Na karuzeli życia

Coney Island, lata 50. To tutaj pracuje Ginny. Jest kelnerką u boku męża robiącego przy karuzeli w tutejszym parku rozrywki. I do tego miejsca przybywa Carolina – córka mężczyzny z pierwszego małżeństwa. Dziewczyna była związana z gangsterem, przed którym się ukrywa, bo powiedziała za dużo federalnym. Troszkę na złość żonie, mąż pozwala córce zostać. Ale by nie było zbyt nudno, jest jeszcze kolejny wierzchołek tej figury: Mickey, student literatury i ratownik na plaży.

na karuzeli zycia1

Woody Allen jest konsekwentny w realizacji swoich filmów. Zawsze co rok pojawia się nowy tytuł, nawet jeśli nie jest to popis jego pełnych umiejętności. Jednak zamiast komedii, reżyser próbuje jeszcze raz pokazać swoje poważniejsze oblicze jak w „Blue Jasmine”. Humoru jest tutaj jak na lekarstwo, za to wątków tyle, iż można z niego kilka filmów zrobić. Poza typowymi motywami mistrza (miłosne komplikacje) jest jeszcze: poczucie zmarnowanego życia oraz marzeń, które nigdy nie zostaną spełnione, tkwienie w bezsensownej egzystencji, walka z uzależnieniem czy „rywalizacja” rodziców o realizowanie potrzeb swoich dzieci. Dla mnie jednak problemem było to, że nie bardzo byłem w stanie się zaangażować w tą historię. Tylko wątek dotyczący Ginny oraz jej demonów wydaje się być najbardziej rozwiniętym, najciekawszym, zaś reszta (w tym zagrożenia gangsterów) sprawia wrażenie tła. Tła, z którego nie chce się tutaj nic połączyć ze sobą. Wątek romansowy wybijał mnie z rytmu swoimi dialogami, pozbawionymi tego błysku, z jakiego znany był Nowojorczyk.

na karuzeli zycia2

Nie mogę się przyczepić do kwestii formalnych, bo film wygląda bardzo stylowo. Klimat lat 50. Robi wrażenie, chociaż mam pewien problem ze zdjęciami. I nie chodzi mi o to, że Vittorio Storaro schrzanił robotę. Chodzi mi o to, że kolory w tym filmie, zwłaszcza podczas rozmów są wręcz przesycone, za bardzo odwracają uwagę od wszystkiego innego. To troszkę przeszkadza w seansie.

na karuzeli zycia3

Tak naprawdę jedynym mocnym punktem jest tutaj Kate Winslet, absolutnie magnetyzująca jako kobieta dusząca się w swoim związku, zakładająca kolejne maski. Tłumiąca swoje pragnienia, niby próbująca coś zmienić, ale chyba już się przyzwyczaiła do obecnego status quo. Równie świetny jest James Belushi jako jej mąż – troszkę prostak i raptus, ale bardziej trzyma się ziemi. Troszkę od tego duetu odstaje Juno Temple (zagubiona Carolina) oraz Justin Timberlake (pretensjonalny, początkujący dramaturg), chociaż radzą sobie naprawdę nieźle.

Allen kolejny raz próbuje być troszkę bardziej serio, idąc troszkę ku dziełom Tennessee Williamsa. Tylko, że zabrakło tej klasy, wnikliwości oraz trafnych obserwacji. Lepiej jeszcze raz obejrzeć „Blue Jasmine”, gdzie wszystko to było lepsze.

6/10

Radosław Ostrowski

Casino Royale

James Bond – nie wiem, czy jest ktoś, kto nigdy nie słyszał tego nazwiska. Symbol szpiega idealnego, na ekranach jest obecny od 1962 roku i nie zamierza przechodzić na emeryturę. Ale w całym cyklu pojawił się w 1967 roku film-bękart. Stworzy poza głównym nurtem, będący niejako parodią przygód 007. W dniu premiery wręcz zarżnięty przez krytyków, ale czy mogło być inaczej, skoro całość kręciło pięciu reżyserów (w tym John Huston) oraz trzech scenarzystów (plus jeszcze siedmiu niewymienionych)? Jak mówi porzekadło: gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść.

Punkt wyjścia był nawet niezły. Nasz agent 007 przebywa sobie na emeryturze, a na całym świecie zaczynają ginąć agenci tajnych służb. Ale sir James nie chce wracać do pracy szpiegowskiej. Kiedy jednak zostaje zniszczona jego rezydencja, a M ginie… cóż, Anglia wzywa. A wrogiem jest tajemniczy dr Noah, szef organizacji Smerch, wykorzystujący kobiety jako agentów. Zadaniem ich jest dyskredytacja reputacji agenta 007, a następnie… zniszczenia świata. Czyli klasyka gatunku. Bond ma jednak wyjście: wszyscy jego agenci będą się nazywać… James Bond, a także dojdzie do infiltracji tej grupy. Zwerbowany zostaje także specjalista od bakarata, Evelyn Trumble oraz… córka Bonda i Maty Hari.

casino royale1-1

Trudno mi powiedzieć o fabule, bo jest po prostu szalona. Nadążenie za nią jest czasami wręcz niemożliwe, bo dzieje się tu dużo i szybko. I nie mogłem pozbyć się wrażenie, że wiele rzeczy wyleciało podczas montażu (m.in. schwytanie Trumble’a przez Le Chiffre’a), co wywołuje dezorientację. historia wydaje się być bardzo niespójna, zaś przeskoki oraz nagłe urywanie wątków zwyczajnie irytuje. By było jeszcze ciężej, humor jest tutaj prawdziwym szwedzkim stołem: od seksualnych podtekstów przez gry słowne aż po natężenie absurdu, jakiego nie powstydziłby się Monty Python (gdyby brał dragi), co widać w finałowej konfrontacji. I jest to, niestety, strasznie nierówne: od błysku po żenadę.

casino royale1-2

Pomysłów jest mnóstwo (sceny tortur umysłu, szkoła szpiegów we Wschodnim Berlinie czy szkolenie mające uodpornić na urok kobiet), z czego część jest warta uwagi. No, ale właśnie: tylko część. Bo cel i zamysł głównego antagonisty jest niedorzeczny, nawet jak na parodię. Można się miejscami uśmiać, tylko że wszystko wydaje się przedobrzone i przekombinowane. Wrażenie nadal robi scenografia (tytułowe kasyno czy szkoła szpiegów, wzięta żywcem z jakiego filmu okresu ekspresjonizmu) oraz bardzo zwiewna muzyka jazzowa.

casino royale1-3

Do tego udało się zebrać naprawdę imponującą obsadę. Choć nie mogę pozbyć się wrażenia, że część osób nie wiedziała w co się pakuje. Najbardziej z tego grona błyszczy David Niven, będący zaprzeczeniem wizerunku agenta 007 z ekranu. Wręcz purytański, ale zawsze przygotowany i inteligentny. Na początku się jąka, ale potem to przechodzi. A mimo wieku, nadal potrafi spuścić łomot. Drugim mocnym punktem jest Peter Sellers, czyli Trumble. Nie jest tak safandułowaty jak inspektor Clouseau, ale ma pewne problemy z przyjmowaniem nawyków Bonda. Tylko w kategorii żartu należy traktować fakt, że głównego złego gra… Woody Allen i jest po prostu sobą oraz Orson Welles. Do tego jeszcze masa pań (tutaj błyszczą Deborah Kerr jako próbująca uwieść agentka Mimi oraz Ursula Andress wcielająca się w Vesper), wyglądających bardzo ponętnie, przez co można zapomnieć – na chwilę – o niedociągnięciach.

casino royale1-4

Trudno jednak traktować „Casino Royale” jako dostarczającą świetniej rozrywki parodię agenta 007. Mocno się postarzała, efekty specjalne i pościgi wydają się śmieszne, ale z drugiej strony ma to swój specyficzny urok. Miejscami ten urok nadal potrafi oddziaływać, choć to nie dla każdego.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Śmietanka towarzyska

Bobby jest młodym Żydem z Bronksu, który jest niepoprawnym romantykiem. Marzy o miłości i bogactwie, więc przenosi się do Los Angeles i liczy na fuchę u swojego wujka, producenta filmowego. Powoli zaczyna nawiązywać kontakty, odnajdując się w tym świecie. Towarzyszy mu wyznaczona przez wuja sekretarka, Vonnie, w której się zakochuje. Ona jednak (o czym nasz Bobby nie wie) ma romans z wujem bohatera.

cafe_society2

Jeśli w tle słyszysz jazzową muzykę oraz oszczędną czołówkę, to wiesz, że oglądasz Woody’ego Allena. Ten melancholijny nowojorczyk, mieszający powagę, refleksję i błyskotliwy humor w zasadzie opowiada historię taką jak zawsze, ale nigdy poniżej pewnego poziomu nie schodzi. „Śmietanka” pozornie wydaje się zbiorem charakterystycznych elementów stylu reżysera: jazzowa muzyka w tle, skomplikowane układy miłosne oraz refleksje nad nieprzewidywalnością ludzkiego życia. Materiału jest tu tyle, że można było zrobić kilka filmów i każdy z nich byłby ciekawy. Nie ważne czy byłby to elegancki melodramat, satyra na środowisko filmowe pełne blichtru oraz pustki czy gangsterską działalność brata Bobby’ego, Bena. Wszystko jest podana tak jak zawsze: lekko, dowcipnie i ze stylem. Mimo wtórności, nadal to wszystko ma urok, a osadzenie opowieści w realiach lat 30. dodaje pewnego szyku. Plusem jest przepiękna stron wizualna, pokazująca wręcz bajkowo tamten czas. Zarówno zdjęcia (tym razem odpowiadał za nie legendarny Vittorio Storaro), jak i scenografia z kostiumami wyglądają wprost oszałamiająco. Zarówno biuro Sterna, dawne posiadłości czy nocny klub robią dobre wrażenie i nie ma żadnych zgrzytów czy przesytu.

cafe_society1

Allen nadal potrafi trafić puentą i zgrabnie poprowadzić nawet przewidywalną historię (nawet Allen jako narrator nie gryzie). Jedno się nie zmieniło: ciągle ma rękę do aktorów, którzy nie zawodzą i tutaj. Główną rolę dostał tym razem Jesse Eisenberg i bardzo dobrze odnalazł się w roli romantycznego, uroczego młodzieńca (scena z prostytutką – perełka), wiarygodnie pokazując jego przemianę w pewnego siebie człowieka interesu. Także Steve Carell w roli wujka Phila trzyma fason. Pozornie człowiek sukcesu, ale jest w nim coś melancholijnego, pewien smutek, niespełnienie. Drugi plan jednak kradnie dla siebie Corey Stoll jako obrotny, chociaż bezwzględny Ben, powiązany z półświatkiem. A skoro Allen i miłość, to muszą pojawić się kobiety. Przyznam się od razu, że jestem kompletnie zaskoczony obecnością Kristen Stewart, która nigdy wcześniej nie wyglądała tak pięknie. Vonnie w jej wykonaniu to prosta, sympatyczna dziewczyna, początkowo marząca o sławie, a aktorka gra po prostu świetnie. Ale nawet ona wypada blado przy zjawiskowej Blake Lively (Veronica), kradnącej ekran samą obecnością.

cafe_society3

Woody Allen w „Śmietance towarzyskiej” nie odkrywa Ameryki i tworzy dokładnie to, czego się po nim spodziewamy: słodko-gorzką historię o tym, ze życie to komedia pisana przez sadystycznego dramaturga. Mimo wchodzenia do tej samej rzeki, seans jest bardzo przyjemny, lekki, a jednocześnie bardzo refleksyjny. Kto potrafi tak mieszać pozornie nie pasujące do siebie elementy?

cafe_society4

7/10 

Radosław Ostrowski

Woody Allen – 01.12

Allen_WoodyReżyser, scenarzysta, aktor, pisarz, muzyk-amator i producent uważany za największego twórcę inteligentnej komedii. Urodził się 1 grudnia 1935 roku w Nowym Jorku jako Allen Stewart Konigsberg, syn Nettie (księgowa) oraz Matina (grawer) – żydowskich emigrantów z Austrii i Rosji. Rodzice chcieli, by został farmaceutą, ale od dziecka pragnął zostać filmowcem. Gdy był dzieckiem, rodzice się rozstali i Woody’ego wychowywała matka. W szkole nie wyróżniał się mocno miał trudne relacje z matką. Już jako 16-latek nauczył się grać na klarnecie i występował w Michael’s Pub. Dodatkowo zaczął zarabiać jako autor żartów dla gazet, by rok później (już jako Woody Allen) pisać dla zawodowych aktorów komediowych.

W 1952 roku rozpoczął naukę na Uniwersytecie Nowojorskim, ale po roku wyrzucono go z powodu niezaliczenia produkcji filmowej. W tym samym czasie podpisał umowę z William Morris Agency. Następnie uczęszczał na zajęcia filmowe do Kolegium Miejskiego Uniwersytetu Nowojorskiego, jednak naukę przerwał po tygodniu.

W latach 60. zaczął karierę stand-upera oraz nawiązał współpracę z telewizją. W tym samym czasie tworzy pierwsze sztuki teatralne, w tym najsłynniejsze: Bóg i Zagraj to jeszcze raz, Sam. Wreszcie, bo w 1965 zaczął flirt z kinem jako aktor i scenarzysta. Debiutem był film Co słychać, koteczku? Clive’a Donnera – jednak efekt końcowy mocno rozczarował Allena, zdecydowanego samodzielnie realizować swoje scenariusze (wyjątkiem od tej reguły była adaptacja Zagraj to jeszcze raz, Sam z 1972 roku zrealizowana przez Herberta Rossa).

Allen przez lata wypracowywał swój własny styl, który uczynił go nieśmiertelnym. Zazwyczaj (choć nie zawsze) miejscem akcji jest ukochany Nowy Jork – ze szczególnym wskazaniem na Manhattan – bohaterem jest (często grany przez samego Allena) neurotyczny intelektualista, obdarzony sarkastyczno-ironicznym poczuciem humoru, hipochondrią, chodzący do psychiatry i przeżywający lęki egzystencjalno-uczuciowe. Otwiera się to bardzo minimalistyczną czołówką z muzyką jazzową w tle. Humor jest oparty na ironii, złośliwościach, ale nigdy bohaterowie nie są mocno antypatyczni.

Woody ma od wielu dekad stałe grono współpracowników, które bardzo rzadko się zmieniało. Do tej grupy należą producenci – jack Rollins, Charles H. Joffe, Henry Robi, Letty Aronson (siostra Allena) i Stephen Tenanbaum, scenograf oraz kostiumolog Santo Loquasto, montażystki Alisa Lepselter i Susan E. Morse, scenarzyści Douglas McGrath i Marshall Brickman, operatorzy Gordon Willis, Carlo Di Palma, Darius Khondji, Sven Nykvist i Vilmos Zsigmond. Jednak reżyser, jeśli chodzi o aktorów, to ma swoje „muzy”, z którymi wielokrotnie współpracował: Diane Keaton, Mia Farrow, Dianne Wiest, Scarlett Johansson, Emma Stone.

Co do gremium oraz akademii filmowych, jest on jednym z najczęściej nagradzanych twórców. Ma na koncie 4 Oscary (i 20 nominacji), 2 Złote Globy (i 11 nominacji), 9 nagród BAFTA (i 14 nominacji), nagrodę FIPRESCI na MFF w Cannes, wyróżnienia w Berlinie oraz Wenecji, a także 4 nominacje do Saturna oraz Złotej Satelity.

Ten ranking był najtrudniejszym ze wszystkich, jakie do tej pory zrobiłem, więc na pewno będą kontrowersje. Chętnie piszcie w komentarzach o swoich doświadczeniach z nowojorskim okularnikiem.

Miejsce 49. – Crisis in Six Scenes (2016) – 4/10

Produkcja zrealizowana dla Amazona, to kompletnie zaprzepaszczona szansa. Osadzona w latach 60. opowiada o pisarzu Sidneyu Munsingerze, planującym zrealizować serial telewizyjny. Wtedy do jego życia wchodzi ukrywająca się ścigana przez władze Lenny Dale. Jest tu parę wątków i pomysłów, ale zostają brutalnie zabite w zarodku. Sama postać Sidneya (w tej roli sam Allen) drażni i irytuje, humor jest praktycznie miałki, całość za krótka, a aktorsko jest bardzo średnio. Recenzja tutaj.

Miejsce 48. – Jak się masz, koteczku? (1966) – 5/10

Lipny debiut Allena, który tak naprawdę podłożył angielski dubbing i napisał własne dialogi do japońskiego filmu szpiegowskiego. Cała intryga opiera się tutaj na zdobyciu… przepisu na jajeczną sałatkę zapisanego w mikrofilmie. Jeśli lubicie absurdalny, purnonsensowy humor, to jest to idealna zabawa. Mnie to nie kupiło.

Miejsce 47. – Zakochani w Rzymie (2012) – 5/10

Cztery opowiastki dzieją się w Wiecznym Mieście (pięknie sfotografowanym), ale są one nierówne. Przebłyskiem jest historia zwykłego faceta (Roberto Benigni), który zostaje celebrytą oraz spotkania przyszłych teściów młodej pary, powiązane z eksperymentalnym wystawieniem opery. Jednak dwie opowieści miłosne to już lekkie rozczarowanie, pozbawione ciekawej puenty. Nawet gwiazdorska obsada (Cruz, Eisenberg, Stone, Baldwin) nie ratuje. Recenzja tutaj.

Miejsce 46. – Scoop – Gorący temat (2006) – 5/10

Kryminał z Londynu ubrany w lekką historię. Młoda dziennikarka Sondra (Scarlett Johansson) szuka gorącego tematu, który będzie przełomem w karierze. Duch zmarłego dziennikarza Johna Stromble’a objawia się podczas występu iluzjonisty (Allen we własnej osobie) i prosi ją o dokończenie sprawy Tarotowego Zabójcy. Mieszanka komedii, kryminału i romansu, ale kompletnie pozbawiona napięcia, a dowcip jest letni. Aktorstwo niezłe, ale chemii między Johansson a grającym podejrzanego o morderstwa Hugh Jackmana brak. I nawet ładnie sportretowany Londyn to za mało. Recenzja tutaj.

Miejsce 45. – Koniec z Hollywood (2002) – 5/10

Val Waxman od 10 lat nie wyreżyserował ani jednego filmu. W końcu dostaje szansę na realizację następnego projektu, jednak… traci wzrok. Tym razem Allen bawi się prostymi (dla mnie za prostymi) gagami związanymi ze ślepotą oraz zachowaniem tego w tajemnicy. Aktorsko najbardziej wyróżnia się Tea Leoni jako była żona Vala. Mogła być z tego satyra na środowisko filmowe, a wyszła błahostka. Recenzja tutaj.

Miejsce 44. – Magia w blasku księżyca (2014) – 5,5/10

Tym razem przenosimy się do przedwojnia. Słynny iluzjonista Stanley Crawford (uroczy Colin Firth) demaskuje osoby uważające się za medium. Tym razem jego celem jest Sophie Baker (śliczna Emma Stone), zamieszkująca u rodziny Cathridge’ów. Ładny obrazek prowincji (scena w obserwatorium to mała perła), ale tak naprawdę magii nie czuć. Intryga jest tylko pretekstem do zderzenia dwóch postaw oraz opowiedzenia historii miłosnej o przyciąganiu się przeciwieństw. Gdyby nie aktorstwo, byłoby kiepsko. Recenzja tutaj.

Miejsce 43. – Jej wysokość Afrodyta (1995) – 6/10

Niemłode małżeństwo (Lenny i Amanda) decyduje się adoptować dziecko. Trafia im się wybitnie inteligentny Max, a Lenny próbuje na własną rękę poznać biologicznych rodziców. Mężczyzna odkrywa, że jego matką jest prostytutka. Woody wraca do ulubionych motywów – relacje damsko-męskie, przewrotność losu. Smaczkiem jest tutaj wplecenie antycznego chóru, niejako parodiując konwencję greckich dramatów. Wyróżnia się zasłużenie nagrodzona Oscarem Mira Sorvino. Recenzja tutaj.

Miejsce 42. – Bananowy czubek (1971) – 6/10

Na początku swojej drogi Allen uwielbiał absurd, jednak nie zawsze panował nad tym. Nie inaczej jest w przypadku opowieści Fieldinga Melisha, który – by zaimponować dziewczynie – wyrusza do bananowej wysepki rządzonej przez bezwzględnego dyktatora. Wskutek okoliczności zostaje nowym prezydentem. Tutaj wyobraźnia Allena jest dzika (domowa kłótnia małżeńska komentowana jakby to było wydarzenie sportowe i bohater jako dyktator wyglądający niczym Fidel Castro), ale tak duża dawka absurdu może być niestrawna. Recenzja tutaj.

Miejsce 41. – Wnętrza (1978) – 6/10

Pierwsze oblicze Woody’ego bardziej na serio. Psychodrama o trzech siostrach oraz toksycznej relacji z matką jest bardzo chłodna emocjonalnie, ma ogromny dystans wobec swoich bohaterek (dobrze zagranych, co prawda m.in. przez Dianę Keaton, Geraldine Page i Mary Beth Hurt), jednak jest to męczący i trudny w odbiorze. Recenzja tutaj.

Miejsce 40. – Sen Kasandry (2007) – 6/10

Ian i Terry to bracia z biednej familii, wspieranej przez wuja Howarda. Kiedy wujek przyjeżdża prosi chłopców o pomoc, dzięki czemu skończą jego kłopoty. Muszą tylko zabić takiego jednego człowieka, który bruździ Howardowi. O ile wtórność Allena w przypadku komedii nie zawsze wywołuje poczucie zmęczenia materiału, o tyle w przypadku poważnych filmów nie ma ucieczki. Znowu mamy Londyn, znowu morderstwo, temat winy i kary. Brakuje tu napięcia, ale sytuację ratuje przewrotny finał oraz świetne role Ewana McGregora i Colina Farrella. Recenzja tutaj.

Miejsce 39. – Nieracjonalny mężczyzna (2015) – 6/10

Zmęczony życiem Abe Lucas przyjmuje posadę wykładowcy filozofii na uniwersytecie. Powrót do normalnej egzystencji zapewnia podkochująca się w nim studentka Jill. Przypadkowo podsłuchana rozmowa, powoduje, że Abe planuje dokonania zbrodni doskonałej. Znowu kryminał, zmieszany z romansem i to nawet nieźle się to ogląda, co jest zasługą wybornego Joaquina Phoenixa i czarującej Emmy Stone. Jednak wątek kryminalny nie angażuje (poza przewrotną woltą finałową), a romans też idzie dość przewidywalnym torem. Recenzja tutaj.

Miejsce 38. – Seks nocy letniej (1980) – 6/10

Gdybym miał wskazać najładniejszy wizualnie film Allena, to „Seks nocy letniej” znalazłby się w ścisłej czołówce. Tocząca się na początku XX wieku historia miłosna, rozgrywa się w rajskiej przestrzeni, czarując przestrzenią oraz muzyką Mendelssona. Zmieniające się układy, rozterki oraz czarujący finał (aczkolwiek z archaicznymi efektami specjalnymi) potrafią zaintrygować, jednak brakuje napięcia. Obsada czaruje (Ferrer, Steenburgen, Hagerty, Allen, Farrow), zdjęcia prześliczne i sympatycznie spędza się czas. Recenzja tutaj.

Miejsce 37. – Vicky Cristina Barcelona (2008) – 6/10

Allen postanowił zrobić własną wersję „Rozważnej i romantycznej”, przenosząc ją do pocztówkowej Hiszpanii. Tą pierwsza jest Vicky, mająca wkrótce zostać mężatką, tą drugą jest Cristina. Los tej parki zmieni się, gdy poznają przystojnego malarza, Juan Antonia. Znowu związki, znowu miłość, czyli nic nowego pod słońcem. Tym razem swoje dorzuca irytujący narrator, za to dla kontrastu mamy wielką Penelope Cruz jako passive-agressive była żona Hiszpana. Recenzja tutaj.

Miejsce 36. – Melinda i Melinda (2004) – 6/10

„Melinda” ma bardzo ciekawy punkt wyjścia, ale nic poza tym nie serwuje. Spór dwóch literatów o to, która konwencja (dramat czy komedia) mówi bardziej prawdę o człowieku jest pretekstem do opowieści o Melindzie (świetna Radha Mitchell), która ma problemy ze znalezieniem faceta. Destylacja stylu Allena z ciekawym drugim planem (Eljofor, Lee Miller, nawet Will Ferrell pokazuje się z dobrej strony). Recenzja tutaj.

Miejsce 35. – Wrzesień (1987) – 6,5/10

Kolejna allenowska psychodrama, zrealizowana niemal jak Teatr Telewizji. Jeden dom, pięć postaci oraz gorzki portret niespełnienia, toksycznych więzi oraz mrocznej tajemnicy dotyczącej Lane (Mia Farrow) i jej matki (Elaine Stritch jest wyborna). Problem w tym, że jako takiej rozumianej akcji w zasadzie nie ma, a wszystko opiera się na dialogach (takich średnich dość). Recenzja tutaj.

Miejsce 34. – Wspomnienia z gwiezdnego pyłu (1980) – 6,5/10

Najbardziej nieoczywisty Allen, gdyż bardziej autorefleksyjny. Reżyser gra filmowca Sandy’ego Batesa, przechodzącego kryzys twórczy filmowca, przybywającego na retrospektywę swojej twórczości do hotelu „Gwiezdny pył”. Sam Allen rozlicza się ze swoich niespełnionych ambicji (wyrwanie się z klatki twórcy komedii) i mierzy się z dawną miłością. Wszystko to w bardzo onirycznej oprawie wizualnej, tworząc bardzo specyficzny klimat (fantastyczny wstęp). Z drugiego planu zdecydowanie wybija się Charlotte Rampling (jej uśmiechu pod koniec nie da się wymazać). Recenzja tutaj.

Miejsce 33. – Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać (1972) – 6,5/10

Nowelowe kino, opowiadające o życiu erotycznym człowieka. I jak każda tego typu składanka jest nierówna, a czego tu nie ma. Miłość lekarza do owcy, tragiczne losy błazna marzącego o przeleceniu królowej, mąż-transwestyta, quiz o perwersji, a i tak najbardziej pamiętana jest sekwencja pokazująca zbliżenie z perspektywy ludzkiego organizmu (Allen jako niepewny siebie plemnik rozbraja).  Recenzja tutaj.

Miejsce 32. – Cienie we mgle (1991) – 6,5/10

Tutaj zabawa w kino ekspresjonistyczne połączone z kryminałem oraz problemami natury egzystencjalnej. Max Klemmer (Allen) jest zlęknionym człowiekiem, który wbrew swojej woli, zostaje włączony do straży obywatelskiej, mającej schwytać seryjnego dusiciela. W końcu sam Max staje się głównym podejrzanym. Dla mnie problemem było zbyt wiele pobocznych wątków, które rozpraszają od głównej intrygi i nawet gwiazdorska obsada (Pleasence, Foster, Malkovich, Cusack, Farrow) stanowiły pewien balast. Recenzja tutaj.

Miejsce 31. – Wszyscy mówią: kocham Cię (1996) – 7/10

Na hasło Allen i musical można by się zacząć pukać w czoło. Jest to rodzina opowieść przedstawiona z perspektywy niejakiej Djunii, lat 17. I tutaj mamy galerię interesujących postaci: ojciec dziewczyny mieszka w Paryżu i poznaje interesującą Amerykankę. Matka ponownie wyszła za mąż za prawnika i konserwatystę Boba, a siostra chce się związać z Holdenem. Mieszanka wątków, prosto zainscenizowane sceny śpiewane to plusy. Dodatkowo jest parę fajnych wątków (próba zdobycia serca Von z pomocą porad córki Allena czy resocjalizacja, polegająca na zaproszeniu do domu gangstera), lekki klimat oraz znowu pięknie wyglądający Nowy Jork (aczkolwiek finał w Wenecji się toczy). Bardziej to scenki z życia rodziny, ale nie przeszkadzało mi to. No i ta obsada: Norton, Hawn, Roberts, Roth, Barrymore, Portman, Allen. Recenzja tutaj.

Miejsce 30. – Nowojorskie opowieści (Kompleks Edypa) (1988) – 7/10

Nowelowy film, gdzie poza Allenem, uczestniczyli Martin Scorsese oraz Francis Ford Coppola. I to właśnie Woody zamyka całość, realizując najlepszą nowelkę dotyczącą trudne do urwania więzi z nadopiekuńczą matką (niesamowita Mae Questel). Nawet jej zniknięcie podczas występu iluzjonisty nie jest w stanie tej więzi zniszczyć. Autentycznie zabawna i pokazująca błysk allenowskiego poczucia humoru. Recenzja tutaj.

Miejsce 29. – Nie wkładaj palca między drzwi (1994) – 7/10

Telewizyjna adaptacja sztuki samego Allena. Tym razem wszystko toczy się wokół ambasady amerykańskiej, kierowanej przez mało doświadczonego dyplomatę w jednym z krajów komunistycznych. Tam ukrywa się oskarżona o szpiegostwo rodzina Hollanderów. Urocza błyskotka skopana o oparach absurdu (spięcia między pracownikami ambasady, a rodziną iskrzą humorem), niepozbawiona ciętych ripost. A wszystko kradnie dla siebie Michael J. Fox jako lekko safandułowaty i pocieszny tymczasowy ambasador. Recenzja tutaj.

Miejsce 28. – Śmietanka towarzyska (2016) – 7/10

Najświeższe dzieło mistrza, który wraca w czasy retro i balansuje między Nowym Jorkiem oraz Los Angeles. To do tego ostatniego miasta, przybywa marzący o karierze w branży filmowej wrażliwy Bobby (Jesse Eisenberg), któremu postanawia pomóc wuj Phil (Steve Carrell). Ale wtedy pojawia się miłość w postaci kelnerki Vonnie. Gdy na początku reżyser pokazuje ten światek filmowy, wraca dobra forma i nie brakuje złośliwostek wobec targowiska próżności. Ale w momencie powrotu do Nowego Jorku i pracy w klubie brata-gangstera (rozbrajający Corey Stoll i jego rozmowy z wrogami… za pomocą cementu), wraca wszystko do romansowego trójkąta. Niemniej ogląda się to dobrze, co jest zarówno zasługą pięknych zdjęć Vittorio Storaro, zabawnych sytuacji (próba skorzystania z usług prostytutki) oraz pięknie wyglądających w obrazku Kristen Stewart (nie do końca wierzę w to, co piszę, ale tak właśnie było) i zjawiskowej Blake Lively. Recenzja tutaj.

Miejsce 27. – Poznasz przystojnego bruneta (2010) – 7/10

London calling again. I kolejna historia o życiu, miłości, magii i całej reszcie. Wszystko skupia się wokół Heleny, którą porzuca mąż dla młodszej kobiety i zawierza swój los wróżce. Poza nią jest jeszcze jej córka Sally, pracująca w galerii sztuki oraz przeżywający kryzys twórczy pisarz Roy. Kilka rozwiązań jest zaskakujących (Roy kradnie książkę koledze, który miał zejść z tego świata, ale przeżył), Londyn pięknie wygląda. Tutaj Allen bardziej przypomina Mike’a Leigh, przyglądającego się swoim bohaterom, błądzącym po swoim życiu. I znowu uwagę skupiają gwiazdy: Watts, Hopkins, Banderas, Brolin. Recenzja tutaj.

Miejsce 26. – Bierz forsę i w nogi (1969) – 7/10

Właściwy debiut reżyserski ubrany w konwencję dokumentu. Jego bohaterem jest kompletny pierdoła – Virgil Starkwell. Nic mu nie wyszło, więc postanowił zostać gangsterem, jednak pech go non stop prześladował. Nawet poznana dziewczyna nie była w stanie go nawrócić. To na razie zbiór gagów na temat i parodia retro kryminału, a kilka dowcipów (napad na bank, gdzie w skarbcu znajdują się… Cyganie czy ucieczka z pomocą pistoletu zrobionego z mydła) autentycznie bawi. Od tego zaczął się nurt mockumentary. Recenzja tutaj.

Miejsce 25. – Drobne cwaniaczki (2000) – 7/10

Tytułowe drobne cwaniaczki to Ray Winkler, jego żona i dwaj kumple, którzy chcą dokonać podkopu pod bank. W tym celu wynajmują lokal i zakładają ciastkarnię, która przynosi niezły dochód, jednak plan nie zostaje zaniechany. Zaczyna się to jak komedia kryminalna, a kończy się satyrą na nowobogackich, którzy pieniędzmi są zamaskować swoje prostackie zachowanie i niedopasowanie do reszty otoczenia. Jest lekko, z błyskiem w oku oraz dowcipem. Tu wyróżnia się niezawodna Tracey Ullman jako żona naszego masterminda. Recenzja tutaj.

Miejsce 24. – Manhattan (1979) – 7/10

Allenowski list miłosny do Nowego Jorku – trudno zapomnieć początek, gdzie widzimy miasto w czarno-białych kadrach Gordona Willisa, a w tle leci George Gershwin. A punktem wyjścia jest stan zakochania Isaaca Davisa do 17-letniej Tracy. Dalej mamy to, co w Allenie najlepsze: portret nowojorskiej socjety, skomplikowane życiorysy i poszukiwanie miłości. Allen odtwarza typowego dla siebie intelektualistę, a wspiera go wspaniała Muriel Hemingway, Diane Keaton i Meryl Streep. Recenzja tutaj.

Miejsce 23. – Alicja (1990) – 7/10

Żyjąca od 16 lat w związku Alicja Tate nagle czuje ostry ból pleców. Znajoma poleca jej chińskiego medyka, dr Yanga, który przepisuje jej zioła. Od tej pory życie wywraca się do góry nogami. Tutaj reżyser opowiada o poczuciu niespełnienia i próbie odzyskania dawnej siebie. Mimo poważnych wątków, całość jest bardzo lekka i przyjemna w odbiorze. Farrow odnajduje się w tej roli dobrze, a wspierają ją tacy mistrzowie jak William Hurt, Alec Baldwin i Joe Mantegna. Bardziej refleksyjna tragikomedia. Recenzja tutaj.

Miejsce 22. – Mężowie i żony (1992)

Reżyser niczym maniak wraca do tematu związków, ale tym razem jest bardziej poważny i realistyczny. Mamy tu dwie zaprzyjaźnione pary, a iskrą w prochu jest rozstanie jednej z nich. Bohaterowie próbuje się na nowo odnaleźć i zdefiniować swoje potrzeby. Uderza tutaj dokumentalna forma i zdjęcia kręcone wręcz od ręki. Wszystko trafnie, uważnie zaobserwowane, ale bez drwiny i szyderstwa. Allen z Farrow tworzą ciekawy duet, ale to wątek drugiej pary (Judy Davis oraz Sydney Pollack) jest znacznie ciekawszy. Recenzja tutaj.

Miejsce 21. – Złote czasy radia (1987) – 7/10

Nostalgiczny – to słowo w pełni oddaje klimat „Złotych czasów radia”. Przenosimy się do lat 40. i przekonujemy się na własnych oczach i uszach, jak wielką siłą było radio – teatr wyobraźni, który scalał rodziny, sąsiadów i miało wpływ na życie ludzi. Nie zapomnę scenek pokazujących przygotowania audycji oraz porządnego aktorstwa (William H. Macy, Diane Keaton, Mia Farrow, Dianne Wiest, Wallace Shawn, Julie Kavner). Recenzja tutaj.

Miejsce 20. – Śpioch (1973) – 7/10

Woody tym razem w kostiumie SF. Jego bohater Miles Monroe budzi się po 200 latach hibernacji w antyutopii, gdzie ludzie żyją w świecie bez emocji („Nowy, wspaniały świat” się kłania). Mężczyzna przebrany za robota zakochuje się w swojej właścicielce, Lunie. Z jednej strony parodia kina SF z niesamowitą, świadomie kiczowatą stroną wizualną (scenografia z gigantycznymi roślinami czy seksmaszynami), a jednocześnie drwina z pędu ku technice i refleksjami nad człowiekiem, niepozbawiona slapstickowych gagów. Sam Allen błyszczy na równi z Diane Keaton (zaślepiona nowoczesnością Luna). Recenzja tutaj.

Miejsce 19. – Tajemnica morderstwa na Manhattanie (1993) – 7/10

Małżeństwo z długim stażem coraz bardziej pogrąża się w rutynie. Punktem zwrotnym staje się śmierć sąsiadki. Żona uważa, że to było morderstwo, ale mąż-racjonalista stoi mocno na ziemi i nie wierzy w to. Jednak postanawia wesprzeć żonę w wyjaśnieniu sprawy, gdy zaczyna wokół niej (żony, nie sprawy) pisarz Ted. Mieszanka kryminału, komedii i dramatu obyczajowego zaskakuje powoli, lecz konsekwentnie prowadzoną intrygą kryminalną (zdjęcia pachną klasycznym filmem noir), jazzową muzyką oraz konfrontacji w opuszczonym kinie. Allen tym razem wspierany przez Diane Keaton tworzy bardzo cudowny duet, a wzajemne przekomarzania ogląda się z dużą frajdą. A na drugim planie szaleje Alan Alda z Anjelicą Huston. Recenzja tutaj.

Miejsce 18. – Zelig (1983) – 7/10

Leonard Zelig to prawdziwy człowiek-kameleon, potrafiący zmienić się w kogokolwiek (Żyda, Murzyna, Araba), byle tylko być kochanym przez innych. Jego walkę o bycie sobą podejmuje psychiatra, dr Fletcher. Tutaj Allen bardziej skupia się na człowieku, próbującym się dostosowywać do otoczenia, by zyskać jego akceptację. Lekiem na to jest miłość (proste, nie?), ale tutaj najważniejsza jest realizacja – niesamowita stylizacja na przedwojenny film (celowo postarzone kadry, ziarno, zadrapania) robi ogromne wrażenie. Podobnie jak Allen w roli tytułowej oraz (już drugi raz) partnerująca mu Mia Farrow. Recenzja tutaj.

Miejsce 17. – Życie i cała reszta (2003) – 7/10 

Mój pierwszy Allena, który widziałem. I stąd pewnie tak wysoka pozycja w rankingu. Bohaterem jest Jerry Falk – młody autor tekstów dla komików, próbujący ogarnąć swoje życie. Związek z Amandą przechodzi kryzys, agent nie jest w stanie rozwinąć jego kariery, dodatkowo wprowadza się matka-wokalistka. Na szczęście Falk może liczyć na Davida Dobela, którego rady są wsparciem.  I ten odkrywa, że Amanda zdradza Jerry’ego. Nadal mamy Nowy Jork – bardziej mroczny, stonowany, poraniony 11 września. Wszystko to zmusi Falka do przewartościowania swojego życia. Jest lekkość, obyczajowa obserwacja oraz kompletnie zaskakujący Jason Biggs w roli głównej. Sam Allen jest na drugim planie i jego obsesja na punkcie antysemityzmu to petarda. Recenzja tutaj.

Miejsce 16. – Celebrity (1998) – 7,5/10 

Tutaj Woody wraca do satyrycznego spojrzenia na środowisko gwiazd i gwiazdeczek, aspirujących na coś więcej. Przewodnikiem po tym świecie jest Lee Simon (dobry Kenneth Branagh), który przeprowadza wywiady z celebrytami i marzy o byciu pisarzem. W końcu decyduje się rozstać ze swoją żoną (Judy Davis). Oboje kompletnie się zmieniają, pragnąc zrealizować swoje zerwane kariery. Allen nie ma jednak złudzeń, że to środowisko jest targowiskiem próżności oraz pustogłowiem. Poza głównymi rolami, nie można zapomnieć o epizodach Charlize Theron i Leonardo DiCaprio. Recenzja tutaj.

Miejsce 15. – Purpurowa róża z Kairu (1985) – 7,5/10 

Film o miłości oraz kinie, które zawsze było lekarstwem na depresję, poprawę samopoczucia w czasach kryzysów. Tym jest kino dla Cecilii w latach 30., a jej ulubionych bohaterem jest archeolog Tom Baxter. Ale nawet ona nie spodziewała się, że podczas seansu bohater wyjdzie z filmu i wejdzie do prawdziwego życia. Reżyser sięga po tęsknotę za dawnymi czasami (ciepłe zdjęcia Gordona Willisa), ale ostrzega przed życiem iluzją, gdyż najważniejsze jest życie tu i teraz. Chociaż czy mając u boku takiego przystojniaka jak Jeff Daniels będziemy o tym pamiętać? Recenzja tutaj.

Miejsce 14. – Miłość i śmierć (1975) – 7,5/10 

Allen tutaj znowu robi sobie jaja i tworzy zbiór gagów na temat. Tym razem na celownik trafiła Wielka Literatura Rosyjska. A bohaterem jest Borys Gruszenka (Allen), który ma wkrótce zejść z tego świata. Tołstoj idzie ręka w rękę z Dostojewskim, miesza się „Wojna i pokój” z „Anną Kareniną” oraz… Bergmanem. Nadal dominuje slapstick (próba zniszczenia obozu Francuzów z użyciem Borysa jako żywej kuli armatniej czy nieudolny taniec kazaczoka), ale jest i sporo aluzji do odczytania. I znowu błyszczy duet Allen-Keaton. Recenzja tutaj.

Miejsce 13. – Zbrodnie i wykroczenia (1989) – 7,5/10

Dwie opowieści, w których przeplata się humor z dramatem, a zbrodnia z miłością. W pierwszej znany i ceniony lekarz dr Judah Rosenthal (fantastyczny Martin Landau) musi wybrać między stabilnym związkiem z żoną, a szantażującą go kochanką Dolores (Anjelica Huston) i decyduje się ją zabić. W drugiej ceniony dokumentalista Clifford (sam Allen) dostaje propozycję nakręcenia filmu o swoim szwagrze, bogatym producencie filmowym (świetny Alan Alda) i zakochuje się w jego asystentce (Mia Farrow). Bardziej słodko-gorzko niż zazwyczaj, trzyma w napięciu, ale też prowokuje do pytań o ludzką psychikę, bezwzględność losu oraz roli przypadku. Recenzja tutaj.

Miejsce 12. – Słodki drań (1999) – 7,5/10 

Kolejny lipny dokument, tym razem opowiadający historię najwybitniejszego gitarzysty jazzowego, czasów przedwojennych – Emmeta Raya (genialny Sean Penn). Trudno odmówić wizualnego stylu, wiernie odtwarzającego ten okres, ale tak naprawdę jest to historia o człowieku, który nie potrafił otworzyć się na innego człowieka. Narcyza, co lubił strzelać do szczurów, miał wielkie mniemanie o sobie (nie bez podstaw) oraz jak skomplikowanym wynalazkiem jest człowiek. Mamy cudowną muzykę, lekki humor oraz kradnącą ekran Samanthę Morton w roli niemej Hattie. Już bardzo wysoka półka. Recenzja tutaj.

Miejsce 11. – Blue Jasmine (2013) – 7,5/10

Ze wszystkich filmów Nowojorczyka, ten wydaje się najbardziej gorzki i ponury. Nie jest to komedia, tylko dramat obyczajowy skupiony na tytułowej Jasmine (genialna Cate Blanchett), która pozbawiona środków do życia, przenosi się z Nowego Jorku do San Francisco. Nie polubicie jej, uznacie za psychicznie stukniętą, ale pod koniec filmu zrobi wam się jej żal. Tak zwyczajnie i uczciwie. Naprawdę mocny dramat okraszony cierpkim humorem. Recenzja tutaj.

Miejsce 10. – Danny Rose z Broadwayu (1984) – 8/10

Chyba jeden z najbardziej niedocenionych filmów mistrza. Tytułowy bohater (Allen) to impresario dość ekscentrycznych postaci szołbiznesu, który nie potraf przebić swoich podopiecznych. Wyjątkiem jest wokalista Lou Canova (Nick Apollo Forte), który prosi go pewną przysługę. I wtedy następuje zapętlenie – dziewczyna, gangsterzy, pieniądze, pościg, czarno-białe zdjęcia oraz gorzka refleksja nad bezwzględnością szołbiznesu, gdzie przyjaźń jest towarem deficytowym. Recenzja tutaj.

Miejsce 9. – Inna kobieta (1988) – 8/10

Allen znowu myśli, że jest Bergmanem, ale tym razem jest bardzo przekonujący i najbardziej przystępny. Tutaj bohaterką jest czująca pustkę kobieta w średnim wieku (wielka Gene Rowlands), dla której przypadkowa rozmowa i spotkanie z niejaką Hope (najdojrzalsza kreacja Mii Farrow) skłoni ją do weryfikacji swojego życia. Wszystko wygrywane jest na dialogach oraz melancholijnym klimacie, ale pozostawia sporą nadzieję. Wspaniałe aktorstwo, wiarygodna psychologia postaci oraz masa trafnych refleksji czynią ten film wyjątkowym. Recenzja tutaj.

Miejsce 8. –  Klątwa skorpiona (2001) – 8/10

Niby jest wątek kryminalny, ale to czerpiąca garściami z tradycji screwball comedy, starcie charakterów. On, C.W. Briggs (Allen), jest doświadczonym detektywem firmy ubezpieczeniowej, geniuszem w swoim fachu. Ona, panna Fitzgerald (Helen Hunt), reorganizuje pracę w firmie i jest na pieńku z Briggsem. Jednak oboje zostają wplątani w poważną aferę kryminalną, za którą stoi hipnotyzer Voltan. Sama intryga jest prosto opowiedziana, ale to zażarte i ironiczne docinki między parą bohaterów to prawdziwe clue tej wybornej komedii kryminalnej. Poza chemią między bohaterami, jest stylizacja na film noir oraz bardzo złośliwy humor. Recenzja tutaj.

Miejsce 7. – Wszystko gra (2005) – 8/10

Pierwsza wizyta Allena w Londynie i powstał znakomity thriller. Jego bohaterem jest Chris Wilton (wspaniały Jonathan Rhys-Meyers), który uczy tenisa ludzi z wyższych sfer. Zaprzyjaźnia się z jednym z bogatych dzieciaków i dołącza do tego nowobogackiego świata, biorąc ślub z siostrą Toma. I wtedy na horyzoncie pojawia się szwagierka. Niby powtórka „Zbrodni i wykroczeń” połączona z „Karierą Nikodema Dyzmy”, ale tym razem śmiertelnie poważnie. Sceny przygotowania do morderstwa trzymają za gardło, choć rozgrywa się ono bardzo spokojnie (wręcz iście operowo), a świetną puentą i metaforą jest sam początek z odbijaną piłeczką tenisową. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – O północy w Paryżu  (2011) – 8/10

Kolejne tournee reżysera po Europie, tym razem zatrzymał się w Paryżu, bo tam przebywa Gil (zaskakujący Owen Wilson) ze swoją przyszłą żoną. Mężczyzna marzy o napisaniu powieści dziejącej się w Paryżu lat 20. Pewnej nocy trafia do starego Peugeota i… trafia do przedwojennego Paryża. Klimat retro zbudowały utrzymane w sepii zdjęcia Dariusa Khondji. Niby sięgamy po stare wątki, ale brzmi to zaskakująco świeże. Refleksja jest jedna, ale trafna: człowiek od zawsze chce żyć w dawniejszych czasach niż żyje obecnie, dla przeszłość jest tak silnie koloryzowana. Za to mamy najbogatszy drugi plan: Marion Cotilliard (Adriana), Tom Hiddleston (Fitzgerald), Corey Stoll (Hemingway), Adrien Brody (Dali). I jak nie ulec magii Paryża? Recenzja tutaj.

Miejsce 5. – Co nas kręci, co nas podnieca (2008) – 8/10

Najbardziej cyniczny bohater Allena – Borys Jelnikow (cudowny Larry David) jest geniuszem z fizyki, mającym mocno swoje lata i widzącym w ludziach wszystko, co najgorsze. Ale stosunek do swojego życia zostanie zmieniony, gdy pojawi się małolata o imieniu Melody (zjawiskowa Evan Rachel Wood), która zostaje jego… żoną. Powrót Allena do Nowego Jorku to także powrót do formy – nadal mamy cudownie komplikujące się relacje damsko-męskie, cudownie sfilmowany Nowy Jork, masa ironicznego humoru plus… przełamywanie czwartej ściany. Jakby nie było, trzeba się cieszyć życiem i być sobą. Recenzja tutaj.

Miejsce 4. – Strzały na Broadwayu (1994) – 8,5/10

Film retro o teatrze i gangsterach. Młody dramaturg David Shayne (John Cusack) postanawia zrealizować swoja własną sztukę. Całą imprezę sponsoruje gangster Nick Valnti (Joe Vitarelli), który w zamian chce obsadzenia w jednej z ról swojej dziewczyny. Prawdziwa realizatorska bomba, gdzie poza refleksjami o życiu i całej reszcie, stawiane są pytania o sztukę, inspiracje, jej sens oraz o to, czy należy iść na kompromisy, by zrobić dobre dzieło? Świetny klimat retro (cudowna muzyka), błyskotliwe dialogi oraz zaskakujące zwroty akcji. No i genialne aktorstwo, któremu przewodzi… Dianne Wiest, Chazz Palminteri i Jennifer Tilly. Cusack John zaledwie dobry. Recenzja tutaj.

Miejsce 3. – Przejrzeć Harry’ego (1997) – 8,5/10

Harry Block (Allen) to strasznie popularny i genialny pisarz, który przeżywa kryzys twórczy, nie ma przyjaciół (bo wszystkich opisał w powieściach). Teraz otrzymuje nagrodę od swojej szkoły. Wędrówka stanie się szansą do autorefleksji, odzyskania weny oraz pogodzenia się z sobą i swoimi demonami. Tutaj reżyser najbardziej bawi się formą – stosuje powtórzenia scen (czołówka), miesza świat fikcji z rzeczywistością (wizyta Harry’ego w piekle – mistrzostwo świata), bezlitośnie rozprawia się z samym sobą. Genialne, chociaż poczucie humoru i pomysły są nieoczywiste (spotkanie ze śmiercią czy aktor, który staje się niewyraźny), ale trudno nie powstrzymać się od śmiechu. I kolejny wianuszek gwiazd na dalszym planie: Billy Crystal, Demi Moore, Stanley Tucci, Tobey Maguire, Robin Williams, Kirstie Alley. Recenzja tutaj.

Miejsce 2. – Annie Hall (1977) – 9/10

Film-legenda i duchowa matka niezależnych komedii romantycznych. Alvy Singer opowiada o swoim czteroletnim związku z Annie Hall. Reżyser po raz pierwszy wprowadza swoje charakterystyczne elementy: terapeutów, relacje z kobietami, ironiczny humor, jazz, neurotyczny bohater, Nowy Jork. I po raz pierwszy zadaje pytania o miłość: czemu nagle odchodzi, dlaczego nie zostaje na dłużej. Dodatkowo została rozbita chronologia, Allen zwraca się bezpośrednio do widza i pojawia się w wydarzeniach, w których nie uczestniczył. I tutaj czuć najsilniej chemię między Allenem a Diane Keaton, która zagrała rolę życia. Recenzja tutaj.

Miejsce 1. – Hannah i jej siostry (1987) – 9/10 

Zapewne wielu z Was zastanawia się, czy nie zwariowałem wybierając Hannę najlepszym dziełem Allena. Ta obyczajowa tragikomedia opowiadają o rozterkach trzech sióstr (Hannah, Lee, Holly) oraz byłego męża Mickeya, który ociera się o śmierć (podejrzenie raka) i gdy wszystko okazuje się być fałszywym alarmem, przeżywa załamanie nerwowe. Kompletna mieszanka opowieści o rodzinie, która może i przysparza czasami kłopotów, ale też może na siebie liczyć. Każdy wątek jest prowadzony w sposób wyważony, refleksyjny i przypomina prostą prawdę: z życia trzeba czerpać garściami. Cudownie jest to zagrane (Farrow, Hershey, Wiest, Allen, Caine, von Sydow), zrealizowane z dużym sercem, ciepłem oraz kolejnym zmysłem socjologa. Recenzja tutaj.

Pewnie widać to, ze jestem wielkim fanem Woody’ego Allena – człowieka zdystansowanego, ironicznego, ale też bardzo ciepłego wobec swoich postaci. Bardziej od kina kocha jazz i Nowy Jork, którego obecność jest silnie obecna w latach 70. i 80. – najlepszym okresie. Nawet jeśli nie jest ostatnio w najlepszej formie, to nie można odmówić mu pasji, konsekwencji (raz na rok kręci i scenariusze pisze w dwa tygodnie), ale potrafi czasem zaskoczyć. Czego można życzyć mistrzowi? Zdrowia i dalszej chęci tworzenia.

Radosław Ostrowski

Crisis in Six Scenes

Mały ekran od dłuższego czasu przyciąga uwagę wielkich twórców kinowych. Tym razem doszło do kolaboracji Amazona z samym Woodym Allenem. Mistrz komedii zrealizował krótki serialik z sześcioma odcinkami toczącymi się w latach 60., podczas rewolucji społecznej.

crisis_in_six_scenes1

Głównym bohaterem jest pisarz Sidney Muntzinger, próbujący zrealizować serial dla telewizji. Mieszka razem z żoną, zajmująca się prowadzeniem terapii małżeńskiej oraz klubem literackim. Spokojne i dość monotonne życie zostaje przerwane, gdy do ich domu włamuje się młoda dziewczyna, Lenny Dale – rewolucjonistka ścigana przez policję.

crisis_in_six_scenes2

Krótka forma i czas trwania (odcinki nie przekraczają nawet 30 minut) powinny sprzyjać seansowi, który bardziej przypomina podzielony film. W zasadzie mamy to, z czego Allen jest znany: trójkąt miłosny, próba ucieczki na Kubę, zderzenie światopoglądowe, próba satyry na mentalność i telewizję. Wiecie, co jednak jest najgorsze? Że to wszystko wygląda jak to siódma woda po kisielu i brakuje tego, co było najmocniejszą bronią Allena: ironiczny humor. I nawet jeśli są tutaj ciekawe pomysły, zostają one brutalnie przerwane i zabite w zarodku. Satyra na telewizję zostaje ograniczona do refleksji, że ogłupia, sceny negocjacji z telewizją są przewidywalne, a animozje wobec Sida oraz Lenny drażnią. Bo ile można słuchać, że ona zżera wszystko, czego on chce. Nawet terapia, gdzie są dwie poróżnione pary nie wypala. Jest też scena pościgu i ucieczki przez skakanie z dachów, ale nawet to nie angażuje. Dopiero finałowe pandemonium, gdzie dochodzi do klinczu wszystkiego ze wszystkimi dochodzi do komediowej eksplozji, ale to za mało, by mówić o udanym tytule. Wszystko jakieś takie błahe – nawet jazzowa muzyka w tle nie oddziałuje tak mocno jak kiedyś.

crisis_in_six_scenes3

Aktorsko jest bardzo, BARDZO średnio. Nie pomaga udział samego Allena w roli głównej, który gra typowego Allena – neurotycznego paranoika, mającego obsesję na punkcie wszystkiego i wszystkich. Tylko, że stało się to tak irytujące, że oglądanie Woody’ego na ekranie sprawia niemal ból istnienia. Nieco lepsza jest Elaine May jako żona Kay, która tak naprawdę jako jedyna wydaje się rozsądną postacią, chociaż jej próby terapeutyczne są dość… ekscentryczne. I tak najbardziej interesująca w tym całym zestawieniu jest Miley Cirus jako oddana sprawie rewolucjonistka. Prawdziwa baba z jajami, walcząca jednak z całym światem.

crisis_in_six_scenes4

W końcu trzeba to głośno powiedzieć – Woody Allen znalazł się w kryzysie twórczym i ten serial jest tego najmocniejszym dowodem. Mam wrażenie, że mój ulubiony reżyser powinien zrobić sobie krótką przerwę, by odzyskać swoją dawną formę. Omijajcie szerokim łukiem.

4/10

Radosław Ostrowski

Nieracjonalny mężczyzna

Abe Lucas jest profesorem filozofii, który jest strasznie przygnębiony. Zostaje przeniesiony na uniwersytet, gdzie ma zostać wykładowcą, a już jego zła sława przyszła wcześniej. Wypalony, zmęczony i dręczony poczuciem bezsensowności egzystencji powoli zatapia się w życiu uniwersyteckiego. Do czasu kiedy poznaje studentkę Jill. Dziewczyna się w nim podkochuje, ale on się opiera. Podczas jedzenia posiłku, oboje podsłuchują rozmowę kobiety skarżącej się wobec nieuczciwego sędziego. Abe postanawia wykorzystać szansę i planuje zbrodnię doskonałą.

nieracjonalny_mezczyzna1

Woody Allen to jeden z tych reżyserów, którzy nawet jak się powtarzają i kręcą jeden, ten sam film, nie schodzi jednak poniżej wysokiego poziomu. Rzadko zdarzają mu się wpadki czy rozczarowania, ale zeszłoroczny film trudno określić innym słowem niż rozczarowanie. Oskarżanie reżysera o wtórność tematyczną jest czymś takim jak czepianie się garbatego, że chodzi krzywo. Bo Allen mimo pewnej powtarzalności zawsze miał duża dawkę uroku oraz trafnej obserwacji. Jednak tutaj trudno mówić o czymś takim w „Nieracjonalnym mężczyźnie” – to kolejna egzystencjalna opowieść o tym, jak życie potrafi być nieobliczalne, o wszystkim decyduje przypadek. To wiemy z innych filmów Nowojorczyka, a dylematy zbrodni i kary w pełni zostały pokazane w znakomitym „Wszystko gra”. I że paradoksalnie dokonanie najgorszego czynu, może dokonać przemiany człowieka (na lepsze).

nieracjonalny_mezczyzna2

W porównaniu z tamtym thrillerem z 2005 roku, przedostatni film Allena zwyczajnie nie trzyma w napięciu. Ani w scenie przygotowania morderstwa, gdy Abe znajduje się w laboratorium i zostaje zauważony przez studentkę czy podczas sceny morderstwa. Sam wątek romansowy też jest poprowadzony dość ślamazarnie i bez zaangażowania. I nie wiem, czy to wina dialogów czy reżyserii Allena, ale nie zagrało to wszystko. Może poza zakończeniem, ale to troszkę za mało.

nieracjonalny_mezczyzna3

Aktorzy starają się, by nadać charakteru swoim postaciom i to oni ratują ten tytuł przed porażką. Klasę potwierdza niezawodny Joaquin Phoenix w brawurowej roli Abe’a. Gdy go poznajemy, sprawia wrażenie wiecznie zmęczonego, zgorzkniałego faceta z zawsze towarzyszącą mu manierką. Ale powoli (i stopniowo) zaczyna na nowo wracać do krainy żywych, chociaż motywacja jest co najmniej dwuznaczna. Równie urocza jest Emma Stone jako niby pewna czego chce Jill, jednak dziewczyna ulega pokręconemu Abe’owi, niejako chcąc być jego kochanką i partnerką. Ale to ona okazuje się być osobą z silniejszym kręgosłupem moralnym. Chemia między tym duetem to w zasadzie największy atut tego filmu.

nieracjonalny_mezczyzna4

Powiedzmy to sobie wprost – „Nieracjonalny mężczyzna” to nie jest najlepszy film w dorobku Allena. To po prostu niezłe kino z zabarwieniu kryminalnym z odrobinką humoru oraz drwiną z wszelkiej maści filozofów teoretyków. Bo najważniejsze jest tutaj przeżycie życia, jakiekolwiek ono jest. Dla mnie to nihil novi.

6/10

Radosław Ostrowski

Magia w blasku księżyca

Stanley Crawford jest iluzjonistą, który zajmuje się demaskowaniem fałszywych medium w czasach przedwojennych. Jego stary przyjaciel Howard prosi go o pomoc. Trafił na tajemniczą Amerykankę o imieniu Sophie Baker, która działa jako medium u rodziny Cathridge’ów, nie mogąc znaleźć żadnych słabych punktów. Stanley wyrusza do Francji, by obalić oszustkę.

magia_w_blasku_ksiezyca1

Woody Allen to jest jeden z niewielu reżyserów, których filmy oglądam w ciemno. Ale nawet w przypadku reżysera takiej klasy, zdarza się nakręcić film słabszy i rozczarowujący. I „Magia…” niestety wpisuje się do tej drugiej grupy. Sama intryga jest prowadzona dość wolno i nawet jest w tym odrobina uroku, jednak wnioski o magicznej stronie miłości to nie jest to, czego się spodziewałem po Allenie. Idzie to wszystko w dość przewidywalnym sznurku, co powoduje pewne zmęczenie. Nie jest w stanie tego ukryć ani piękna strona plastyczna (ładna stylizacja i plenery), ani warstwa muzyczna utrzymana w typowej dla Allena mieszanki jazzu i muzyki klasycznej. Nawet dialogi pozbawione są błysku oraz humoru, choć zderzenie świata optymizmu z cynizmem, racjonalizmu i mizantropii z magia oraz urokiem dawało spore pole do popisu.

magia_w_blasku_ksiezyca3

Sytuację częściowo próbują aktorzy i grający główne role Colin Firth z Emmą Stone grają po prostu czarująco. On – twardo trzymający się ziemi racjonalista do szpiku kości ze sporym ego, ona – czarująca i świadoma swojego uroku. A jak wiadomo, przeciwieństwa się przyciągają. Solidny poziom trzyma Simon McBurney (Howard Burkam) oraz Eileen Atkins (ciocia Vanessa).

magia_w_blasku_ksiezyca2

Allen ma to do siebie, że jego filmografia jest jak sinusoida. Raz idzie w gorę, by gwałtownie nagle spaść w dół. „Magia…” to znacznie lżejsza rozrywka, która dla mnie jest troszeczkę za lekka i zbyt słaba jak na produkcję mistrza. Może następnym razem się uda.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Casanova po przejściach

Fioravante jest samotnym kwiaciarzem w średnim wieku, a jego przyjacielem jest antykwariusz Murray. Ale interesy obydwu panów nie idą najlepiej, jednak Murray ma pewien pomysł: Fior miałby być żigolakiem, a Murray jego alfonsem. Punktem wyjścia całej imprezy była propozycja od pani dermatolog na trójkącik. I tak zaczyna się całkiem niezły interes, ale do czasu.

casanova1

Choć za całość filmu odpowiada John Turturro, to bardzo mocno widać wpływ Woody’ego Allena, który wcielił się w Murraya. Duch Nowojorczyka jest tutaj mocno widoczny: jazzowa ścieżka dźwiękowa, akcja w Nowym Jorku (ładnie sfotografowanym), frustracje na tle seksualnym, wreszcie ironiczne i błyskotliwe bon-moty. Ogląda się to naprawdę nieźle i można odczuć wrażenie, że jesteśmy w domu. Turturro jednak najciekawiej wypada, gdy nie podrabia Allena. Mam tu na myśli wątek skupiony wokół wdowy Avigal (czarująca Vanesssa Paradis), na nowo odkrywającej miłość i namiętność stępioną przez wiarę, który został poprowadzony bardzo subtelnie i delikatnie, co trochę równoważy allenowskie poczucie humoru. Ale cały problem polega na tym, że wiele pomysłów nie zostaje zgłębionych i rozwiniętych, jak chociażby spotkania naszego żigolaka z klientkami. Sam bohater (Turturro) nie jest ani specjalnie przystojny, ani napakowany testosteronem, jednak o nim samym niewiele wiemy. Oprócz tego, że jest samotny i to zderzenie mogło być źródłem humorystycznych sytuacji.

casanova2

Ogólnie wyszła z tego niezła komedia romantyczna pachnąca trochę starym Allenem. Ale na nic więcej nie macie co liczyć.

casanova3

6/10

Radosław Ostrowski


Blue Jasmine

Jasmine była żoną strasznie dzianego faceta w Nowym Jorku. No właśnie, była. Ponieważ jej mąż okazał się oszustem finansowym (kimś w rodzaju Madoffa), została pozbawiona wszelkich środków i nieruchomości. I co może zrobić? Decyduje się przyjechać do swojej siostry na zadupie (czyli San Francisco), by pozbierać się. A może pojawi się jakiś nowy facet?

jasmine1

Wszyscy znamy Woody’ego Allena jako twórcę błyskotliwych komedii z inteligentnymi dialogami, wnikliwymi obserwacjami damsko-męskimi. Ale jego najnowszy film to zupełnie inna półka. Owszem, nie brakuje odrobiny humoru bazującego na zderzeniu świata bogatego z proletariackim, ale jest to bardzo gorzki dramat z bardzo wiarygodnymi portretami psychologicznymi postaci. Wyraźnie jest tutaj skontrastowane spokojne i bardziej ciepłe San Francisco z pełnym blichtru i bogactwa Nowym Jorkiem – pełnym zakłamania i hipokryzji (to miasto poznajemy tylko w retrospekcjach, przeplatających się z rzeczywistością). Ale tak naprawdę jest to historia o tym, że życie nie jest łatwe ani przyjemne, że szklanka jest do połowy pusta. Zaś postacie to przede wszystkim ludzi pełni buty, pozerstwa i głupoty, ale oni nigdy się nie zmienią. I co wtedy zrobić, żeby żyć dalej. Są dwa wyjścia – albo żyć złudzeniami, że jeszcze będzie lepiej (Jasmine) albo pogodzić się z tym faktem i brać wszystko z dobrodziejstwem inwentarza (Ginger). Owszem, widać elementy charakterystyczne Allena (dialogi, jazzowa muzyka i prosta czołówka), jednak tym razem nabiera to innego wydźwięku. I mimo pewnej zmiany tonu, ogląda się to naprawdę dobrze, choć ta pigułka jest naprawdę mocna i brutalnie szczera.

jasmine2

W dodatku jest to naprawdę porządnie zagrane. Nie brakuje tutaj wyrazistych ról takich aktorów jak Bobby Carnivale (trochę prymitywny, ale szczery Chili), Michael Stuhlberg (dr Flicker, podkochujący się w Jasmine), Alec Baldwin (Hal, mąż Jasmine) czy bardzo atrakcyjny Peter Sarsgaard (Dwight, marzący o karierze polityka).

jasmine3

Jednak tutaj dominują panie. Zacznę od świetnej Sally Hawkins – prostej kobiety, która zazdrościła swojej siostrze bogactwa, elegancji, ale jednocześnie nie znosi w niej dystansu wobec reszty. Mocna i ciekawa postać. Ale cały splendor idzie w stronę Cate Blanchett, która tworzy naprawdę wielka kreację. Jasmine to kobieta, która jest przyzwyczajona do życia na pewnym poziomie (nawet spłukana przylatuje samolotem lecąc pierwszą klasą). Co jeszcze? Neurotyczka mająca napady braku oddechu i gadająca czasem do siebie, uzależniona od leków oraz mocno żyjąca złudzeniami, wręcz naiwna. Blanchett gra ta rolę na granicy przerysowania, wręcz groteski, ale tak naprawdę było mi żal tej kobiety i naznaczając ją pewnym tragicznym rysem, nigdy nie przekraczając granicy przesady.

jasmine4

„Błękitna Jasmine” wprawiła mnie mocno w konsternację, gdyż spodziewałem się trochę innego filmu od Allena. Nie oznacza to, że seans był kompletnie nieudany. To kawał mocnego, poważnego kina, które skłania do refleksji i pokazuje Allena z troszkę innej strony.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Paryż-Manhattan

Alice jest córką aptekarza i jedyną w rodzinie, która nie jest z nikim związana. I już jako mała dziewczynka zakochała się w filmach Woody’ego Allena. I przez kilkanaście lat trwa w kawalerstwie, zostaje szefową apteki. I wtedy pojawia się Victor – specjalista od alarmów.

paryzmanhattan1

Allen to filmowiec, którego wpływ na kino jest czymś niepodważalnym, ale dopiero teraz pojawił się film będący hołdem dla Nowojorczyka. Został on zrealizowany przez francuską reżyserkę Sophie Lellouche. I mamy tu wszystko, z czego znany był Allen, tylko że jesteśmy w Paryżu zamiast Nowym Jorku i wszyscy tutaj mówią po francusku. Reszta jest po staremu: neurotyczni bohaterowie (rodzina z nałogami i nawykami), zdradzający mężowie, ironiczne dialogi, jazzowa muzyka i dobry humor, niepozbawiony uroku, zaskakujących sytuacji (w aptece poza lekami są dodawane filmy Allena czy próba kradzieży). No i rzecz jasna pojawia się sam Allen jako wisienka na torcie. W zasadzie film ma jedną małą wadę: jest po prostu za krótki (tylko 80 minut?) i miałem poczucie lekkiego niedosytu. Nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z naprawdę zabawnym filmem, choć może zakończenie zbyt bajkowe, ale mi to nie przeszkadzało.

paryzmanhattan2

I jeszcze jak to jest zagrane. Tutaj brylują urocza Alice Taglioni (Alice) oraz świetny Patrick Bruel (Vincent), który serwuje najlepsze teksty i to wypisz-wymaluj Allen w wersji francuskiej (tylko nie jest neurotykiem). Gdy pojawiają się razem, dosłownie lecą iskry, tak odczuwalna jest chemia. Poza tym duetem i wspomnianym Allenem (nie tylko na fotografii), warto wyróżnić Marine Deltermer (Helene, siostra Alice) i Marie-Christine Adam (matka).

„Paryż-Manhattan” to naprawdę urocza i bardzo sympatyczna komedia z Francji, co nie zawsze jest dobrym połączeniem, ale ja się tu naprawdę dobrze bawiłem. Może dlatego, że jestem fanem Allena i poczułem się tu jak w domu? A wy spróbujecie?

7/10

Radosław Ostrowski