

Po raz pierwszy stykam się z rockowa kapela, która pochodzi z… Japonii. Nazwa wzięła się stąd, że wszyscy członkowie urodzili się w roku 1976, a teraz wydali swój szósty album. I muszę przyznać, że radzą sobie naprawdę nieźle.
Czuć tutaj inspiracje brytyjską nową falą z lat 80, ze szczególnym uwzględnieniem The Smith – widać to w grze gitary elektrycznej („South Area of Taipei” i „December”) oraz raczej średniemu tempu grania. Jest melodyjnie, swoje robi też sekcja rytmiczna oraz klawisze w tle. W zasadzie kompozycje są troszkę do siebie podobne (wyjątkiem jest walczak „Emmett Doc Brown” czy bardzo zimny „All the Choices That We Never Choose”), a różnice miedzy nimi są minimalne – jedynie bardziej rzucają się te utwory, które są śpiewane po japońsku, przez co kompletnie nie rozumiem o co tam chodzi.
Brzmi to całkiem nieźle, jest kilka fajnych melodii, ale brakuje mi tutaj większego zróżnicowania, przez co album mógł być znacznie ciekawszy. A tak jest tylko poprawnie.
5,5/10
Radosław Ostrowski
