Upadek

Wszystko zaczyna się na korku pełnym aut. Jakieś roboty na drodze, jest upał, czasem klimatyzacja nie działa i nie wiadomo ile to potrwa. W końcu jeden z uczestników stwierdza, że ma w dupie to całe zamieszanie oraz czekanie, wysiada z auta i wychodzi. Tak po prostu. I decyduje się wyruszyć przed siebie do domu. W tym samym czasie policyjny detektyw spędza swój ostatni dzień w pracy. Nie trzeba być geniuszem, by wiedzieć, że dojdzie do spotkania tej dwójki.

upadek1

Joel Schumacher dla wielu na zawsze pozostanie twórcą, który „zabił” Batmana. Zupełnie jakby cała filmografia nie miała żadnego znaczenia. Rzemieślnik z kilkoma mocnymi tytułami w swoim dorobku, ale dla mnie najlepszą rzecz zrobił w 1993 roku. Czym jest „Upadek”? Historią zwykłego człowieka o wyglądzie japiszona. Nie nosi gajera (bo jest za gorąco), ale fryzura idealnie ostrzyżona, krótka biała koszula z kieszeniami pełnymi długopisów. Od momentu opuszczenia auta można dostrzec, że ten bohater jest pełen frustracji, zaś reżyser bardzo powoli przekazuje kolejne informacje. Przystanki na drodze portretują świat, który wydaje się szalony. Gdzie nie każdy może dostać kredyt, gdzie śniadanie jest przyznawane w restauracji do 11.30, a jak się spóźnisz o minutę, to jest po ptakach. Gdzie nie brakuje gangów, a ludzie działający zgodnie z zasadami są opluwani, zaś sklep z bronią prowadzi rasista, homofob i neonazista.

upadek2

Reżyser działa tutaj stosując bardzo nietypową taktykę, w czym pomaga powolne odkrywanie kart. Bo początkowo bohater grany przez Michaela Douglasa wydaje się kimś, z kim można bardzo łatwo się identyfikować. Ale im więcej się o nim dowiadujemy, tym coraz bardziej zaczynamy dostrzegać coraz bardziej postępujące szaleństwo. Dlatego tej postaci tak blisko jest do Travisa Bickle’a, który w innych widzi przyczyny swoich frustracji, rozczarowań i lęków oraz drogę autodestrukcji. Jednocześnie cały czas pojawia się pytanie: kiedy do tego doszło? Czy zawsze taki był? A może kolejne niepowodzenia uruchomiły tą tykającą bombę? A odpowiedzi na to nie dostaniemy wprost.

upadek3

Kontrastem dla tej postaci jest detektyw Pendergast w wykonaniu Roberta Duvalla. Choć żona czasem doprowadza go do pasji, to ją wspiera, a naznaczony tragedią wydaje się trzymać swoje nerwy na wodzy. Niedoceniany w pracy, nieszanowany przez kolegów ani szefa (bo nie klnie), ale niepozbawiony inteligencji i sprytu. Obaj panowie mają bardzo podobną drogę, jednak w którymś momencie rozeszły się. Zupełnie jakby nasz glina miał twardszy pancerz.

Schumacher wie, jak budować coraz bardziej gęstą atmosferę, gdzie nie do końca wiadomo jak może się to wszystko skończyć. Może wnioski wydają się mało odkrywcze (w każdym z nas siedzi szaleniec), ale jest to podane w tak sugestywny sposób, że nie można przejść obojętnie. Może się dobrze uzupełniać z „Jokerem”.

8/10

Radosław Ostrowski

Chyłka – Zaginięcie

Mecenas Joanna Chyłka jest jednym z najbardziej cenionych adwokatów warszawskiej kancelarii Żelazny/McKay. Ostra, szorstka i zawsze wygrywająca każdą sprawę. Ale najbliższe dni mocno wywrócą jej życie do góry nogami. Po pierwsze, zostaje patronem aplikanta Kordiana Oryńskiego, a po drugie dzwoni z prośbą o pomoc dawna znajoma Angelika Szlezyngier. Kobieta razem z mężem są podejrzewani w sprawie zaginięcia swojej córki, a śledztwo coraz bardziej skupia się na nich.

chylka1-1

TVN zdecydował się przenieść na ekran cykl powieści Remigiusza Mroza o mecenas Chyłki. Jednak dlaczego zaczęli od drugiego tomu? Pozostaje to zagadką, niemniej „Zaginięcie” lawiruje między kryminalną intrygą a dramatem sądowym. Bo choć mamy tutaj dochodzenie, nasi bohaterowie nie uczestniczą w nim bezpośrednio. W końcu obrońcy mają przede wszystkim bronić swoich klientów, a nie bawić się w detektywa oraz dotrzeć do prawdy. Być może dlatego mamy tutaj sporo scen w sądzie, gdzie każdy dowód, każda poszlaka jest rozpatrywana ze wszelkich możliwych perspektyw. A czy prawda jest tak naprawdę ważna, istotna czy liczy się tylko wygrana za wszelką cenę? Te pytania będą krążyć w trakcie oglądania, a sprawa zaczyna mieć drugie dno.

chylka1-2

Reżyser Łukasz Palkowski ma wprawę w prowadzeniu kryminalnych opowieści (kto oglądał pierwszy sezon „Belfra”, ten wie) i tutaj tylko to potwierdza. „Zaginięcie” jest pozornie spokojnie poprowadzone i bez jakichś formalnych fajerwerków. Pozornie stonowany kolorystycznie, gdzie mamy zderzenie sterylnych budynków Warszawy z Augustowem i okolicami – niepozbawione brudu, szarzyzny oraz będąca bardziej przyziemna. I pojawiają się zakręty, cliffhangery, kolejne wolty zmuszające do weryfikacji tego, co już wiemy o bronionych klientach. Kto tu tak naprawdę kłamie, manipuluje i komu możemy zaufać? Tajemnica tutaj naprawdę wciąga, tylko szkoda, że ostatni odcinek troszkę wykłada wszystko kawę na ławę (w jednym monologu, ale za to z retrospekcjami) i jednocześnie jest podbudowa pod drugą serię.

chylka1-3

Na mnie największe wrażenie robiły utarczki w sądzie oraz relacja między Chyłką a Oryńskim. Dialogi nie są pozbawione ciętych ripost, bluzgów oraz wszystkich meandrów prawniczych. Pozornie jeszcze mamy parę pobocznych wątków, jednak nie psują one dobrego wrażenia i nie ma ich tutaj aż tak wiele, by stanowiło obciążenie. Cała historia o dziwo ma ręce i nogi, intryga nie wydaje się naciągana czy absurdalna, zaś bohaterowie potrafią zaciekawić.

chylka1-5

Aktorsko serial całkowicie dominuje Magdalena Cielecka, wracająca do wielkiej formy. Aktorka miała dość trudną rolę prawniczki, z ciętymi ripostami, bardzo niedostępną, kompetentną i nie bojącą się stosować nieczystych zagrywek. Bywa cyniczna i nieufna wobec klientów, a jednocześnie walczy jak lwica. Choć nie przyzna się do tego wprost. Zderzona zostaje z idealistycznym oraz zaczynającym swoją karierę Ordyńskiego, który dostaje ksywę „Zordon” i aparycję Filipa Pławiaka. Aktor radzi sobie dobrze, ma wiele uroku i tworzy dość zgrany duet. Najtrudniejsze zadanie mieli wcielający się w role podejrzanych Katarzyna Warnke i Michał Żurawski. Ona sprawia wrażenie dziwnie spokojnej, a on jest bardzo wyciszony, wręcz przybity, zaś oboje skrywają wiele tajemnic. Z drugiego planu warto wyróżnić Mirosława Haniszewskiego (sprytny, choć lekko „dresiarski” cwaniak Wito), Piotra Głowackiego (prokurator Aronowicz z włosami a’la Jezus) oraz Piotra Żurawskiego (informatyk Kormak).

chylka1-4

Powiem szczerze, że „Zaginięcie” jest bardzo sprawnie wykonanym serialem kryminalnym. Historia wciąga, dialogi są mocne (chociaż za dużo klną), zaś prawnicze meandry potrafią zaangażować. I jestem strasznie ciekawy, co będzie dalej z mecenas Chyłką oraz nową, bardziej skomplikowaną sprawą. A że druga seria już w piątek, to zgadnijcie, co będę robił.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ja teraz kłamię

Wyobraźcie sobie takie show, gdzie wy jesteście osobami decydującymi. Konfesjonał Gwiazd – tutaj celebryci opowiadają o swoich rzeczach i grzechach, a w zamian dostają dużą kasę. I wy, widzowie, głosujecie telefonami: wierzycie im lub nie. Przed wami troje postaci: aktorka poruszająca się na wózku, reżyser nie mogący znaleźć zatrudnienia oraz piosenkarka po uzależnieniu od narkotyków. Prowadząca, ubrana w turban Kai, wierzy im, ale widownia nie. Od tego momentu poznajemy historię każdego z nich.

ja teraz klamie1

Reżyser Paweł Borowski wraca po 10 latach przerwy. Artysta-plastyk oraz felietonista tworzy tutaj bardzo odrealniony świat przyszłości z perspektywy tzw. wyższych sfer. Ludzi bogatych, pragnących sławy i uwielbienia takich szarych ludzi jak ty i ja. Ludzi podatnych na manipulację oraz oszustwo, bo przecież pragniemy sensacji, makabry oraz tragedii. Z kolejnymi wydarzeniami dostajemy kolejne informacje oraz tajemnice skrywane przez naszych bohaterów. Kolejne tajemnice, jakieś morderstwo, kłamstwa, pęknięcia oraz trzy relacje. Kto kłamie, kto mówi prawdę, kto manipuluje i steruje innymi? Niby nic nowego, ale reżyser robi wszystko, by tutaj pogmatwać, skomplikować oraz namieszać we łbie.

ja teraz klamie2

Najbardziej wybija się tutaj strona wizualna oraz osadzenie w retro-futurystycznej otoczce. Scenografia jest wręcz piorunująca, przypominająca klasyczne kino SF (komputery w kształcie lekko powiększonych maszyn do pisania, „pocztówki”, telewizory czy stare samochody). Także pozornie minimalistyczne studio Kai potrafi zaintrygować. Nie wspominam jeszcze o bardzo wyrazistych kostiumach czy bardzo staroświecko brzmiącej muzyce elektronicznej. Ale największą robotę wykonuje praca kamery Arka Tomiaka. I nie chodzi o pokazanie tej rozbuchanej wizji, lecz sztuczki związane ze zmianami perspektywy, co jeszcze bardziej podkręca tą rzeczywistość. Obłędna robota, jakiej na naszym podwórku zwyczajnie nie widziałem, chyba nigdy.

Problem mam jednak z samą fabułą – pozornie prostą i szczątkową, coraz bardziej komplikującą się. Tylko, że w połowie zacząłem podejrzewać jakąś grubymi nićmi szytą mistyfikację. Pokazywanie tych samych scen zaczyna robić się monotonne i nie prowadzi donikąd. Zaś samo rozwiązanie zagadki jest mało satysfakcjonujące i skręca w stronę jakiejś opery mydlanej. Chociaż może to też jest jakieś oszustwo (ostatnia scena), ale nawet wtedy rozczarowuje.

ja teraz klamie3

I nawet aktorstwo nie jest do końca wykorzystane, a wiele znanych twarzy (Więckiewicz, Chabior, Woronowicz, Dziędziel, Kulig) pełni tak naprawdę role epizodyczne. Z tego całego grona najbardziej wybijają się cztery kreacje, czyli Agata Buzek (prowadząca Kai z turbanem na głowie przypomina uważną korbę), Maja Ostaszewska (aktorka Celia), Rafał Maćkowiak (reżyser Matt) oraz Paulina Walendziak (piosenkarka Yvonne). Choć pozornie nie są za bardzo zarysowani, to cały ten kwartet wyciska ze swoich postaci wszystko, co się da.

ja teraz klamie4

Ciężko mi jednoznacznie ocenić ten film. Z jednej strony jest oszałamiający wizualnie oraz ma świetną stylizację na retro-futuryzm, ale z drugiej wydaje się troszkę wydmuszką i niewykorzystującym potencjał całej obsady. Nie mniej jest to jeden z bardziej intrygujących polskich filmów SF.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Blade: Mroczna trójca

Eric Brooks znany jako Blade powraca. Problem jednak w tym, że swoimi ostatnimi akcjami staje się coraz bardziej lekkomyślny. Kiedy zamiast wampira zabija człowieka, zaczyna się polowanie na łowcę wampirów przez policje oraz FBI. Jego kryjówka zostaje wykryta, Blade schwytany, a Whistler ginie (znowu, ale tym razem ostatecznie). Podczas przesłuchania łowca wampira i zostaje odbity przez grupę zwaną Nocnymi Łowcami – niedoświadczoną ekipą łowców z kilkoma fajnymi gadżetami. A wsparcie będzie naszemu Chodzącemu za Dnia potrzebne, bo wampiry odnalazły samego Draculę.

blade3-1

Tym razem za nowego Blade’a odpowiada sam scenarzysta serii David S. Goyer. I powiem szczerze, że to nie była zbyt dobra decyzja. Brak doświadczenia reżysera jest tutaj mocno odczuwalny, zaś sama historia jest zwyczajnie nudna i nieangażująca. Sam pomysł scalenia Blade’a z nową grupą ludzi polujących na krwiopijców był naprawdę niezły. Tylko, że całość nie wnosi niczego nowego w kwestii tego świata, zaś same wampiry przypominają grupę narwanych nastolatków. Dracula też wydaje się tylko pionkiem w tym świecie, gdzie sam wampiryzm nie jest traktowany poważnie. A cała rozróba oraz konfrontacja Łowców z wampirami to mieszanka głupoty (dobranie się do siedziby Łowców), zbiegów okoliczności, czerstwych żartów oraz znowu pocięta w montażu. Dialogi są aż zbyt ekspozycyjne, historia przewidywalna, a sam Blade zostaje zepchnięty na drugi plan.  W filmie, gdzie jego ksywa jest w tytule.

blade3-2

Początek nie zapowiada katastrofy i obudzenie Draculi wygląda naprawdę nieźle. Same zdjęcia też są ok, ale Goyer kompletnie nie radzi sobie z reżyserią. Także sama postać Blade’a zostaje zmarnowana i ograniczona do wyglądania cool, rzucania one-linerami. Nawet, gdy walczy, sprawia wrażenie znudzonego niczym Steven Seagal ostatnimi laty. Brakuje tutaj czegokolwiek angażującego, zaś drugi plan potrafi zirytować (Ryan Reynolds nawet potrafi rozbawić). A główny antagonista jest tak nijaki i pozbawiony charyzmy, że musiałem złapać się za głowę. To jest ewidentna wtopa obsadowa.

blade3-3

„Mroczna Trójca” zarżnęła cała franczyzę, a Blade już nigdy nie wrócił w takiej chwale jak w pierwszych dwóch częściach. Potwierdza też tezę, że nie każdy nadaje się na reżysera.

5/10

Radosław Ostrowski

Blade – wieczny łowca II

Od wydarzeń z pierwszej części minęły dwa lata, a Blade dalej przerabia wampirów na galaretę. Jego mentor Whstler popełnił samobójstwo w poprzedniej części, ale tutaj jego zwłoki zostają zabrane przez wampirów, którzy go gdzieś trzymają. Po wielu poszukiwaniach, udaje mu się go znaleźć i wykurować. Jednak pojawia się bardziej kłopotliwa sytuacja – pełniący rolę szefa Rady Wampirów, Damaskinos chce zawiązać z nim sojusz. Przyczyną tej zmiany nastawienia jest pojawienie się nowego rodzaju wampirów, Żniwiarzy. Ci goście żywią się innymi wampirami, zarażając ich swoim ugryzieniem, przez co pojawiają się kolejni i kolejni, coraz trudniejsi do pokonania. Blade ma zaś dorwać i zabić szefa grupy Nomacka, w czym ma pomóc specjalnie wyszkolona grupa wampirów zwana Chartami.

blade2-1

Pierwszy „Blade” zaskoczył wszystkich i okazał się kasowym przebojem, więc kontynuacja musiała powstać. Propozycję dostał Stephen Norrington, czyli reżyser poprzednika, ale ją odrzucił. Jego miejsce zajął Guillermo del Toro, drugi raz próbując wejść na rynek amerykański. Poszło mu o wiele lepiej, choć „dwójka” ma swoje problemy.

blade2-3

Sama historia, gdzie mamy sojusz dwóch nieufnych stron oraz nowe zagrożenie, jest w stanie zaintrygować, choć toczy się przewidywalnym torem. Musi dojść do zdrady, zaś Damaskinos skrywa tajemnicę istotną dla całości. Zaś nowy przeciwnik jest o wiele trudniejszy do pokonania, bo odporny jest tylko na światło. Całość jest o wiele mroczniejsza i brutalniejsza niż pierwsza część. I nie chodzi tylko o paletę kolorów (dominuje czerń, niebieski oraz żółty), ale większość ilość krwi, rozrywanych zwłok czy scenę sekcji zwłok jednego z nowych wampirów. Czuć większy rozmach i jest parę imponujących scen jak ukryta dyskoteka z muzyką techno w tle czy walka w kanałach. Same efekty specjalne też prezentują się lepiej, zwłaszcza zgony wampirów.

blade2-2

Żeby jednak nie było tak słodko, „dwójka” dorzuca kilka poważnych błędów. Po pierwszy, sceny walki. Nie chodzi nawet o to, ze są zbyt efekciarskie oraz szalone, tylko bardzo słabo zmontowane. Za dużo jest tutaj zbliżeń na szczegóły i zbyt wiele cięć, przez co potyczki są nieczytelne niczym w następnych częściach trylogii Bourne’a. Przez co praca choreografów poszła w gwizdek. Po drugie, intryga od ostatnich 30 minut staje się bardzo przewidywalna, zaś miejscami zachowanie postaci jest dość dziwne (po co Blade macha mieczem, skoro ten nie jest w stanie zabić?). No i po trzecie, podczas walk są wykorzystane efekty komputerowe (walka Blade’a z Nyssą czy finałowa konfrontacja) wręcz nachalnie i kłują mocno w oczy. Najlepiej broni się w tej materii charakteryzacja oraz sceny zgonów wampirów. Po czwarte, ignorowanie paru aspektów z poprzednika (zmartwychwstanie Whistlera, nieobecność Karen) oraz dodany na siłę wątek romansowy, który zwyczajnie nie działa.

blade2-4

Aktorsko udaje się zachować poziom poprzednika, a Wesley Snipes nadal sprawia masę frajdy w roli Chodzącego za Dnia. Znacznie lepszy od pierwszej części jest Luke Goss w roli czarnego charakteru, którego motywacja jest bardziej osobista niż dla Frosta oraz Thomas Kretschmann jako tajemniczy Damaskinos. Z drugiego planu najbardziej wybija się cięty Ron Perlman (Reinhardt) oraz śliczna Leonor Valera (Nyssa), ubarwiając całość.

Druga część naszego wampirzego herosa utrzymuje poziom poprzednika, choć nieczytelność scen akcji jest bardzo dużym minusem. Niemniej udanie rozwija uniwersum wampirów i pozwala się przebić reżyserowi na amerykańskiej ziemi.

7/10

Radosław Ostrowski

Blade – wieczny łowca

Na pytanie o najbardziej znanego czarnoskórego superbohatera Marvela, wszyscy dzisiaj powiedzieliby, że jest to Czarna Pantera. Jednak pod koniec lat 90., kiedy kino superbohaterskie nie było tak popularne ani udane jak dzisiaj, odpowiedź brzmiałaby: Blade, czyli Eric Brooks znany też jako Chodzący za Dnia. Pół-człowiek, pół-wampir posiadający mocne strony wampirów i żadnych ich słabości (poza pragnieniem krwi) walczy z wampirami, dbając o porządek tego świata. A jego przeciwnikiem jest Deacon Frost – młody i bezczelny wampir nie-czystej krwi, który buntuje się przeciwko swoim szefom, zaś jego głównym celem jest wskrzeszenie pradawnego Boga Krwi – La Magry.

blade1-1

Sam Blade w komiksach pojawił się na początku lat 70., zaś plany ekranizacji jego przygód planowano już od 1992 roku z raperem LL Cool J w roli głównej. Ostatecznie za kamerą stanął Stephen Norrington – brytyjski specjalista od efektów specjalnych oraz fan komiksów. Założeniem twórców było poważne potraktowanie materiału źródłowego, bez pójścia w stronę kampu. I tutaj to rzeczywiście jest widoczne, a budowanie wizji świata, gdzie wampiry są częścią społeczeństwa (działającą w ukryciu w wyższych sferach) jest bardzo interesujące. Nawet sami krwiopijcy są zhierarchizowani: najwyższa karta to naturalnie urodzeni, w eleganckich garniturach, którzy działają w ukryciu i wolą układać się z ludźmi. Z drugiej strony jest wręcz buńczuczny Frost, przekonany o wyższości wampirów nad ludźmi, którzy powinni być dla nich karmą. To zderzenie tych wizji pokazuje troszkę inną wizję wampirów niż z klasycznych opowieści znanych przez popkulturę. Chodzą między ludźmi, mają szerokie koneksje, a zabić może ich tylko światło, czosnek lub srebro. Ale o nich dowiadujemy się w trakcie trwania filmu, bez żadnego wprowadzenia czy wstępu.

blade1-2

„Blade” to wykorzystujący elementy horroru film akcji, gdzie Chodzący za Dnia dokonuje eksterminacji krwiopijców, a w cały ten świat wchodzimy wraz z pogryzioną przez wampira dr Karen Jensen. I to ona poznaje naszego protagonistę oraz jego mentora/zbrojmistrza Whistlera. To oni nas wprowadzają w ten wampirzy świat pełen swoich kodów, Biblii oraz mitologii, co na swój sposób bywa porywające nawet po 20 latach. Same sceny akcji są świetnie wykonane, sfilmowane szerokimi obiektywami, dzięki czemu każdy cios, strzał jest bardzo czytelny jak w fenomenalnym prologu (dyskoteka ukryta w masarni) czy podczas rozróby w archiwum. Pod tym względem bardzo rozczarowuje finałowa konfrontacja Blade’a z Frostem, który jest tutaj bardziej szybki oraz regenerujący się. Pierwotnie scenariusz miał bardziej epickie zakończenie, jednak budżet oraz jakość efektów specjalnych nie były zbyt satysfakcjonujące i trzeba było uprościć całość. Jednak niedosyt jest tutaj spory, mimo świetnego epilogu, a czasem wiele rzeczy pozostaje niejasnych (jak udało się znaleźć kryjówkę Blade’a?). Niemniej wygląd tego zurbanizowanego miasta w tonacji metalicznego błękitu, płynny montaż, świetne sceny akcji oraz polana pulsującą elektroniką muzyka robią swoje.

blade1-3

Ale to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie idealnie dopasowany do roli Wesley Snipes, który wtedy był w szczytowej formie. Blade w jego wykonaniu to małomówny człowiek czynu, nie dopuszczający wielu ludzi do siebie oraz z bardzo pokręconym tłem. Jedynym jego wsparciem jest Whistler (świetny Kris Kristofferson), będący takim współczesnym odpowiednikiem Van Helsinga, tylko bardziej szorstki i twardy. Zaskakująco dobrze się sprawdza Stephen Dorff w roli antagonisty. Frost w jego wykonaniu to arogancki, pewni siebie wampir, pragnący władzy nad światem, a jednocześnie traktowany z lekceważeniem przez resztę środowiska. Sporym plusem jest też N’Bushe Wright, czyli wplątana w wojnę z wampirami Karen. Nie została potraktowana jako obiekt romansu dla Blade’a, tylko pozostaje inteligentną, samodzielną kobietą, stanowiącą dla niego wsparcie.

blade1-4

Powiedzmy to sobie wprost – pierwszy „Blade” to solidny film akcji/horror, choć tego ostatniego elementu nie używa zbyt mocno. Obok pierwszych „X-Men” zbudował podwaliny pod cały szał związany z adaptacjami komiksów, traktujących troszkę bardziej serio materiał źródłowy i z szacunkiem. A zanim MCU zrebootuje postać Chodzącego za Dnia, warto sobie przypomnieć początki tej postaci.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bohaterowie z piekła

Francja roku 1944 to czas kiedy wojna jeszcze szalała. Jednak tutaj nie zobaczycie herosów, tylko grupę wojaków wyjętych spod prawa. Mordercy, dezerterzy, złodzieje, goście nie po drodze z wykonywaniem rozkazów. Podczas przewożenia karnych wojaków przez żandarmerię zostają zaatakowani przez myśliwiec, a pięciu dezerterom udaje się uciec. Grupa pod wodzą porucznika Yeagera decyduje się dotrzeć do Szwajcarii, ale po drodze wszystko się zmienia.

inglorious bastards1

Powiem szczerze, że skusiłem się na obejrzenie tego tytułu jako jednej z inspiracji do stworzenia „Bękartów wojny” Tarantino. Reżyser Enzo Castellari znany był z tworzenia spaghetti westernów oraz filmów sensacyjnych. Sama historia to czyste kino klasy B, które początkowo wydaje się prowadzić donikąd. Nasza wesoła ekipa po drodze chadza z bronią, spotyka niemieckiego zbiega, strzela do Szkopów i mimo iż są gdzieś na granicy linii frontu, jest sielsko jak na wakacjach. Pojawią się nawet nagie nazistki kąpiące się w jeziorku (a co, myśleliście, że się kąpią w ubraniu? 😉), jednak jest dość chaotycznie oraz miejscami nudno. Wszystko się zmienia w połowie, gdy trafiają w ręce francuskich partyzantów i przez pomyłkę zostają wzięci za oddział, który ma na celu wykonanie niebezpiecznego zadania. Wszystko zaczyna się powoli krystalizować i troszkę zmienia się ton. Co nie oznacza, że rezygnujemy z kampowego charakteru. Naszym herosom nie kończy się amunicja, Szkopy praktycznie pojawiają się wszędzie, a logika robi tutaj sobie wolne.

inglorious bastards3

No i na sam finał dostajemy atak na pociąg, będącym popisem pirotechników oraz kaskaderów. Co tam się nie wyrabia, po prostu moc jest wielka. Co prawda widać, że do eksplozji użyto miniatur, jednak sam efekt oraz finałowa rozróba podnoszą całość. Niby próbuje się próbować dotknąć poważnych kwestii bezsensowności wojny, jednak nie jest to rozwijane zbyt głęboko. Ma być cool, na luzie oraz z odrobiną lekko smolistego poczucia humoru. Także aktorsko jest na poziomie kina klasy B, zaś mimo pewnej szablonowości postaci (opanowany dowódca z czaderskimi okularami, czarnoskóry twardziel z cygarem w ustach, wrażliwy cykor, drobny cwaniak oraz mafiozo z majchrem) mają jednak tyle charyzmy, że oglądanie ich sprawia frajdę. Głównie dzięki Bo Svensonowi oraz Fredowi Williamsowi.

inglorious bastards2

„Bohaterowie z piekła” nie są ani mroczni, ani diaboliczni, tylko serwują bezpretensjonalną rozpierduchę w starym stylu. Nie zawsze ma to sens i bywa efekciarskie do bólu, a czas nie obszedł się łaskawie, nie mniej jest zwyczajnie fajny. Tak po prostu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Jabberwocky

Dżebbersmok to bestia znana wszystkim, co czytali „Po drugiej stronie lustra”. Był to smok, z którym musiała się zmierzyć Alicja. Wiersz Lewisa Carrolla był także inspiracją dla wielu twórców, a najbardziej znaną wariacją jest nakręcony w 1977 film Terry’ego Gilliama. Jednak opowieść o bestii jest tylko pretekstem do szerszej historii.

Bohaterem tego dzieła jest Dennis Cooper – syn bednarza, który jest bardzo wielką pierdołą. Do tego jest bardzo zakochany w dziewczynie, która ewidentnie ma go gdzieś, jego ojciec umiera i wyrzeka się go. Szukając szczęścia wyrusza do zamku, by zbić majątek. Problem w tym, że okolicę terroryzuje tajemnicza bestia, co zabija oraz pustoszy liczne wsie. Król decyduje się zorganizować turniej, który ma na celu wyłonić czempiona.

jabberwocky2

„Jabberwocky” stylistycznie kontynuuje ścieżkę znaną z „Monty Pythona i świętego Graala”, czyli średniowieczne realia polane absurdalnym humorem. Budżet nie jest raczej zbyt wielki, co widać m.in. w wielu ujęciach kręconych z ręki, jednak dla Gilliama nie jest to żadna przeszkoda. Wszystko to służy pokazaniu czasów mrocznych w bardzo krzywym zwierciadle. Chociaż czy aby na pewno? Mamy tutaj zamek, który coraz bardziej się rozpada, bogaczy oraz Kościół, czerpiący profity z obecności bestii (handel oraz większa obecność wiernych), religijnych fanatyków, zakonnice (nawet jeśli są to mężczyźni) oraz prosty lud. Reżyserowi to rozwarstwienie pokazuje pewną głupotę ludzi oraz podatność na manipulację, co widać w przypadku fanatyków czy państwa Fishbourne’ów, zmieniających swoje nastawienie do bohatera jak chorągiewki na wietrze. I nawet jeśli udaje się naszemu bohaterowi osiągnąć sukces, jest to kwestia zwykłego przypadku.

jabberwocky1

Dennis (fenomenalny Michael Palin) próbuje żyć w miarę spokojnym życiem, jednak każda próba kończy się w dość nieoczekiwany sposób. I nie ważne czy mówimy o próbie zebraniu chrustu za zupę, ucieczce przed strażą, gdzie trafia do… wieży księżniczki czy w końcu zostaje giermkiem rycerza wskutek zamiany miejsc. A sami rycerze tutaj albo walczą na turnieju, doprowadzając do wręcz krwawej rzeźni, albo są skupieni na swoim celu, olewając osoby z nizin społecznych. Nie brakuje tutaj bardzo absurdalnego poczucia humoru (wybór mistrza za pomocą… gry w ciuciubabkę czy długie przemowy herolda), typowego dla brytyjskiego kina oraz lekko już archaiczne efekty specjalne w postaci tytułowego monstrum. Jednak ten archaizm dodaje odrobinę uroku do całości.

jabberwocky3

Mimo, iż to mniej znany film w dorobku Gilliama, „Jabberwocky” jest bardzo trafnym spojrzeniem na realia średniowiecza. Nawet jeśli jest to w krzywym zwierciadle oraz mocno abstrakcyjne.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dzień czekolady

Cała historia skupia się wokół Moniki – dziewczynki, która jest bardzo mocno zżyta ze swoją babcią. Kiedy ta umiera, rodzice informują ją, że… wyjechała na Hawaje, a bohaterka przenosi się do domu gdzieś w dalekim lesie. Czuje się samotna i trudno jej nawiązać relacji z kimkolwiek. Ale w jej okolicy pojawia się Dawid, mieszkający z matką oraz kotką. Powoli zaczyna się tworzyć więź, a oboje odkrywają pewien zegar, gdzie jest przejście do innego świata.

dzien czekolady1

Debiutujący reżyser Jacek P. Bławut postanowił spróbować swoich sił przy stworzeniu kina familijnego. Mamy tutaj zderzenie dzieci próbujących radzić sobie ze śmiercią bliskich za pomocą siły wyobraźni. Stąd obecność Skoczka Czasu, portalu w starym zegarze z kukułką czy obecność wiedźmy pod postacią psychoterapeutki. Widać tutaj kilka ciekawych pomysłów, które mogłyby zostać rozwinięte w coś poważniejszego. Wizualnie też się to może podobać, gdzie nie brakuje żywych kolorów oraz lekko onirycznego klimatu. Wszystko wygląda jak z dawnych czasów, czyli przed obecnością komputerów, scenografia też buduje czas bardziej niedzisiejsze czasy. Dla mnie jednak największym problemem jest to, że całość nie chce się ze sobą skleić i zwyczajnie nudzi. Całość jest ewidentnie za krótka, przez co nie pozwala rozwinąć wielu pomysłów. A sama wizja alternatywnego świata (bar z pożeraczami czasu oraz postać skoczka) sprawia wrażenie ledwie liźniętego, zaś jego reguły oraz mechaniki są kompletnie mętne i niezrozumiałe. Przebija się możliwość podróżowania po czasie, jednak jest to tylko wspomniane. Aż chciałoby się zobaczyć jak by to wyglądało. No i same postacie są ledwie liźnięte oraz opisane za pomocą tylko jednej cechy charakteru (zwłaszcza rodzice obojga dzieci są strasznie nijacy), przez co kompletnie nie obchodziły mnie wydarzenia na ekranie.

dzien czekolady2

I mimo udziału znanych twarzy, poziom jest zaskakująco niski. Ale to wynika z samego scenariusza, który mocno podcina skrzydła. Nawet dzieciaki wypadły sztucznie i słabo (zwłaszcza Julia Odzimek jest strasznie irytująca), co tym bardziej boli. Niby jest tutaj Dawid Ogrodnik (ogolony na łyso Skoczek Czasu, który tylko zjada czekoladę i gra na lirze korbowej), Tomasz Kot (policjant – bardziej epizod) czy Magdalena Cielecka (klener z doklejoną brodą), jednak nie mają tutaj zbyt wiele do roboty, a i same role nie będą raczej wspominane przez następne pokolenia.

dzien czekolady3

Debiut Bławuta więcej obiecuje niż jest w stanie dostarczyć. Niby ładnie wygląda, ale w środku jest zupełnie pusty. Troszkę jakby najciekawsze oraz najbardziej interesujące momenty zostały wycięte podczas montażu. Tak się nie robi, bo był spory potencjał, a wyszła straszna nuda.

3/10

Radosław Ostrowski

Anioł

Carlos Puch – pewnie wielu z wam to nazwisko kompletnie nic nie mówi. Ale w Argentynie to jeden z najbardziej niezapomnianych morderców. Dokonał 11 zabójstw, ponad 40 kradzieży. Najbardziej jednak szokowało to, że wygląda jak święty z obrazka – kręcone włosy, cherubinowa twarz, niewinne spojrzenie. Jak ktoś taki może zabijać, kraść i czynić zło? Przecież źli są brzydcy, prawda?

aniol1

Film Luisa Ortegi nie jest próbą stworzenia rekonstrukcji całej kariery mordercy zwanego „Czarnym Aniołem”, lecz chce wejść w umysł człowieka. Już na samym początku, gdy nasz bohater włamuje się do mieszkania. W tle słyszymy jego narrację z offu, gdy przyznaje się, że jest z porządnej rodziny, ale „urodził się złodziejem”. Wszystko widzimy niemal z jego perspektywy, przez co niemal cały czas miałem mieszane odczucia wobec tej postaci. Niby cherubin, tańczący w rytm puszczonej muzyki, kradnący płyty oraz motocykl, którym odjeżdża. A jednocześnie próbowałem jakoś zrozumieć 17-latka (!!!) i wmawiałem sobie, że może to jego sposób buntu czy może żądza szybkiego wzbogacenia się? Tylko, że żadna z tych tez nie pasuje do tego portretu. Chłopak, dołączając do gangu, nie trzyma się reguł, a swoją nieobliczalnością (napad na sklep z bronią) wywołuje zarówno podziw, jak i przerażenie. I choć można się przyczepiać, że nie jest to zbyt mocno powiązane ze sobą scenki, zaś kolejne sceny napadów czy zabójstw (ewidentnie naszego bohatera swędzą palce) nie szokują tak jak na początku, reżyserowi udaje się stworzyć silny portret. Portret człowieka budzącego niepokój i jednocześnie fascynację.

aniol2

Całość jeszcze jest osadzona na początku lat 70., co ma dość kluczowe znaczenie. I nie chodzi tylko o odtworzenie scenografii, kostiumów czy muzyki. Chociaż to zostało wykonane bez zarzutu. Pewnym detalem pokazującym mentalność tamtych czasów jest wywiad telewizyjnym, gdzie pada zdanie o pewnej teorii (naukowej zresztą). Mówiła ona, że zbrodni dokonywali tylko ludzie brzydcy fizycznie, co nie miało nic wspólnego z praktyką. Tylko, że to przekonanie siedzi w nas tak głęboko, iż nie łatwo można w to uwierzyć. Przecież taki śliczny chłopiec nie może być zły, prawda? PRAWDA? Niby jest tutaj sugerowana tłumiona orientacja homoseksualna Carlito (fenomenalny Lorenzo Ferro), jednak nie wydaje się, by to był decydujący czynnik.

aniol3

„Anioł” bardzo brutalnie przypomina prawdę, że umysł psychopatycznych zbrodniarzy budzi fascynację, ale pozostaje nieodgadniony. Niby banał, ale reżyser umie to sprzedać w bardzo przekonujący sposób, że nie można oderwać oczu.

8/10

Radosław Ostrowski