen, który stracił motywacje i sens życia, pozostaje tajemniczy do samego końca, ale potem okazuje się lojalnym przyjacielem i wspólnikiem. Spotkanie z Karolem powoli dają mu motywację i zmienia go.

„Biały” mimo upływu lat pozostaje bardzo udanym i świetnym kinem, którego nie musimy się wstydzić. Bardziej idący w kino gatunkowe, ale robiący je z pomysłem i finezją.

8/10

Radosław Ostrowski

Trzy kolory: Niebieski

Julie była żoną znanego i cenionego kompozytora. Jednak wskutek wypadku samochodowego zostaje sama. Od tej pory decyduje odciąć się od wszystkiego, co miało związek z jej mężem (dom, partytury) i przenosi się z dworu do miasta, zabierając ze sobą tylko sznur niebieskich pereł. Próbuje żyć wolna od wszystkich norm społecznych, wartości czy wiązania się z kimkolwiek. Ale czy to jest w ogóle możliwe?

niebieski2

Krzysztof Kieślowski był uważany za najbardziej znanego polskiego reżysera na świecie, zaś trylogia „Trzy kolory” za ostatnie ważne dzieło kina pełnego metafizyki. Reżyser stawia tutaj na nastrój i atmosferę, dlatego „Niebieski” to ciąg scen, które pozornie nie łączą się ze sobą – to raczej obserwacje, przyglądanie się szczegółom (myszy w domu, kostka cukru przed włożeniem do kawy), które mogą mieć znaczenie symboliczne. Ale czy muszą? Budują nastrój opowiadając o tym, czym tak naprawdę jest wolność? Ucieczką od świata, zła, cierpienia, bólu? Czerpanie z życia pełnymi garściami? A może życie z drugą osobą? Bohaterka próbuje zagłuszyć swój ból i cierpienie pustką, ale to jest tylko rozwiązanie na krótki dystans, bo nie da się „wyzwolić” od traumy, cierpienia czy drugiego człowieka. Możemy zbudować wokół siebie kokon, ale czy to jest w ogóle życie? Wszystko to jest jeszcze potęgowane błękitna kolorystyką zdjęć (Sławomir Idziak pokazuje klasę) oraz podniosłej muzyki Zbigniewa Preisnera.

Ale to wszystko nie miałoby racji, gdyby nie stonowana, ale bardzo emocjonalna rola Juliette Binoche. Jak wspomniałem, jest to kobieta próbująca sobie radzić z życiem po tragedii. Problem polega na tym, że pustkę zawsze czymś należy wypełnić, w czym utwierdzają są spotkani ludzie – przyjaciel Olivier, sąsiadka zajmująca się prostytucją, sklerotyczna matka czy poznana przypadkowo kochanka męża.

niebieski1

Czyżby miłość była siłą, która wyzwala? Kieślowski sugeruje to w finale, gdzie brzmi „Pieśń o Miłości” św. Pawła. Ale czy na pewno? To już musicie sami odpowiedzieć, a film i tak warto obejrzeć – bardzo piękny wizualnie i delikatnie opowiedziany.

7,5/10

Radosław Ostrowski