Bracie, gdzie jesteś?

Już w te wakacje pojawi się w kinach „Odyseja” w reżyserii Christophera Nolana. Ale wielkie dzieło Homera było już przenoszone na ekran wielokrotnie. Żadna adaptacja jednak nie była tak nietypowa jak pochodzący z 2000 roku „Bracie, gdzie jesteś?” braci Coen. Jak sami twórcy przyznali, nigdy nie czyli utworu o Odyseuszu, bardziej inspirując się innymi ekranizacjami. Co brzmi jak czyste szaleństwo.

Akcja filmu dzieje się w USA lat 30., parę lat po Wielkim Kryzysie i skupia się wokół trzech zbiegów. Ulysses Everett McGill (George Clooney) jest najbardziej wygadanym z trójki, z twarzy podobny do Clarka Gable’a, strasznie dba o swoje włosy. Pozostali jego wspólnicy są mniej lotni, a nawet dość prości: wierzący w różne dziwności Delmar (Tim Blake Nelson) oraz lekko nerwowy Pete (John Turturro). Cała trójka jest skuta łańcuchem i razem ucieka. Po co? By znaleźć zakopany łup z napadu na ciężarówkę, jakiego dokonał Ulysses. Tylko droga do niego nie będzie wcale łatwa.

Reżyserski duet wrzuca od razu w klimat Południa przy scenie śpiewania więźniów podczas pracy na torach. Skoro jesteśmy na Południu, gdzieś w okolicach Luizjany, Nowego Orleanu czy innego Mississippi, to w tle gra blues, bluegrass oraz szeroko rozumiane country. Jednak sama historia pozornie idzie w znajomym kierunku wobec „Odysei”: jest Odyseusz (Ulisses), jest ślepy prorok (nie jedyny niewidomy), jednooki olbrzym (tutaj sprzedaje Biblię), nawet są śpiewające syreny (a tak naprawdę to praczki) oraz Penelopa (ona jednak ma pewien problem z wiernością). Jednak szczegóły to Coenowie pełną gębą – mieszanka inteligentne dialogi z odrobiną slapsticku, zmieszane z galerią barwnych i ekscentrycznych postaci: niewidomego prowadzącego radio (Stephen Root), tropiącego zbiegów gliniarza w ciemnych okularach z czarnym psem; George „Buźka” Nelson – legendarny gangster, napadający na banki i zdrowo porąbany czy czarnoskóry gitarzysta, co sprzedał duszę diabłu za grę na gitarze. A potem jeszcze mamy „Chłopaków z Mokradeł” czy Ku Klux Klan (ich zebranie oraz próba egzekucji to najjaśniejszy punkt filmu), wywołujące jeszcze większe zamieszanie.

Całość wygląda bardzo pięknie, co jest zasługą niezawodnego Rogera Deakinsa, z mocnym nasyceniem żółci i zieleni. Od mokradeł, lasów po miasteczko i bank – czuć realia lat 30.: od rekwizytów (pomadka) aż po stroje i scenografię. Gdzieś tu czuć troszkę klimat „Bonnie i Clyde”, nawet jeśli skręcamy w sceny kompletnie absurdalne. Coenowie świetnie odnajdują się w tej pokręconej historii o miłości i przyjaźni.

Wszystko na swoich barkach dźwiga fantastyczny George Clooney. Jego Ulysses to złotousty cwaniaczek, z aparycją przystojniaka, próbujący lawirować między różnymi przeciwnościami. Potrafi być zarówno poruszający (modlitwa przed planowaną egzekucją), jak i rozbawić (występ jako lider „Chłopaków z Mokradeł” w przebraniu). Także partnerujący mu Turturro oraz Nelson świetnie się uzupełniają, ze swoimi prostolinijnymi temperamentami. Jednak to wszystko jest ubarwione przez masę drugoplanowych postaci: od niezawodnego Johna Goodmana (Wielki Dan Teague) przez cudownego Michaela Badalucco (gangster George „Buźka” Nelson) i bardzo solidnego Chrisa Thomasa Kinga (Tommy Johnson) aż po Holly Hunter (Penny McGill, żona Ulyssesa) oraz Charlesa Durninga (burmistrz O’Daniel).

Pierwsze dzieło braci Coen stworzone na progu tysiąclecia jest bardzo udaną komedią, okraszoną silną nutą nostalgii. Jeden z najpiękniejszych wizualnie filmów w dorobku rodzeństwa, luźno czerpiące z wielkiego eposu Homera, fantastyczną muzyką i aktorstwem. Może przesłanie o tym, że nie zawsze skarbem jest to, co materialne nie jest czymś zaskakującym, czyni ono całość bardzo satysfakcjonującą.

7,5/10

Radosław Ostrowski

 

 

Głos Hind Rajab

Pojawiają się co jakiś czas filmy, które nazwałbym interwencyjnymi, niejako dotyczące bardzo świeżego, palącego tematu. Zazwyczaj są to filmy dokumentalne jak „20 dni w Mariupolu”, ale są też fabularne dzieła jak „Chciwość” (początki kryzysu ekonomicznego z 2008 roku). Teraz do tego grona trafia francusko-tunezyjski „Głos Hind Rajab”, dotyczący bezustannej wojny między zbrodniczym państwem Izrael a Palestyną. I opartej na faktach.

Jednak nie zobaczymy wojny, będąc na polu bitwy czy oblężonym mieście. Tak naprawdę będziemy w siedzibie Czerwonego Półksiężyca na Zachodnim Brzegu, przyglądając się dyspozytorom-wolontariuszom. Jest 29 stycznia 2024 roku i w sumie dzień jak co dzień. Telefon goni telefon, pracownicy odbierają telefony i próbują jakoś pomóc. Właśnie wtedy pojawia się kolejne połączenie – tym razem dzwoni niejaka Hind Rajab. Dziewczynka, jadąca samochodem z wujostwem, lecz pojazd został ostrzelany przez wojsko w okupowanej Gazie. Przeżyła tylko ona, ma 6 lat i reszta rodziny nie żyje.

Tunezyjska reżyserka Kaouther Ben Hania opowiada historię niby o wojnie, jednak sama wojna jest gdzieś w tle. Jedynie słyszalna podczas rozmowy telefonicznej (użyte zostały prawdziwe nagrania, co zostaje podane na samym początku filmu i – także podczas seansu – widzimy w prawym, górnym rogu nazwę pliku) oraz pewne archiwalia na samym końcu. Ale do tego jeszcze dojdę. Cały czas jesteśmy w siedzibie organizacji, próbując ratować życie innym. Problem w tym, że wiele zależy nie tylko od nich. Sama skomplikowana procedura, w której wiele zależy od okupującego wojska i Czerwonego Krzyża z jednej strony ma sens w tej rzeczywistości, ale z drugiej wywołują frustrację, bezsilność oraz wściekłość.

Momenty rozmowy z coraz bardziej przerażoną Hinb od razu skojarzyły mi się z „Winnymi”. Kamera jest bardzo blisko zarówno dyspozytorów: Omara i Rany. Poza tą dwójką jest jeszcze ich szef Mahdi oraz psycholożka Nisreen. Coraz silniej czuć tą nerwową atmosferę, a także jak bardzo ta bezsilność, wręcz wściekłość wobec tej chorej, niedorzecznej sytuacji. Bezkarności wojska, które zabija wszystkich jak leci (ktoś pamięta, jak rozwalili konwój Polskiego Czerwonego Krzyża?) i dającego zielone światło wobec karetek oraz bezpiecznej drogi. Wszystko to się gotuje w bardzo brutalnym, mocnym zakończeniu. Tutaj reżyserka pokazuje bliżej rodzinę dziewczynki oraz odrobinę prywatnych materiałów, a także finał tej całej sytuacji.

Ciężko jest przejść obojętnie wobec całej tej sytuacji, mimo że jest prezentowana tylko za pomocą dźwięków. „Głos Hind Rajab” jest zdecydowanie filmem ważnym, powstałym pod wpływem gniewu i sprzeciwu wobec niesprawiedliwości, bezradności oraz zbrodni. Zostaje w głowie na bardzo długo.

8/10

Radosław Ostrowski

Pali się, moja panno

„Pali się, moja panno” – ten tytuł kojarzył mi się z piosenką zespołu Buldog. Ale tak też został nazwany ostatni film Milośa Formana nakręcony w Czechosłowacji. Produkcja została zablokowana w kraju, a kiedy zbliżały się wojska Układu Warszawskiego rok później podczas praskiej wiosny, reżyser uciekł do Stanów Zjednoczonych. Poprosił o azyl i tam zaczął tworzyć kolejne filmy. Zanim jednak dojdziemy do tego, skupmy się na ostatnim czeskim dziele.

Akcja dzieje się w małym miasteczku w trakcie balu z okazji Dnia Strażaka. Podczas imprezy ma się odbyć także: konkurs piękności, loteria z fantami do wygrania oraz wręczenie najbardziej zasłużonemu strażakowi prezentu. Komitet organizacyjny jest przygotowany, zwarty i gotowy. Fanty na miejscu i sprawa wydaje się być zaplanowana do najmniejszego szczegółu. Tylko, że… nie. Sprawy dość szybko zaczynają się komplikować, doprowadzając do nieoczekiwanych sytuacji.

Tym razem Forman zrealizował ten film w kolorze, do tego niemal w całości osadzając w jednym miejscu oraz tworząc bardziej zwartą opowieść. Już od samego początku widać, że będzie to bardziej satyryczne spojrzenie na rzeczywistość. Porządek jest pozorny, zaś każda próba utrzymania go się kończy kompletnym chaosem: fanty zostają skradzione, panie nie są zbyt chętnie wziąć udział w konkursie (niektórzy nawet serwują drinki dla komitetu), a komitet próbuje robić dobrą minę do złej gry. Z każdą minutą sytuacja robi się absurdalna, panowie kierujący – dużo starsi i mniej ruchliwi – okazują się bardziej nieporadni, safandułowani. Atmosferę potęguje marszowa muzyka w tle czy niektóre mocne dialogi. Wszystko zostaje spięte bardzo gorzkim finałem, kiedy dochodzi do pożaru w okolicy.

Ze wszystkich „czeskich” filmów w dorobku Formana „Pali się, moja panno” jest najbardziej zwarty i spójny w swojej formie. Świetnie zagrany, mocniej ocierający się w absurd i ostrzej w niedorzeczny, niewydolny system. Jeśli kojarzy wam się z „Rejsem” Marka Piwowskiego, to jest to właściwy adres.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nowokaina

Chyba żaden film akcji w ostatnich latach nie miał takiego wpływu na gatunek jak „John Wick”. Można stwierdzić to także po ilości (lepszych lub gorszych) naśladowców – od wersji kobiecej („Atomic Blonde”) przez drugowojenną („Sisu”) aż po okraszone humorem („Nikt”). Teraz pojawił się jeszcze bardziej komediowa „Nowokaina”. Z prostym konceptem, który chyba nie do końca został wykorzystany.

Tytułowy „Nowokaina” to ksywa Nathana Caine’a (Jack Quaid) – pozornie 30-letniego faceta, który pracuje w banku w San Diego. I to nie jako szary pracownik, lecz zastępca kierownika. Lubi grać w gry, jest strasznie nieśmiały oraz ma paskudne choróbsko. Otóż Nate kompletnie nie czuje bólu fizycznego, co może brzmieć jak supermoc. Ale nie oznacza to, że nie może się wykrwawić, połamać i nawet stracić kończyny, nie mając o tym pojęcia. Jednak jego życie w kokonie się zmienia, kiedy w końcu umawia się z dziewczyną swoich marzeń – Sherry (Amber Midthunter). I może coś by z tego wyszło, gdyby nie… napad na bank. Nawet nie chodzi o to, że skradziono kasę i zastrzelono kierownika, ale porwano Sherry. I nasz „Nowokaina” postanawia na własną rękę odbić dziewczynę.

I już tutaj widać dokąd zmierza to wszystko. Duet reżyserski Dan Berk/Robert Olsen tworzy niby „Johna Wicka”, ale będącego kompletnie przypadkowym herosem. Skoro może znieść wiele w trybie pierdoła/superman (bicie, pchnięcia, postrzał, kłucia, nawet poparzenie), robiącego rzeczy wbrew sobie. I mającego więcej szczęścia niż przeciętny Kowalski, co postanowił zgrywać twardziela. Problem jednak w tym, że po mocnym uderzeniu oraz dobrze zrobionej pierwszej konfrontacji w kuchni restauracyjnej zaczyna brakować energii. Całość staje się przewidywalna (włącznie z kwestią złodziei/porywaczy), z krótkimi przebłyskami geniuszu (dom jednego ze złoli pełen pułapek), ale nie zapada za mocno w pamięć. Nawet humor też nie do końca trafia, co widać w przypadku duetu policjantów.

Sytuację częściowo ratuje uroczy i rozbrajający Jack Quaid w roli tytułowej, dając sporo frajdy. Same jego reakcje na absurdalne sytuacje, gdzie dokonuje bardzo brutalnych eliminacji, dostając solidny łomot to małe złoto. Może czasem przypomina Hughiego z „The Boys” (szczególnie na lunchu), jednak z czasem to zmienia się w coś własnego. Drugi plan nie ma tu zbyt wyrazistych postaci, choć nikt nie gra tu źle (najbardziej wybija się Amber Midthunder w roli „dziewczyny” oraz w drobnym epizodzie Jacob Balaton jako kumpel growy).

Nowokaina” przypomina granie w grę z wpisanym kodem na nieśmiertelność. Niby daje to frajdę z grania, ale nie czuć kompletnie stawki i po pewnym czasie przestaje angażować. Był tu potencjał na fajne, lekkie kino rozrywkowe, lecz nie do końca to zagrało.

6/10

Radosław Ostrowski

Miłość blondynki

Kolejne spojrzenie Milośa Formana na życie młodych w komunistycznej Czechosłowacji. Po „Czarnym Piotrusiu” tym razem przyszła kolej na „Miłość blondynki”. Czyli kolejne zderzenie młodej naiwności z rzeczywistością, która nie ma wspólnego z niczym, czego się można było spodziewać.

Akcja dzieje się w małym miasteczku, gdzie znajduje się fabryka butów. Tam pracuje masa młodych dziewczyn, mieszkających gównie w hotelu robotniczym. Jedną z nich jest blondwłosa Andula (Hana Brejchova) – dziewucha jakich wiele. Niby ma chłopaka, ale ten pojawia się rzadko i nie wydaje się traktować wszystkiego poważnie. A fakt, że dziewczyn i kobiet jest więcej niż chłopców (na jednego mężczyznę przypada 16 kobiet), więc dyrektor fabryka wpada na dość nietypowy pomysł rozwiązania tej sytuacji. Mianowicie zostaje ściągnięte wojsko, bo młodzi oraz piękni chłopcy przyciągną młode dziewczyny. I będzie bardzo fajnie. Jednak uwagę Anduli zwraca młody pianista Mila (Vladimir Pucholt). Chłopak z dużego miasta, czarujący i obyty. Nic dziwnego, że dziewczyna chce się z nim związać.

Reżyser nadal kontynuuje swój dokumentalny styl z „Czarnego Piotrusia”, gdzie mamy sporo obserwacji i ujęć początkowo nie chcących się kleić w jakąkolwiek fabułę. Zaczynamy od dziewczyny z gitarą o kruczoczarnych włosach, a po drodze przeskakujemy po różnych miejscach: od fabryki po hotel robotniczy, a nawet zebranie egzekutywy. Wszystko na czarno-białej taśmie, pokazując szarzyznę dnia codziennego oraz panującą nudę. Nawet pojawiający się żołnierze mocno odbiegają od propagandowych obrazków: panowie w średnim wieku, żonaci, a nawet noszący okulary. Kiedy próbują poderwać robią to dość nieudolnie. Więc raczej nie jest dziwne, że dziewczyna jest tak zauroczona miejskim chłopcem.

Forman pokazuje to zauroczenie bez cynizmu czy złośliwości, ale z zaskakującą czułością. Jest tu sporo liryzmu, elegancko przedstawiona nagość oraz zadziwiająco sporo humoru. Wszystko jednak nabiera mocniejszego uderzenia w gorzkim finale, gdy Andula przyjeżdża do domu rodziców chłopaka. Z walizką. Więcej wam nie zdradzę, bo warto się z całością zmierzyć. Pełna naturalnego aktorstwa, z uchem do dialogów oraz zmysłem obserwacji, pozbawionym szyderstwa oraz złośliwości. „Miłość blondynki” może wydawać się naiwną pogonią za złudzeniami, jednak jest w tym portrecie bardzo szczera, pozbawiona dydaktyzmu i moralizatorstwa.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Hamnet

UWAGA!
Recenzja zawiera spojlery. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Są takie filmy, które odbierają widzowi mowę, bo słowa wydają się być takie pozbawione ciężaru i mocy. Jak wiadomo obraz (kadr) wyraża więcej niż tysiąc słów, jednak postaram się podjąć tego wyzwania. A wszystko dotyczy nowego dzieła Chloe Zhao, czyli adaptacji powieści Maggie O’Connell „Hamnet”. Jeśli wam ten tytuł podobnie jak jedno z największych dzieł niejakiego Williama Szekspira, to nie jesteście osamotnieni.

Bo historia skupia się wokół młodej, dość specyficznej pary z drugiej połowy XVI wieku. Agnes (Jessie Buckley) często spędza czas w lesie, posiada sporą wiedzę zielarską, ale miejscowi traktują ją jako „wiedźmę”. Dziś byśmy powiedzieli, że to outsiderka. Lecz to właśnie ona wpada w oko młodemu facetowi, niejakiemu Szekspirowi (Paul Mescal). Syn szewca z aspiracjami literackimi oraz pustymi kieszeniami, próbuje spłacić dług ojca jako nauczyciel łaciny. Jednak coś zaczyna iskrzyć między nimi i wbrew woli rodziców (obojga) biorą ślub. W końcu udaje mu się znaleźć pracę w Londynie, ale kobieta zostaje w Strafford razem z trójką dzieci. Kiedy William pracuje w teatrze londyńskim, wybucha epidemia, doprowadzając do choroby oraz śmierci jedynego syna.

Reżyserka Chloe Zhao prowadzi swoją narrację powoli, bo i czasy były wtedy dużo wolniejsze. Na pierwszy rzut oka wydaje się nic nie dziać, sporo jest długich oraz statycznych ujęć. A także bardzo wielu momentów ciszy i skupienia. W sumie Zhao przygląda się młodym ludziom oraz prowadzonemu przez nich spokojnemu życiu. Do czasu, bo musi stać się nieuniknione. I to powolne tempo potrafi dać się we znaki, tak jak bardzo delikatna reżyseria. Zdarzają się jednak momenty bardzo intensywne jak dwa porody Agnes (jeden w lesie, drugi w domu z powodu powodzi), próba teatralna, gdzie Szekspir nasłuchuje aktora i kamera niemal pokazuje twarz autora czy wręcz desperacka walka o życie dziecka. Te chwile trzymały mnie najmocniej, bardzo angażując. Ale „Hamnet” pokazuje, że żałoba oraz cierpienie niekoniecznie musi być głośna, pełna ekspresji, wielkich słów. I jak każdy przeżywa ją inaczej, także na swój sposób sobie z nią radząc.

Technicznie ten kameralny film prezentuje się bardzo dobrze. W szczególności przepiękne oraz przemyślane zdjęcia Łukasza Żala w połączeniu ze scenografią oraz kostiumami tworzą ucztę dla oka. Nawet jeśli praca kamery jest powolna czy statyczna, oszałamia. W tle jeszcze gra delikatna muzyka Maxa Richtera. I to uczyniłoby w zasadzie dobry film. Ale dopiero trzeci akt oraz finał z wystawieniem „Hamleta” daje emocjonalną bombę. Ona sprawiła, że film Zhao zyskał więcej w moich oczach.

A to wszystko jeszcze bardziej trzymała na swoich plecach rewelacyjna Jessie Buckley. Będąca w silnym związku z naturą, początkowo jest pełna życia, energii oraz pasji. Jednak tragedia zmienia ją w bardzo wyciszoną, zjadaną przez ból kobietę, nie potrafiącą się pogodzić z najgorszym. Wręcz przypomina żywego trupa. Ta rola jest prawdziwym sercem tego filmu, bez której nawet w tych spokojniejszych momentach by nie działała. Zaś w ostatnim akcie wypada kapitalnie i jest to kreacja godna wszystkich nagród. Towarzyszący jej Paul Mescal w roli Szekspira prezentuje się więcej niż dobrze. Wydaje się bardziej zagubiony, pełen marzeń, a jednocześnie bardzo wycofany, niezbyt towarzyski i mało komunikatywny. Jednak czuć silną chemię między nim a Buckley: od opowiedzenia w lesie historii Orfeusza przez krótkie chwile między podróżami do miast aż po ostatnią scenę pełną samych spojrzeń. Świetnie się oboje wygląda. Na drugim planie całość kradnie niezawodna Emily Watson (matka Williama, zmieniająca swoje nastawienie wobec synowej – jej monolog o tym, że niczego nie można brać za pewnik – kapitalny), świetny Joe Alwyn (brat Agnes) oraz aktorzy dziecięcy: Olivia Lynes (Judith) i Damien Jupe (Hamnet).

Po flircie z blockbusterowym kinem w postaci „Eternals”, Chloe Zhao ze swoim „Hamnetem” wraca do bardziej kameralnego, intymnego kina. Dla wielu ta delikatność i spokój może wywołać znużenie przez dwie trzecie filmu, wszystko jednak spina się w samym zakończeniu. Bardzo satysfakcjonującym, poruszającym i pokazującym oczyszczającą siłę sztuki. Zdecydowanie warto zabrać ze sobą chusteczki.

8/10

Radosław Ostrowski

 

 

28 lat później – część II: Świątynia kości

UWAGA!
Tekst zawiera spojlery dotyczące fabuły „28 lat później”.

Chyba nikt tak szybko nie spodziewał się kontynuacji do „28 lat później”, czyli historii o tym, że człowiek człowiekowi zombie. Wynika to z prostego faktu: obydwa filmy były kręcone równocześnie. Jest to o tyle imponujące, że „Świątynię kości” nakręciła Nia DeCosta, a nie Danny Boyle. Czy to się jakoś odbiło mocno na jakości?

Akcja dzieje się troszkę po wydarzeniach z poprzedniej części. Nasz nastoletni Spike (Alfie Williams) trafił do grupy złośliwie po seansie nazywano Power Rangers pod wodzą Jimmy’ego (Jack O’Connell). Ale tak naprawdę Palce są brutalnym gangiem i jego lider to nawiedzony satanista, wymagający bezwzględnego posłuszeństwa. Chłopak nie bardzo radzi sobie z zaadaptowaniem się do nowego otoczenia, ale szansa ucieczki w zasadzie nie istnieje. W tym samym czasie doktor Kelson (Ralph Fiennes) ciągle siedzi w swojej samotni z czaszek, budując dziwną więź z niejakim Samsonem – Alfą z długimi włosami oraz ogromną posturą. Więź to może za dużo, bo lekarz wali w niego strzałkami z morfiną. Zaczyna jednak zauważać pewne zmiany w zarażonym, co może doprowadzić do zwalczenia wirusa.

Już od pierwszy scen widać poważną zmianę w stylu oraz reżyserii. DaCosta nie bawi się w szalony montaż Boyle’a, jednak pozostaje bardzo intensywnym kinem. W zasadzie mamy dwie historie, które przez większość czasu dzieją się obok siebie. W końcu jednak musi dojść do zderzenia brutalnej siły fanatyzmu i religijnej manipulacji z racjonalizmem. Nasz Spike zostaje zepchnięty na dalszy plan, próbując znaleźć swój wzorzec i kogoś dającego bezpieczeństwo w tym „dzikim” świecie. Kogo wybierze? Odpowiedź raczej nie zaskoczy, o ile jakiś wybór będzie.

Nie oznacza to jednak, że „Świątynia kości” nie jest horrorem. Każde pojawienie się zarażonego wywołuje niepokój, choć dość szybko są eliminowani. Jednak największa groza pojawia się podczas sceny w domku na wsi, gdzie gang wpada do środka i… udziela „łaski” jego mieszkańcom. Wtedy jest krwawo (w opór i bez znieczulenia), wręcz makabrycznie, co prowadzi do oczywistej konfrontacji. Nieoczywiste jest tu rozwiązanie z niemal tanecznym popisem lekarza do rytmu Iron Maiden (kapitalnie zmontowana i nakręcona z furią) oraz zaskakującym cameo. Nic więcej nie zdradzę, bo jest tu parę niespodzianek. Jeszcze bardziej jest tu podbite skojarzenie między światem po wirusie do pandemii i Brexitu, z grupką zagubionych dzieciaków, pozbawionych jakiejkolwiek nadziei oraz ludzi próbujących przetrwać. Wydaje się, że powrotu do przeszłości nie będzie.

Technicznie jest inaczej niż w pierwszej części, ale to stonowanie naprawdę działa. Jest tu parę time lapse’ów (przyspieszenia czasu), kamery „przyklejonej” do sylwetki, świetnej muzyki z lat 80. oraz zadziwiająco sporo humoru. Wygląda to wizualnie bardzo dobrze, z pięknymi zdjęciami i momentami wyciszenia. A wszystko na barkach trzyma Ralph Fiennes oraz Jack O’Connell. Pierwszy to lekarz żyjący przeszłością, wyznający zasadę memento mori i pełen pokory. Ten drugi, przypominający z wyglądu Jimmy’ego Savile’a (brytyjskiego dziennikarza, DJ-a oraz – jak się okazało po śmierci – seryjnym pedofilem), z dużym krzyżem na piersiach jest nieobliczalny, szalony i bardzo sprytny. W każdej chwili może zaatakować, bez mrugnięcia okiem, modląc się do ojca (Starego Nicka).

„28 lat później: Świątynia kości” może nie rozwija świata przedstawionego, ale DaCosta jest o wiele bardziej skupiona formalnie i tematycznie. Z bardzo satysfakcjonującym finałem, wyrazistymi postaciami oraz konfrontacją światopoglądową, które prowokuje do myślenia. Wielu mówi, że to najlepsza część serii – sam nie widziałem poprzednich części, by rzucić taką tezę – lecz na pewno świetnie uzupełnia się z poprzednikiem.

8/10

Radosław Ostrowski

Ballada o drobnym karciarzu

Każdy kontynent ma swoje miasto, będące wielką stolica hazardu i kasyn. W Ameryce jest Las Vegas, w Europie – Monte Carlo, zaś w Azji byłoby to Makau. Ta dawna portugalska kolonia jest miejscem akcji filmu „Ballada o drobnym karciarzu” – najnowsze dzieło Edwarda Bergera stworzone dla Netflixa.

Tytułowym karciarzem jest lord Doyle (Colin Farrell), a przynajmniej tak się przedstawia. Wygląda jak jeden wielki bajzel z tymi niewyspanymi oczami (przekrwionymi), czerwonym garniturem oraz żółtymi rękawiczkami. Dużo butelek w pokoju, żarcie oraz bardzo mało kasiory. Ale w końcu się odbije – dziś, jutro, za tydzień, wkrótce. A pieniędzy potrzebuje i to szybko – na już, na teraz, zaraz. Ma masę długów do spłacenia, zaś szczęście już dawno go odpuściło. Do tego stopnia, że nawet nie może nigdzie dostać kredytu. Wszystko zmieniają dwie kobiety. Pierwsza to lichwiarka Dao Ming (Fala Chen), która daje mu kredyt i wsparcie, zaś druga to niejaka Betty (Tilda Swinton), która go ściga i chce dopaść.

Sama historia jest bardzo prosta i nieskomplikowana, bo Berger nie wchodzi zbyt głęboko w kwestię hazardu oraz uzależnienia. Dla niego jest to pretekst do historii odkupienia oraz wyjścia z pętli nałogu. Jak na miasto hazardu przystało, wali neonowymi kolorami, obiecuje bogactwo i przyciąga ludzi obietnicą nowego, dostatniego życia. Każdy może być kim chce i udawać, ale cena do zapłacenia może być wysoka. Czuć coraz bardziej zapętlającą się pętlę, zaś każda próba wyrwania się kończy się zapadnięciem w większą dziurę. Pewnym dodatkiem jest pewien element etnicznego posmaku: nasz heros nazywany jest gwei lo (biały duch), jakby zupełnie był kimś przezroczystym, nieobecnym; w tle trwa Święto Zmarłych, zaś wokół „lorda” krążą dziwne rzeczy oraz oniryczne sceny. Dlaczego ta lichwiarka próbuje mu pomóc? Co się naprawdę dzieje? Czy nasz protagonista naprawdę żyje, a może jest duchem? I muszę przyznać, że ten film działa na poziomie immersyjnym. Czuć tutaj poczucie ciągłego osaczenia i pułapki, z której nie ma ucieczki.

Wizualnie całość wygląda pięknie niczym film Refna, gdzie każdy kadr oszałamia kolorami, bawi się kątami oraz ustawieniami kamery. Płynnie jest to zmontowane, podkreślając niepokojącą atmosferę. I jeszcze w tle ta oszczędno-sakralna muzyka, brzmiąca niczym zapowiedź końca świata, że stanie się coś nieuniknionego, ostatecznego. Tym bardziej zaskakuje finał, który skręca w nieoczywistym rejonie. A wszystko trzyma na swoich barkach niezawodny Colin Farrell, dający z siebie więcej niż fabryka daje. Jego rozedrgane oczy, niemal ciągłe patrzenie przed siebie i fasada eleganckiego dżentelmena, skrywająca desperata, samotnika oraz „uroczego” krętacza.

Choć sam film spotkał się z dość mieszanym odbiorem, to „Ballada…” jest zadziwiająco solidnym thrillerem psychologicznym. Bardzo oszczędnym w treści i może przez to wydawać się mało interesującym, ale trudno oderwać oczu od specyficznego klimatu i magnetyzującego Farrella.

7/10

Radosław Ostrowski

Sny o pociągach

Aż dziwne, że w tak rozpędzonych, pełnych bodźców oraz szybkich cięć montażowych powstał dla platform streamingowych taki film jak „Sny o pociągach”. Dzieło jakby nakręcone w latach 60. czy 70., które dopiero teraz zostało wygrzebane z czyjegoś strychu. Może wynika to z faktu, że jest to historia osadzona w pierwszej połowie XX wieku. Czyli czasach o wiele wolniejszych niż dzisiaj.

A bohaterem jest Robert Grainer (Joel Edgerton) – facet w zasadzie pozbawiony przeszłości (rodzice nie żyją, dlaczego? – nie wiadomo), idący przed siebie nie mając żadnego celu, planów i przyszłości. Pracuje jako drwal podczas wyrębu lasu, więc jest w stanie się utrzymać. Ale jego życie zmienia się w momencie, kiedy poznaje Gladys (Felicity Jones). Bierze z nią ślub, stawia dom, oboje mają córkę i jak zawsze wyrusza do pracy. Strasznie daleko od domu, więc nie zawsze ma czas być z rodziną. Zwłaszcza kiedy trwa I wojna światowa i zapotrzebowanie na drewno jest spore.

Dla reżysera Clinta Bentleya adaptacja powieści Denisa Johnsona to opowieść jednocześnie kameralna i monumentalna. Kameralna, bo skupia się na losach jednego człowieka. Monumentalna, bo rozgrywa się na przestrzeni 60 lat. Głównie w lasach, z ogromnymi drzewami starszymi niż ktokolwiek z żyjących ludzi. Nie brzmi jak coś ekscytującego, ale to tylko pozory. W tych chwilach wyciszenia reżyser skupia się na człowieku w otoczeniu wielkiej i silnej przyrody, która potrafi być bezwzględna. Zwłaszcza mieszkając blisko niej, ale w pewnym momencie film zaczyna budzić skojarzenia z… „Manchester by the Sea” Kennetha Lonergana. Skąd to skojarzenie? Z powodu udręki, jaka spotyka naszego bohatera po poważnej tragedii i poczucia bycia ukaranym przez los. Wszystkiemu towarzyszy narracja z offu w wykonaniu Willa Pattona, gdyż nasz bohater nie należy do zbyt rozmownych osobników, przez co ciężko wejść do jego głowy. Zazwyczaj coś takiego wydaje się drogą na łatwiznę, jednak tutaj się tu uzupełnia.

Całość okraszona jest wręcz pięknymi zdjęciami oraz delikatną muzyką, która pomaga w budowaniu bardzo melancholijnej atmosfery. Takie kontemplacyjne wręcz spojrzenie na ludzkie życie, gdzie drobiazgi zaczynają nabierać większego ciężaru. Szczególnie widać to w sennych montażach. Swoje dopełnia też oszczędna scenografia i kostiumy, świetne dialogi oraz galeria postaci drugoplanowych: od cytującego Biblię Apostoła Franka (Paul Schneider) przez doświadczonego Arna (kradnący ekran William H. Macy) i sklepikarza Ignatiusa Jacka (dobry Nathaniel Arcand) aż po strażniczkę lasu Claire (urocza Kerry Condon). Ale tak naprawdę liczy się tu bardzo wycofany i skupiony Joel Edgerton, będący mieszanką opanowania, niepewności oraz lęku. Im dalej podążamy za nim, tym bardziej widać jego zagubienie, smutek i ból, tłumiony, duszony, w kontrze do cudownej i czarującej Felicity Jones, będącej tą ciepłą przystanią, do której chce się wracać.

Chyba nikt się nie spodziewał takiej drobnej perełki od Netflixa. Piękny, bardzo wyciszony i jednocześnie bardzo uderzający emocjonalnie dramat o człowieku zderzonym ze światem. Niby to nic niezwykłego, ale jak już się wejdzie do tego świata, zostanie po seansie dłużej niż się wydaje.

8/10

Radosław Ostrowski

Wielka Warszawska

Tytułowa Wielka Warszawska to najbardziej prestiżowe wyścigi konne w Europie, która odbywa się od 1895 roku na warszawskim torze Służewiec. I to wokół tego wydarzenia toczy się akcja nowego filmu sensacyjnego. Oparty na scenariuszu Jana Purzyckiego, będącą częścią nieoficjalnej trylogii (po „Wielkim Szu” i „Piłkarskim pokerze”) skupionej wokół hazardu, sportu oraz korupcji, był jednym z bardziej oczekiwanych polskich filmów tego roku. Czy warto było czekać?

Akcja toczy się w roku 1991, skupiając się wokół młodego i aspirującego dżokeja Krzyśka Salomona (Tomasz Ziętek). Chłopak z Sopotu pracuje w stajni pod okiem trenera Jana Peltza (Tomasz Sapryk), doglądając koni i marząc o braniu udziału w wyścigach. Tak jak kiedyś jego ojciec (Ireneusz Czop) wygrał prestiżową Wielką Warszawską w 1969 roku. Problem w tym, że zrobił to wbrew oczekiwaniom bukmacherów i za to złamano mu nogę. Jednym z egzekutorów był niejaki Omar (Marcin Bosak), który obecnie ustawia wyniki. Jednak wskutek okoliczność Krzysiek wsiada na konia i zaskoczeniu wszystkich wygrywa. Tutaj zaczyna się prawdziwa gra, gdzie chłopak zostanie zderzony z brutalną rzeczywistością układów oraz przekrętów.

Tym razem za kamerą stanął Bartłomiej Ignaciuk, który zadebiutował zaskakująco udaną komedią romantyczną „Podatek od miłości”, a także współreżyserował „Wielką wodę”. Więc na pierwszy rzut oka był to zaskakujący wybór do realizacji tego typu produkcji. Niemniej muszę przyznać, że byłem dość pozytywnie zaskoczony. Reżyser przekonująco odtwarza realia początków III RP – kraju będącego na skraju sporych możliwości oraz potencjału. Powoli razem z bohaterem zaczynamy odkrywać kolejnych graczy, którzy próbują zarobić na hazardzie – od drobnych bukmacherów (zwanych bukami) przez dżokei, większych graczy pokroju Omara aż po mafię. Każdy próbuje go wykorzystać i kusić, a my trafiamy do nocnych klubów, prywatnych domów, a nawet i trafiamy na Bazar Rózyckiego. Kostiumy i scenografia pomagają wejść w epokę, zaś w tle gra zarówno świetnie dobrane piosenki z lat 80. oraz instrumentalne dzieło duetu Jan Komar/Bartłomiej Tyciński, bardzo przypominająca mi pierwsze soundtracki Daniela Blooma. Świetnie wypadają także same sceny wyścigów, choć jest tu sporo zbliżeń na twarze dżokejów, ale obok pojawia się plansza pokazująca obecną pozycje zawodników. Dzięki temu udaje się uniknąć dezorientacji oraz zagubienia.

W zasadzie mam tutaj dwa duże problemy. Po pierwsze, jest tu aż tłoczno od postaci i wątków, co jest bronią obosieczną. Z jednej strony pokazuje jak bardzo jest to bogaty świat, pełen barwnych, wyrazistych postaci. Problem w tym, że przez ten nadmiar wiele postaci sprawia wrażenie zbędnych. Tak jest w przypadku właściciela koni, Marka Lewandowskiego (Tomasz Kot) czy potencjalnej dziewczyny Krzyśka (debiutująca Mary Pawłowska) czy dżokei granych m. in. przez Piotra Trojana czy Adama Bobika. Druga sprawa to przyspieszenie akcji w drugiej połowie, dające dodatkowe kopa i bardziej skupione na sprytnym planie młodego. Problem w tym, że jest to storpedowane przez urwane zakończenie, sugerujące o wiele ciekawszą historię. A tak dostajemy strzał z liścia, co potwierdza moje podejrzenia, że pierwotny skrypt został skompresowany oraz powycinany.

Sytuację ratuje tutaj obsada z masą bardzo rozpoznawalnych twarzy. Tomek Ziętek jest przekonujący w roli aspirującego dżokeja, którego idealizm zostaje zderzony z układami, klikami oraz dużymi pieniędzmi. Jak się zachowa i czy będzie w stanie lawirować między dziwnymi siłami? I to działa. Ale wszystko tutaj robi świetna obsada drugoplanowa: od solidnego Ireneusza Czopa (złamany przez życie ojciec Krzyśka, coraz bardziej cyniczny i pozbawiony złudzeń) przez bardziej poważnego Tomasza Sapryka (trener Pelz) i mocnego Ernesta Nitę (dżokej Zbyszek) aż po bardzo dobrego Marcina Bosaka (Omar) oraz niezawodnego Andrzeja Konopkę (bukmacher Zyga Kaparski). Warto jednak wspomnieć dwie najciekawsze, wręcz kradnące ekran występy. Po pierwsze Agnieszka Żulewska w roli Ireny, która przedstawia się jako dziennikarka, pewna siebie kobieta, lecz tak naprawdę skrywa desperację zaplątanej w długi. Ale największe wrażenie robi Mirosław Kropielnicki wcielający się w pana Ryszarda – bardzo opanowanego i spokojnego gościa, ale bardzo bezwzględnego gangstera. Fakt, że aktor wygląda niczym sam Piotr Fronczewski jeszcze bardziej podbija jego prezencję.

Nie będzie zaskoczeniem, że „Wielka Warszawska” mocno odstaje od dwóch poprzednich dzieł opartych na scenariuszach Purzyckiego. Niemniej pozostaje bardzo przyzwoitą i satysfakcjonującą rozrywką, przypominającą klimatem choćby serialowy „Rojst”. Technicznie porządny, ze zgrabnymi dialogami i dobrem aktorstwem, ale jednak czegoś mi tu zabrakło.

6,5/10

Radosław Ostrowski