Katastrofa w duecie

Podobno jeszcze są ludzie, którym nie znudziło się oglądanie Ryana Reynoldsa. Znany najbardziej z roli Deadpoola aktor w zasadzie gra dość podobnego gościa – uprzejmego i miłego, który pakuje się w kompletnie przerastającą go sytuację. Nie inaczej jest w przypadku nowego filmu platformy Apple Tv+, osadzonego w realiach zimnej wojny. A dokładniej do roku 1987 roku.

W „Mayday” Reynolds gra porucznika Troya „Assassin” Kelly’ego – pilota marynarki, który jest cholernie uzdolniony i lekko egotyczny. Ale jest też cholernie uzdolniony niczym Maverick z znanego „Top Gun”. I to właśnie Kelly zostaje przydzielony do udziału w locie szpiegowskim na terenie Sowietów. Robota była prosta: przelecieć nad celem, zrobić zdjęcia i wrócić. Niemniej samolot zostaje namierzony i zestrzelony, a porucznikowi udaje się katapultować. Problem w tym, że do granicy jest kilka tysięcy kilometrów, znajomość języka rosyjskiego nie należy do zbyt wysokich, a żeby było jeszcze gorzej mocno obrywa w nogę. Wtedy z pomocą przychodzi Nikolaj (Kenneth Branagh ze sporą brodą), który mieszka w chatce pośrodku lasu, jest zafascynowany Ameryką i próbuje zaprzyjaźnić się z Amerykaninem. Fajny facet, poza faktem, że to… agent KGB, choć tak naprawdę to nie.

Duet reżyserski John Francis Daley/Jonathan Goldstein na komedii się zna, co pokazali już w „Wieczorze gier” oraz przygodowym „Dungeons & Dragons: Złodziejski honor”. Ich najnowsze dzieło jest klasyczną kumpelską komedią, gdzie dwóch niedopasowanych bohaterów musi współpracować w realizacji celu. Tutaj mamy amerykańskiego pilota na obcej ziemi oraz ekscentrycznego, zafascynowanego Ameryką (oraz piracką wersją klasyka Tony’ego Scotta) Nikolaja. Nie brakuje tu zderzeń charakterów, coraz bardziej podkręconej akcji z kreatywną pracą kamery (od bójki w barze – a jakże – przez ucieczkę w pociągu po absurdalną jazdę kradzionym… wozem z pociskiem nuklearnym) i zwiedzania dawnego komunistycznego kraju.

Wrażenie tutaj robi przede wszystkim scenografia i rekwizyty, pozwalające wejść w późny komunizm. Zarówno samochody, telewizory, blokowiska jak też stare domostwa na wsi wyglądają bardzo przekonująco (co ciekawe, film kręcono na Węgrzech). W tle grają hity z epoki (ze szczególnym wskazaniem na Bruce’a Springsteena – choć brakuje czegoś z kraju rad) oraz nieinwazyjna muzyka elektroniczna, a humor zwyczajnie działa. Ale przy okazji twórcy serwują zderzenie dwóch mentalności (zniewolonego i zmuszonego do kłamstwa komunizmu oraz pozornie wolnego, choć pazernego kapitalizmu) zmuszające do weryfikacji swoich poglądów i przekonań.

A wszystko działa dzięki paru niespodziankom obsadowym. Reynolds jak to Reynolds – sympatyczny, trochę cwany, choć kompletnie nieodnajdujący się w obcym otoczeniu. Zaskoczeniem okazał się dla mnie Branagh. I to nie dlatego, że płynnie gawarit pa ruski czy wygląda jak metrosekskualny dwarl, ale właśnie on robi tu za herosa kina akcji. Większość walk tutaj robi Brytyjczyk i – ku mojemu zaskoczeniu – wypada o wiele lepiej niż się spodziewałem. A ta dynamika jest prawdziwym paliwem tego filmu. Za to drugi plan kradnie intensywny i wręcz diaboliczny Marcin Dorociński w roli tropiącego naszą parę agenta KBG Wołkowa, będący prawdziwym (prze)koksem oraz zagrożeniem. Na pewno nasz ulubieniec spędza więcej czasu niż w przedostatnim „Mission Impossible”, nawet jeśli jest tutaj jako złol.

Troszkę szkoda, że „Katastrofa w duecie” trafiła na streaming, bo wygląda jak coś idealnego na wypad do kina. Odpowiednio lekki i widowiskowy, z masą akcji i humoru, nawet jeśli bywa czasem przerysowany. Czysty fun i czasem więcej nie trzeba.

7/10

Radosław Ostrowski

Skomentuj