To przychodzi po zmroku

Głównymi bohaterami tego filmu jest rodzina mieszkająca gdzieś w leśnej chacie. Mąż z żoną (Paul i Sarah) oraz 17-letnim synem (Travis), psem i teściem zarażonym paskudną, roznoszącą się chorobą. Gdy ich poznajemy starszy pan zaczyna coraz mniej przypominać siebie, więc musi umrzeć. Ale spokojną egzystencję familii zmienia obecność mężczyzny, szukającego jedzenia dla rodziny. Paul decyduje się sprowadzić resztę rodziny Willa do siebie.

po_zmroku1

Nie brzmi to zbyt ciekawe jak na fabułę horroru. Ale reżyser Trey Edward Shults postanowił zrobić film kompletnie niepasujący do konwencji kina grozy. Bardziej jest to psychologiczny thriller, skupiającym się na lękach świata w stanie rozpadu. Jakaś postapokalipsa znana choćby z gry „The Last of Us”, gdzie najbardziej boimy się nie tylko tego, czego nie widać, ale całego otoczenia. Zawsze trzeba było być przygotowanym, uzbrojonym w broń, nie zostawiać nigdy otwartych drzwi. Poczucie paranoi, każdy obcy jest traktowany jako zagrożenie, udaje się zbudować za pomocą ciasnych korytarzy, niemal kompletnego mroku, oszczędnego oświetlenia. A żeby było jeszcze ciekawiej, historię poznajemy z perspektywy Travisa. Dla niego powinien to być czas, w którym poznaje dziewuchy, kończy collage i spędza więcej czasu z rówieśnikami, ale zamiast tego, musi pilnować bezpieczeństwa, nosić maskę na zewnątrz i rękawiczki, by się nie zarazić. By jeszcze bardziej namieszać we łbie, chłopak ma niepokojące koszmary. I to mocno miesza w głowie.

po_zmroku2

Reżyser pamięta o tym, by podkręcić napięcie (pojawienie się intruza, strzelanina, zaginiecie psa), ale jednocześnie bardzo wolne tempo działa osłabiająco. Do tego jeszcze majaki Travisa wywołują totalną dezorientację, mając na celu tylko dokonania finałowej wolty. Sama historia nie jest tutaj najważniejsza i parę razy było mi wszystko jedno, co się działo na ekranie. Wnioski o przekraczaniu granic oraz tego, do czego można dopuścić, by chronić najbliższych są bardzo oczywiste i to ogromny minus.

po_zmroku3

Mimo, że realizacja jest pierwszorzędna (bardzo mroczne zdjęcia, nerwowa muzyka), a do aktorów ze świetnym Joelem Edgertonem na czele nie można mieć żadnych zastrzeżeń, to film był dla mnie zbyt hermetyczny i nie dałem się wciągnąć w tą tajemnicę. Troszkę żałuję, bo punkt wyjścia dawał ogromne pole do popisu i mogło wyjść z tego mocne kino.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Sprzymierzeni

Rok 1942, Maroko. Tam zostaje wysłany kanadyjski szpieg, Max Vatan. Jego zadaniem jest sprawdzenie członkini francuskiego ruchu oporu i razem z nią mają zabić niemieckiego ambasadora. Po drodze zdarza się coś, co podczas wojny nie powinno się wydarzyć – oboje zakochują się w sobie. Takie okoliczności nie zapowiadają nic dobrego, ale wbrew realiom decydują się wziąć ślub. Rodzi się dziecko i wszystko wydaje się zmierzać ku dobremu końcowi. Jednak wywiad podejrzewa, że pani Vatan jest niemieckim szpiegiem i musi zostać zlikwidowana.

sprzymierzeni1

Robert Zemeckis jest jednym z moich ulubionych reżyserów, który miał wszelkie zadatki na bycie drugim Spielbergiem. Tutaj próbuje połączyć elegancki i stylowy melodramat z wojennym thrillerem, co początkowo może wydawać się szalone. Całość przypomina takie klasyczne kino sprzed kilkudziesięciu lat, a sam początek w Maroku, budzi skojarzenia z „Casablanką”. Zachwyt budzi wizualny przepych: scenografia i kostiumy wygląda przepięknie, efekty specjalne są wyjątkowo stonowane (burza piaskowa, bombardowanie Londynu) i nie kłują w oczy. Wątek miłosny poprowadzony jest bardzo spokojnie, ale ciągle czuć napięcie, a scena zamachu ma prawdziwego kopa. Ale sceny obyczajowe wprowadzają mnie w stan spokoju i wtedy robi się troszkę nudno. Niby wątek prywatnego śledztwa naszego antagonisty próbuje znów wprowadzić niepokój (i częściowo się to udaje), choć parę pomysłów wydaje się dość dziwacznych (wypad do Paryża, by spotkać się z informatorem w więzieniu – grube jaja), przez co napięcie zaczyna siadać, mimo dynamiczniejszej akcji. A wszystko wraca dopiero w dramatycznym finale, ale czy nie jest już za późno?

sprzymierzeni2

Wszystko byłoby jeszcze lepsze, gdyby było mocniej czuć chemię między głównymi bohaterami. Szczególnie Brad Pitt jest bardzo, bardzo sztywny, chociaż próbuje nadrobić wszystko swoim francuskim akcentem. Sprawia wrażenie jakby troszkę nieobecnego, a na twarzy niemal żywcem wziętej z muzeum figur woskowych trudno cokolwiek wyczytać. Znacznie ciekawsza jest Marion Cotilliard i nie tylko dlatego, że wokół niej opiera się cała tajemnica filmu. Na początku jest pewna siebie, znająca bardzo dobrze zasady gry szpiegowskiej, ale też przyciąga swoją urodą. Im dalej w las, tym więcej jest niepokoju, lęku, a finał zawłaszcza dla siebie.

sprzymierzeni3

Zemeckis przyzwyczaił mnie do świetnych i dobrych filmów. „Sprzymierzeni” to przyzwoita robota, która może odstraszyć dość wolnym tempem oraz brakiem silnej chemii między głównymi bohaterami. Pozostaje jednak całkiem solidnym filmem rozrywkowym, dającym miejscami sporo satysfakcji oraz magii. Niemniej liczę, że Zemeckis jeszcze pokaże siłę.

sprzymierzeni4

6,5/10

Radosław Ostrowski

Percival Schuttenbach – Strzyga

R-9201943-1495457324-9345.jpeg

Co może powstać z połączenia muzyki ludowo-folkowej i heavy metalu? Na to odpowiedź daje grupa Percival Schuttenbach – szalony sekstet z Lublina, gdzie mamy trzy wokalistki (!!!), mieszankę ludowości w postaci smyczków, fletów oraz gitary elektrycznej. O grupie usłyszałem, gdy nagrali parę piosenek do trzeciej części “Wiedźmina”, a w zeszłym roku wydali (po raz pierwszy dla dużej wytwórni, a nie swoim sumptem) swój szósty album “Strzyga”. Czego należało się spodziewać?

Początek jest ciężki i szybki w postaci “Marysi” – ludowe przyśpiewki w zwrotkach, mocne riffy, grownling (także pań) oraz solo smyczków. Jeśli ten kawałek was nie odrzuci, to poczujecie się to jak w domu. Podobnie czaruje pozornie spokojne “Rodzanice”, gdzie cymbałki współgrają z gitarą, w tle wchodzi wokaliza, by od zwrotki znów trzymać za gardło, popisami gitarowo-perkusyjnymi. Szokiem był “Pocałunek”, zaczynający się łomotem, by wejść w niemal średniowieczny klimat za pomocą fletu, akustycznej gitary oraz delikatnego wokalu, bo później dorzucić do pieca niczym Metallica z początków kariery. Riffy potrafią się zapętlić w niemal spektakularnej “Alhambrze”, by w refrenie pokazać prawdziwy ciężar, ale instrumentalny popis fletu oraz “orientalnych” gitar to majstersztyk (tak samo rosyjski fragment). Podniosły “Lazare” zmieniający się w minimalistyczny walc, zmieniający się w długi popis gitarzysty, a nawet bas ma swoje pięć minut (niepokojący “Buba” z kapitalnym wstępem), by dalej przerazić godnym samego zespołu Halloween “Gdy rozum śpi”.

I kiedy wydaje się, że już nic cię nie zaskoczy, to niespodzianką jest kompletny brak nudy, mimo pewnego połączenia ostrych riffów ze wstawkami średniowiecznymi. Każdy utwór potrafi zaskoczyć z mocnymi, soczystymi riffami, a umieszczona w wersji deluxe cover “Wóda zryje branie” miażdży. Wokale zarówno pań Bromirskiej, Lacher i Bogdanovej, jak Mikołaja Rybackiego mają to, co w tym gatunku wymagane: silną ekspresję oraz potężną dawkę energii, co słychać jeszcze w takich utworach jak “Miesiąc” czy “Sokol mi leta wysoko”. Nie wiem jak wy, ale zacznę szukać poprzednich dokonań Percivala, bo ta muzyka wręcz uzależnia. Jest moc metalu, słowiańska dusza oraz szeroko pojęty czad.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Duch

Jaki jest jeden z najpopularniejszych motywów kina grozy, poza wampirami, zombie i wilkołakami? Są to duchy i nawiedzone domostwa. Zawsze jest jednak tak, że obydwa te motywy łączą się ze sobą. Ciekawe dlaczego? Początek starego filmu Tobe’a Hoopera niczego nietypowego nie zapowiada, chociaż… Może po kolei. W pewnym osiedlu mieszka sobie rodzina Freelingów – rodzice i troje dzieci plus pies. Najmłodsza córka, blondwłosa Carol Anne, gdy ją widzimy po raz pierwszy rozmawia ze śnieżącym telewizorem. Może bawi się z wyimaginowanymi przyjaciółmi. Ale później zaczynają się dziać coraz dziwniejsze rzeczy, aż pewnej nocy podczas burzy dziewczynka znika. Jedynie słychać jej głos w… telewizorze.

duch1

Reżyser razem z producentem Stevenem Spielbergiem (podobno ten drugi był reżyserem „Ducha”) postanowili połączyć kino familijne z kinem grozy, nawet mieszając je obok siebie. Początek jest wręcz spokojny, sielankowy. Widzimy nasze osiedle, gdzie mieszkają ludzie, a życie toczy się spokojnie. Także nasza familia nie wybija się z tego obrazku: jest radość i szczęście, każde z dzieci ma swój pokój (najstarszy syn ma też wiele gadżetów z „Gwiezdnych wojen”). Tylko Carol Anne siedzi przed telewizorem, ale wtedy jak kończy się program i śnieży ekran.

duch2

Hooper potrafi jednak porządnie przestraszyć i nie potrzebuje stosować skomplikowanych bajerów. Wystarczy tylko śnieżący ekran, przerobiony niczym echo głos dziecka oraz prosty montaż (scena w kuchni z krzesłami). Plus jeszcze grzmoty i światło, a także praktyczne efekty specjalne (niepokojące drzewo i klaun godnie znoszą próbę czasu). Odpowiedzi na pytania, co się stało, poznajemy bardzo powoli, chociaż podejrzewamy udział zjawisk paranormalnych. Kiedy pojawia się paranaukowe trio i później „czyszczycielka” domu, napięcie zaczyna gwałtownie rosnąć, a poczucie zagrożenia wzrasta. Niby mamy tylko sprzęt do filmowania i nagrywania, ale nie wydaje się to wygłupem. I ani razu się nie zaśmiałem – takie to było. Najbardziej zapamiętałem scenę wyciągania dziewczynki z drugiej strony (tak to światło w tym mroku waliło po oczach) oraz finałową walkę z domem zakończoną ucieczką i… o, nie więcej wam nie powiem, to trzeba samemu zobaczyć.

duch3

Do tego jest to dobrze zagrane, przez wówczas kompletnie mało znanych aktorów, co tylko dodaje pewne posmaku realizmu. Zarówno Craig T. Nelson, jak JoBeth Williams pasują do ról rodziców, wierząc im bez jakiegokolwiek poczucia szarży, zwłaszcza w scenach, gdzie muszą pokazać swój lęk. Ale i tak największe wrażenie zrobiła Heather O’Rourke wcielająca się w Carol Anne – naturalna, bardzo ciepła dziewczynka, przez większość filmu grająca tylko głosem. Plus świetny drugi plan w postaci Beatrice Straight (zajmująca się sprawami paranormalnymi dr Lesh) oraz mówiąca bardzo niskim głosem Zelda Rubinstein (jasnowidzka Tangina Barrons).

duch4

Echa filmu Hoopera były obecne choćby w wariackim „Naznaczonym” Jamesa Wana, co może świadczyć o statucie „Ducha”. Sam film dobrze znosi próbę czasu, m.in. dzięki próbie sięgania po mniej oczywiste środki niż jump-scare’y czy chropowata muzyka. Absolutnie dzieło godne miano klasyka.

8/10

Radosław Ostrowski

Dalida. Skazana na miłość

Ta urodzona w Egipcie włoska piosenkarka w latach 60. podbiła najpierw Francję, by później skupić uwagę we Włoszech, a następnie cały świat ze Stanami Zjednoczonymi. Ale życie Yolandy Gigliotti było pełne wielkich wzlotów i jeszcze większych upadków. A jak to wyglądało? Jej losy postanowiła przedstawić francuska reżyser Lisa Azuelos.

dalida1

Sam początek jest mocny, gdzie najpierw widzimy kobietę jak czesze swoje włosy i następnie cofamy się do roku 1967 roku na lotnisko. I widzimy tą samą kobietę rozmawiającą z bratem i siostrą. Czeka na samolot, rodzeństwo wychodzi, a ona zamiast na samolot wsiada do taksówki i jedzie do hotelu. Potem widzimy jak jedzie karetka pogotowia – nieudana próba samobójcza. Kobietą jest Dalida, a to zdarzenie jest punktem zwrotnym. Najpierw poznajemy początki kariery oraz moment, który doprowadził piosenkarkę do samobójstwa, by poznać kolejne losy aż do samego końca.

dalida2

Reżyserka miesza chronologię, a kluczem do historii Dalidy uczyniła jej piosenki: od radości i zauroczenia aż do smutku, samotności i poczuciu przygnębienia. Jednocześnie obserwujemy jej kolejne związki z mężczyznami, którzy lgną do niej jak ćma do światła. Tylko, że te relacje doprowadzają do dramatów, tragedii oraz śmierci, wiszącej nad nią. Kolejne rozczarowania w życiu osobistym nie są w stanie zrekompensować sukcesy artystyczne. Wszystko to, mimo pewnej skrótowości, jest pokazane bardzo sugestywnie. Pomaga w tym szybki montaż (zbiór fotografii, fragmenty wywiadów) oraz świetnie dobrane piosenki, idealnie korespondujące z wydarzeniami ekranowymi (największe wrażenie zrobiła zbitka scen koncertu z modlitwą w kościele i… aborcją). A kilka razy to naprawdę potrafi chwycić za gardło jak fantastyczne przygotowania do trasy w USA (choreografia niemal jak z tras Madonny, tylko wcześniej), śmierć kochanka po strzale czy finał. Do tego trudno nie docenić scenografii oraz kostiumów.

dalida3

Ale to wszystko by nie zadziałało, gdyby nie fenomenalna Sveva Alvati w roli tytułowej. Nie tylko wygląda przepięknie (jak pierwowzór), ale też tkwi w tym pewien złamany charakter, poczucie niższości i ciągłe poszukiwanie partnera. Kiedy wchodzi na scenę, to ma ogromny magnetyzm i nie można oderwać od niej wzroku (jej stroje dopełniają jej charakter). Nie da się przejść obojętnie wobec tej aktorki i mam nadzieję, że jeszcze ją kiedyś zobaczę. Pozostali aktorzy są mocni i wyraziści, chociaż niektórzy mają ze sobą tylko kilka minut.

dalida4

Pozornie „Dalida” to typowa filmowa biografia, ale jednocześnie jest to hołd dla artystki. Polskie tłumaczenie tytułu nigdy nie było tak adekwatne i potrafi mocno zagrać na emocjach. Ale też potrafił przybliżyć tą postać i to jest spory plus.

7/10

Radosław Ostrowski

Człowiek z magicznym pudełkiem

Wyobraźcie sobie świat, w którym Polska jest potężnym krajem, rozdającym karty. Gdzie ludziom żyje się dobrze i w dostatku, a nad wszystkim czuwa zawsze uczciwy Wielki Brat. Tak właśnie wygląda Warszawa 2030 roku. Oczywiście, że nie jest zbyt dobrze, bo to świat pełen zamachów, inwigilacji i terroryzmu.

W tym świecie znajduje się Adam. Nie pamięta kim jest, co robił, ma tylko jakie krótkie przebitki. W końcu udaje się mu zdobyć mieszkanie (podniszczona kamienica) oraz pracę w korporacji jako sprzątacz. Wtedy na jego drodze pojawia się ona – Goria, typowa korporacyjna twarda kobieta. Pozornie niedostępna, ale coś zaczyna się powoli rodzić. I wtedy znajduje się pewne stare radio, a jednocześnie odzywa się przeszłość, czyli rok 1952.

magiczne_pudelko2

Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że w Polsce powstanie dobry film SF, wyśmiałbym go w twarz. Ale reżyser Bodo Kox ma więcej jaj i odwagi niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Wizja świata, którą proponuje reżyser może nie jest zbyt oryginalna (wszelkie skojarzenia z „Brazil” Gilliama na miejscu), ale mocno aktualna. Z jednej strony duże biurowce, sterylny świat pełen reguł i zasad, z drugiej chropowate, podniszczone budynki, gdzie wszystko można zdobyć w niekoniecznie legalny sposób. Czy poza pracą jest miejsce na coś więcej? Ludzie się tu przyzwyczaili do kolejnych zamachów, dokonywanych przez… to nieważne. Niby jest dostatek, bo wszystko możesz kupić (ręka działa jak karta kredytowa), ale woda jest limitowana, światło czasami szwankuje i gaśnie (jakby nadal był 20. stopień zasilania), ludzie zaś rozmawiają jakby przez słuchawki oraz głośno. I w tym świecie dochodzi zaczyna się odzywać uczucie. Miłość, pożądanie, przywiązanie – może i jest dość skrótowo przedstawione, ale wierzy się w tą relację.

magiczne_pudelko3

Jednocześnie próbujemy poznać tajemnicę skupioną wokół Adama – kim jest, co robi i przebitki z przeszłości budują zagadkę. Powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki, krótkie scenki, by w finale uderzyć z bardzo gorzkim finałem. Wrażenie robi świetna scenografia – z jednej strony bardzo oszczędna i pięknie sfotografowana (bardzo wystylizowane zdjęcia), z drugiej czuć inspiracje wielkimi (neony jak z „Blade Runnera”, maszyna do podróży w czasie niczym z Gilliama), okraszone jest to przepiękną muzyką oraz sporą ilością humoru i porządnymi efektami specjalnymi. A paralele między rokiem 1952 z 2030 w paru miejscach poraża.

magiczne_pudelko1

Kox potrafi też dobrze prowadzi aktorów, choć pojawiają się znane twarze jak Wojciech Zieliński (agent Targosz) czy Arkadiusz Jakubik, nigdy nie schodzący ze swojego poziomu. Film wyleczył mnie z alergii na punkcie Olgi Bołądź, która (w końcu) ma szansę pokazać coś więcej i – przy okazji – wygląda zjawiskowo. Ale prawdziwym odkryciem jest Piotr Polak (Adam) – tajemniczy, bardzo oszczędny w pokazywaniu emocji i jakiś taki niedzisiejszy. Do tego te piękne oczy, które potrafiłyby rozkochać niejedną kobietę.

magiczne_pudelko4

Kompletnie nie byłem pewny, co spłodził Kox i miałem wątpliwości. Ale „Człowiek z magicznym pudełkiem” to film w polski wyjątkowy, bo SF praktycznie od 30 lat w zasadzie nie istnieje. Jest to intrygujący melodramat traktujący konwencję kina fantastyczno-naukowego jako otoczkę do wydarzeń ekranowych. Dowcipne, wzruszające, troszkę bawiące się konwencją i bardzo gorzkie kino. Drugi taki film może tak szybko nie powstać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Czarownica. Bajka ludowa z Nowej Angii

XVII wiek i początek przybycia pobożnych purytanów z Anglii do Ameryki. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy rodzina zostaje wyklęta z Kościoła oraz wspólnoty. William i Katherine z pięciorgiem dzieci przenoszą się gdzieś na odludzie blisko lasu – paskudnego, niepokojącego i budzącego postrach. Poza nimi jest jeszcze czarny kozioł, pies i kozica. Wszystko idzie wokół zbierania plonów, hodowli i modlitwach. Ale jednak coś jest nie tak, a punktem zwrotnym jest zaginięcie najmłodszego potomka, Samuela. Od tej pory robi się coraz dziwniej i straszniej.

czarownica_2015_1

Debiutujący za kamerą Robert Eggers postanowił mocno namieszać, bo stworzenie klasycznego horroru już nikogo nie interesuje. Jumpscare’ów nie uświadczysz, ale jest dużo mroku, niepokoju oraz… no właśnie. Są w tym lesie czarownice czy to wytwór umysłu? Odcięcie się oraz całkowicie oddanie się Bogu zamiast zbliżyć, coraz bardziej zaczyna oddalać, a nad wszystkim zaczyna się odczuwać fatum. Czyżby cała rodzina od początku była przeklęta? Reżyser ciągle podpuszcza, niby sugerując pewne rzeczy (przyśpiewki do Czarnego Filipa, scena po zaginięciu niemowlaka w lesie), ale końcówka to walenie po łbie. Chociaż może to też jest wytwór wyobraźni Thomasin? Sam już nie wiem, jednak jedno jest pewne: ten film potrafi porządnie straszyć. Muzyką, powoli budowaną atmosferą niepokoju, wręcz zaszczucia (surowo sfotografowany las budzi niepokój), by coraz bardziej napiętnować hipokryzję (ojciec), religijny fanatyzm (matka) oraz powolne wchodzenie w dojrzewanie (najmłodszy syn patrzący na siostrę tak… pożądliwie). Kolejne oskarżenia o grzech, kłamstwa, sekrety i w końcu kuszenie. Czyżby w okolicy naprawdę pojawił się Szatan, który zawsze przychodzi na nasze zaproszenie? A okolica taka brudna, nieprzyjemna i brzydka (za to ładnie sfotografowana – to oświetlenie robi wrażenie).

czarownica_2015_2

Od strony aktorskiej najbardziej zapadają w pamięć dwie role: Thomasin oraz Williama. Pierwsza, grana przez zupełnie nieznaną Anję Taylor-Joy jest jedyną osobą, której los mnie obchodził (chyba przez te niewinne oczy) i powoli wchodzącą w wiek dojrzewania, na końcu ulegając Zlemu. Z kolei William (mocny Ralph Ineson) potrafi magnetyzować wyłącznie samym głosem – surowym, twardym i bezwzględnym. Tak jak jego postać, która coraz bardziej posuwa się w stronę szaleństwa. Do reszty obsady trudno się przyczepić.

czarownica_2015_3

„Czarownica” to jedna ze świeższych opowieści grozy, próbująca przełamać pewne oczywiste sposoby realizacji tego gatunku. Debiutant stawia bardziej na poczucie niepokoju i zagrożenia niż na oczywiste straszenie prostymi trickami. Chociaż zakończenie można było lepiej rozegrać, to i tak jest to duże zaskoczenie. A skoro mówi to osoba, nie przepadająca za tym gatunkiem, coś musi być na rzeczy.

7/10

Radosław Ostrowski

Autopsja Jane Doe

Początek jest dość mocny: morderstwo w domu, dużo krwi, zmasakrowane twarze i jedno ciało. Młoda kobieta, zakopana w piwnicy, piękna, naga i bardzo młoda. Kim ona jest? Dlaczego się tu znajduje? Szeryf prosi o pomoc właściciela kostnicy, Tommy’ego Tildena, który razem z synem przeprowadza sekcje zwłok. Kiedy jednak przychodzi do przycinania i odrywania kolejnych organów, zaczynają się dziać coraz dziwniejsze sprawy.

autopsja1

Zrobić horror, w którym nie trzeba będzie sięgać, po ograne sztuczki jest strasznie trudne. Tego postanowił spróbować norweski reżyser Andre Orvedal za amerykańskie dolce. Niejako już na początku (jeden dialog zdradza zbyt wiele) można poznać finał, jednak nie to jest najważniejsze. Twórcy bardziej stawiają na klimat oraz tajemnicę związaną z naszą Jane Doe. Kolejne tropy, odrywane części ciała, organów wprawiają w zakłopotanie. Bo nic się nie zgadza, wnioski są coraz bardziej sprzeczne i dzieją się rzeczy nie z tego świata. Zaczyna się atak dźwiękami, ciemne korytarze budzą niepokój, nieostre kadry, ciągle zmieniające się odgłosy w radiu i bardzo miejscami „sakralna” muzyka, dająca pewną poszlakę. To rozwiązywanie zagadki potrafi skupić uwagę, chociaż rozwiązanie pod koniec jest wręcz oczywiste. Bohaterowie zachowują się w miarę sensownie, ale można mieć zastrzeżenia, że dość szybko uznają sprawy paranormalne za oczywiste. Parę razy potrafi wystraszyć, dochodzi do wielu wolt, a finał zapowiada ciąg dalszy. Pojawia się parę oczywistych tricków, ale nie zamierzam więcej zdradzać, bo wchodzilibyśmy na spojlerowe miny. Chociaż pewne obyczajowe wątki są ledwo liźnięte (syn nie chce pracować jako patolog), ale nadal jest pewna trauma związana z obydwoma panami.

autopsja2

Aktorsko tak naprawdę liczą się tylko dwie postacie, czyli ojciec i syn grani przez Briana Coxa oraz Emile’a Hirscha. Obaj panowie bardzo dobrze się uzupełniają, a cała sprawa będzie także szansą na zbliżenie po pewnej traumie. Nie mogę też nie wspomnieć o tytułowej Jane Doe, czyli Olwen Kelly. Ale umówmy się, ona nie miała zbyt wiele do grania, lecz cały czas skupia na siebie uwagę. Nieźle jak na zwłoki.

autopsja3

Dzieło Orvedala to kawał solidnego straszaka, próbującego ugryźć konwencje z innej perspektywy. Owszem, jest parę ogranych sztuczek jak zaciemnienie, nagłe pojawienie się i zniknięcie czy samoczynne zamknięcie drzwi, ale ogląda się to bez znużenia. Coś nietypowego jak na takie kino.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Maciej Maleńczuk – Maleńczuk gra Młynarskiego

malenczuk-gra-mlynarskiego-b-iext51294345

Ten kontrowersyjny wykonawca z Krakowa, zaczynał od grania na ulicy, potem byli Pudelsi i Homo Twist. Obecnie działa solowo, mierząc się z różnymi stylami, serwując masę coverów z zespołem Psychodancing. Teraz postanowił zmierzyć się (po Wysockim i Starszych Panach) z dorobkiem zmarłego Wojciecha Młynarskiego. Jak to wyszło?

Brzmi to tak jak Maleńczuk grał z Psychodancing, czyli takie delikatne, niemal folkowo-jazzowe interpretacje rozpisane na gitarę, kontrabas i perkusję. Ta formuła działa w otwierającym całość skocznym “Mam zaśpiewać coś o cyrku”,  bardziej zadziornym “Absolutnie”, zmieniającego się we… flamenco czy cudownie ubranej w bossanovę, romantycznej “Żniwnej dziewczynie” z cudną wokalizą między zwrotkami (piękna piosenka). Pojawiają się także utwory w stylu country “Nowa jElita”, a nawet lekko zabarwionej “rosyjskością” (pędząca “Szajba”), ale ten rozgardiasz dziwnie się nie gryzie. Chociaż nie mogłem pozbyć się pewnego wrażenia, że wszystko jest troszkę na jedno kopyto. Mimo pewnej skoczności i pozorów dynamiki w postaci gry gitary, to wszystko tak naprawdę jest tylko polem dla przewrotnych tekstów. Nawet pozornie melancholijne “Jeszcze w zielone gramy”, będące czymś w rodzaju dziwacznego tanga, brzmi dość koślawo. Chociaż bardziej “podchmielone” brzmienie “W co się bawić”, dodaje jakieś ironii, a pełne smyczków i “średniowiecznej” stylizacji “Ballada o szewcu Dratewce” brzmi cudnie (choć fragmenty archiwalne I odgłosy baranów pod koniec ubarwiają).

A jak radzi sobie Maleńczuk? Jest taki jak zawsze, pozornie jakby nieobecny, śpiewający troszkę od niechcenia. Sam wybór piosenek jest – jak sam twierdził – według klucza politycznego, co nie jest przypadkiem. Wystarczy choćby wsłuchać się w “Tupnął książę” z kneblami w rolach głównych, “Co by tu jeszcze” czy “Ballada o dwóch koniach” (znowu westernowo). I te słowa nadal pozostają aktualne, co jest ogromnym plusem.

Czy dobrze zrobił Maleńczuk biorąc się za Młynarskiego, czy może oddał niedźwiedzią przysługę? Myślę, że wyszło całkiem nieźle, ale można było jeszcze bardziej zaszaleć i mocniej zaznaczyć swoim piętnem jak zrobiło Raz Dwa Trzy jak było słychać w “Żniwnej dziewczynie” czy “Balladzie o szewcu Dratewce”. Całkiem przyjemne dzieło.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Mężczyzna imieniem Ove

Gdzieś na szwedzkim osiedlu mieszka Ove – 60-letni staruszek, który ma obsesję na punkcie porządku i trzymana się przepisów. Jest zgryźliwy, samotny, antypatyczny, czyli taki jak emeryci w naszym kraju. Dodatkowo zostaje zwolniony z pracy po 46 latach. Byle odchylenie doprowadza go do szewskiej pasji, a jeszcze bardziej się wścieka, gdy do domu obok wprowadzają się nowi sąsiedzi, przy okazji niszcząc jego skrzynkę na listy. A jedyne o czym marzy Ove to samobójstwo.

ove1

Gdyby to był film amerykański, to Ove miałby twarz Billa Murraya albo Jacka Nicholsona. Jednak jest to produkcja ze Skandynawii, czyli krainy pełnej chłodu oraz tłumionych emocji. „Mężczyzna imieniem Ove” to słodko-gorzkie kino z mroźnej północy, pełne bardzo ironicznego humoru (próby samobójcze) o zgorzknieniu, samotności oraz życiu człowieka, który odizolował się od otoczenia. Ale – jak łatwo się domyślić – pod tym zgryźliwym i nieprzyjemnym typem, kryje się człowiek ze złamanym życiorysem oraz dramatyczną historią. I powoli odkrywamy jego życie od czasów dzieciństwa aż do pewnego dramatycznego wypadku. To wszystko potrafi mocno poruszyć i widzimy jak inni ludzie zaczynają coraz mocniej wpływać na życie naszego bohatera. A wraz z nimi widzimy inne oblicze tego złamanego bohatera. Owszem, jest to kino przewidywalne, jednak w żadnym przypadku nie jest ono przesłodzoną laurką. Smolisty humor dają sceny prób samobójczych, które – niemal zawsze – są przerywane przez pukanie do drzwi, odgłosy obok.

ove2

Trudno przyczepić się do realizacji, bo zarówno zdjęcia, muzyka, jak i sceny retrospekcji (z dbałością o scenografię, kostiumy, jak i pojazdy) są zrobione na wysokim poziomie, dodając smaczku. A największą perłą jest znakomity Rolf Lassgard w roli zrzędliwego, chociaż posiadającego dobre serce Ove. Niby takich postaci było wiele, ale albo ja jestem podatny na takie opowieści (i nie tylko takie, ok?), albo to było tak fantastycznie zagrane, ze nie wyczułem fałszu w tej postaci. Tak samo z młodszym wcieleniem Ove, czyli Filipa Berga. Z drugiego planu wybija się ciężarna Parvaneh (świetna Bahar Pras), dając  nie do końca świadomie, nowy wiatr w żagle dla życia naszego bohatera, co jest bardzo zgrabnym duetem (scena nauki jazdy – perełka).

ove3

„Mężczyzna imieniem Ove” to typowy, solidny produkt ze Skandynawii, będący mieszanką mocnego i poruszającego dramatu z gorzkim, ironicznym humorem. Co z tego, że tyle filmów było multum, skoro i ten potrafił sprawić wiele przyjemności.

7/10

Radosław Ostrowski