Pralnia

Trzy lata temu było głośno o tzw. Panama Papers – czyli ogromny wyciek danych firmy prawniczej Mossack Fonseca z Panamy. To w tej firmie powstała masa firm-słupów, dzięki którym prowadzone są finansowe przekręty, wykorzystywane przez finansowe elity, półświatek przestępczy oraz ludzi ze świata polityki. Dokumenty zostały przekazane przez tajemniczego Johna Doe do dziennikarza niemieckiego Suddeutsche Zeitung. Jak funkcjonował ten cały system? O tym próbuje opowiedzieć w swoim nowym filmie Steven Soderbergh.

pralnia1

Wszystko zaczyna się od rejsu, w którym bierze udział Ellen Martin razem ze swoim mężem. Przepłynięcie statkiem przez jeziorze kończy się wypadkiem i śmiercią 21 osób w tym mąż Ellen. W końcu dostanie odszkodowanie z ubezpieczalni i jakoś będzie można żyć. Problem w tym, że firma ubezpieczeniowa była słupem, przekazujące innej firmie, potem innej i innej. Łańcuszek finansowy, gdzie odpowiedzialność prawna zaczyna się rozmywać. I kto ma ponieść odpowiedzialność za wypadek, śmierć? Pytanie, pytanie, kolejne mylne tropy prowadzące donikąd. Jak się odnaleźć w tym całym bajzlu?

pralnia2

Reżyser mocno pod względem formy oraz stylu inspiruje się dylogią Adama McKaya, gdzie w komediowym, lekkim tonie opowiada o skomplikowanych mechanizmach biznesu oraz polityki. Zaś naszymi przewodnikami są Jurgen Mossack i Ramon Fonseca, czyli założyciele tej prawniczo-biznesowej kancelarii. Czwarta ściana łamana jest dość często, a panowie mają w sobie tyle uroku, że nie można ich nie lubić (mimo że są tutaj czarnymi charakterami). Fakt, że więcej czasu spędzamy z tymi złymi nie przeszkadzałby mi aż tak bardzo, gdyby nie jeden istotny szczegół: to ma tak anegdotyczny charakter, że sama mechanika wydaje się niejasna. Nie brakuje tutaj miejscami rozbrajających scen (rodzinna sytuacja afrykańskiego słupa Charlesa czy Maynard próbujący się dogadać z chińskimi wspólnikami), gdzie humor bywa smolisty. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że to wszystko jest przerostem formy dla treści. A może już tematyka finansowych oszustw i machinacji zwyczajnie już mi się przejadła. Do tego główna bohaterka zostaje porzucona przez twórców w połowie opowieści, by pojawić się dopiero w samym finale, co mnie zaskakuje.

pralnia3

Choć nie brakuje tutaj znanych twarzy, są one głównie zepchnięte do epizodycznych ról (m.in. David Schwimmer, Sharon Stone czy Matthias Schoenaerts). Za to Meryl Streep prezentuje się dobrze, choć jej postać nie jest zbyt dobrze zarysowana. Najważniejszy jest tutaj duet Gary Oldman/Antonio Banderas w roli prawniczych oszustów, będących naszymi przewodnikami po świecie szarej sfery finansowej. Panowie błyszczą w swoich strojach, przerzucają się terminami i czuć duże zgranie między nimi. I to jest prawdziwe paliwo napędowe, tak jak łamiący czwartą ścianę finał.

pralnia4

„Pralnia” jest solidnym filmem w dorobku Soderbergha, ale nie mogę pozbyć się wrażenia zmarnowanego potencjału. Można było z tego wycisnąć o wiele, wiele więcej a nie tylko inspirować się stylem McKaya z ostatnich lat. Niemniej jest to całkiem przyzwoita rozrywka.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Trauma

Ray Monroe właśnie wraca z żoną oraz córką od jej rodziców podczas Święta Dziękczynienia. Mówiąc krótko, wizyta nie była zbyt udana i wyczuwalne są spięcia między małżonkami. Podczas powrotu do domu dochodzi do wypadku – dziewczynka spada w przepaść na plac budowy i ma złamaną rękę. Udaje się małżonkom trafić do szpitala, gdzie mają zostać przeprowadzone badania. Żona idzie z córką, a mąż zostaje i idzie do motelu. Kiedy idzie jeszcze raz do szpitala okazuje się, że nikogo takiego nie było. Czyżby Ray miał jakieś urojenia, czy może ktoś coś tu ukrywa?

trauma1

Brad Anderson już pracował z Netflix tworząc zaskakująco dobry „Bejrut”. Na pierwszy rzut oka „Trauma” wydaje się być co najmniej intrygującym dreszczowcem. Niby motyw człowieka, który widzi jedno, a wmawia mu się drugie jest dość znany („Memento”, „Plan lotu”). Jednak wskoczenie na tory thrillera odbywa się mniej więcej w połowie dzieła. Wtedy nasz bohater zderzony zostaje z biurokracją (już podczas rejestracji mamy przedsmak), kiedy nikt mu nie wierzy, zaś wszelkie dowody działają na jego niekorzyść. I przez większość czasu można odnieść wrażenie, że idziemy w bardzo oczywiste tory: albo to jest jakiś większy spisek (podczas rejestracji padło pytanie m.in. o możliwość pośmiertnego pobrania organów), albo Ray’owi zwyczajnie mózg zwariował. I przez większość tego czasu reżyser zgrabnie lawiruje między tymi przypuszczeniami.

trauma2

Po drodze coraz bardziej zaczyna się nam mącić w głowie (jest podejrzenie morderstwa), by pod koniec całkiem nieźle zakończyć całość. I powiem, że troszkę się tego nie spodziewałem. Chociaż chwile przed wyjaśnieniem całej intrygi były troszkę zbyt efekciarskie. Cały ten włam do piwnicy z pistoletem oraz wybuchowe pokonanie lekarzy dla mnie było zbyt wielkim odlotem. Sama realizacja jest naprawdę niezła, głównie praca kamery oraz minimalistyczna muzyka sprawdzają się bez zarzutu.

trauma3

Aktorsko nie ma jakichś fajerwerków, a największe zadanie miał Sam Worthington w roli zagubionego i zdezorientowanego Raya. Wypada on naprawdę dobrze, a w jego oczach widać coraz bardziej nasilającą się desperację, upór oraz walkę, a także poczucie paranoi. Reszta aktorów wypada poprawnie ze Stephenem Tobolovsky’m oraz Adjoą Andoh na czele.

„Trauma” jest całkiem solidnym thrillerem, czerpiącym z dość ogranego motywu i dostarczającym odrobinkę rozrywki. Pod koniec potrafi odlecieć poza logikę i to może przeszkadzać, ale nie ma się czego wstydzić.

6/10

Radosław Ostrowski

Rany

Will pracuje jako barman w knajpie. Ma dziewczynę-studentkę, ale między nimi coraz słabiej się układa, w głowie chodzi mu o koleżanka. Tylko, że jest już zajęta z innym. Podczas jednej z nocnych zmian dochodzi do bójki i zostaje zgubiony telefon przez jednego ze studentów. Barman zabiera go do siebie, a przeglądając go odkrywa makabryczne zdjęcia oraz wiadomości. Od tego momentu jego życie zaczyna wariować.

rany1

Reżyser Babak Anvari ruszył z nowym dziełem dla Netflixa, ale efekt… jest mocno dyskusyjny. „Rany” są reklamowane jako horror, choć z tym gatunkiem ma tyle wspólnego, co Metallica z disco polo. Pozornie wydaje się opowieścią o życiu w nieudanym związku, gdzie ogień już zostaje zgaszony oraz życiu, które nie wyszło. Przewija się też motyw człowieka coraz bardziej popadającego w szaleństwo. Problem jednak w tym wszystkim, że te wszystkie motywy zwyczajnie nie zgrywają się ze sobą. sama historia zwyczajnie nudzi i zaczyna coraz bardziej krążyć w kółko. Bohaterowie zachowują się jak idioci – głównie Will, który m.in. zamiast oddać telefon policji, zaczyna go przeglądać – logika bardzo mocno szwankuje, zaś intryga oparta na okultyzmie oraz opętaniu jest tak nudna i przewidywalna, że z góry wiadomo jak się to wszystko skończy. Opętania, otwieranie portali do innego wymiaru, coraz bardziej nasilający się obłęd – ile razy to już było i to lepiej wykonane? Montaż jest tak nachalny i urywany (szybkie przebitki), że psuje jakąkolwiek frajdę z oglądania. O dialogach nie chcę wypowiadać, bo są sztampowe jak diabli.

rany3

Choć nie brakuje tutaj znanych twarzy aktorów (Arnie Hammer, Dakota Johnson, Zazie Beats), tak naprawdę poziom aktorstwa jest bardzo niski. Nie ma tutaj jakiejkolwiek postaci, z którą można nawiązać więź, zachowanie jest co najmniej irytujące, bardziej pasujące dla nastolatków niż dorosłych liści. Nawet przemiana w obłąkanego człowieka wydaje się niewiarygodna, zaś fascynacja mrocznymi obrazami jest zwyczajnie niejasna. Brakuje jakiegoś sensownego działania tej sytuacji oprócz faktu, że tak zostało to napisane.

rany2

„Rany” to jedno z największych rozczarowań tego roku. Nie oczekiwałem zbyt wiele, bo mało wiedziałem, a film mnie strasznie wynudził. Horror, który nie straszy – to chyba powinno służyć za ostrzeżenie.

3/10

Radosław Ostrowski

Grzechotnik

Katrina razem z córką wyruszają do nowego domu, by zacząć sobie życie od nowa. Ale podczas podróży w Teksasie psuje się samochód i trzeba wymienić oponę. Dziewczynka troszkę oddala się od auta i zostaje ukąszona przez węża. Na szczęście znajduje się blisko kamper, gdzie pewna kobieta decyduje się jej pomóc. Po zabraniu jej, wymianie opony oraz przyjazdu do szpitalu okazuje się, że ceną za zdrowie jej córki jest… czyjeś życie, które matka musi kogoś pozbawić. Musi to zrobić do zachodu słońca, czyli za kilka godzin.

grzechotnik1

Netflix taśmowo produkuje swoje filmy, przez co jakoś zazwyczaj jest albo średnia, albo słaba. Zwłaszcza dotyczy to głównie kina gatunkowego z naciskiem na horror, akcję oraz SF, czyli tanie, proste w realizacji rzeczy. i wygląda na to, że film Zaka Hilditcha tego nurtu nie zmieni. Pomysł wydawał się prosty, czyli kobieta postawiona pod ścianą zostaje zmuszona do podjęcia dramatycznej decyzji. Cała akcja z wężem, ukąszeniem oraz „wymianą” życie za życie miała w sobie naprawdę duży potencjał. Co można zrobić dla ratowania życia najbliższych, do czego można się posunąć. Sam początek, gdzie czuć napięcie oraz poczucie beznadziei naprawdę potrafi złapać za gardło. i jest tak mniej więcej przez połowę filmu, gdy naszą bohaterkę jeszcze osaczają ofiary tego całego rytuału.

grzechotnik2

Jednak potem całe to napięcie oraz klimat zwyczajnie siada. Reżyser niemal desperacko rozciąga całą historię, która bardziej pasowałaby na krótki metraż. Rozumiem dylematy oraz rozterki Katriny (dobra Carmen Ejogo), zmuszonej do popełnienia morderstwa. Bo nikogo nie zabiła, bo to wbrew jej kodeksowi etycznemu. To rozumiem i początkowo jest dodatkowym źródłem budowania napięcia (choćby scena w szpitalu z próbą zabicia umierającego staruszka), ale z czasem staje się to irytujące. Sytuację próbuje ratować niejednoznaczny finał oraz poprzedzający go akcja w kanionie. Jednak reżyser kompletnie się tutaj gubi, a wszystko przestaje zwyczajnie interesować. Drugi plan jest tutaj ledwo zarysowany, przez co jest zwyczajnie niezbyt interesujący.

grzechotnik3

„Grzechotnik” to kolejny horrorowi średniak od Netflixa. Intrygujący pomysł nie zostaje w pełni wykorzystany, by zostać przemielonym w niezbyt straszny, pozbawiony głębi horrorek.

5/10

Radosław Ostrowski

Nawiedzony dom na wzgórzu – seria 1

Hill House – jak sama nazwa wskazuje, znajduje się na wzgórzu. I kiedyś tam mieszkała rodzina Crane’ów, która planowała wyremontować budynek oraz sprzedać go z zyskiem. Problem w tym, że doszło do tragedii (matka popełniła samobójstwo) i cała ocalała rodzina (ojciec + 5 dzieci) oddali się od tego miejsca jak najdalej się da. Tylko, że pozostawił on na nich niezmazalne piętno i po 26 latach bardziej przypominają wychłodzone, pozbawione emocji istoty. Demony mają to do siebie, że lubią powracać. Kiedy najmłodsza siostra popełnia samobójstwo, reszta rodziny musi się skonfrontować z przeszłością.

nawiedzony dom na wzgorzu1-1

Netflix i horror? To połączenie nie miało prawa wypalić pod żadnym pozorem. Jednak za kamerą stanął Mike Flanagan, który idzie mniej oczywistymi kierunkami niż standardowi rzemieślnicy kina grozy. Na ekran przeniósł powieść Shirley Jackson opowiadającym o nawiedzonym domu i już pewnie sobie wyobrażacie jak to będzie wyglądać: nachalne jump-scare’y z równie nachalną muzyką, duchy w SiDżiAj, ciemnie, niewyraźne ujęcia, błaha fabuła, podprogowy montaż. Bo mroczny oraz niepokojący klimat można osiągnąć na kilka różnych sposobów. Reżysera bardziej interesuje pokazanie trudnych relacji zbudowanych na kłamstwach, niewyleczonych traumach oraz nieufności. Wypadkowa masek, cynizmu, wrogości, egoizmu, skrywającego traumę, samotność i potrzebę bliskości. I każdy z tych bohaterów przeszedł swoją drogę: pisarz, zarabiający na pisaniu o nawiedzonych domach, właścicielka domu pogrzebowego, dziecięcy psycholog, narkoman nie potrafiący pokonać swojego nałogu oraz jego bliźniaczka, z bardzo zwichrowanym umysłem. Niemal każda z postaci dostaje swój odcinek (pierwsza połowa serialu), dzięki czemu możemy bliżej je poznać: ich tajemnicę, pracę, leki oraz zagubienie. By jednak uatrakcyjnić całość, stonowana jest (niczym w „Oculusie”) dwutorowa narracja: przeszłość (pobyt w Hill House oraz zdarzenia sprzed kilku lat) przeplata się z dniem dzisiejszym, stanowiąc bardzo płynną całość.

nawiedzony dom na wzgorzu1-2

„Nawiedzony dom..” bardziej przypomina psychologiczny dramat, gdzie groza oraz elementy nadnaturalne są tylko dodatkiem. Elementy strachu pojawiają się albo nagle i gwałtownie, albo przewijają się gdzieś w tle, przez co można je całkowicie przeoczyć. Nie oznacza to jednak, że nie ma tutaj napięcia czy poczucia zagrożenia, co pokazuje odcinek szósty, gdzie mamy to samo zdarzenia (burza) w dwóch różnych miejscach. A że całość została nakręcona za pomocą kilku mastershotów, eksplozja wydaje się nieunikniona i działa to wręcz perfekcyjnie. Choć całość może wydawać się bardzo spokojna (sama konfrontacja z przeszłością to w sumie dwa odcinki), nie miałem poczucia znużenia. Dla mnie troszkę zaskakujący może być finał opowieści, jednak nie popada w banał i wyjaśnia kilka rzeczy. Ta przeplatana narracja służy jeszcze jednej rzeczy – pokazaniu oraz zderzeniu tego, co widzieli bohaterowie z tym, co się działo naprawdę. I pewne rzeczy potrafi nam podsunąć nieujarzmiona wyobraźnia.

nawiedzony dom na wzgorzu1-3

Za to jestem pod ogromnym wrażeniem aktorstwa. Zarówno dzieci (młodsze odpowiedniki rodzeństwa), jak i dorośli wypadają co najmniej bardzo dobrze. Co bardzo zaskakuje nie ma tutaj zbyt rozpoznawalnych – przeze mnie twarzy (wyjątkiem od tej reguły jest Carla Gucino w roli matki oraz Timothy Hutton jako starsze wcielenie ojca), będąc dla mnie dodatkowym atutem. Na mniej największe wrażenie zrobił absolutnie kapitalny Henry Thomas (młodsze wcielenie ojca), który próbuje pokazać zarówno racjonalność oraz opanowanie zmieszane z poczuciem bezradności wobec sił zła. Poza nim warto wspomnieć kradnącą ekran Kate Siegel (bardzo zdystansowana od reszty Theo) oraz wyciszonego Olivera Jacksona-Cohena (narkoman Luke) i balansującą na granicy przerysowania Victorię Pendretti (rozedrgana Nelly). I nie czuć tutaj fałszu między żadną z tych postaci, co jest bardzo trudne do opanowania.

nawiedzony dom na wzgorzu1-4

„Nawiedzony dom…” to jeden z najciekawszych oraz najbardziej intrygujących seriali grozy od czasu „American Horror Story”. Spójna fabuła, bardzo pewna reżyseria, bardzo dobre aktorstwo, a także konsekwentne budowanie atmosfery potwierdzają talent Flanagana. Wielu mocno podzieliło zakończenie, będące słodko-gorzkim happy endem, ale do mnie w pełni trafia. Dajcie szansę temu niepozornemu domostwu, a poczujecie ciarki na plecach.

8/10

Radosław Ostrowski

I Trapped the Devil

Wszystko toczy się w jednym domu, gdzie mieszka samotny Steve. I do niego w Święta przyjeżdża dawno nie widziany brat z żoną. Jednak mężczyzna jest wobec nich bardzo sceptyczny, wręcz chciałby się pozbyć rodzinki. Do tego ciągle dzwoni telefon, a dom sprawia wrażenia jednego bałaganu. Na miejscu Steve przyznaje się gościom, że w piwnicy swojego domu przetrzymuje… diabła. Ale jak to, diabła? Przecież diabeł nie istnieje. A może jednak?

uwiezilem diabla1

Debiutujący na stołku reżyserskim Josh Lebo próbuje swoich sił w horrorze. Jest to film zdecydowanie kameralny, a jak na film grozy idzie w troszkę mniej oczywistym kierunku. Nie ma tutaj hektolitrów krwi, jump-scare’ów, typowej muzyki dla tego gatunku. Reżyser stawia tutaj bardziej na nastrój oraz aurę tajemnicy, gdzie niemal do końca nie wiadomo z tym diabłem. Czy to naprawdę jest diabeł, czy może Steve dostał kompletnego kociokwiku? A może oszalał? Brat z żoną są mocno skonsternowani,  zaś nasz nie sprawia wrażenia takiego wariata. Taka statyczność tempa może wywołać pewne znużenie, a brak akcji wydaje się nieciekawy. Niemniej udaje się stworzyć poczucie pewnego niepokoju, mroku oraz tajemnicy. Wszystko jest tutaj oparte na dialogach, gdzie mamy zderzenie dwóch światopoglądów, jakieś niewypowiedziane pretensje między braćmi i bardzo brutalny, bezwzględny finał. I to zakończenie, chociaż jest przewidywalne, okazuje się strzałem w dziesiątkę.

uwiezilem diabla3

Wrażenie też robi tutaj wizualna stylizacja na lata 80. – mocna, lekko neonowa kolorystyka, pulsująca elektronika w tle oraz przebitki na sceny z telewizora. Bardzo mocno odczuwalny jest tutaj brak nowoczesnych technologii, co jest sporym zaskoczeniem. Sporo jest tutaj mroku (sama piwnica, pokój pełen odhaczonych gazet) oraz niepokoju, w czym także pomagają długie kadry, montaż oraz niezłe aktorstwo nieznanych twarzy.

uwiezilem diabla2

Mieszka we mnie diabeł – chciałoby się rzec, a film Lebo jest dość trudnym, wymagającym horrorem, pozbawionym fajerwerków, skupiający się na klimacie oraz psychice. Całkiem przyzwoita robota i czekam na więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Krew Boga

Jesteśmy gdzieś w nieokreślonym dokładnie czasie i miejscu, ale po strojach można uznać, iż to średniowiecze jest. Na brzeg płynie łódź pełna ciał, z wyjątkiem rycerza Willibrorda. Człowiek ten ma jedno zadanie i zadanie jedno tylko: wprowadzić chrześcijaństwo na ten kraj ludzi wierzących w Peruna. Rycerzowi początkowo pomaga tajemniczy nieznajomy, który jest jedynym chrześcijaninem w wiosce. Czasu jest bardzo mało, bo za parę miesięcy pojawić się ma sam król ze swoją armią.

krew boga1

Filmów historycznych, zwłaszcza w czasach początków chrześcijaństwa, w Polsce praktycznie nie istnieją. A nawet jeśli, to nikt już ich nie pamięta. I to właśnie tutaj toczy się akcja nowego filmu Bartka Konopki. Reżyser „Lęku wysokości” tym razem mocno inspirował się „Valhalla Rising” Nicolasa Windinga Refna i to słychać oraz widać. Fabuła jest tutaj bardzo ascetycznie poprowadzona, dialogów jest tutaj jak na lekarstwo, a ważniejsza jest tutaj strona techniczna oraz bardzo surowy, pełen tajemnicy klimat. Poczucie niesamowitości podbijają jeszcze zdjęcia, gdzie nie można nie zauważyć tej lekko ponurej kolorystyki oraz wręcz zachwycających krajobrazów. Reżyser chce się tutaj skupić na pokazaniu religii jako narzędzia kontrolującego tłumy. Tutaj ten tłum jest bardzo prosty, podatny na manipulację, pozbawiony charakteru i wrzeszczący w niezrozumiałym języku. Ten ostatni aspekt czyni film trudnym w odbiorze i pomaga w budowaniu poczucia obcości.

krew boga2

Z jednej strony twórcy robią wszystko, by ta historia miała charakter uniwersalny. Jest bardzo nieokreślona, postacie ledwo zarysowane, z oszczędnie przekazywanymi informacjami. Ale ciężko wejść w tą hermetyczną opowieść, gdzie bohaterowie chodzą i szukają czegoś. Tylko czego? Niby wydaje się to wyglądać realistycznie, a jednocześnie czuć pewną sztuczność. Zdjęcia są bardzo dopieszczone (nawet za bardzo), zaś zderzenie dwóch metod chrystianizacji (empatia kontra przemoc) nie do końca wybrzmiewa. Nie oznacza to, że nie brakuje mocnych scen jak próba ognia, budowanie kościoła czy pojawienie się króla. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że czegoś tutaj brakuje, jakiegoś mocniejszego uderzenia.

krew boga3

Z całej obsady najbardziej zapada w pamięć świetny Krzysztof Pieczyński jako rycerz Willibroad. Wydaje się niezbyt ciekawą postacią, bo to wojownik wręcz zaślepiony wiarą. Człowiek naznaczony krwawą przeszłością, pełen dumy, agresji oraz pełnego wątpliwości. Z każdą minutą coraz bardziej widać jak skomplikowana jest to postać i mam wrażenie, że pod koniec jest zupełnie kimś innym. I ta kreacja wnosi ten film na wyższy poziom.

„Krew Boga”, choć niepozbawiona wad i testująca mocno cierpliwość odbiorcy, jest filmem intrygującym oraz szukającym czegoś zupełnie innego. Ma swój specyficzny klimat i dotyka czasów, jakich filmowcy praktycznie nie odwiedzają. Specyficzne kino.

6/10

Radosław Ostrowski

Laleczka

Choć nie oglądałem wcześniej laleczki Chucky, sama postać była mi znana. Stworzona przez Dona Manciniego (ten cykl nadal jest tworzony) istota, czyli lalka z duszą seryjnego mordercy istnieje od końca lata 80., postanowiono stworzyć tą postać kompletnie od nowa i dostosować do czasów współczesnych. Jak sobie z tym poradził reżyser Lars Klevberg?

laleczka1

Sama historia jest prosta, a jej bohaterem jest Andy – chłopak niedosłyszący. Nie ma przyjaciół, mieszka z matką, jednocześnie niedawno się przeprowadzili do nowego lokum. I dlatego ma pewne problemy z adaptowaniem się w nowym otoczeniu. Matka pracuje w markecie przy punkcie obsługi klienta, gdzie są sprzedawane m.in. lalki Buddy, będące towarzyszami oraz najbliższymi przyjaciółmi rodziny. Kiedy jedna z uszkodzonych lalek trafia do zwrotu, kobieta zabiera ją do domu i daje ją synowi. Problem w tym, że lalka została uszkodzona, a wszelkie zabezpieczenia (przemoc, bluzgi) zostały poluzowane w fabryce w Wietnamie. A to oznacza jedno: będzie rzeź.

laleczka2

„Laleczka” (Chucky w tytule wyleciał) w zasadzie można określić mianem klasycznego slashera, okraszonego czarnym humorem. Tylko, że tutaj inaczej są rozkładane akcenty. Tutaj lalka nie jest opętana, tylko wadliwa. Dla niej znaczenie przyjaźni aż po grób ma charakter wręcz toksyczny. Przyjaźń aż po grób, bez dzielenia się z nikim innym, traktując każdego jak potencjalne zagrożenie. A że jeszcze ma dostęp do technologicznych cacek od swojej firmy (telefon, samochód, telewizor), czyni go bardziej przerażającego i niebezpiecznego. Dodajmy do tego głos Marka Hamilla jako Chucky’ego i będziemy mieli komplet. Sama opowieść nie jest skomplikowana, ale w tej prostocie jest tutaj siła.

Wizualnie przypomina troszkę filmy z lat 80., gdzie gra światłem oraz kolorami jest bardzo istotna. I nieważne, czy jesteśmy w mieszkaniu, na zewnątrz domu czy w zaciemnionym supermarkecie. Tutaj udaje się zbudować poczucie niepokoju i zagrożenia, zaś zgony są jednocześnie krwawe, brutalne oraz zabawne (akcja z dozorcą). Czuć tutaj troszkę inspirację „Stranger Things” (para dzieciaków, których poznaje Andy), a w tle gra muzyka oparta na syntezatorach.

laleczka3

Pod względem aktorskim jest tutaj naprawdę solidnie. Błyszczy Gabriel Bateman w roli Andy’ego, potwierdzając, że nie ma złych aktorów dziecięcych na terenie USA. i tworzy bardzo zgrabny duet z Aubrey Plazą, czyli matką. Ta relacja jest pokazana bardzo wiarygodnie, choć na początku miałem problem z uwierzeniem, że taka młoda dziewczyna może być matką. Humor wnosi tutaj Brian Tyree Henry w roli sąsiada-policjanta, a także dość pokręcony duet Kristin York/Ty Consiglio, czyli parka przyjaciół, pomagających później naszemu bohaterowi.

Nowa „Laleczka” wygląda jak jeden z bardziej wariackich odcinków „Czarnego lustra”, wzięty w sztafaż slasherowej rzezi z czarnym humorem. A jednocześnie nie obraża inteligencji widza, klisze gatunkowe traktuje mniej serio i jest zwyczajnie fajnym straszakiem. Czekam na ciąg dalszy, który zapewne nastąpi.

7/10

Radosław Ostrowski

Suspiria

Berlin, rok 1977. Nadal jest mur, który podzielił miasto, w tle są zamieszki wokół członków RAF-u i jest bardzo nieprzyjaźnie. Ale to właśnie tutaj znajduje się prestiżowa szkoła tańca prowadzona przez madame Markos. I to do niej trafia amerykańska uczennica – Suzie Bannion, pragnąca nauczyć się wiele. Już podczas próbnego tańca wywołuje wielkie wrażenie na madame Blank. Lecz w okolicy szkoły dochodzi do dziwnych sytuacji.

suspiria2

Powiem to od razu, żeby nie wywołać wątpliwości: nie oglądałem oryginalnego filmu Dario Argento, będącego bazą dla Luki Guadagnino. Ten filmowiec robi kino co najmniej intrygujące i ciekawe, więc czekałem co reżyser pokaże w zderzeniu z kinem grozy. Efekt jest, cóż, wywołuje we mnie mieszane uczucia. Punkt wyjścia pozostaje intrygujący, bo sama szkoła oraz jej mroczne tajemnice potrafią wywołać pewne poczucie niepokoju, niejasności. Problem w tym, że dialogi troszkę za szybko pozwalają się domyślić tego, iż ta placówka jest prowadzona przez kowen czarownic. Sam taniec jest czymś w rodzaju testu, rytuału mającego pewien bardzo ukryty cel, zaś sceny tańca mają w sobie coś tak magnetyzującego, że nie można od nich oderwać oczu (kapitalny taniec w dwóch pomieszczeniach czy publiczny występ w luźnym stroju). W tle gra bardzo enigmatyczna muzyka Thoma Yorke’a, zdjęcia mają w sobie coś nieopisanego, a sama choreografia jest obłędna. To w czym problem?

suspiria1

Reżyser postanowił pożenić gatunek z arthouse’owym sposobem realizacji. I nawet nie chodzi o to, że trwa on ponad 2,5 godziny, lecz z powodu pewnego braku umiaru. Twórca niemal wrzuca do wora wszelkie możliwe symbole, motywy oraz wątki do jednego wora. Czego tu nie ma – kobieca niezależność, poczucie winy, terroryzm, macierzyństwo, seksualność, okultyzm, psychiatria. Totalne pomieszanie z poplątaniem, przez co poczułem się mocno zdezorientowany. Owszem, może to dać szansę na dowolną interpretację wydarzeń na ekranie. Ale z drugiej strony ten chaos wydaje się pozbawiony jakiejkolwiek kontroli, zaś poczucie zagrożenia zaczyna z każdą minutą (gdzieś po godzinie) opadać i zanikać. O grozie przypomina się w groteskowym i krwawym finale, lecz wtedy jest już za późno. Cały czas miałem poczucie jak w przypadku „Mother!” Darrena Aronofsky’ego, który z każdą minutą coraz bardziej odlatywał w dziwacznym kierunku. Tylko, że tutaj nadal nie jestem pewny, co chciał osiągnąć Guadagnino.

suspiria3

Aktorsko, mimo znany twarzy (m.in. Mii Goth czy Chloe Grace Moretz), najbardziej zapada w pamięć duet Dakota Johnson/Tilda Swinton. Ta pierwsza w roli Suzie zwyczajnie magnetyzuje jako początkująca tancerka, która staje się coraz bardziej pewna siebie i to może z czasem budzić niepokój. Za to Swinton ma co najmniej dwie kreacje i obydwie bardzo przekonujące. Madame Blanc sprawia wrażenie bardzo delikatnej, opanowanej oraz jednocześnie silnej kobiety. Ale zaskakuje także jako psychiatra, dr Klemperer, który jest prześladowany przez poczucie winy intryguje, choć zderzony z kobiecym światem wydaje się bezsilny.

Naprawdę chciałem, żeby nowy film Guadagnino przypadł mi do gustu. Problem jednak w tym, że B-klasową intrygę próbuje ubrać i zderzyć z głębszymi tematami. Takie zderzenie musi doprowadzić do spięć oraz poważnych zgrzytów. Jak dla mnie na razie największe rozczarowanie w tym roku.

5/10

Radosław Ostrowski

Legenda – wersja reżyserska

Lubicie baśnie? Takie, w których dochodzi do walki dobra ze złem, pojawia się magia, czary oraz monstra pokroju goblinów? Opowiem wam taką historię: dawno temu był sobie Las, gdzie żył chłopiec o imieniu Jack, który miał dobre relacje z wróżkami oraz innymi magicznymi istotami. Lecz jest jedna osoba, która mu się strasznie podoba – księżniczka o imieniu Lily. Podczas jednej ze schadzek pojawiają się jednorożce, a dziewczyna popełnia jeden poważny błąd, czyli dotyka jedno ze zwierząt. Sytuację wykorzystują gobliny kierowane przez Pana Ciemności, który chce zabić istoty (lub pozbawić ich rogów), by zapanował wieczny mrok. I tylko nasz chłopak może powstrzymać ten plan.

legenda1

Ridley Scott po „Blade Runnerze” postanowił spróbować swoich sił w kinie fantasy. „Legenda” to bardzo prościutka historia o walce dobra ze złem, która toczy się w dość skromnej przestrzeni. Sam świat przedstawiony jest bardzo malutki, a oglądając film można odnieść wrażenie wrzucenia się w sam środek historii. Historii, która zaczęła się wcześniej i jest nam niezbyt dobrze znana. Zaś poza Lasem oraz siedzibą Ciemności (podziemia, lochy) nie przebywamy nigdzie indziej. I to nawet nie jest jakiś poważny problem, ale sama historia jest sztampowa. Choć muszę przyznać, że klimatem bliżej jest tutaj do baśni braci Grimm, gdzie nie brakuje mroku oraz poważnych konsekwencji za swoje czyny. Już sama siedziba głównego antagonisty wygląda niepokojąco, tak jak lochy, gdzie dochodzi do tortur.

legenda3

Jednej rzeczy nie można jednak odmówić „Legendzie” – że wygląda bardzo imponująco. Przepiękne zdjęcia Alexa Thomsona tworzą ten wręcz baśniowy klimat, z magicznie wyglądającym lasem. Nawet gwałtowna zima wygląda oszałamiająco. Tak samo scenografia, która – jakimś cudem – pozwala uwierzyć w ten świat oraz imponująca muzyka Jerry’ego Goldsmitha. Ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że forma była o wiele ważniejsza od treści. Choć muszę przyznać, że jest tutaj parę niezapomnianych momentów (pierwsze pojawienie się Ciemności czy scena tańca ze strojem), przez co nie jest to czas stracony.

legenda2

Ale aktorsko jest dość nierówno. Na mnie największe wrażenie zrobił Tim Curry w roli Ciemności – diabelskiej istoty (fantastycznie scharakteryzowana przez zespół Roba Bottina) z bardzo wyrazistym, wręcz kuszącym głosem. Sam wygląd potrafiłby wzbudzić przerażenie, zaś mi troszkę przypominał… Hellboya, tylko bardziej przypakowanego. Świetna jest też debiutująca Mia Sara w roli Lily i nie chodzi tylko o to, że wygląda ślicznie oraz niewinnie (a także tego jak cudnie śpiewa). Ale największym problemem jest dla mnie Tom Cruise, który w roli głównego protagonisty wypada bardzo blado. Sztywny, nudny i nieciekawy chłopak, przypominający z wyglądu Piotrusia Pana. Tylko, że wycofany styl gry aktora czyni tą postać pozbawioną własnego charakteru. a to duży błąd.

„Legenda” pozostaje mocno w cieniu bogatej filmografii Ridleya Scotta. Dla mnie to – obok „Blade Runnera” – najładniejszy wizualnie tytuł w karierze Anglika, choć sama historia wydaje się bardzo prościutka niczym klasyczna baśń. Może zbyt prosta, ale olśniewająca audio-wizualnie.

7/10

Radosław Ostrowski