Człowiek z żelaza

Sierpień 1980 roku był bardzo gorącym miesiącem. I chodziło tylko o temperaturę powietrza, ale wręcz polityczną temperaturę, zwłaszcza w Polsce. Wybuchły strajki w wielu zakładach pracy, zaś symbolem stała się Stocznia Gdańska im. Lenina. Tam też zostaje wysłany bohater filmu Andrzeja Wajdy „Człowiek z żelaza” – dziennikarz Winkel z Warszawy. Zadanie dostaje od samego szefa Radiokomitetu: ma stworzyć reportaż, który ma skompromitować jednego z liderów strajku, Macieja Tomczyka.

czlowiek z zelaza2

„Człowiek z żelaza” nie jest – jakby można było sugerować się tłumaczeniem na angielski – polską adaptacją „Iron Mana”. To kontynuacja nakręconego wiele lat wcześniej „Człowieka z marmuru”, który był ostrym aktem oskarżenia na system komunistyczny oraz szansą na rozliczenie z czasem stalinowskim. Ten film powstał niejako na społeczne zamówienie. Krąży taka fama, że jak Wajda odwiedzał stocznię gdańską (pod pretekstem nadzoru nad filmem telewizyjnym) robotników poprosili twórcę, by nakręcił o nich film i zaproponowali tytuł. Scenarzysta Aleksander Ścibor-Rylski był wtedy poza krajem, ale udało się Wajdzie przekonać go do napisania fabuły. Jednocześnie wykorzystano wszelkie dostępne materiały zarówno z telewizji, jak i od świadków wydarzeń. To bardzo pomogło w odtworzeniu tych historycznych momentów. Zaś sama realizacja przebiegła w ekspresowym tempie: zdjęcia zaczęły się w styczniu, a sam film miał premierę na MFF w Cannes (27 maja 1981), do polskich kin trafił pod koniec lipca.

czlowiek z zelaza1

Dziwię się, że ten film w ogóle udało się zrealizować. Czy oznacza to, że jest to film warty uwagi? I tak, i nie. Konstrukcyjnie jest to powtórka z „Człowieka z marmuru”, czyli mamy dziennikarskie śledztwo, tylko że w innym otoczeniu. Winkel spotyka się zarówno ze swoimi znajomymi (Dzidek), kontaktami z UB, jak i kluczowymi postaciami z życia Maćka (pani Hulewicz, Agnieszka). Czyli przeplatanka retrospekcji z teraźniejszością. I nawet wtórność byłbym w stanie przełknąć, jednak problemem poważnym był dla mnie balans między prywatną a polityczną perspektywą. W pierwowzorze cała polityczna warstwa stanowiła tylko dla losów bohaterów. Tutaj jest odwrotnie: to polityka wychyla się na pierwszy plan, przez co postacie sprawiają wrażenie marionetek. Są ledwie zarysowane, stając się niejako schematami czy kliszami: partyjni aparatczycy i UB-cy (Badecki, Wirski, zastępca szefa Radiokominternu) kontra wierzący w przełom idealiści-strajkujący – przekonani o swojej słuszności. Brakuje tutaj jakichś mocnych odcieni szarości.

czlowiek z zelaza3

Także realizacyjnie można się przyczepić do wielu rzeczy: montaż jest miejscami niechlujny, zdjęcia bardzo nierówne, a kilka wątków wydaje się uciętych. Zupełnie jakby brakowało czasu. I ja rozumiem pośpiech, ale dla mnie ten film sporo traci. Nawet miejscami mocne dialogi nie były w stanie całkowicie tego zrekompensować. Film jest bardziej wyciszony, kameralny, co jeszcze bardziej zaskakuje.

czlowiek z zelaza4

Ze starej obsady wracają główni bohaterowie, czyli Jerzy Radziwiłowicz oraz Krystyna Janda. Ona wydaje się być bardziej wyciszona, zepchnięta niejako do roli wsparcia, pozbawiona zadziorności. Dojrzała kobieta, kradnąca jedną sceną cały film. Z kolei Tomczyk miał (przynajmniej tak ja to odbieram) ewoluować z narwanego chłopaka do dojrzałego lidera, ale wydaje się być zbyt nijaki. Najciekawszy jest tutaj sam Winkel grany przez znakomitego Mariana Opanię i to on (razem z Bogusławem Lindą) podnosi całość na wyższy poziom. Cyniczny, złamany przez życie alkoholik, który zbyt wiele widział, by poczuć entuzjazm strajkujących, a do tego ma delirium (zakaz sprzedaży alkoholu). Ale jego przemiana jest pokazana bez fałszu, o co było bardzo ciężko.

Ciężko mi ten film jednoznacznie ocenić ten film. Z jednej strony jest kroniką ważnego okresu historycznego, ale z drugiej nie wywołuje on aż tak wielkiego zaangażowania jak poprzednik. Wtórny, niepozbawiony dłużyzn, lecz także ma kilka świetnych dialogów, dobrych ról oraz niezapomnianych scen (fragmenty z grudnia ’70 czy rozmowa z Agnieszką).

7/10

Radosław Ostrowski

Ostrzeżenie

Bohaterem tego filmu jest matematyk Jon, który ma pewne problemy psychiczne. Razem z kumplem wyruszają na stację benzynową. Niestety, dochodzi do napadu i kumpel Jona zostaje postrzelony. Nie ginie, ale zapada w śpiączkę. Dziesięć lat później na stacji benzynowej pojawia się chłopiec o imieniu Nico. Jest gnębiony przez kolegów z klasy, zaś matka jest kompletnie bezsilna. W tym samym czasie Jon, męczony przez wyrzuty sumienia, dokładniej bada sprawę napadu. I odkrywa, że w tym miejscu było już kilka przestępstw.

ostrzezenie1

Hiszpański thriller od Netflixa, choć na pierwszy rzut oka nie wydaje się mieć z tym gatunkiem nic wspólnego. Cała narracja tutaj oparta jest na dwóch wątkach, które przecinają się dopiero w finale. Przez co można odnieść wrażenie, że to bardziej dramat niż dreszczowiec. Spoiwem łączącym obydwa wątki jest stacja benzynowa i sklep całodobowy. Miejsce – jak się potem okazuje – nawiedzone, gdzie co kilkanaście działo się coś złego: zamach dokonany przez ETA, zabójstwo kochanki czy nieudany napad na bank zakończony rzezią. Powolne odkrywanie tajemnic staje się obsesją Jona, coraz bardziej psując jego zdrowie psychiczne. Z drugiej strony mamy wychowanego przez matkę 10-latka. Chłopiec nie radzi sobie w relacjach z rówieśnikami, boi się wszystkiego i ma tylko jedną przyjaciółkę. A przełamanie „klątwy” ma być dla niego szansą na pokonanie lęku. Przynajmniej tak to widzi matka, bo chłopak jest bardzo przerażony.

ostrzezenie2

„Ostrzeżenie” pod względem realizacyjnym jest zwyczajnie solidnym. Uwagę zwracają zdjęcia, zwłaszcza gdy nasz bohater zbiera informacje. Kolorystyka jest bardzo ciemna, wiele momentów jest ubarwionych obecnościami robactwa. Dla mnie problemem jest absolutny brak napięcia. Po prostu oglądałem film z dużą obojętnością, a dwutorowa narracja bardzo wybijała mnie z rytmu. Jedynym zaskoczeniem był dla mnie finał, ale to nie było w stanie uratować tego dzieła.

ostrzezenie3

Dla mnie najmocniejszym punktem pod względem aktorskim jest Raul Arevalo. Jon w jego wykonaniu to lekki maniak, samotnik oraz wręcz paranoik. Nie bierze leków, bo tępią mu mózg. Ale jednocześnie jako jedyny próbuje coś zrobić z tym całym zamieszaniem. Ale cała reszta postaci nie wybija się z poziomu solidności.

„Ostrzeżenie” mogłoby być kolejnym intrygującym thrillerem z Hiszpanii. Problemem dla mnie jednak jest realizacja oraz kompletna obojętność podczas oglądania. Szkoda, bo punkt wyjścia był bardzo obiecujący.

6/10

Radosław Ostrowski

Człowiek z marmuru

Czerwiec 1976, czas strajku robotników w Radomiu i Ursusie. Ale tego tutaj nie zobaczycie, bo bohaterka jest Agnieszka. To młoda dziewczyna, próbująca nakręcić swój film dyplomowy, tylko że temat jest dość zaskakujący jak na ten wiek. Chce ustalić losy przodownika pracy – Mateusza Birkuta, którego historia urywa się w roku 1951. Kroniki, dokumenty – wszystko wyparowało. Zostali jeszcze ludzie, tylko czy uda się z nich wyciągnąć informacje?

czlowiek z marmuru3

Jeden z tych filmów Andrzeja Wajdy uważany za najważniejszy. Choć scenariusz powstał już w 1962 roku, nie było zgody na realizację. Próba rozliczenia z czasami stalinizmu była bardzo trudnym tematem, a wiele filmów próbujących opowiedzieć o tym (m.in. „Życie raz jeszcze” Morgensterna) trafiało na półki na wiele, wiele lat. Dopiero wsparcie udzielone przez ministra kultury Józefa Tejchmy spowodowało, że film udało się zrealizować, zaś mimo negatywnych recenzji (bo tylko takie zostały dopuszczone do druku przez cenzurę), obejrzało go ponad 2,5 miliona widzów. Z czego wynika fenomen tego dzieła?

czlowiek z marmuru1

Sama konstrukcja przypomina reportaż, gdzie mamy rozmowy z postaciami i wszystko przeplatane retrospekcjami oraz materiałami archiwalnymi. Ale w tej dziś klasycznej formie oraz konstrukcji tkwi największa siła tego filmu. Reżyserowi udaje się zrekonstruować czasy, kiedy do władza popierała oraz wspierała ruch robotniczy, wznosząc ich przedstawicieli na piedestał. Byli obecni wszędzie – na zjazdach partii, galeriach sztuki, byli pierwszymi celebrytami swoich czasów. Pod jednym warunkiem, że szli zgodnie z drogą oraz doktryną partii. Jak zaczniesz chcieć czegoś więcej, np. lepszych warunków pracy czy wstawisz się za kolegą oskarżonym o szpiegostwo, wtedy zostaniesz przeżuty, strawiony i wypluty. Wtedy zostaniesz wymazanym z pamięci, stając się kompletnie nikim.

czlowiek z marmuru5

Powolne odkrywanie kolejnych tajemnic przypomina oglądanie kryminału. Pojawia się więcej zagadek, postaci z bardzo zmienionymi losami (oskarżony o sabotaż teraz jest dyrektorem Huty Katowice, były ubek zostaje dyrektorem klubu, a początkujący reżyser staje się ważną osobistością). Sprytnym zabiegiem było wplecenie prawdziwych materiałów archiwalnych oraz stylizacja wielu scen na filmy z Kroniki Filmowej. Wajda wykorzystuje to, by zaatakować system pełen przekłamań i oszustw. A co gorsza, pewne zachowania (nie rób tego, nie mów o tym) pokazują pewną zgniliznę systemu, bojącego się pewnych niewygodnych tematów. Zupełnie jakby nie opowiadanie o pewnych rzeczach, miało być zamknięciem sprawy. Tylko, czy aby to na pewno właściwa droga?

czlowiek z marmuru4

Do tego Wajdzie udało się zebrać bardzo mocnych aktorów. Główne role dostali młodzi, dopiero zaczynający swoją drogę i wypadli fenomenalnie. Debiutująca Krystyna Janda (rola mocno inspirowana osobą Agnieszki Osieckiej – mało kto wie, że studiowała reżyserię w łódzkiej Filmówce) tutaj bardzo elektryzuje. Sprawia wrażenie zdeterminowanej, niepokornej, twardo dążącej do celu, nawet za cenę podstępu (włamanie się do Muzeum Sztuki czy próba rozmowy z Michalakiem za pomocą ukrytego mikrofonu). Tu czuć zarówno w bardzo energicznym sposobie wysławiania czy mowie ciała. Równie wyrazisty jest tutaj Jerzy Radziwiłowicz w roli zaginionego Birkuta. Początkowo sprawia wrażenie prostego człowieka ze wsi, ale z czasem staje się coraz bardziej niezłomnym monolitem. Uparty, nieustępliwy, nie potrafiący się do końca dostosować do nowych czasów oraz założeń partyjnych. Na jego losach widać jak system traktuje ludzi myślących inaczej. Na drugim planie nie brakuje masy wyrazistych kreacji ze świetnym Tadeuszem Łomnickim (reżyser Burski, będący typem karierowicza) oraz Michałem Tarkowskim (Wincenty Witek – przyjaciel Birkuta) na czele. A wartych uwagi epizodów jest tutaj więcej, ale polecam je samemu odkryć.

czlowiek z marmuru2

„Człowiek z marmuru” uważany jest za odpalający nurt kina moralnego niepokoju. Wajda tutaj dokonuje wręcz bezpardonowego ataku na system w sposób absolutnie bezkompromisowy. Mimo lat, nadal pozostaje ostrym kawałkiem kina, przypominając jeden z mrocznych fragmentów naszej przeszłości.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Incydent

Punkt wyjścia tej historii wydaje się prosty i niezbyt interesujący. Małżeństwo w wieku średnim przeprowadza się do San Diego, gdzie czeka na nich nowa praca. Jadą autem przez niemal pustynny krajobraz, kiedy nagle samochód się psuje. Po jakimś czasie pojawia się dużą ciężarówka, której właściciel proponuje przewiezienie do zajazdu, by wezwać pomoc. Kobieta decyduje się wyruszyć, a mąż zostaje, by popilnować auta. Po pewnym czasie zauważa, że pojazd został uszkodzony (odpięto kable od silnika), zaś jego żona nigdy nie dotarła do umówionego miejsca.

incydent1

Jonathan Mostow dla wielu kinomanów to twórca kojarzony z trzecim Terminatorem (o którym niemal wszyscy chcą zapomnieć) oraz wojennym „U-571”. Najciekawszym filmem w jego dorobku pozostaje debiutancki „Incydent”. Na pierwszy rzut oka nie wydaje się zbyt ciekawym thrillerem, bo wszystko wydaje się dość proste. Wiemy, że zaginięcie nie było przypadkowe, a intryga – mimo prostoty – potrafi wciągnąć. Motywacja antagonistów wydaje się prosta, a zagubienie i początkowa dezorientacja protagonisty zmienia się w determinację oraz walkę. Nawet jeśli wydaje się być pozbawiony przewagi. Tylko, czy uda się oszukać porywaczy i odnaleźć żonę?  Mimo wykorzystania otwartej przestrzeni, atmosfera zaszczucia i klaustrofobii jest bardzo namacalna. Każdy ruch może być tym ostatnim, zaś napięcie jest tutaj budowane bardzo pewna ręką. Rozmowa w banku, pościg oraz ukrywanie się w ciężarówce czy finałowa konfrontacja na moście pokazuje, jak wielki talent miał Mostow. Zdjęcia te pokazują bezkresną przestrzeń drogi, co tylko potęguje (przez ponad połowę filmu) poczucie bezsilności.

incydent2

Wszystko się zmienia w momencie, gdy nasz bohater zaczyna wykazywać się sprytem (moment przekazania forsy jednemu z członków gangu). Nie jest to jednak zmiana gwałtowna, bo mężczyzna musi dalej działać z ukrycia. Dochodzi jednak do otwartej konfrontacji i choć nadal czuć suspens, to jednak wszystko wydaje się bardziej efekciarskie niż efektowne. Ale i tak seans należy do bardzo przyjemnych.

incydent3

Tutaj aktorsko błyszczy Kurt Russell, który zawsze jest świetny. Tutaj gra everymana, wpakowanego w nienormalną sytuację, zaś w jego oczach dominuje głównie strach. Bardzo zależało mi na tym, by mu się udało, a początkowe, desperackie próby szukania (m.in. wyrwanie szefowi zamówień) to pokaz szerokiego zasięgu umiejętności aktora. Po drugiej stronie mamy J.T. Walsha w roli opanowanego antagonisty, który spokojnym głosem budzi przerażenie. I ten pojedynek potrafi elektryzować aż do samego końca.

„Incydent” wydaje się być troszkę zapomnianym thrillerem w dobrym stylu. Skromna produkcja, potrafiąca budować napięcie, pokazując świetną rękę Mostowa oraz ogromny potencjał jaki miał ten reżyser. Szkoda, ze już potem nie zbliżył się do tego poziomu.

7/10

Radosław Ostrowski

Rocketman

Każda osoba, która choć troszkę interesuje się muzyką kojarzy nazwisko Eltona Johna. Niby rockman, ale grający na fortepianie, mieszający gatunki oraz robiący na scenie wielkie show. Aktywny od ponad 50 lat, choć ostatnio przeszedł na muzyczną emeryturę. Ktoś jednak doszedł do wniosku, że jest to postać na tyle ciekawa, by nakręcić o nim film. Zadania podjął się Dexter Fletcher, jednak nie jest to stricte film biograficzny, tylko historia w konwencji musicalu.

rocketman1

Wszystko zaczyna się, kiedy nasz bohater trafia na odwyk. I już na dzień dobry sam Elton mówi, co mu dolega: alkohol, seksoholizm, narkotyki, zakupoholizm. Innymi słowy, przestał kontrolować swoje życie. I podczas kolejnych scen zaczynamy poznawać go coraz bliżej. Od dzieciństwa, kiedy był wychowywany przez matkę i babcię (ojciec zostawił ich), naukę w Akademii Muzycznej aż do sytuacji, kiedy szef wytwórni daje chłopakowi teksty, by napisał do nich muzykę. Tak poznaje Bernie’ego Taupina, który staje się jego najbliższym przyjacielem. Ale jest jeszcze menadżer John Reid (pamiętacie go z „Bohemian Rhapsody”, prawda?), czyli ta bardziej mroczna strona sukcesu.

Twórcy pozbawieni obowiązku ścisłego trzymania się faktów, pozwalają sobie na wiele i są tego w pełni świadomi. Pojawia się masa musicalowych wstawek m.in. w pierwszej piosence czy podczas pierwszego występu w pewnym podrzędnym barze, zakończonym bijatyką. Piosenki za to dobrane są idealnie do wydarzeń, podbudowując je oraz korespondując ze stanem emocjonalnym oraz opisując moment życia sir Eltona. Dlatego podczas pierwszego występu w USA (Klub Trubadur) słyszymy „Crocodile Rock” czy podczas kolacji z matką pod koniec jest „Sorry Seems To Be the Hardest Word”. Takich smaczków jest więcej, a kilka scen (m.in. mały Elton w swoim pokoju „dyrygujący” orkiestrą czy topiący się w basenie) to inscenizacyjne perełki. Takie momenty czynią ten film ciekawszym, wybijając go z konwencji klasycznego bio-picu.

rocketman4

Fletcher bardzo pewnie stąpa po gatunku, a jednocześnie nie czuć tutaj, że film powstał tylko dla kasy. Bo skoro biografia Queen, o której już pamiętają tylko nieliczni, to trzeba kuć żelazo póki gorące. Największe wrażenie zrobiło na mnie nie tyko odtworzenie klimatu lat 70. oraz tej wizualnej otoczki, ale kostiumy Eltona, w których występował na koncertach. Ta cekinada, krzykliwe kolory, wręcz kiczowata otoczka odtworzona jest wręcz po mistrzowsku. Wali to po oczach (w końcu o to chodzi), ale też oddaje szołmeńską stronę naszego bohatera.

rocketman2

Choć nie jest to film pozbawiony wad, bo parę wątków nie wybrzmiewa zbyt mocno (żona Renata pojawia się na chwilę), a kilka decyzji montażowych może wywoływać zgrzyt (orgia zmieszana ze wspomnieniami z dzieciństwa). To są jednak bardzo drobne rysy na tym dziele, które na wyższy poziom wznosi niejaki Taron Egerton. Sam wybór do tej roli jest idealnym castingiem, zaś aktor wyciska z tej postaci maksimum możliwości. Do tego sam śpiewa wszystkie piosenki (i robi to naprawdę dobrze), choć głosu nie ma aż tak zbliżonego do oryginału. Mi to nie przeszkadzało. A jednocześnie udaje się bardzo przekonująco pokazać skonfliktowanie (tłumiony homoseksualizm, zagubienie, ciemna strona sławy, niska samoocena) tylko za pomocą spojrzenia czy sposobu mówienia. Ale jak wchodzi na scenę, to charyzma wylewa się z niego wiadrami. Wydawałoby się, że drugi plan z powodu dominacji charyzmatycznego frontmana będzie zwyczajnie nijaki. Nieprawda. Tu na tym polu wybija się fantastyczny Jamie Bell jako Bernie Taupin. Tutaj widać rodzącą się więź i przyjaźń między tą dwójką, zaś sam Bell jest uroczy po prostu. No i jeszcze jest Richard Madden jako menadżer John Reid. Facet udający przyjaciela, a może nawet kogoś więcej, lecz tak naprawdę jest śliskim manipulatorem myślącym tylko o zyskach i kasie. Takich nie chcecie spotkać na drodze.

rocketman3

„Rocketman” to nietypowa biografia, nie bojąca się pokazywać także tej mrocznej strony sławy i jest taka jak jej bohater. Mieni się różnymi kolorami, pełna jest energii i pokazuje jak wielką siłę ma miłość (w różnych odcieniach) oraz wsparcie najbliższych osób, co najdobitniej widać w finale. Jestem oczarowany, poruszony i zachwycony.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Opiekun

Dla Bena Benjamina ostatnie lata nie były zbyt łaskawe. Po rodzinnej tragedii przestał pisać, rzuciła go żona (nie chce on podpisać papierów rozwodowych) i od dłuższego czasu nie może znaleźć pracy. Zapisuje się na kurs opiekuna, by podjąć się tego zadania. Jego pierwsze zlecenie może być dość trudne, bo „klientem” jest Trevor: chłopak cierpiący na dystrofię mięśniową (nie jest w stanie samodzielnie się poruszać). Chłopak jest dość trudny w obyciu i ma dość nietypowe hobby – zbiera informacje o bardzo oryginalnych miejscach. Mężczyzna postanawia wykorzystać to i proponuje wyruszenie do tych miejsc.

opiekun1

Netflix nie ma ręki do filmów – taka opinia się przyjęła przez lata. Jednak w morzu średniaków i słabizn można wyłuskać kilka ciekawych propozycji. Taki jest film Bena Burnetta, mocno budzący skojarzenia z „Nietykalnymi”. I nie chodzi tutaj o relację między opiekunem a nazwijmy go „klientem”, ale także o balansowanie między humorem a powagą. Brak doświadczenia Bena zderzony z dość niewyparzoną gębą oraz irytacją odczuwalną w Trevorze doprowadza do spięć, wręcz elektryzuje. Ale kiedy fabuła idzie w stronę kina drogi. Podróż dla obydwu panów będzie szansą na przewartościowanie pewnych rzeczy. Bo Trevor jest bardzo zamknięty, niepewny, mocno osadzony w swojej wieży zwanej tu pokojem. Trzyma się z góry określonego porządku, trzyma się na dystans i stworzył pancerz w postaci bezczelnego chłopaka. Ben też skrywa tajemnicy, ma minę zbytego psa, sprawia wrażenie człowieka bardziej wegetującego niż żyjącego. Potrafi jednak dostrzec pewne drobiazgi i chce wszczepić radość życia swojemu podopiecznemu. Ale po drodze pojawia się jeszcze trzecia osoba – zagubiona nastolatka Dorothy, szukająca drogi do Denver. I w tym momencie „Opiekun” zaczyna zahaczać w kierunku kina inicjacyjnego, zaś wątek romansowy brzmi szczerze, nie rezygnując z humoru (pierwsze słowo wypowiedziane przez chłopaka do Dot – mistrzostwo podrywu 😉).

opiekun2

Sama realizacja bardzo przypomina kino niezależne. Czyli nie mamy budżetu, ale i tak film wygląda ładnie. Rzadko obecne krajobrazy oraz nietypowe miejsca (farma z największym wyrzeźbionym bykiem czy największa dziura świata) dodają pewnej wyjątkowości do tego projektu. W tle gra bardzo delikatna muzyka, co pomaga wejść w nastrój.

opiekun3

Muszę przyznać, że także aktorsko jest bardzo dobrze. Kompletnie mnie zaskoczył Paul Rudd, bardziej poważny niż zwykle oraz z bardzo melancholijnym wyrazem twarzy. To najbardziej wyciszona kreacja tego aktora, choć nie pozbawiona komediowych momentów (próby nauczenia chłopaka… sikać na stojąco czy rady podczas podrywu). Aktor potrafi się wykazać i ma świetnego partnera w postaci Craiga Robertsa, choć jego postać na początku ciężko polubić. Bo Trevor jest złośliwy, wręcz bezczelny oraz pełen dość specyficznego poczucia humoru. Początkowe utarczki zamieniają się w głęboką, poważną więź. Gdyby ta relacja by zawiodła, film też byłby słaby. Drugą niespodzianką była naprawdę dobra Selena Gomez jako nie do końca mająca plan na życie Dot. Naturalna, troszkę rzucająca mięsem, ale mająca troszkę inną twarz. Jest też dość nadopiekuńcza matka w wykonaniu Jennifer Ehle.

Pozornie zwykły film obyczajowy, ale tak naprawdę to bardzo ciepłe, niepozbawione humoru kino drogi. Nawet Netflix miewa czasem przebłyski i potrafi stworzyć niegłupi film z bardzo nietypową rolą Rudda.

7,5/10

Radosław Ostrowski

15:10 do Yumy

Dla Dana Evansa życie na Dzikim Zachodzie nie jest łatwe, zwłaszcza jak się jest ranczerem. Wszystko zależy od pogody, a ta jest nieszczególnie sprzyjająca. Upał, brak deszczu, zaś bydło się panoszy i zdycha. Podczas próby znalezienia rozpędzonego bydła, ranczer jest świadkiem napadu na dyliżans dokonanego przez gang Bena Wade’a. Bandyta w miasteczku Bisbee oddziela się od grupy (w czym pomaga pewna apetyczna barmanka) i zostaje schwytany. Ranczer w zamian za spore pieniądze ma dostarczyć zbira do pociągu jadącego do Yumy.

15.10 do Yumy1

Ja tą historie znałem z remake’u nakręconego w 2007 roku przez Jamesa Mangolda. A jak z adaptacją opowiadania Elmore’a Leonarda (klasyk amerykańskiej literatury popularnej) poradził sobie Delmer Daves? Historia jest prosta i pozbawiona jakiś zbędnych ozdobników: trzeba dostarczyć zbira na pociąg do więzienia. Tylko, że trzeba zmylić czujność reszty bandy. Jak to zrobić? Puścić dyliżans, a samego szefa dowieść w zmroku. Ale czy się uda wprowadzić w pole? Reżyser bardzo powoli, ale skutecznie buduje napięcie. I nie wynika ono tylko z oczekiwania na pociąg (troszkę przypominając pod tym względem „W samo południe”), co pomaga budować podskórny niepokój. Bo jest jeszcze ta dość dziwna relacja między Evansem a Wadem. Pierwszy wydaje się być prawym, choć szorstkim człowiekiem, ledwo wiążącym koniec z końcem. Ale ten drugi nie jest takim klasycznym złym. Jest bardzo opanowany, wręcz czarujący, zaś po przemoc sięga tylko w ostateczności. Tutaj granica między dobrem a złem się zaciera, co jak na rok produkcji jest zaskakujące.

15.10 do Yumy2

Ale czuć wiek realizacji przez parę detali, które dzisiaj mocno kłują w oczy. i nie chodzi o czarno-białe zdjęcia czy troszkę nachalną muzykę. Po pierwsze, niezbyt skomplikowane relacje w rodzinie Dana. Dzieci są dość wygadane i chełpią się, co zrobi, zaś żona jest wierna, wspierająca. W ogóle drugi plan niespecjalnie wybija się, opierając się na schematach (poza w/w jest jeszcze przedsiębiorca; pijak, próbujący się zrehabilitować; lojalny zastępca szefa), przez co troszkę potrafi przynudzić. Do tego wygląda to bardzo skromnie (małe miasta, niewielu mieszkańców) oraz wszystko wydaje się bardzo statyczne.

15.10 do Yumy3

Jednak najciekawszy element to duet głównych bohaterów w wykonaniu Glenna Forda oraz Van Helflina. Pierwszy gra z dużym luzem i budzi sympatię, mimo popełniania złych czynów. Bandzior, ale z klasą i fasonem. Co zarówno wtedy, jak i dziś robi spore wrażenie, zaś jego przemiana potrafi zaskoczyć. Z kolei Helflin w roli teoretycznie tego dobrego, sprawia wrażenie szorstkiego, niezbyt rozgadanego, ale z bardzo twardym kręgosłupem moralnym. Robi to, bo po prostu musi.

Ku mojemu zdumieniu ten klasyczny western nadal potrafi wejść, co jest zasługą świetnych dialogów oraz pewnej ręki reżysera. Krótki metraż, zintensyfikowana akcja oraz mocny duet na pierwszym planie to najmocniejsze atuty. 

7/10

Radosław Ostrowski

Córka trenera

Czy tenis do dobry sport do pokazywania na ekranie? Pozornie nie jest zbyt dynamiczny, choć odbijanie piłeczek można podrasować montażem. Ale w filmie sportowym tak naprawdę najważniejsze jest to, co się dzieje poza boiskiem/kortem/ringiem. I taki jest też najnowszy film Łukasza Grzegorzka. Bohaterami tutaj jest ojciec i córka. On jest zapalonym tenisistą, który chce zaszczepić swoją pasją córkę. Ona ma 17 lat i od lat razem z ojcem ruszają po małych turniejach w małych miasteczkach, miejscowościach. Ale do tej dwójki dołącza Igor – młody, uzdolniony chłopak.

corka trenera1

Sama historia wydaje się być bardzo prosta i zostajemy rzuceni w nią niejako z rozpędu. Grzegorzek bardziej niż na rozgrywkach czy scenach gry, próbuje skupić się na relacjach między postaciami. Na tych drobnych spojrzeniach, niewypowiedzianych słowach oraz gestach. Trudno mówić tutaj o nitce fabularnej, bo jest ona bardzo wątła. Ale nie o to tutaj chodzi. Cała ta sportowa sytuacja stawia pytania bardzo istotne: czy rodzic ma prawo próbować zaszczepić swoją własną pasję, by przejąć pałeczkę? Czy dziecko możne spełniać te pasje tylko po to, by uszczęśliwić swojego rodzica? A może powinno pójść swoją własną drogą? Te pytania przewijają się w tle i nie narzucają się w trakcie oglądania. Bo najważniejszy jest tutaj klimat. Z jednej strony bardzo wakacyjny, mamy pięknie filmowane lasy, jeziora oraz korty takie bardziej z małych miejscowości (Winbledon to to nie jest) i hoteliki jakby wzięte z PRL-u. Ale z drugiej mamy wszelkie sceny treningów oraz przygotowań wykorzystujące slow-motion oraz Paganiniego w tle. Takich metod nie powstydziłby się nawet Fletcher z „Whiplash” – ścisła dieta, sporo wymyślnych ćwiczeń. Ale nie ma tutaj demonizowania czy tworzenia jednowymiarowych postaci, reżyser jest na to za sprytny.

corka trenera2

Realizacyjnie „Córka trenera” przypomina filmy sundance’owe, gdzie humor i dramat przeplatają się ze sobą. kamera jest niemal skupiona na swoich bohaterach, a także na drobnych szczegółach. To wszystko wydaje się naprawdę przyziemne, utrzymane w ciepłych kolorach. Dialogi też wypadają bardzo dobrze, złego słowa nie mogę powiedzieć o dźwięku. Jednak najmocniejszą kartą w ręku reżysera pozostaje empatia wobec bohaterów. Bez osądzania, krytykowania czy walenia prosto w oczy.

corka trenera3

No i jeszcze jest fenomenalny Jacek Braciak w roli głównej. To na nim tak naprawdę skupia się cała opowieść, zaś aktor tworzy bardzo złożoną postać człowieka pełnego wielkiej pasji, ale jednocześnie surowego. Także wobec siebie samego (mocno „zużyta” łękotka), skrywając troszkę pewną wrażliwszą stronę. I to on powoli zaczyna dojrzewać oraz akceptować decyzję córki. Partnerująca aktorowi debiutantka Karolina Bruchnicka (debiutantka) tworzy świetną chemię z Braciakiem, przez co wierzy się im. Mam wrażenie, że jeszcze o niej usłyszymy. A poza nimi na drugim planie wybija się debiutujący Bartłomiej Kowalski (Igor) oraz magnetyzująca Agata Buzek (Kamila).

Powiem szczerze, że Grzegorzek coraz bardziej zaczyna zaznaczać swoją obecność w polskim kinie. Czuć tutaj ducha amerykańskiego kina niezależnego, zaś skupienie się na mniej znanych rejonach dodaje naturalności oraz świeżości. Do tego mamy Braciaka na pierwszym planie, co się nie zdarzyło nigdy przedtem. I to może być mocny haczyk.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Przychodzi po nas noc

Kiedy wydaje ci się, że seria o Johnie Wicku to jest szczyt możliwości, jeśli chodzi o kino akcji, oznacza to jedno. Że nigdy nie oglądaliście filmów azjatyckich, bo tam rzeczy dzieją się kosmiczne, wręcz epickie. Po dylogii „Raid” (jeszcze nie obejrzałem) kolejny przedstawiciel Indonezji poszedł na układ z Netflixem, by zrealizować ostry film akcji. Czy takie jest „Przychodzi po nas noc”?

przychodzi po nas noc1

Fabuła wydaje się dość prosta i skupia się na starym facecie o imieniu Ito. Należy do elitarnej grupy zabójców zwanej Siedem Mórz, który pilnuje porządku i dba o równowagę między środowiskami przestępczymi. Ale przez te trzy lata nasz bohater ma już zabijani i przemocy. Podczas akcji w wiosce na widok dziewczynki coś w nim pęka, przez co zabija resztę swoich towarzysz oraz ucieka z dzieckiem. Razem z kumplami próbują ją uchronić, uciekając z kraju. Ale w ślad za nimi wyrusza Yakuza pod wodzą ich dawnego znajomego Ariana. W zamian za wykonanie zadania przejmie dowództwo nad Siedmioma Morzami.

przychodzi po nas noc3

Zazwyczaj w tego typu produkcjach intryga wydaje się być kwestia drugo- czy nawet trzeciorzędną. I tutaj wydaje się być podobnie, mimo wykorzystania retrospekcji (miejscami mocno wybijały mnie z rytmu). Pojawia się kilkoro nowych graczy (lesbijska para zabójczyń-nożowniczek, tajemnicza motocyklistka), przez co czasem ciężko się odnaleźć w tym wszystkim. Twórcy są tutaj poruszone kwestie lojalności, silnych więzi czy próby zerwania z przeszłością, która nigdy nie jest w stanie odpuścić. To jest po to, by zależało nam na naszym bohaterze i jego sojusznikach, ale to tak naprawdę nadbudowa. Twórcy nie próbują robić poważnego, głębokiego dramatu psychologicznego, przez co nie jest to tak mocno wygrywane jak mogło być.

przychodzi po nas noc2

Bo najważniejsza jest tutaj akcja. I wierzcie mi, kiedy w ruch pójdą pięści, machety, noże oraz karabiny, miłosierdzia nie będzie. Ani dla postaci, ani dla widza. Choreografia walk jest w stanie kompletnie zadziwić, zaś bohaterowie wykorzystują wszystko, co jest pod ręką. Nie ważne, czy są to kubki, kule bilardowe czy narzędzia z warsztatu. No i obowiązkowe maczety, który w stanie są zadać naprawdę głębokie rany. A krwi to tutaj będzie od groma, przez co można odnieść wrażenie oglądania bardzo ostrego gore. Osoby o słabych nerwach i miękkich żołądkach nie powinny nawet się do tego zbliżać. Kamera jest bezlitosna i nie odpuszcza, a kilka sposobów filmowania (z góry, z oczu) bardzo uatrakcyjnia odbiór, przez co każda potyczka wygląda inaczej. Ostatni raz takie popisy widziałem w „Upgrade”, ale tutaj jest to jeszcze bardziej podkręcone i szalone jak w przypadku pojedynku na pięści i noże między trzema paniami.

Aktorstwo też w sadzie nie jest tutaj istotne, bo liczy się tutaj choreografia oraz umiejętne wykorzystanie piącho- i maczetopiryny. Pod tym względem każdy aktor daje tu z siebie wszystko. Najbardziej pamiętne momenty ma niezastąpiony Iko Uwais (Arian), Joe Taslim (Ito), Julie Estelle (Operatorka) oraz Hannah Al Rashid (Elena). Tutaj każdy ból, cios, krzyk ma swoją siłę, przez co cała akcja jest intensywna do granic możliwości, zaś wiele pojedynków nie zostanie wymazanych z pamięci tak łatwo.

Jeśli macie Netflixa, zaś obie części „Raid” znacie na pamięć i szukacie czegoś nowego, „Przychodzi po nas noc” jest czymś, co MUSICIE zobaczyć. Bezkompromisowa jatka, jakiej moje oczy nie widziały od bardzo dawna.

8/10

Radosław Ostrowski

Arktyka

Ostatnio pojawia się sporo filmów, gdzie bohater mierzy się z siłami natury wbrew swojej woli. Do tego grona dołącza Overgard. Kim on jest? Prawdopodobnie pilotem, który przeżył katastrofę lotniczą na Arktyce. Jest już od dłuższego czasu i ma pewien napięty grafik z góry określonych czynności. Łowienie ryb, sprawdzanie, by ciągle był widoczny wryty na śniegu SOS oraz nawiązać kontakt z krążącymi helikopterami czy samolotami. Nagle udaje mu się nawiązać kontakt, lecz helikopter wskutek burzy śnieżnej rozbija się. Mężczyźnie udaje się ocalić pasażerkę, ale to zdarzenie zmusza go do podjęcia decyzji: wyruszyć do stacji, licząc po drodze na ratunek czy zostać i czekać na cud?

arktyka1

„Arktyka” to pozornie kolejny one man show, gdzie człowiek jest skonfrontowany z bezwzględną naturą i musi walczyć o przetrwanie. Historia nie wydaje się należeć do skomplikowanych, a o naszym protagoniście wiemy tyle, co nic. Dialogów praktycznie tu nie ma, a za to jest wielka przestrzeń pełna bieli, gór, wiatru oraz śniegu. Od groma śniegu. Zdjęcia pokazują majestat zimowego krajobrazu, wobec którego człowiek wydaje się tylko listkiem rzuconym na wietrze. No i tu pojawia się mocne pytanie o granice. I nie chodzi tu tylko o granicę między życiem a śmiercią, ale także między życiem a przeżyciem. Bo nasz bohater sprawia wrażenie troszkę pogodzonego już z sytuacją, wręcz wegetującego. Znalezienie kobiety staje się szansą na zmianę status quo. Ale droga łatwa nie będzie, bo natura ma swoje plany pomysły. I wtedy, mimo pewnej przewidywalności zdarzeń, reżyserowi udaje się utrzymać napięcie. Muzyka też ma tutaj sporo do roboty, choć najważniejsze są tutaj zdjęcia.

arktyka3

No i jest jeszcze jeden mocny punkt, bez którego ten film by się rozpadł. A imię jego Mads Mikkelsen. Ten aktor specjalizuje się w kreowaniu tajemniczych facetów, który za pomocą spojrzenia mówi o swojej postaci więcej niż jakiekolwiek słowa. Nie inaczej jest w „Arktyce”, gdzie coraz widać tutaj wszelkie emocji: od wyciszenia, spokoju aż po determinację, walkę i rozpacz. Samą obecnością przekuwa uwagę i wyciska ze swojej postaci maksimum możliwości, co potwierdza klasę.

arktyka2

Czuć tutaj wręcz klimat klaustrofobii oraz izolacji, co w przypadku debiutu jest sporym osiągnięciem. Ci, co tęsknią za chłodem i chcą poczuć odrobinę chłodu w upalne lato, „Arktyka” jest idealnym miejscem. Pod warunkiem, że lubicie szkołę przetrwania.

7/10

Radosław Ostrowski