El Camino: Film „Breaking Bad”

Wydawało mi się, że po ostatnim odcinku „Breaking Bad” nie ma już powodu kontynuować historii Jesse’ego Pinkmana oraz Waltera White’a. Chociaż pozostała furtka wobec Jesse’ego, któremu udało się uciec z trzymanej przez grupę Todda klatki. Ale co dalej? Uciekł, lecz jest ścigany, a by zacząć nowe życie musi mieć kasę. Zadanie opowiedzenia tego nieplanowanego ciągu dalszego podjął się twórca oryginału, czyli sam Vince Gilligan.

el camino1

„El Camino” jest bezpośrednią kontynuacją serialu, która zaczyna się w momencie ucieczki Pinkmana. Mężczyzna najpierw trafia do znajomych, czyli Skinny’ego Pete’a oraz Badgera, by pozbyć się auta. Ale tak naprawdę to jest początek odysei naszego bohatera, mającego jeden cel: zebrać kasę na nową tożsamość i zacząć wszystko od nowa. I tak jak przyzwyczaił nas serial, film opowiada swoją historię bardzo powoli oraz spokojnie. Jednocześnie obecne wydarzenia są przeplatane z retrospekcjami, co pozwala pokazać jakie piekło przeszedł nasz bohater. I wierzcie mi, jest parę mocnych momentów jak pomaganie Toddowi przy pozbywaniu się ciała czy cała akcja ze sprzedawcą odkurzaczy. Obecność starych znajomych (m.in. Mike, Jane, Todd), co dla fanów serialu będzie sporym plusem. Z czasem napięcie zaczyna być coraz bardziej odczuwalne jak podczas przeszukiwania mieszkania Todda czy pod koniec, gdy dochodzi do konfrontacji z fałszywymi policjantami. A wszystko widzimy z perspektywy naszego protagonisty, a wszelkie inne informacje poznajemy z mediów.

el camino2

Realizacyjnie czuć styl znany z serialu, czyli nietypowe kadrowanie, długie ujęcia oraz przyspieszony montaż. I to pomaga wejść w klimat, choć osoby niezaznajomione z oryginałem mogą nie odnaleźć się w tym świecie. Nie brakuje też miejscami smolistego poczucia humoru oraz niezłych dialogów. Zaś aktorsko najbardziej błyszczy Aaron Paul, który jest tutaj kompletnie zniszczonym człowiekiem. Próbuje lawirować i desperacko znaleźć sposób, by zniknąć oraz zacząć na nowo. Mocna, bardzo wyrazista postać, która jest w stanie udźwignąć film. Poza nim najbardziej w pamięć mi zapadł Robert Forster w roli sprzedawcy odkurzaczy, zajmującego się zmianą tożsamości oraz Jesse Plemons jako Todd.

el camino3

Powiem szczerze, że nie oczekiwałem zbyt wiele po „El Camino” i nie czułem potrzeby obejrzenia kontynuacji. Niemniej Gilliganowi udało się zachować klimat serialu-matki, Pinkman nadal budzi sympatię, a sam seans daje masę frajdy. Nie taki zły Netflix jak go malują.

7/10

Radosław Ostrowski

Serce Jamajki

Jamajka – wyspa, która zawsze kojarzy się z muzyką reggae. Tyko, że to jedno z oblicz muzycznych tego kraju, które poznajemy dzięki temu filmowi dokumentalnemu. Pretekstem tej historii jest koncert, w którym zagrali ze sobą weterani nurtu, co zaczęli swoją drogę w latach 70. razem z młodszym pokoleniem. Zagrają na nim swoje największe przeboje w wersjach akustycznych, najpierw nagrywając płytę, by następnie ruszyć w trasę koncertową (tutaj twórcy skupiają się na występie w Paryżu, co pewnie wynika z faktu, że Francuzi wyłożyli pieniądze na film).

serce jamajki16

Reżyser Peter Webber nakręcił ten film w niemal klasyczny sposób, czyli mamy gadające głowy, archiwalne nagrania, zdjęcia oraz ilustracje. Brakuje tylko narracji z offu, ale uznano ją chyba za zbędną. Rozmowy są przeplatane zarówno fragmentami koncertu, jak i nagrywaniem materiału. Co ciekawe, muzycy są na werandzie, zaś wokaliści w środku domu. I jest to dość ciekawie wytłumaczone, o czym się sami przekonacie. A całe to spotkanie muzyków jest pretekstem do pokazania historii muzyki na Jamajce. Bo cała odmiana reggae – jak blues w Ameryce – wziął się z pieśni niewolników na tamtejszych plantacjach. Ale jak każda muzyka, przechodziła ewolucję: od piosenek miłosnych i tanecznych do zaangażowanych społeczno-politycznie. Przy okazji poznajemy historię Jamajki, która obecnie jest krajem biedoty, strzelanin oraz ludzi, którzy za pomocą muzyki opisują swój świat. A jednocześnie chcą nieść światło, pokazać tą jasną stronę.

serce jamajki7

Każdy tutaj z muzyków ma tutaj swoją szansę na opowiedzenie o sobie, swojej karierze oraz tego, czym ta muzyka dla nich była i jest. Formą bardzo przypomina kultowe „Buena Vista Social Club”, co akurat jest sporą zaletą. Żaden z tych artystów nie mieszka w żadnych pałacach, nie jest materialnie bogaty, lecz nie oznacza to, że nie są ważnymi osobami w swojej kulturze. Różnie im się układało: jednemu karierę złamały narkotyki (Ken Boothe, który miał wielką szansę na międzynarodową karierę), drugi ma czasami niewyparzoną gębę oraz czasem cięty charakter (Kiddus I i rozbrajająca opowieść o rzucaniu płyt oraz ojcem z batem), a czasem w ich życiu pojawia się śmierć (Winston McAffie, który stracił nastoletniego syna wskutek bójki czy młody Derajah po utracie siostry). Nie ma tutaj żadnego pozerstwa, gwiazdorstwa, pachnie szczerością oraz pasją. Tego nie da się udawać.

serce jamajki9

No i najważniejszy, największy plus, czyli fenomenalna muzyka. A ponieważ jeśli chodzi o jamajskie brzmienia jestem chwilowym ignorantem, więc oczarowały mnie te dźwięki oraz głowy naszych bohaterów. „Everything I Own”, „Row Fisherman”, „Black Woman” czy „Malcolm X” brzmią fenomenalnie, budując klimat całej historii, tak jak miejscami pięknie pokazana przyroda w tym kraju.

Jeśli będziecie mieli szansę obejrzeć „Inna de Yard”, nie wahajcie się. To piękna historia kraju, opowiedziana za pomocą jej największego skarbu – muzyki. Nawet jeśli nie jesteście fanami reggae i jej podobnych, jest spora szansa, że po spotkaniu z tymi gośćmi zakochacie się.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Chcę podziękować pani Dagmarze Moldze z filmy 9th Plan za możliwość obejrzenia tego tytułu.

Dzika banda

Jest rok 1913, czyli czasy rewolwerowców oraz kowbojów odchodzą do lamusa. Jedną z takich grup jest tytułowa banda pod wodzą Pike’a Bishopa. Ścigani przez kolej, która wynajęła dawnego członka gangu – schwytanego wcześniej Deke’a Thorntona – ekipa wyrusza do Meksyku na ostatni skok. Tym razem na zlecenie generała Mapache’a ma wykraść transport broni przewożony pociągiem przez wojsko.

dzika banda1

„Krwawy Sam” Peckinpah – nazywany jednym z najbardziej bezkompromisowych, brutalnych reżyserów kina amerykańskiego. A jednocześnie uznany za jednego z rewizjonistów kina kontestacji, który w westernach wywracał ówczesne schematy oraz wizję tamtego świata. I najmocniej to widać w „Dzikiej bandzie” z 1969 roku. Sam film opisuje zmierzch Dzikiego Zachodu, gdzie dla wyjętych spod prawa nie ma już miejsca, zaś coraz więcej ma do powiedzenia kolej. To kolej reprezentuje prawo i decyduje o wszystkim, zaś po drugiej stronie jest ogarnięty wojną domową Meksyk. Tam prawo i porządek reprezentują wojskowi, pozwalając sobie na więcej. A pośrodku tego bajzlu jest banda Pike’a – trzyma twardą ręką, lojalna wobec siebie, mimo pewnych spięć oraz konfliktów. Ale trzeba przyznać, że reżyser bardzo romantyzuje swoich bohaterów. Kontrastem dla nich jest ścigająca ich grupa Thorntona – bardzo niedoświadczona, skupiona tylko na zarobku oraz wyglądająca bardzo niechlujnie grupa zbirów i pijusów. A do tego jeszcze okradają nieboszczyków, co może wywoływać tylko pogardę.

dzika banda2

Klimatem najbliżej jest tutaj do włoskich spaghetti westernów, gdzie nie ma jednoznacznie pozytywnych bohaterów. Tutaj liczy się ten, kto szybciej wyciągnie za broń oraz wykorzysta swój spryt oraz inteligencję. Innymi słowy, to miejsce walki o przetrwanie, gdzie przyjaźń i lojalność są jedynymi rzeczami wartymi dla naszych bohaterów. Problem w tym, że te wartości nie pasują do tego „nowego” świata, zdominowanego przez pieniądze oraz bardzo niskie instynkty. Nawet kobiety są tutaj traktowane jak dziwki, którym albo się płaci, albo zabija, co podkreśla mizoginizm reżysera oraz jeszcze większą podłość tego świata. Melancholijna refleksja świata przeplatana jest z brutalnymi scenami akcji, pełnymi krwi oraz slow-motion (początkowy napad oraz finałowa konfrontacja z wojskami generała Mapache – miazga). I dlatego ta „Dzika banda” ma w sobie aż tyle energii, przez co nie starzeje się aż tak bardzo.

dzika banda3

Tak samo jak bardzo mocne aktorstwo z charyzmatycznym Williamem Holdenem oraz Ernestem Borgninem na czele. Szorstcy twardziele, który pod maską cyników skrywają inne oblicza, choć nie powiedzą tego wprost, przed sobą. Warto z tego grona wyróżnić zmęczonego Roberta Ryana w roli Thorntona, który jest w klinczu między dawnymi towarzyszami a wizją odsiadki w więzieniu oraz Edmunda O’Briena w roli starego Sykesa.

Po „Dzikiej bandzie” amerykański western już nigdy nie był taki jak dawniej. Reżyser poszedł w kierunku Sergio Leone i dokonuje brutalnego rozliczenia, bez patyczkowania się, moralizowania czy upiększania. Kapitalnie zmontowany, napisany oraz wyreżyserowany – dla fanów kowbojskich opowieści pozycja obowiązkowa.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

To my

Patrzymy na zwykłą rodzinę z przedmieść, reprezentującą typową klasę średnią. Państwo Wilson, czyli ojciec, matka oraz dwójka dzieci, wydają się żyć w prospericie. Choć ich znajomi wydają się bardziej dziani, co dla ojca rodziny jest pewną solą w oku. To życie trwałoby bardzo spokojnie, gdyby nie jeden mały szczegół – przed ich domem pojawia się tajemnicza grupka ludzi. Wszyscy ubrani na czarno, ze skórzanymi rękawiczkami, nożyczkami. I co gorsza, wyglądają tak samo jak nasi bohaterowie.

to my2

Po sukcesie „Uciekaj!” Jordan Peele stał się nową twarzą amerykańskiego kina grozy. Mieszanka horroru z komedią i satyrycznym spojrzeniem na społeczeństwo zaowocowało czymś intrygującym. W „To my” wydaje się iść podobną ścieżką, gdzie mamy zderzoną rodzinę z bardzo niejasną, irracjonalną sytuacją. Kim są tajemniczy oni? Czego chcą? Dlaczego robią to, co robią? Skąd się wzięli? Początek, gdzie bardziej widzimy obyczajową otoczkę oraz poznajemy naszych bohaterów jest całkiem niezły. Wraz z pojawieniem się tajemniczej rodziny atmosfera robi się gęstsza, poczucie zagrożenia jest silne, a reżyser parokrotnie pokazuje jak świetnie buduje napięcie. I nieważne, czy mówimy o pierwszym pojawieniu się rodzinki, całej akcji z płonącym samochodem albo finałowej konfrontacji między matką a jej doppelgangerem. A w tle gra świetna muzyka, budująca ten niepokojący klimat.

to my1

To czemu daję dość niską ocenę „To my”? Dla mnie największym problemem jest to, jak reżyser wyjaśnia całą tajemnicę. Tak samo jak w „Uciekaj” wytłumaczenie dla mnie było nielogiczne, pozbawione sensu oraz wzięte z zupełnie innego świata. To jest troszkę tak, jakby do realistycznego świata nagle wprowadzić smoki czy kosmitów. Zgrzyt jest tutaj bardzo silny, przez co nie mogłem za bardzo zaangażować. Za to bardzo zaskoczyło mnie zakończenie, nie mogąc się domyślić.

to my3

Aktorsko nadal produkcja trzyma poziom i kolejny raz widać, jak bardzo utalentowane są dzieci. Ale tak naprawdę błyszczy absolutnie niesamowita Lupita Nyong’o w roli matki. Pozornie bardzo powściągliwa oraz przezroczysta, ale w tych oczach oraz mowie ciała maluje się cała paleta emocji: od strachu i przerażenia aż po determinację oraz walkę. Bardzo magnetyzująca kreacja, warta wszelkich wyróżnień.

Peele tym razem próbuje straszyć na poważnie, co częściowo się udaje. Próbuje opowiedzieć głębszą historię, ale przez co czasem ma problem ze straszeniem oraz budowaniem napięcia. Doceniam oryginalność, lecz mnie nie porwało.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Postrach nocy II

Pamiętacie pogromcę wampirów, Petera Vincenta oraz młodego studenta, Charleya? W pierwszej części panowie pokonali Jerry’ego, który okazał się wampirem. Po trzech latach od tych wydarzeń nasz studencik przechodzi terapię i w miarę normalnie funkcjonuje. Ale jak wiemy z różnych opowieści, spokój nie jest stanem stałym, czyli musi zostać zaburzony. W mieście pojawia się tajemnicza Regina, będąca artystką sceniczną. Niby nic niezwykłego, oprócz tego, że jest bardzo pociągającą kobietą, to jeszcze jest siostrą Jerry’ego. Czyli szansę na pokojowe rozwiązanie sprawy są praktycznie żadne.

postrach nocy2-1

Pierwszy „Postrach nocy” od Toma Hollanda była naprawdę niezłym horrorem z przymrużeniem oka traktującym motywy wampiryczne. Sequel od Tommy’ego Lee Wallace’a wydaje się w zasadzie powtórką z rozrywki, tylko bardziej pachnący erotyzmem. Ale poza tym, w zasadzie jest wszystko po staremu. Wampiry krążą między ludźmi, zaś poza momentami metamorfozy, są nie do rozpoznania i coraz trudniej w nie uwierzyć. Dlatego są traktowani tylko jako wytwór fantazji, coś obecnego tylko w książkach czy filmach. Sama koncepcja jest niezła, ale w oryginale była lepiej wyegzekwowana oraz o wiele zabawniejsza, zaś intryga oparta na zemście (oraz próbie przemianie naszego bohatera w wampira) nie porywa za bardzo. Nawet bardziej podrasowana muzyka oraz lepsze efekty specjalne nie są w stanie zmienić poczucia deja vu. Nawet osadzenie Petera w szpitalu psychiatrycznym (które potrafi rozbawić) wydaje się zbędną przeszkodą. Finałowa konfrontacja wydaje się bardzo prosta, wręcz skromna, przez co troszkę czułem się zawiedziony.

postrach nocy2-3

Reżyser próbuje straszyć i ma parę momentów (finałowa próba wyrwania Charleya z ręki Reginy czy gwałtowne ataki w jego organizmie), ale tak naprawdę bardziej to śmieszy niż przeraża. Nadal działa chemia między bohaterami, choć razem nie pojawiają się zbyt często. Ale to Vincent ma więcej do pokazania, kiedy z tchórza zaczyna przemieniać się w odważnego pogromcę. I to działa najbardziej. Najmocniejszym punktem jest pociągająca antagonistka w wykonaniu Julie Carmen, będąca w świetnej formie. I dla niej absolutnie warto obejrzeć ten zapomniany (słusznie) sequel.

postrach nocy2-2

Strachu tu nie uświadczycie, o dobrej zabawie też możecie zapomnieć. Pozbawiony własnego pomysłu oraz klimatu pierwowzoru sequel, nie dorównujący pierwszej części.

5/10

Radosław Ostrowski

Zła siła

Na początku XXI wieku powstał trend zwany hiszpańską szkołą horroru. „Kręgosłup diabła”, „Labirynt fauna”, „Rec”, „Sierociniec” – to kilka przykładów, choć ostatnio ten trend bardzo mocno wygasł. Czy nowe dzieło od Netflixa jest w stanie przełamać ten kierunek?

zla sila3

Punkt wyjścia jest bardzo prosty, czyli do starego domu wraca kobieta ze swoją rodziną. Tam mieszka jej siostra oraz bardzo schorowana matka, z którą nie utrzymuje żadnego kontaktu. To właśnie ona prosi siostrę o pomoc w opiece nad starszą panią, która jest podłączona do respiratora i nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować. Babcią bardzo zainteresowana jest wnuczka, Nora. A od momentu przybycia zaczynają dziać się dość dziwne rzeczy.

zla sila1

Reżyser van Boekholt idzie tutaj w dość oczywistym kierunku, czyli nawiedzonego domu. Zaczyna się jak bardziej film obyczajowy o traumatycznych zdarzeniach, o których nie chcemy pamiętać. Mroczna tajemnica, odkrywana stopniowo potrafi wzbudzić niepokój. Tylko, że cała ta intryga zaczyna się wydawać coraz bardziej wariacka oraz sztampowa jak diabli. Bo mamy tutaj żądzę życia wiecznego, tajemniczą koleżankę Nora, a także jakieś demoniczne przedmioty zebrane w domu. A jednocześnie jest tutaj chęć zemsty babci na swoich dzieciach, co wywołuje pewne przerażenie. Problem w tym, że jest to wszystko poprowadzone od sztampy. Brakuje tutaj czegoś świeżego, a makabryczne momenty to troszkę za mało.

zla sila2

Reżyser próbuje tutaj coś ugrać zdjęciami oraz wykorzystaniem oświetlenia. I to nawet działa, zwłaszcza w scenach w szkole czy w pokoju matki. Nachalna jest za to muzyka, typowa dla tego gatunku oraz udźwiękowienie. Aktorstwo jest przyzwoite, zaś zakończenie w pełni satysfakcjonuje. To jednak jest za mało, by uznać „La influencia” za godne uwagi dzieło.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Oculus

Wszystko zaczęło się 11 lat temu, kiedy w domu należącym do rodziny Russellów dochodzi do morderstwa. Zginęli ojciec oraz matka, zaś za tą zbrodnię został oskarżony syn, lat 10. Po 11 latach chłopak wychodzi ze szpitala psychiatrycznego, a siostra pilnuje wylicytowanego lustra Lassera. Lustra, które było w ich domu i było odpowiedzialne za całe zamieszanie. Kobieta ma plan i chce udowodnić, że to zwierciadło posiada nadnaturalne siły w sobie.

oculus1

Horror – jak każdy zresztą gatunek – tylko w teorii wydaje się bardzo prosty do zrobienia. Nie potrzeba dużego budżetu, efektów specjalnych (zbyt widowiskowych), tylko dobrego pomysłu oraz konsekwentnej realizacji. Nakręcony w 2013 film Mike’a Flanagana wydaje się iść tym kierunkiem, ale ile było już opowieści z „opętanymi” przedmiotami. Lalki, lustra, gry – do wyboru, do koloru. A po drodze pewnie będzie atak jump-scare’ów, podprogową muzykę oraz ciągłego walenia dźwiękami? Właśnie nie. Reżyser korzysta ze znajomych elementów, czyli tajemniczego, nawiedzonego przedmiotu, ciągłego poczucia zagrożenia oraz ciągłego mącenia we łbie. Demonów, duchów czy zombie brak, chociaż są zjawy. Nie brakuje ciemnych przestrzeni, akcja ogranicza się do jednego miejsca, konsekwentnie budując atmosferę niepokoju. Nie wiadomo, skąd pochodzi to lustro oraz dlaczego ma takie moce, ale to tylko podkręca tajemnicę.

oculus2

I jest tutaj jedna rzecz, która pomaga w tej historii – dwutorowa narracja. Wspomnienia z dzieciństwa oraz obecne zderzenia czynią tą całość atrakcyjniejszą, zaś przetasowania pokazują jak demoniczną siłą tego lustra. A im bliżej końca, te przebitki są coraz bardziej intensywne, wręcz działają jak powtórki. Coraz bardziej zaczyna nasilać się obłęd rodziny, do której wchodzi nieufność, ziarno wątpliwości oraz szczucie na siebie nawzajem. Bardziej przerażająca jest sytuacja, kiedy mąż skuwa żonę na łańcuchu do ściany czy rodzic próbuje udusić swoje dziecko niż jakakolwiek obecność zjawisk nadprzyrodzonych. Nie ma tutaj zbyt znanych twarzy (może poza Karen Gillan), co pomaga wejść w tą historię gładko. Samo zakończenie też potrafi uderzyć, choć ostatnio parę takich już widziałem.

oculus3

„Oculus” był dla mnie sporym powiewem świeżości w kinie grozy. Pozornie wygląda jak jeden z takich tanich filmów, jednak Flanagan podchodzi do sprawy w bardzo świeży sposób i potrafi przerazić. W czasach chodzenia na łatwiznę oraz taśmowego produkowania, jest to dobry kierunek.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Halloween

Czy pamiętacie Michaela Myersa? Pierwszy zabójca, który rozpoczął trend filmów z mordercą zarzynających napalonych (na siebie, nie po ziole) nastolatków stał się protoplastą dla tego typu postaci w podgatunku horroru zwanym slasherem. A wszystko w 1978 roku wykonał John Carpenter. I nawet on nie był w stanie przewidzieć sukcesu swojego dzieła. Potem powstała masa sequeli, remake mordując niejako całą markę. I wydawałoby się, że już więcej o Myersie nie usłyszę, a seria zostanie ostatecznie pogrzebana. Aż tu postanowił interweniować sam Carpenter jako producent i postanowił zrealizować film, który będzie bezpośrednią kontynuacją części pierwszej. Cała reszta jest uznana za nieważną. Tylko, czy w ogóle taki film jest nam w ogóle potrzebny?

halloween(2018)3

40 lat minęło jak jeden dzień i Haddonfield wydaje się być o wiele spokojniejszym miasteczkiem. Zaś nasza Laurie Strode (świetna Jamie Lee Curtis) w niczym nie przypomina swojej młodszej wersji. Spotkanie z Michaelem mocno odbiło się na jej psychice, zmieniając ją w paranoiczkę trenującą strzelanie, zaś jej dom to prawdziwa forteca. Myers od lat przebywa w szpitalu psychiatrycznym, zaś władze decydują się go… przenieść. No co może pójść nie tak? Choćby próba ucieczki i wypadek autobusu. Polowanie czas zacząć na nowo, więc fani slasherów, przybywajcie!

halloween(2018)1

Reżyser David Gordon Green do spółki ze współscenarzystą Dannym McBride’m (ten duet wydaje się makabrycznym żartem) oddają hołd klasycznemu dziełu Carpentera. Tylko, czy szablony sprzed 40 lat nadal może działać, przerażać oraz interesować? Mam co do tego bardzo mieszane uczucia. Punktem wyjścia jest próba przeprowadzenia rozmowy z Myersem przez dwójkę podcasterów, którzy są zainteresowani sprawą milczącego zabijaki z maską Williama Shatnera na twarzy. tylko, że to jest tylko pretekst. Dla mnie najciekawsze były momenty związane z Laurie oraz czekanie na finałową konfrontację. Problem w tym, że środkowe części, kiedy Michael zaczyna robić to, co umie najlepiej nie wywoływały we mnie żadnego napięcia. Choć muszę przyznać, że są całkiem nieźle zainscenizowane (atak na podcasterów w toalecie czy naćpany kolega wnuczki Strode). Nie brakuje makabrycznych trupów, tylko że to wszystko jest zalane typowymi głupotami tego gatunku.

halloween(2018)2

Gdyby to jeszcze zostało potraktowane z przymrużeniem oka czy samoświadomością, byłoby to dla mnie o wiele strawniejsze. Są pewne przebłyski (rozmowa, gdzie ironiczne są potraktowane sequele czy cytowane sceny z oryginału, gdzie zamiast Myersa jest nasza protagonistka), jednak jest to całkowicie na serio. Napięcie dla mnie wróciło dopiero w momentach ataku na dom, gdzie wróciło poczucie zagrożenia. Nasz zły pozostaje milczącym, pozbawionym jakichkolwiek tropów, czystym złem, wręcz niepowstrzymaną siłą.

Powiem wprost: nie oczekiwałem zbyt wiele po nowym „Halloween” i dostałem solidnego slashera. Problem dla mnie jest taki, że ja już z takich filmów po prostu wyrosłem. Przestało to na mnie robić wrażenie. Jeśli powstaną sequele, nie będę ich oglądał.

6/10

Radosław Ostrowski

Re-Animator

Wszystko zaczyna się na uniwersytecie w Zurichu, gdzie studiował niejaki Herbert West pod okiem dr Hansa Grubera. Niestety, studencik zostaje wyrzucony z uczelni za… zabicie swojego pryncypała. I tak nasz bohater trafia do szpitala w Arkham, gdzie jednym ze studentów jest niejaki Daniel Cain – lubiany, pracowity i szanowany facet. A jego dziewczyną jest córka dziekana, co jest trzymane mocno w tajemnicy. Ale nasz poczciwina będzie miał pecha, bo to West zostanie jego współlokatorem. Ten zaczyna się brać do roboty ze swoim specyfikiem, co wskrzesza ludzi.

reanimator1

Może i opis zapowiada makabryczną wersję „Frankensteina”, ale reżyser Stuart Gordon nie traktuje tego wszystkiego poważnie. Ta adaptacja opowiadania H.P. Lovecrafta jest czarną komedią, będącą wariacją ponadczasowej historii Mary Shelley. Z tą różnicą, że wszystkie wskrzeszone osoby okazują się zombie. Przynajmniej na początku: od kota po dziekana, bo nie tylko West ma obsesję na punkcie wskrzeszania. Jednak fabułka jest bardzo szczątkowa. Jest romantyczna relacja między Cainem a córką dziekana, mający obsesję na punkcie wskrzeszania West oraz żądnego sławy dr Hilla. Czarna komedia, która dla mnie kompletnie nie działała. Ani pokręcony West (dobrze pasujący do roli Jeffrey Combs), ani cała sytuacja ze wskrzeszanie nie wywołała we mnie żadnego śmiechu. Może poza wariackim finałem, gdzie dochodzi do konfrontacji między Hillem (kradnący film David Hill) a Westem, gdy cały plan wydaje się sypać. Jeszcze pojawia się bardzo niepokojące zakończenie, pozostawiające furtkę na ciąg dalszy.

reanimator2

Nawet to nieźle wygląda, tylko kompletnie mnie to nie interesowało. „Re-Animator” mnie wynudził, a powstała późniejsza „Martwica mózgu” wydaje się bardziej zwarta treściowo i wiele zabawniejsza. Ale może fakt, że film Jacksona widziałem wcześniej wypaczył moją ocenę.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Ludzie-koty

Irena jest młodą kobietą, która przybywa do Nowego Orleanu. Tam znajduje się brat Paul, z którym została rozdzielona w dzieciństwie. Dziewczyna jest uzdolniona plastycznie i próbuje znaleźć sobie pracę. Kiedy ma spędzić czas z bratem, ten znika bez śladu, ale poznaje kuratora tamtejszego zoo. I coś czuje do niego. Ale wtedy znowu pojawia się brat, który zdradza tajemnicę ich wspólnego pochodzenia.

ludzie-koty2

Paul Schrader i kino grozy? Początkowo taka sklejka może wydawać się bardzo niepasująca. Ale jeśli dodamy do tego lata 80., czyli czas produkcji… robi się co najmniej intrygująco. Nie spodziewajcie się jednak makabry, krwawej rzeźni czy scen gore. Cała historia poprowadzona jest w sposób bardzo powolny, stawiając bardziej na nastrój oraz oniryczność. To ostatnie widać choćby w otwierające sekwencji gdzieś na pustyni czy momencie snu, gdy nasza bohaterka odwiedza swój dom. Sama koncepcja tytułowych ludzi-kotów, czyli zwierząt w ludzkiej skórze może wydawać się banalna, jednak motywacja to zupełnie coś innego. By zachować swoją ludzką powłokę muszą zabijać oraz żyć w kazirodczym związku. Erotyczne napięcie jest tutaj mocno odczuwalne, choć dzisiaj bardziej widać zahaczenie o kicz (ten zaś dodaje mu uroku oraz tożsamości). Owszem, są sceny niepozbawione krwi, gdzie dochodzi do ataków czarnych kotów, ale dla reżysera to tylko tło dla niebezpiecznego trójkąta. Coraz bardziej zaczyna widać konflikt w Irenie, chcącej wyrwać się ze swojej tożsamości. Tylko, że natury nie da się oszukać, a wszelkie próby wyrwania się są z góry skazana na porażkę.

ludzie-koty3

Dla mnie największą zaletą jest tutaj sfera realizacyjna. Zdjęcia Johna Baileya wyglądają niesamowicie (zwłaszcza te sekwencje na pustyni), są bardzo plastyczne, zwłaszcza kręcone nocą. Także efekty specjalnie kompletnie się nie zestarzały – scena przemiany z człowieka w lamparta ociera się o styl Cronenberga. W tle gra elektryzująca muzyka Giorgio Morodera z niezapomnianą piosenką Davida Bowie, pomagająca wejść w ten oniryczny klimat. Tak samo jak bardzo smutne zakończenie.

ludzie-koty1

Aktorstwo mocno tutaj trzyma poziom, choć całość skupia się na trzech postaciach. Absolutnie zjawiskowa jest Nasstasja Kinski w roli bardzo delikatnej Ireny, sprawiającej wrażenie bardzo niewinnej dziewczyny. Wygląda bardzo pociągająco i reżyser nie wstydzi się tego pokazać, co paru osobom może przeszkadzać. Całość kradnie dla siebie charyzmatyczny Malcolm McDowell w roli tajemniczego brata, tworząc portret zazdrośnika i kusiciela. Niejako w cieniu wydaje się być John Heard w roli sympatycznego pracownika zoo, jednak trudno nie lubić tego gościa.

„Ludzie-koty” mają w sobie tak specyficzny klimat, że nie da się go opisać słowami. Miejscami oniryczny, miejscami kiczowaty, a miejscami bardzo pociągający. Jeden z bardziej cudacznych filmów, który mógł powstać tylko w latach 80.

7,5/10

Radosław Ostrowski