Notatnik śmierci

Light to młody, zahukany, ale inteligentny licealista, zakochany w cheerleaderce (jak to każdy amerykański nastolatek). Wychowuje go ojciec, matka zginęła w wypadku. I wtedy dostaje prezent z nieba. Dosłownie. Jest to Notatnik Śmierci – nałożony czarną obwolutą księga, której mechanizm działania jest bardzo prosty. Wpisujesz imię i nazwisko oraz sposób spotkania ze Stwórcą. W pakiecie dostajesz jeszcze pewną mendę zwaną Ryuk – paskudnego boga śmierci. Wiecie jakie to daje możliwości? Light korzysta z tego tworząc mitycznego Kirę – tajemniczego zabijakę, dzięki któremu postanawia wyplenić zło. To jednak przykuwa uwagę detektywa L.

notatnik_smierci1

Kiedy pojawiły się wieści, że Amerykanie przeniosą na ekran japońską mangę, zawrzało. Fani „Notatnika” byli absolutnie wkurzeni, że zostanie to wszystko przemielone na jakiegoś hamburgera, wykładając wszystko wprost za pomocą łopaty. I że to będzie kompletna szmira, absolutnie nie warta uwagi. Do gry włączył się jednak Netflix oraz reżyser Adam Wingard. Co z tego wyszło? Ponieważ nie znam pierwowzoru, stwierdzam, że punkt wyjścia jest mocno odjechany i oryginalny. Taka moc jest bardzo ogromna, ale i niebezpieczna, przykuwająca uwagę. Walka z przestępczością nagle staje się łatwiejsza, policja ma mniej do roboty i jest porządek. Problem w tym, że tytułowy notatnik posiada pewne reguły, a sam Ryuk nie jest istotą posłuszną komukolwiek. Później cała intryga skupia się na śledztwie L, próbującego za wszelką cenę schwytać Kirę. A wtedy między nasza parką zaczyna zgrzytać i wtedy film nabiera rozpędu.

notatnik_smierci2

Wingard polewa wszystko w swoim charakterystycznym stylu, czerpiąc garściami z estetyki lat 80. Słychać to głównie w synthpopowej, klimatycznej muzyce, świetnym początku z rytmicznym montażem, obowiązkowym slow motion czy czasami kiczowatą kolorystyką (bal zimowy). Jednocześnie jest mrocznie i bardzo brutalnie, reżyser nie oszczędza pokazywania krwi oraz dosadnej przemocy. Podświadomie, chociaż to pewnie nieliczni wychwycą, „Notatnik śmierci” mocno pokazuje jak wielka władza działa bardzo destrukcyjnie, jest w stanie zniszczyć każde uczucie. I ta pycha, władza nad życiem oraz śmiercią jest bardziej przerażająca niż jakieś wampiry, zombie czy inne stwory nie z tego świata.

notatnik_smierci3

Czasami film spowalnia, a finał wielu może rozczarować (że pozostaje taki otwarty), skupiając się bardziej na psychice Lighta (świetny Nat Wolff) oraz pokazujące coraz bardziej bezwzględne oblicze Mii (nieoczywista Margaret Qualley), obnażając jej socjopatyczny charakter. Ale film kradną demoniczny Ryuk (fantastyczny Willem Dafoe swoim głosem robi robotę) oraz genialny detektyw L (kapitalny Lakeith Stanfield) – neurotyczny, dziwny, troszkę arogancki, ale inteligentny i pewny siebie. Rzadko zdarza się taka kombinacja, która nie idzie w strony parodii, lecz czyni antagonistę (chyba) ciekawym i ludzkim.

notatnik_smierci4

Dla osób nieznających pierwowzoru „Notatnik śmierci” może być początkiem z tą serią oraz jej innymi wersjami (anime, gry video, film aktorski z Japonii). Może nie zawsze skupia swoją uwagę, ale jest intrygujący, miejscami piękny wizualnie i bardzo w stylu Wingarda. Oby powstał sequel.

7/10

Radosław Ostrowski

Jaromir Nohavica – Poruba

Jaromir-Nohavica

Ten pochodzący z Czech bard od wielu, wielu lat ma oddane grono fanów w Polsce, które czeka na jego koncerty oraz kolejne płyty. Pozornie tylko gitara, akordeon i głos, ale to wystarcza. Tytułowa “Poruba” to dzielnica Ostrawy, w której zaczęła się działalność barda. Czy to zdarzenie powoduje zmianę w swoim nowym wydawnictwie?

I tak, i nie. Tekstowo nadal to refleksyjny, bardziej refleksyjny Jaromir jakiego znamy. Nie brakuje nostalgii oraz melancholii, ale także bardziej depresyjnych wejść. Jednak poza akordeonem, swoje pięć minut ma fortepian oraz elektronika, co nie jest oczywiste w przypadku tego twórcy. Tytułowy utwór to bardzo melodyjny, ciepły utwór, gdzie Nohavica… rapuje. “Kto z nas” już brzmi jak niemal klasyczny Jaromir, z gitarą akustyczną obok siebie. Równie ciepło wybrzmiewa “Lzou mi do oci” oraz wsparta tylko na fortepian “Velka Tma”, by gwałtownie przyspieszyć w “Himalajach”, wracając do akordeonu z gitarą. Duet ten jeszcze odegra swoje w przygnębiającej “Nataso, lasko ma” czy wydanym dwa lata temu utworze “Tri rohy penalta”. Drugim zaskoczeniem jest utwór “Czarna dziura”, zaśpiewany… po polsku, będącym przewrotnym dziełem o śmierci. Podobnie dramatycznie brzmi “Empire State”, gdzie fortepian wręcz pedzi jak szalony.

Wszystko inne zostało po staremu, bo Nohavica nadal opowiada w swoich utworach opowieści pełne poetyckich fraz, melancholii, smutku I specyficznego humoru. Nic nowego tutaj nie prezentuje, ale nie opuszcza swojego poziomu, do którego przyzwyczaił. “Poruba” jest bardzo przyzwoitym dziełem, który nie przekona nowych fanów czeskiego barda.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Nie oddychaj

Kiedyś Detroit to było miasto – potęga motoryzacji, obecnie jest dziurą, od której wszyscy uciekają. I tutaj przyszło żyć trójce młodych ludzi, okradających domy. Alex, Rocky i Money mają pewne swoje zasady (nie bierzemy gotówki, mała wartość łupu), dzięki którym działają dobrze. Ale dostają szansę na większy szmal, by móc wyrwać się z miasta. Cel jest prosty: chata starego, ślepego wojaka. Facet jest ślepy, mieszka sam (znaczy się z psem), zaś łupem jest duża kasa z odszkodowania. Co może pójść nie tak?

nie_oddychaj1

Film Fede’a Alvareza to niemal klasyczny thriller, gdzie pozornie znamy proste reguły. Tylko, że im dalej w las, tym bardziej to wszystko nie jest takie proste ani oczywiste. Bo ofiara to nie jest taka bezbronna i nieporadna istota, ani trójka gnojków nie jest taka bez grzechu. Dom zmienia się w prawdziwą twierdzę, skąd w każdej chwili może przyjść Staruch albo jego rottweiler, nie bojąc się zabić. W końcu w razie napadu, właściciel może bronić swojej fortecy. Kamera w tym filmie wręcz biegnie (wejście do pokoju ślepca), muzyka nerwowo buduje napięcie, a my czekamy na dalszy rozwój wypadków. Odkrywamy kolejne tajemnice starucha, będącego prawdziwym bydlakiem, kierowanym jedynie wolą przetrwania oraz swoją siłą – niezłomną, niezniszczalną, niewzruszoną. Czekamy na kolejne sztuczki (gaszenie światła, sceny obecności dwójki antagonistów obok siebie, fizyczna konfrontacja, próby ucieczki, barykadowanie drzwi), podskórnie budując poczucie niepokoju oraz lęku, a scena z pipetą naprawdę potrafi przerazić. Owszem, zdarzają się głupoty i nielogiczności, ślepiec jest wręcz nieśmiertelny, jednak – paradoksalnie – film potrafi utrzymać w napięciu do samego końca, co wydaje się kompletnie nieprawdopodobne. Gra oświetleniem, montaż, powoli pojawiający się dźwięk – to wszystko wnosi ten dreszczowiec na wyższy poziom.

nie_oddychaj2

No i jest Stephen Lang – w krótkim podkoszulku, z siwa brodą oraz wyostrzonymi zmysłami. Dawna przeszłość wybudziła z niego potwora, którego nie jest w stanie nic zatrzymać. Pozornie rozedrgany, małomówny, ale bezwzględny bydlak, pozbawiony wiary i będący ponad jakimkolwiek prawem. Pozostała trójka aktorów (ze szczególnym uwzględnieniem Jane Levy) radzi sobie dobrze, stanowiąc tło dla mocnego Langa, chociaż możemy współczuć tym młodym ludziom.

nie_oddychaj3

„Nie oddychaj” jest mrocznym i potrafiącym mocno budować napięcie dreszczowiec z elementami grozy. Kolejny przykład pokazania mrocznej strony człowieka, będącego zdolnym do wszystkiego. Jeszcze nigdy Zło nie było tak lepkie i bezwzględne. W trakcie seansu będzie próbowali nie oddychać z napięcia.

7/10

Radosław Ostrowski

Tożsamość zdrajcy

Wszystko zaczyna się w Londynie. Tam pracuje Alice Racine – urzędniczka ds. imigracji. Ale tak naprawdę jest wycofaną z terenu agentką CIA, zbierającą informacje o planowanych zamachach terrorystycznych. Tylko, że teraz zostaje poproszona o przesłuchanie kuriera, mającego przekazać wiadomość dla komórki terrorystycznej. Cały jednak myk polega na tym, że dostaje telefon z prośbą o pomoc… od Langley w sprawie przesłuchania kuriera. Nie trzeba być specjalnie bystrym, by zauważyć, że coś tu jest nie tak. Kobiecie udaje się uciec, ale zaczyna się polowanie. Ktoś zdradził i planuje atak na amerykański obiekt w stolicy Brytanii.

tozsamosc_zdrajcy1

Michael Apted to jeden z bardziej doświadczonych reżyserów brytyjskich, który ostatnio pracował dla telewizji. Powrót po wielu latach do kina mógł być dużym sukcesem albo ogromną porażką. „Tożsamość zdrajcy” to klasyczne kino sensacyjno-szpiegowskie, gdzie pojawiają się klasyczne elementy tego gatunku: strzelaniny, pościgi, podwójni agenci i gra w zaufanie. Czas ucieka, atak ma być biologiczny, a cel do końca pozostaje tajemnicą (chociaż łatwo można się domyślić). Reżyser trafia w czas, ale jednocześnie nie jest taki czarno-biały. Zaskakuje postać imama, który nie jest fanatycznym mordercą, ale osobą próbującą powstrzymać kolejne zamachy. Problem w tym, że pewnym osobom jest to wybitnie nie na rękę.

tozsamosc_zdrajcy2

Zaskakuje tutaj bardzo powściągliwość oraz kameralność w realizacji scen akcji. Apted unika efekciarstwa, pędzącej na złamanie karku kamery z ADHD, a wszystko i tak wygląda bardzo płynnie, dynamicznie, z pulsującą muzyką w tle oraz kilkoma fabularnymi zaskoczeniami. Co równie istotne, całą opowieść ma ręce i nogi, nie obraża też inteligencji widza, co w przypadku tych produkcji zdarza się dość często. Może troszkę zakończenie zahacza o efekciarstwo, ale nie trwa to zbyt długo. Mimo przeskoków z Langley do poczynań Alice, udaje się zachować dobre tempo, intryga wciąga i jest zrealizowana tak, jak powinno się robić.

tozsamosc_zdrajcy3

I to jeszcze jest bardzo dobrze zagrane. Kompletnym zaskoczeniem była dla mnie Noomi Rapace. Może nie imponuje swoją posturą, ale gdy trzeba skopać dupsko, jest nie do zdarcia. Bardzo mocno widać w jej oczach nieufność oraz dręczące ją poczucie winy, mieszające się z determinacją i walką do upadłego. Drugą niespodzianką był dla mnie Orlando Bloom. Aktora uważałem do tej pory za średniego (chyba, ze grał elfa), ale tutaj pokazuje się jako troszkę bezczelny twardziel, rzucający czasem ciętymi one-linerami i wypada w nich świetnie. Z kolei drugi plan zawłaszcza Toni Collette (szefowa MI5), wyglądająca wręcz łudząco podobnie do… Annie Lennox oraz dobrze bawiący się na ekranie John Malkovich z Michaelem Douglasem.

tozsamosc_zdrajcy4

„Tożsamość szpiega” to jedna z dużych niespodzianek tego roku. Może i opowiada historie, jakich kino wałkowało już z tysiąc razy, ale potrafi przestraszyć prawdopodobieństwem takiego ataku. Poza tym jest bardzo porządnie zrealizowane, bez pójścia na łatwiznę oraz prostego podziału na dobrych i złych, co zawsze jest w cenie. Nie mam nic przeciwko sequelowi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

niXes – niXes

nixes

Kiedy wiosną tego roku pojawił się utwór “Hole in the Universe” tajemniczego składu niXes. Byłem zaintrygowany oraz zaciekawiony, zwłaszcza że skład grupy pozostawał zagadką. Aż do premiery wydawnictwa, kiedy wszystko się wydało. Pod projektem niXes kryje się: Ania Rusowicz (wokal), Hubert Gasiul (perkusja) oraz Kuba Galiński (producent), ale jeśli ktoś spodziewa się dotychczasowego brzmienia od tych ludzi, będzie kompletnie zaskoczony.

Już wspomniany “Hole in the Universe” to mieszanka psychodelii, elektroniki oraz troszkę rockowego sznytu lat 60., ale to brzmi jakbyśmy odlecieli w jakąś kosmiczną przestrzeń, spowodowaną przez syntezatorowe popisy. I to jest tak pochłaniające, że będziecie chcieli wejść głębiej w ten świat. Drugi w kolejce “Circles” budzi automatyczne skojarzenia z Tame Impala, grający w tym samym rewirze. Mocniej odczuwalna jest tutaj obecność gitar, chociaż elektronika potrafi mocno odlecieć jak w skocznym “In The Middle of The Rainbow” czy łagodniejszym, wręcz bardzo ciepłym “Summer Waves” (szkoda, że lato już się skończyło), pod koniec dodając lekkie popisy bębenków. Bardziej rockowo się robi przy ambientowym “Don’t You Wanna” oraz dziwacznym “Exorcisms”, gdzie  na początku wydaje się, ze brzmi… sitar, ale ładnie grają tu elektroniczne smyczki w niemal kołyszącym refrenie. Tak samo wybrzmiewa prześliczne “Missing at Sea”, gdzie podkład płynie wręcz pod perkusją oraz riffami. I całość brzmi bardzo przyjemnie, pozwalając odczekać do następnego lata, gdzie świetnie przygrywałoby do promieni słonecznych. Chyba, że mówimy o mocnych uderzenia perkusji z przesterowaną gitarą w “Galaxy Sounds” oraz bardzo psychodelicznym “Paper Plane”.

Za to kompletnym zaskoczeniem był dla mnie głos Ani Rusowicz. Zachodziłem w głowę, jak to możliwe, że nie rozpoznałem go w tym singlowych utworach. I nie chodzi tu tylko o to, że śpiewa po angielsku, ale że robi to bardzo, bardzo delikatnie, wręcz eterycznie, co w zderzeniu z muzyką tworzy piorunującą mieszankę.

Pytanie, czy przedsięwzięcie pt. niXes to będzie jednorazowy wyskok, czy może będzie ciąg dalszy. Debiut jest na tyle świeży oraz fascynujący, że chciałbym poznać ciąg dalszy, a nowe oblicze Rusowicz tylko na tym zyskuje. Jesteście gotowi odlecieć? Bo ja tak.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kierowca

Noc. Idealna pora dla ludzi, dokonujących napadów, mafijnych porachunków oraz szoferów jadących na akcje. Tak jest też w przypadku głównego bohatera – kierowcy pracującego dla gangsterów. Odbiera telefony, przyjeżdża na miejsce, przywozi z punktu A do B i tyle. Tutaj też zapowiadała się kolejna taka noc. Telefon, dowiezienie ludzi pod bank, ale później szef przekazuje wiadomość: porzuć ekipę, bo Cię zabiją. Od tej pory wszystko się zaczyna sypać.

wheelman1

Kolejny film od Netflixa, który coraz bardziej się rozkręca. Tym razem robi bardzo minimalistyczne, ale stylowe kino sensacyjne. Wszystko skupia się jedynie na aucie, gdzie kamera jest przyklejona do każdej części auta – kół, szyby, dachu. Zupełnie jakby ktoś wyłowił zapomniane dzieło z lat 70., by je teraz przybliżyć. Sposób montażu, gdzie bardzo rzadko widzimy perspektywę spoza auta, potęguje tylko klimat tajemnicy i osaczenia. Tak samo jak nasz bohater, powoli zaczynamy odkrywać elementy układanki, chcąc ustalić co tu jest grane, chociaż poczucie dezorientacji trwa przez pierwsze 30-40 minut.

wheelman2

To tylko pozwala łatwo wejść w skórę kierowcy, o którym wiemy tylko tyle, ile usłyszymy w dialogach. Wszystko jeszcze podkręca pulsująca muzyka oraz bardzo dobrze zmontowane sceny pościgów, gdzie trzeba naprawdę szybko jechać. Chwil postoju i momentów, gdy nasz bohater jest poza autem nie ma zbyt wiele (chyba, że zmienia auto albo przelicza forsę), co jest zdecydowanym plusem. A im dalej w las, tym silniejsze jest napięcie, zakończone mocnym i krwawym finałem.

wheelman3

No i najmocniejszy punkt całego filmu, czyli Frank Grillo w roli głównej. O samym kierowcy wiemy nie wiele, ale jego mowa ciała oraz szorstkie spojrzenie mówi o nim więcej niż każde wypowiadane słowo. Facet zna się na swojej robocie, jest całkowicie skupiony, ale kiedy trzeba potrafi improwizować. Kiedy wszystko idzie nie tak, każde jego spojrzenie nabiera większego ciężaru, a emocje wręcz się w nim gotują. Cała reszta aktorów jest tylko wsparciem dla Grillo, ale trudno przejść obojętnie wobec Shea Wighama czy Caitlin Carmichael.

wheelman4

Sam „Kierowca” to stylowy, pięknie wyglądający akcyjniak, będący pod silnym wspływem „Drivera” Waltera Hilla. Pozornie spokojne tempo ukrywa bardzo gęstą atmosferę strachu i adrenaliny, dodającej kopa. Jak mówi tagline: Drive Fast, Think Faster.

7/10

Radosław Ostrowski

Bez snu

Główny bohater, Vincent jest gliniarzem, który ma wiele rzeczy na sumieniu. Z powodu pracy zaniedbał swoją rodzinę, z którą ma coraz słabszy kontakt. Ale gdy go poznajemy, dokonuje napadu i kranie dużo towaru. Problem w tym, że należy on do wpływowego gangstera, który w odwecie porywa jego syna. Vincent ma godzinę na dowiezienie narkotyków, lecz za nim podąża policjantka z wydziału wewnętrznego.

bez_snu1

„Bez snu” to sensacyjniak od niejakiego Barana bo Odara – szwajcarskiego filmowca, tworzącego w Niemczech. I, niestety, jest to klasyczna produkcja w iście hollywoodzkim stylu. Mamy niemal niezniszczalnego gliniarza (nawet raniony w brzuch nożem, naparza się jakby to nie było żadnym problemem), coraz bardziej gmatwaną (lecz prostą do sklejenia) intrygą, gdzie zaufanie jest wartością względną, na jaką trzeba sobie zwyczajnie zasłużyć. Jesteśmy w świecie zdegenerowanym przez skorumpowanych gliniarzy, bezwzględnych gangsterów oraz prawdziwych psychopatów, nie znających słowa lojalność. Wszystko osadzone w jednej przestrzeni, czyli kasynie działa na plus, budując klimat niepokoju. Chociaż same bijatyki wyglądają nieźle, to same strzelaniny pod koniec robią się coraz bardziej efekciarskie, zbyt widowiskowe, przez co początkowo budowany realizm trafia szlag. I jeszcze to zakończenie, gdzie wszystko musi się skończyć dobrze, chociaż ostatnia scena może sugerować ciąg dalszy (wolałbym nie).

bez_snu2

Zrealizowane jest to solidnie, lecz reżyser partaczy swoją robotę, osłabiając napięcie z każdą sekundą, a logika niektórych działań (żona jadąca do kasyna) zadziwia. Sytuację próbują ratować aktorzy i tworzą bardzo solidne kreacje, lecz bez jakiegoś błysku. Dotyczy to zarówno grającego główną rolę Jamiego Foxxa, jak i partnerującego mu duetu Michelle Monaghan/David Harbour (gliniarze z wewnętrznego).

bez_snu3

„Bez snu” – o czym nie wspomniałem – to remake francuskiego thrillera „Biała noc”. Nie widziałem oryginału, lecz jestem absolutnie pewny, że byłby lepszy. Klisze serwowane są aż za często, wiemy jak się to wszystko skończy, brakuje napięcia, suspensu. Hollywood znowu dało ciała, co mnie znowu boli.

5/10

Radosław Ostrowski

1922

Punktem wyjścia tej historii dziejącej się w roku 1922 była miłość. Nie do kobiety, bo ta przychodzi i odchodzi kiedy chce. Dla farmera jednak ważniejsza jest miłość do ziemi – twardej, bezwzględnej oraz wymagającej partnerki. Problem jest wtedy, kiedy obydwa te związki nie łączą się ze sobą. Ona chce wyjechać stąd i pójść do miasta, on kocha ziemię i nie widzi sensu poza nią. Więc Wilfred James postanawia rozwiązać problem za pomocą morderstwa.

1922_1

Kolejne dzieło Stephena Kinga, tym razem w formie dreszczowca w iście telewizyjnym stylu. Czy to może być przeszkodą? Nie do końca, bo ta powściągliwość pomaga w budowaniu klimatu. Skupienie się na jednym miejscu, gdzie powoli widzimy jak jedna decyzja waży na losach wszystkich postaci. Jedna zbrodnia pociąga do nieuniknionego upadku, pociągając kolejne ofiary, wyrzuty sumienia i trupy. A po tym wszystkim zaczną się zbliżać szczury, będące coraz bardziej natarczywe. Kolejne zdarzenia coraz bardziej pieczętują los bohatera, nad którym mocniej i mocniej zapętla się szyja. Czy było inne wyjście z tej sytuacji? Oczywiście, że tak, ale wniosek ten zostaje wyciągnięty za późno, gdy już nic nie da się zrobić.

1922_2

Kluczowy jest czas akcji, tuż przed rozpoczęciem Wielkiego Kryzysu, który pozbawił milionów ludzi pieniędzy, pracy, a farmy były przejmowane przez bardziej bogatych oraz banki, co tylko potęguje poczucie beznadziei. Zło ma bardzo ludzką postać, chociaż reżyser sięga po klasyczny zestaw straszenia (obecność szczurów, trzaskanie drzwi, wreszcie pojawienie się nieboszczki w formie rozpadającego się trupa). O dziwo, to potrafi parę razy przerazić, nawet gdy pojawia się krew oraz makabra. Poczucie niepokoju potęguje jeszcze sugestywna muzyka Mike’a Pattona, aczkolwiek jest to standardowy zestaw dźwięków pod kino grozy.

1922_3

Ten film byłby tylko całkiem sympatycznym średniakiem, gdyby nie kompletnie zaskakujący Thomas Jane. Aktor posiadający dość potężną posturę, tutaj musiał wcielić się w starszego, mniej sprawnego fizycznie rolnika, co widać w jego ruchach, spojrzeniu, sposobie plucia czy szorstkim spojrzeniu. Także akcent dodaje autentyzmu tej postaci, trzymającej w sobie prawdziwego demona. Reszta obsady prezentuje się solidnie (Molly Parker, Neal McDonaugh, Bryan James d’Arcy czy Dylan Schmid), stanowiąc tylko tło dla popisów Jane’a.

1922_4

„1922” nie potrzebuje dużego budżetu czy wielkiego rozmachu – to kameralna opowieść o demonach, budzących się w wyjątkowych okolicznościach. Niby nic wielkiego, ale zrobione jest to na przyzwoitym poziomie, bez poczucia żenady. Netflix kolejny raz pokazał, że nie tylko seriale robi na poziomie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Gra Geralda

W tym roku Stephen King ma większe branie niż zwykle, co samo w sobie jest dużą niespodzianką. Po chłodno przyjętej „Mrocznej wieży” (może kiedyś zobaczę) oraz entuzjastycznym „To”, tym razem za dzieła mistrza grozy wziął się Netflix. I to dwa razy, ale dzisiaj jeden z tych filmów – „Gra Geralda” zrealizowana przez Mike’a Flanagana („Oculus”).

gra_geralda1

Początek to przyjazd niemłodych już małżonków do domu gdzieś na odludziu. Ma to pomóc w odbudowaniu relacji między sobą, także erotycznie. Dla urozmaicenia Jessie zgadza się skuć kajdankami, by zrealizować fantazję Geralda. Problem w tym, że podczas igraszek mężczyzna dostaje zawału i umiera, a kobieta jest zdana na siebie. Poza nią jest jeszcze szlajający się pies, gustujący w zwłokach. Jak się wydostać z uwięzienia?

gra_geralda2

Całość oparta na jednym pomieszczeniu może sprawiać wrażenie obserwowania Teatru Tv. Jednak reżyser potrafi utrzymać w napięciu, troszkę przypominając… „127 godzin”. Tylko, ze tutaj jest wredny pies, tajemnicza zjawa pojawiająca się w nocy (Śmierć?) oraz… zmarły mąż i ona sama. Ktoś powie, że doszło do obłędu i będzie miał rację. Dialogi pozwalają poznać przebieg związku, a także poznać pewną mroczną tajemnicę z życia bohaterki (pewne zaćmienie, a także postawa jej ojca – więcej nie powiem), rzucającą na nią bardzo duży cień. O dziwo, to wszystko ma ręce i nogi, a próby wyrwania się z łóżka przykuwają uwagę (zwłaszcza dotarcie do szklanki z wodą czy wręcz brutalne wyswobodzenie się). Nie sposób też zapomnieć finału, gdzie dochodzi do dość zaskakującej wolty, ale to sami się przekonacie jak wejdziecie na Netflixa.

gra_geralda3

A to wszystko działa także dzięki rewelacyjnej roli Carli Gugino. I nie tylko dlatego, że pięknie wygląda, ale bardzo wiarygodnie pokazuje swoje rozterki, zmęczenie oraz bezsilność zmieniającą się w walkę. Także w scenach konfrontacji z przeszłością, wypada bez zarzutu. Świetny jest też Bruce Greenwood jako Gerald. Pozornie idealny partner, która zna swoją kobietę na wylot, ale nie zawsze jest wsparciem dla małżonki, co jest dość zaskakujące. O to ten duet trzyma film w ryzach, dając sporo przyjemności z seansu.

gra_geralda4

„Gra Geralda” nie jest strasznie mroczna czy krwawa (choć nie brakuje krwi), lecz buduje atmosferę niepokoju za pomocą sugestywnego kadrowania, zbliżeniach na twarz bohaterki oraz dźwiękach tła. Przykład porządnego rzemiosła z bardzo mocną końcówką, która skutecznie podnosi adrenalinę.

7/10

Radosław Ostrowski

Milczenie

Nie ma chyba kinomana, który nie lubiłby Martina Scorsese. Ten bardzo uznany i szanowany reżyser przez lata wyrobił sobie reputację mistrza, specjalisty od szeroko pojętego kina gatunkowego, który ciągle szuka dla siebie wyzwania. Podobno ten film miał powstać już 25 lat temu, a tematyka szeroko pojętej wiary, towarzyszyła twórcy „Taksówkarza” niemal od początku swojej kariery. I o tym opowiada najnowsze dzieło mistrza „Milczenie”.

milczenie1

Jest XVII, w Japonii głoszone jest słowo Boże, chociaż chrześcijaństwo jest zakazane. Do Portugalii dochodzą wieści, że jeden z misjonarzy ojciec Ferreira, publicznie wyparł się Boga. Dwaj jezuici, ksiądz Rodriguez oraz Garupe, wyruszają na daleki kraj, by wybadać całą sprawę i przy okazji głosić słowo Boże. Władze jednak dość szybko się dowiadują o ich obecności, przez co zaczyna się zaciskać pętla na szyi, przez co w końcu musi dokonać bardzo trudnego wyboru: wyparcie się wiary albo śmierć.

milczenie2

Kto inny mógłby się podjąć tej opowieści jak nie Scorsese. Punkt wyjścia mocno przypomina „Czas Apokalipsy”, czyli mamy tajemnicę związaną z jednym bohaterem, który pojawia się zaledwie w trzech scenach. A tak najważniejsze jest tutaj rozdarcie oraz walkę o duszę ojca Rodrigueza, jego „rozmowy” (w formie narracji z offu) z Bogiem, który na każde jego słowo, nie odpowiada. Nie odpowiada, bo Go nie ma? Czy może jest to próbą, którą nasz ksiądz musi podjąć? Tylko, ze razem z nim będą też cierpieć jego bracia oraz siostry w wierze. Dlaczego reżyser pokazuje tylko perspektywę naszego Rodrigueza i w ogóle „chrześcijańskiej” Europy, która nie potrafi zrozumieć mentalności Japonii. Tutaj mieszkańcy są albo wierzącymi w Boga, albo zdrajcami (przewodnik bohaterów – Kichijiro), albo zwalczają chrześcijaństwo traktując je jako zagrożenie. Dlaczego to jest niebezpieczne? Bo tak. Widzimy tylko jedną perspektywę i to wywołuje rozdrażnienie.

milczenie3

Za to nie mogłem oprzeć się pracy kamery. Z jednej strony pięknie wyglądające sceny przyrody, z drugiej bardzo surowe i naturalistyczne wręcz sceny tortur, morderstw. To zderzenie buduje poczucie zaszczucia oraz niepokoju. Choć Japonia wygląda pięknie, jest bardzo niebezpieczna. Jeszcze to dość wolne tempo czy kompletnie zbędny epilog, gdzie mamy wyłożone kawę na ławę. Do tego jeszcze narracja z offu czasem mówi więcej niż powinna, przez co średnio zaangażowany w całą historię. A szkoda, bo rozważania na temat wiary i religii miało spory potencjał. Jaka jest różnica między buddyzmem a chrześcijaństwem? Jak język może okazać się silną przeszkodą w przekazywaniu Ewangelii (jak różnie odbierane są znaczenia tych samych słów)? Szkoda, że nie do końca zostaje to wykorzystane.

milczenie4

Także aktorsko tak naprawdę z wielkich nazwisk wybija się tylko Andrew Garfield (Rodriguez), bo grał główną rolę. I wybronił się jako duchowny pozornie z silną wiarą oraz równie poważnymi wątpliwościami, targającymi nim aż do samego końca. Liam Neeson (ojciec Ferreira) ma raptem kilka scen, a partnerujący Garfieldowi Adam Driver nie ma zbyt wielkiego pola do popisu. Za to świetnie wypadają aktorzy japońscy ze szczególnym wskazaniem na Takanobu Asano (tłumacz) oraz Yosuke Kubozukę (Kichijiro, czyli japoński odpowiednik Judasza).

„Milczenie” to przykład kina niewykorzystującego w pełni swojego potencjału, co w przypadku takiego reżysera jak Scorsese jest zaskakujące. Scorsese po drodze zadaje kilka pytań, częściowo nie dając na nie odpowiedzi. Może samo milczenie jest odpowiedzią?

6/10

Radosław Ostrowski