Rok 1961. W ambasadzie amerykańskiej jednego z krajów bloku wschodniego placówkę przejmuje syn ambasadora, który nie radzi sobie najlepiej z dyplomacją. Pierwsze trzy dni jeszcze są dość spokojne, ale kiedy rodzina Hollanderów oskarżona o szpiegostwo przez Rosjan trafia do ambasady zaczyna się kryzys, z którego chyba nie ma wyjścia.

Tym razem Allen w oparciu o swoją sztukę teatralną i dla telewizji. Jednak poza tym, wszystko po staremu, choć bardziej absurdalnie i piekielnie zabawnie. Intryga jest absurdalna jak nigdy, zaś próby rozwiązania sporu kończą się pechowo. Zaś rodzina (w dodatku taka wyjątkowa) „wprowadza się” do ambasady, nie obejdzie się bez katastrofy, postrzałów, zastraszania i nerwic. Nie brakuje tutaj zabawnych sytuacji, barwnych postaci (ksiądz-magik-amator), ciętych ripost i refleksji na temat ludzi w ogóle, a zabawa jest przednia. W dodatku mamy jeszcze ładne zdjęcia (to chyba była Praga, ale głowy nie daje) i lekko „orientalna” muzyka w tle.

No i aktorzy dają z siebie wszystko. Znów pojawia się Allen i znów jest neurotycznym z masą fobii i lęków, który dodatkowo jest w absurdalnej sytuacji. Jego docinki z żoną Marion (dobra Julie Kavner) są pełne humoru, ale też i pewnej delikatności. Jednak tak naprawdę cały ten film ukradli Michael J. Fox (Axel Magee, nieudolny, ale sympatyczny dyplomata) i Dom DeLuise (ojciec Drobney, ksiądz-magik-amator, który ma kontakty z ruchem oporu), tworząc najzabawniejsze postacie.

To mniej znany film w dorobku Allena, ale nie oznacza to słabszej jakości. Dowcip jest mocny, czasem lekko absurdalny, ale zawsze pod kontrolą. I oby takie perturbacje zawsze kończyły się happy endem.
7/10
Radosław Ostrowski
