Ray Ferrier jest zwykłym robotnikiem pracującym w porcie. Po rozwodzie kontakt z dziećmi ma tylko w weekendy. I ten jego dość spokojny dzień zostanie przerwany przez dość dziwną burzę, z której wychodzą trójnogie maszyny. A ich celem jest eksterminacja całej ludzkości.

Steven Spielberg od lat kojarzy się z kinem SF. Tym razem postanowił uwspółcześnić klasyczna powieść Herberta George’a Wellsa o ataku kosmitów na Ziemię. Oczywiście, obcy kolejny raz zaatakują Amerykę (bo na niej skupia się prawie cała akcja), jednak szala zwycięstwa wydaje się przejść na stronę przybyszów, których żadna broń nie jest w stanie zniszczyć. Widać pewną rękę reżysera w prowadzeniu opowieści i budowaniu napięcia prostymi środkami, co widać zarówno w scenie pierwszego ataku trójnogów czy w kryjówce u byłej zony Raya. Całość jest bardzo mroczna, choć twórcy unikają jak ognia pokazywania brutalności i przemocy. Ale wizja niszczonego świata i opustoszałej ludzkości buduje klimat samotności, opuszczenia i bezsilności. Samo rozwiązanie i finał niczym nie zaskakują, ale całość jest naprawdę solidna i bardzo dobrze się to ogląda – to widowisko takie, jakie być powinno.

Niestety, jeśli chodzi o grę aktorską już tak dobrze nie jest. Tom Cruise próbujący zerwać z maską superherosa w zdesperowanego i nieradzącego sobie w roli ojca faceta wywołuje co najwyżej niechęć, a grająca córka Dakota Fanning na początku jest nawet zabawna, ale jej krzyki i piski rozdrażniłyby nawet świętego. Jedynym aktorem wybijającym się z reszty dość przeciętnego aktorstwa jest świetny Tim Robbins w roli Harlana Ogilvy’ego, który próbuje podjąć walkę z kosmitami. Cała reszta nie zwraca na siebie uwagi.

„Wojna światów” potwierdza świetną rękę Spielberga do tworzenia niepokojących wizji i budowania suspensu. Jednak cała reszta nie robi już aż takiego wrażenia. Po prostu solidna, rzemieślnicza robota.
7/10
Radosław Ostrowski
