Różni wykonawcy – nowOsiecka

nowosiecka-b-iext49353366

Agnieszka Osiecka zawsze była inspiracją i źródłem, z którego dorobku wielu artystów czerpało, czerpie i będzie czerpać dalej. Dowodem na to jest wydawnictwo „nowOsiecka”, w którym wykonawcy szeroko pojętej muzyki alternatywnej postanowili zmierzyć się z jej wieloma niezapomnianymi tekstami. Po raz pierwszy te utwory wybrzmiały podczas koncertu poświęconego twórczości Osieckiej w katowickim NOSPR w listopadzie 2016 roku.

I rzeczywiście skład wykonawców jest imponujący: Natalia Grosiak (Mikromusic), Misia Furtak, Brodka, The Dumplings, Krzysztof Zalewski, Łona i Webber. To nie wszyscy, ale już to robi wielkie wrażenie. Zaczyna pani Grosiak wspierana przez melancholijne smyczki, ze swoim bardzo charakterystycznym głosem chwyta za serce w „W dziką jabłoń Cię zaklęłam”. Po minucie utworu nagle wchodzi perkusja oraz gitara elektryczna, smyki zaczynają plumkać, zmienia się tempo, by pod koniec wszystko wraca do normy. Mroczniej, co jest spowodowane dźwiękami organów i ostrych dźwięków perkusyjno-gitarowo-dęty, jest w „Kto tam u Ciebie jest?”, wykonywanym przez Brodkę. Wokalistka dźwiga ten utwór, pozornie beznamiętnym głosem, chociaż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że Nosowska wypadła lepiej w tym utworze. Czesław Śpiewa podszedł ambitnie i połączył pięć krótkich opowieści w jedną ośmiominutową kompilację, mieszającą akordeonowe popisy z elektroniką, perkusją oraz swoim zaśpiewem, ciągle zmieniając klimat, tempo i rytm. Psychodelia gwarantowana (jedyny utwór w wersji koncertowej). Niespodzianką był dla mnie przygnębiający, polany smyczkami, trąbką i elektroniczną perkusją „Ja nie chcę spać” w wykonaniu… Piotra Roguckiego.

Bardziej tanecznie próbuje zagrać Misia Furtak, podparta przez bas i perkusję w „Zabaw się w mój świat”, jednak nadal zachowana zostaje melancholijna aura, co jest też spowodowane barwą głosu Misii. I wtedy pojawia się drugi (po Mozilu) strzał w postaci onirycznego „Ach nie mnie jednej”, pachnącego elektroniką lat 80. od The Dumplings (Justyna Święs czaruje swoim delikatnym, ale niepozbawionej dużego ładunku emocjonalnego – posłuchajcie refrenu), idealnie pasując do słodko-gorzkiego spojrzenia na miłość. Ale kiedy kończy się utwór, pojawia się rozczarowanie w postaci „Chwalmy Pana”, czyli psychodeliczno-jazzowa aranżacja wiernie (nawet za bardzo) trzymająca się oryginału. Nawet głos Krzysztofa Zalewskiego wydaje się troszkę zachowawczy. Szaleństwo wraca z raperem LUC-iem, który tym razem próbuje śpiewać i rapować (na szczęście, nie jednocześnie). „Rajski deser” brzmi wyjątkowo apetycznie, mieszając bity ze smyczkami (pod koniec), co fanów rapera raczej nie zaskoczy. Bardziej elegancko, bo z fortepianem wchodzi Mela Koteluk w ładnej wersji „W naszym domu nie ma drzwi”, a zaskoczeniem jest tutaj wejście… thereminu. Niby drobiazg, a zmienia wszystko. Podobnie jak gitarowa wersja „Urody”, dodająca odrobiny mroku. Riffami czaruje Raphael Rogiński, a głosem – Natalia Przybysz, co też jest mocnym strzałem, dodając odrobinę lekkości.

Co mamy pod koniec wędrówki? Instrumentalny, funkowo-jazzową wersję „Wymyśliłem Ciebie” od Przemek Borowiecki nO Band (też dość wierny oryginałowi, choć ma klasę), oparty na klasycznych Hammondach „Karnawał raz w życiu” w big-beatowej wersji od Joanny Ewy Zawłockiej, która całkiem nieźle się bawi. Jednak końcówka to zdecydowanie popis Łony, dokonującego własnej wersji „Na zakręcie”, traktując oryginał jako punkt wyjścia do własnego tekstu. Profanacja? Absolutnie nie, gdyż raper sprytnie ogrywa tekst (zachowany zostaje refren), a w połączeniu z minimalistycznymi bitami Webbera „Ostatnia prosta” jest najlepszym kawałkiem na płycie. A o „Polonezie” DJ-a Feel-xa oraz Gutka wolę się nie wypowiadać.

Jak odebrać tą kompilację? Nie brakuje ambicji i kilku pomysłów na spore dzieło, ale brakowało większego naznaczenia utworów swoim piętnem. I nie chodzi tylko o glos czy sposób ekspresji, lecz własny styl tak jak zrobili The Dumplings, Natalia Przybysz z Rogińskim czy Czesław Śpiewa. Troszkę mi tego zabrakło, chociaż nie mogę odmówić pozostałym wykonawców podjęcia wyzwania i wyjścia z tego obronną ręką.

7/10

Radosław Ostrowski

Aurelia Luśnia – Po godzinach

Po_godzinach_cover

O tej wokalistce nie miałem kompletnie pojęcia. Jak podaje Internet, pochodzi ona z Gdańska, gdzie ukończyła Akademię Muzyczną, a jej repertuar stanowiła poezja śpiewana. Do tej pory wydała trzy płyty i  to ta ostatnia z zeszłego roku została wzięta na celownik przeze mnie. Artystkę tym razem wsparli od strony producenckiej Leszek Biolik oraz Andrzej Izdebski, tworząc „Po godzinach” – pierwszy autorski materiał Luśni.

I jest to popowy album, ale nie w negatywnym znaczeniu tego słowa. Zaczyna się piękną mieszanką akordeonu, fortepianu oraz jazzowej perkusji w „I żeby było tak”. Jest skocznie, barwnie oraz przyjemnie. Podobnie próbują czarować „Rany”, chociaż delikatny fortepian skontrastowano z niepokojącymi dźwiękami elektroniki oraz (pojawiających się w środku) riffów, by zaraz wskoczyć w bardzo dynamiczną „Fajną niefajną”, gdzie szaleje bas. Czary wracają w brzmiącej niczym kołysanka „Rozdroża” oraz wspartej przez akordeon i ludowe naleciałości „Marionette” (utwór śpiewany po angielsku). Bliżej współczesności krąży „Zaklinanie”, gdzie gra delikatna gitara zmieszana z elektroniczną perkusją, by zaraz skręcić ku folkowi w ciepłej „Miejskiej grze” oraz melancholijnych „Kata-Strofach”. „Nienazwany szkic” jest pop-rockowym energetykiem, pełnym rozmachu (smyczki w refrenie) oraz chwytliwym refrenem, by płynnie przejść do wyciszonego, akustycznego walczyka „Little Bird” oraz nastrojowego, pełnego elektroniki „Świtania”.

Sama Aurelia ma bardzo dziewczęcy, pełen dużej energii głos, potrafiący wręcz rozsadzić całość. Do tego bardzo refelksyjne, a nie durne frazy na temat relacji damsko-męskich oraz ogólnie o życiu. I jest to propozycja warta uwagi nie tylko po godzinach i nie tylko jesienią.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ojciec

Głównym bohaterem tego „filmu” jest Konstanty – mężczyzna już w średnim wieku, który ma młodą żonę (aktorkę) i dziecko w drodze. Może przyjść w każdej chwili. Innymi słowy, szczęście, sielanka i radość. Tego samego dnia dostaje telefon, że jego ojciec zmarł i że wkrótce pogrzeb. Relacje między mężczyznami były delikatnie mówiąc dalekie od ideału. Konstanty próbuje sprawdzić się jako ojciec, ale zaczynają prześladować go wspomnienia oraz własne lęki, a także kryzys małżeński.

ojciec2

Sama historia w „Ojcu” miała w sobie potencjał na dramat o kryzysie męskości, nieprzepracowanej traumie oraz dojrzewaniu do roli ojca. Tylko, ze reżyser postanowił to wszystko upchnąć w ponad godzinnym filmie, dodatkowo dorzucając kolejne postaci i wątki, będącymi zapychaczami. Czego tu nie ma: tajemniczy sąsiad, podglądający naszych bohaterów (jego obecność podkreślana jest mroczną, „thrillerową” muzyką; znajoma-artystka, co (akurat, gdy ją widzimy) maluje swoim ciałem (!!!); jest opiekujący się swoją młodszą siostrą diler, który proponuje naszemu bohaterowi, by się nią zaopiekował; wreszcie fotografowanie martwych w prosektorium. Niby dzieje się dużo, ale w takiej formie nie ma prawa to wybrzmieć w pełni. Wszystko to sprawia wrażenie wrzucania wszystkiego do kotła oraz przyglądaniu się, co z tego wyniknie. Wątki – niczym pacjenci w poczekalni – przychodzą i wychodzą, nie doprowadzając ani do rozwinięcia, ani do puenty.

ojciec1

Nawet realizacja wydaje się dziwaczna (przebitki na fotografowane martwe twarze umieszczone niczym mina w lesie), muzyczny misz-masz, powtórki scen oraz umieszczanie obrazów mających (chyba) mieć wymiar symboliczny jak martwy ptak na chodniku. Po co ten realizacyjny bajzel? Tylko zdjęcia są ok.

ojciec3

Najciekawsze (przynajmniej w teorii) są momenty związane z ojcem głównego bohatera. Jest w nim pewna tajemnica, troszkę niejasna przeszłość (poza numerem obozowym oraz pasją do zbierania wszystkiego) i… szkoda, że nic więcej. Scenki – jak cała reszta – wydaje się pourywana, wrzucona byle jak i byle gdzie. Tym bardziej to boli, że grający tytułową rolę Zygmunt Malanowicz jest najjaśniejszym punktem tego tworu filmopodobnego. Nawet dobrzy aktorzy (Dawid Ogrodnik i Michalina Olszańska jako rodzeństwo) zwyczajnie nie mają szansy na rozwinięcie skrzydeł przez Urbańskiego. Reżyser postanowił też w roli głównej obsadzić samego siebie, co było największą katastrofą. Brzmi on bardzo sztucznie, a ciągła kamienna twarz (zapewne rozmyślająca nad byciem dobrym ojcem) zwyczajnie nudziła, sprawiając wrażenie pustej, pozbawionej jakichkolwiek emocji (nawet oczy jakieś pozbawione czegokolwiek).

ojciec4

„Ojciec” miał być ważnym i poważnym dramatem, a okazał się być tylko pustą wydmuszką, która jest pozbawiona czegokolwiek dobrego. Przesyt wątkami oraz brak ich rozwinięcia plus brak jakichkolwiek emocji (poza ciągłym zadawaniem pytania: kiedy się to skończy) musi doprowadzić do takiego finału. Unikać za wszelką cenę.

2/10

Radosław Ostrowski

Podpalaczka

Całość zaczyna się dość zagadkowo i tajemniczo. Widzimy ojca z dziewczynką, którzy nocą biegną przez ulice miasta. A wtedy widzimy jadący samochód z trzema osobami, wyglądającymi niczym tajniacy – garniaki, okulary, pistolety. Próbujemy rozgryźć co jest grane i po udanej ucieczce, poznajemy przeszłość. Okazuje się, że ojciec (Andy) wcześniej razem z przyszłą żoną brali udział w tajnym eksperymencie prowadzonym przez Sklep, gdzie uczestnicy dostają nowe leki. Później okazuje się, że budzą pewne nadprzyrodzone umiejętności, a Charlie jest córką posiadającą umiejętność pirokinezy. Dlatego interesuje się nimi rząd.

podpalaczka1

Kolejna adaptacja powieści Stephena Kinga, którego dorobek był (i dalej będzie) przenoszony na ekran multum razy. Za „Podpalaczkę” odpowiadają legendarny producent Dino De Laurentis oraz reżyser Mark L. Lester, który rok później stworzy klasyka ery VHS – „Komando”. Czy to właściwe osoby do thriller zmieszanego z kinem inicjacyjnym? Film z jednej strony próbuje budować atmosferę niepokoju i osaczenia (początek), by potem obserwować osobę, która chce normalnie żyć, ale nie jest to możliwe. Ale to napięcie jest psute z jednej strony retrospekcjami (uzasadnionymi), a z drugiej perspektywą osób ścigających ich (kapitana Hollacka i Rainbirda), co pozwala poznać przeszłość protagonistów. Tylko, że to wszystko ledwo liźnięte i psychologicznie zarysowane, a pewne odstępstwa wobec pierwowzoru (mocne skrócenie pobytu w siedzibie Sklepu oraz wątek związany z prowadzeniem gry między Andy a Hollackiem) pozbawiają całości emocjonalnego wydźwięku.

podpalaczka2

Reżyser najpewniej się czuje w scenach prezentujących moc Charlie, czyli pirokinezy. Dziewczynka nie w pełni kontroluje swoją moc, przez co dochodzi do wielu zgonów, eksplozji i potężnej siły destrukcji. Również kontrola umysłu przez Andy’ego równie robi wrażenie, co także jest zasługą udźwiękowienia oraz świetnej muzyki zespołu Tangerine Dream. Imponuje finałowe starcie, w którym dziewczynka – niczym bohaterka innej książki Kinga „Carrie” – dokonuje bezwzględnej, krwawej i brutalnej zemsty na wszystkich. Prawdziwy popis pirotechników (gorzej z efektami specjalnymi, bo sceny odbijających się pocisków wyglądają śmiesznie) i kaskaderów, którzy robią cuda.

podpalaczka3

„Podpalaczkę” próbują ratować aktorzy, którzy całkiem nieźle sobie radzą. Problemem może być (przynajmniej dla mnie była) Drew Barrymore, która brzmiała nienaturalnie, wręcz nadekspresyjnie. Słychać, że jeszcze brakuje tu obycia, chociaż jest spory potencjał w tej postaci. Lepiej wypada David Keith jako jej ojciec, który próbuje ją chronić przed całym światem. Jednak najciekawszy jest niezawodny George C. Scott jako agent Rainbird – zimny zabójca, potrafiący manipulować innymi ludźmi dla swoich korzyści. Sceny, w których próbuje wkupić się w łaski Charlie to prawdziwy popis.

podpalaczka4

Sam King określił „Podpalaczkę” jako najgorszą ekranizację według jego dorobku. Jak nie byłbym aż tak surowy, ale film Lestera nie do końca wykorzystuje swój potencjał. Najlepiej wypadają sceny nadprzyrodzone, jednak całości brakuje w tym – nomem omen – ognia. Niezłe, ale mogło być lepiej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Hel

Rok 1991. Na Hel już po sezonie turystycznym przybywa Amerykanin Jack. Zmęczony życiem mężczyzna w średnim wieku, próbuje napisać scenariusz na czyjeś zlecenie. Brakuje mu weny i inspiracji, może to małe miasto pomoże. Ale wtedy dochodzi do morderstwa młodej dziewczyny na stacji benzynowej (kobieta zostaje pozbawiona języka), a śledztwo na własną rękę próbuje prowadzić Kail – mężczyzna dorabiający na przeprowadzaniu testów za pomocą wykrywacza kłamstwa oraz jego dziewczyna Mila.

hel1

Duet reżyserski Katia Priwieziencew-Paweł Tarasiewicz w swoim debiucie mocno inspiruje się kinem Davida Lyncha. I rzeczywiście, klimat jak też realizacja przypominają mocno dokonania Amerykanina: zbliżenia na detale oraz twarze, gwałtowny montaż, dziwne przebitki (część kadrów w kolorze, część czarno-biała) oraz przejścia z telewizora do „rzeczywistości”. Nawet jest bardzo zmysłowa scena tańca na rurze z pulsującym, stroboskopowym światłem. Wszystko w oparach surrealizmu, absurdu oraz wielkiej tajemnicy. Samo śledztwo zostaje zepchnięte na dalszy plan, a całość skupia się na postaci Jacka (świetny Philip Lenkovsky), człowieka po wielu przejściach. Ciągle mnożą się pytania, a odpowiedzi ciągle brakuje. Co jest prawdą, co tylko wymysłem Jacka, nadużywającego alkoholu. Choć sam bohater na początku, że nie ma czegoś takiego jak symbole, sami próbujemy doszukać się we wszystkim. Problemem (i wadą) jest kompletny brak odpowiedzi, a poszlaki nie zawsze będą czytelne.Nie pomagają zdjęcia – bardzo ziarniste, podniszczone, niczym film z video i dziwaczna (głównie rockowa) muzyka stylizowana na lata 60.

hel2

Twórcy z każdą minutą coraz bardziej idą w stronę surrealizmu, odpychając i odrzucając wszelki porządek oraz całą intrygę. I to mnie boli, chociaż nie sposób zapomnieć wariackiej sceny w wesołym miasteczku, ale nawet aktorstwo nie ułatwia „rozgryzienia” całości. Poza Lenkovsky’m wybijają się dwie postacie: mający obsesje na punkcie prawdy Kail (aż chciałoby się dopowiedzieć Maklaklan, ale to tylko dobry Marcin Kowalczyk) oraz wystraszona Mila (debiutująca Małgorzata Krukowska).

hel3

„Hel” (aż prosi się o dodanie jeszcze jednego „l” w tytule)  to bardzo hermetyczne, choć nie pozbawione klimatu kino pełne tajemnicy, mroku i niepokoju. Pozornie morze, las, kempingi oraz bar Go-Go, ale jest tu równie strasznie jak w Twin Peaks. Gdybym jeszcze wiedział, co jest czym w tej układance.

6/10

Radosław Ostrowski

Black Country Communnion – BCC IV

BlackCountryCommunionIV

Moje spotkanie z Black Country Communnion odbyło się z okazji przesłuchania trzeciej płyty “Afterglow” z 2012 roku. Kiedy rok Joe Bonamassa ogłosił, że odchodzi z grupy (i zabronił pozostałym członkom szukania zastępstwa na to miejsce), skupiając się na solowej karierze, fani blues rocka poczuli smutek. Rok temu gitarzysta oznajmił, że wraca i pracuje nad nowym materiałem. Reszta grupy (wokalista Glenn Hughes, klawiszowiec Derek Sherinan oraz perkusista Jason Bonham) ruszyła do pracy, a efektem jest “BCC IV”.

Razem ze wspierającym grupę od początku producentem Kevinem Shirleyem, czerpią garściami z rockowych brzmień lat 60. oraz 70. I to od początku, czyli singlowego “Collide”, garściami inspirowanego ciężkim graniem spod znaku Deep Purple, Black Sabbath czy Whitesnake. Riffy Bonamassy brzmią cudownie, perkusyjne ciosy Bonhama dodają tylko ognia. Surowiej wybrzmiewa “Over My Head” z pozornie wolną grą muzyków, jednak konsekwentnie niepozbawioną mocy. Tym dziwniej dzieje się w przypadku zderzenia spokojnej, akustycznej gitary z mocnymi uderzeniami perkusji oraz folkowymi naleciałościami (solo smyczków) w “The Last Song for My Resting Place”, śpiewanej tym razem przez Bonamassę oraz rozkręcającej się z każdą minutą (a trwa on ponad 7 minut). Powrót do hard rocka serwuje “Sway” z orientalnymi smyczkami w tle oraz dziwacznie brzmiącym fortepianem, by wejść w spokojne, choć mroczne odcienie bluesa w “The Cove” i “Wanderlust” czy pełnym mocnego basu galopującym “The Crow” i “Love Remains”.

Wokalnie całość trzyma Hughes, który nadal ma kopa w tym, co robi. Tak samo Bonamassa atakującym ostrymi, agresywnymi riffami, w czym też pomagają popisy perkusyjne Bohnama oraz schowany w cień Sherinan. Rzadko zdarza się, ze takie supergrupy działają tak długo. Ale wygląda na to, że Black Country Communnion nie zamierza spocząć na laurach, dalej kosząc w brzmieniu hard rockowych klasyków. Oby na kolejne wydawcnitwo nie trzeba było czekać sześć lat.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Diana Krall – Turn Up The Quiet

61Mp7xaHKyL._SX522_

Jesień powoli się zbliża, co oznacza że można ją muzycznie spędzić na dwa sposoby. Albo dać sobie coś ostrego I gitarowego, albo wejść w ten klimat, sięgając po bardziej melancholijne, spokojne, wręcz nastrojowe płyty. Takie jak nowe wydawnictwo jazzującej wokalistki Diany Krall, od lat głównie śpiewającej covery. Ale zawsze po swojemu, z dość oszczędnym zespołem (kontrabas, fortepian i perkusja), lecz zawsze z klasą. Czy tak też będzie w przypadku “Turn Up the Quiet”?

Tak, mimo iż artystka sięga po standardy z tzw. Great American Songbook, czyli jazzową klasykę z początków XX wieku. Jednak znowu wyszła elegancka, czarująca płyta. Początek w postaci “Like Someone in Love” z dominującym kontrabasem oraz duetem fortepiano gitara obiecuje przyjemne doznania. Dalej jest bardzo zmysłowe “Isn’t It Romantic?” z cudownymi smyczkami w połowie. Żywiej się robi w “L-O-V-E”, gdzie fortepiano z gitarą elektryczną pozwalają sobie na więcej, by znów uwieść w “Night and Day” oraz “I’m Confessin’ (That I Love You)” z prześlicznym solo skrzypiec. Nawet jeśli pojawiają się odrobinę powolne, wręcz monotonne utwory (gitarowo-knajpiarskie “Moonglow”), to pewnymi drobnymi zabiegami aranżacyjnymi nie przynudzają. A prawdziwą perłą tego wydawnictwa jest genialne “Sway”, zaczynające się bardzo wolnymi solówkami gitary akustycznej, nabierające bardzo zmysłowego charakteru.

Sama Krall ma tak pociągający i uwodzicielski głos, że nie da się wobec niej przejść obojętnie. I to jej głos ubarwia te interpretacje klasyków amerykańskiej muzyki rozrywkowej. Pięknie wykonanej, czarującej, eleganckiej i stylowej. Idealne na jesienny czas.

7/10

Radosław Ostrowski

Ostatnia rodzina

Nazwisko Beksiński w naszym kraju jest jednym z bardziej rozpoznawalnych w świecie kultury. Zdzisław był malarzem, pokazującym dość mroczne wizje świata z trupami, apokalipsą, końcem świata. Tomasz z kolei to dziennikarz radiowej Trójki, autor tłumaczeń list dialogowych do filmów (m.in. Monty Python, seria o agencie 007 czy „Czas Apokalipsy”), felietonista i koneser muzyki. Dziwić może fakt, że dopiero niedawno postanowiono opowiedzieć o tych barwnych bohaterach. Podjął się tego debiutant Jan P. Matuszyński.

ostatnia_rodzina1

Cała historia zaczyna się w roku 1977, kiedy rodzina Beksińskich przenosi się z Sanoka do Warszawy. Zdzisław z żoną, matką i teściową w jednym domu, Tomek w mieszkaniu naprzeciwko bloku. Powoli zaczynamy obserwować jak poszczególni członkowie rodziny zaczynają odchodzić z tego świata. Śmierć niejako tańczy nad całą rodziną i powoli zaczynamy obserwować kolejne zdarzenia. Próby samobójcze Tomka, jego praca w radiu, relacje z kobietami, z drugiej malowanie Zdzisława, kontakty z marszandem Piotrem Dmochowskim. Spory kawałek czasu, ale to wszystko tak naprawdę skupia się na dniu powszechnym tej nietypowej familii. Reżyser niczym dokumentalista, odtwarza kolejne fakty (katastrofa lotnicza, którą przeżył Tomek – świetnie zrealizowana, „Wywiad z wampirem”, fragment wywiadu Zdzisława dla „Pegaza”), tylko nie mogłem pozbyć się wrażenia pokazania tej historii po łebkach. Bo jak w dwie godziny upchnąć ponad 25 lat z życia Beksińskich? Wszystko rozgrywa się w dość ograniczonej przestrzeni, wiernie zrekonstruowanym (scenografia i kostiumy robią gigantyczne wrażenie).

ostatnia_rodzina2

Najbardziej na tym wszystkim cierpi postać Tomka – mocno przerysowana, nadekspresyjna. O jego pracy mają mówić krótkie scenki (fragmenty audycji, wejście jako DJ na imprezie, tłumaczenie i lektor na żywo), ale tak naprawdę nie wiemy zbyt wiele. Tutaj przedstawiony jest jako nerwowy, impulsywny człowiek, który nie potrafił się odnaleźć w życiu (fantastyczna scena rozmowy z matką, która próbuje być terapeutą). Także jego relacje z kobietami są bardzo, bardzo płytkie, jakby wciśnięte na siłę. Za mało widać tej pasji dla muzyki i kina, czegoś tutaj zabrakło, chociaż Dawid Ogrodnik stara się jak może, wiernie oddaje gesty, sposób poruszania się czy mówienia. Ale wyszła tutaj (przynajmniej dla mnie) karykatura.

ostatnia_rodzina3

Za to jestem pod ogromnym wrażeniem kreacji Andrzeja Seweryna i Aleksandry Koniecznej. Pierwszy, jest wręcz wycofany, niemal pozbawiony emocji, bardzo wycofany. Zawsze z aparatem i kamerą pod ręką, przez co trudno polubić tą postać od razu. Z kolei Konieczna jako Zofia jest tutaj jedyną „normalną” postacią w tym całym świecie. Ona jako jedyna trzyma tych dwóch bohaterów przy sobie, chociaż bywa czasami bezradna wobec tych dwóch skrajności (mocna scena „rozpierdolenia kuchni”, którą Zdzisław tylko filmuje, a Zofia próbuje to ogarnąć). Z nią jestem w stanie się identyfikować.

ostatnia_rodzina4

„Ostatnia rodzina” dla mnie jest filmem, który będzie początkiem do bliższego poznania rodziny Beksińskich. Wiele rzeczy zostaje przemilczanych, zagadkowych (taśma Tomka, która potem zostaje zniszczona przez Zdzisława), a postacie mogą wydawać się niekompletne. Troszkę zabrakło mi rzetelności w faktografii, co jest winą szczątkowego scenariusza. Niemniej debiut Matuszyńskiego intryguje i potrafi sprowokować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lament

Małe miasteczko gdzieś w Korei, gdzie czas płynie spokojnie, a zbrodnią może być co najwyżej kradzież na targu. I tutaj mieszka sierżant policji, Jong-goo – taki poczciwy misio, co by nikogo nie skrzywdził. ale w okolicy dochodzi do bardzo makabrycznego morderstwa. Hektolitry krwi, jeden nieprzytomny i wyglądający jak zadżumiony mężczyzna, a w środku coś jakby gniazdo. Jong-goo ma przeczucie, że w sprawę zamieszany jest tajemniczy Japończyk. W tym samym czasie, córka policjanta, zaczyna chorować i zachowywać się co najmniej zagadkowo (zaczyna jeść ryby, a przecież ich nie lubi, wrzeszczy).

lament1

Rzadko sięgam po kino azjatyckie, bo jest tak dziwacznym koktajlem, że nie wiadomo jak to smakować. Nie inaczej jest z „Lamentem”, filmem niejakiego Hong-Jin Na, gdzie wschodnia kultura miesza się z zachodnim kinem gatunkowym. Mieszanka kryminału z horrorem a’la „Egzorcysta” i momentami slapstickową komedią wydaje się zbyt karkołomnym zadaniem i można było się na tym przejechać. Ale po pierwsze, tutaj te elementy nie gryzą się ze sobą, ale tworzą spójną całość, potęgując tylko mroczny klimat. Niemal non stop pada deszcz tak gęsty i intensywny, że mógłby wszystko i wszystkich zatopić. Reżyser miesza gatunki, gra na emocjach, atmosferze, pozwalając na chwilę uśpić czujność, by potem gwałtownie zaatakować, wzbudzić strach przed nieznanym, obcym, Złem.

lament2

Reżyser konsekwentnie buduje fatalistyczny klimat, w którym nasz bohater musi podjąć najtrudniejszą decyzję, gdyż jego wiara zostaje wystawiona na najcięższą próbę. Czy będzie w stanie uratować córkę? Czy pomoże mu wyglądający jak biznesmen szaman? A może pomoże młody diakon, który dobrze zna japoński? Napięcie jest budowane powoli (scena odwiedzenia domu Japończyka, gdzie są zawieszone fotografie ofiar – niemal jak z „Siedem”), ale efekt jest bardzo mocny i nawet wstrząsający. Scena egzorcyzmów, gdzie szaman i Japończyk jednocześnie odprawiają swój rytuał, a w montażu jeszcze widzimy reakcje oraz wrzaski dziecka bije na głowę podobne sceny z „Egzorcysty” – są nerwy, jest strach i poczucie niepokoju. Tak samo jak podczas walki z… zombie (nie pytajcie mnie, skąd się wziął) czy bardzo przewrotnego, niejednoznacznego finału.

lament3

To zakończenie, które dało mi wiele pytań i brak odpowiedzi (to raczej wynika ze specyfiki kultury koreańskiej i mojej nieznajomości tejże) wywołało prawdziwy szok oraz gorycz. Ciągle będę główkował, kto tak naprawdę jest kim (postacie Japończyka, szamana i tajemniczej kobiety w bieli zasługują na osobny tekst), nie dając łatwej interpretacji. Całość jest świetnie zagrana, otaczający miasto las wygląda prześlicznie (wręcz niepokojąco), zagrane jest to bardzo dobrze i nie daje o sobie zapomnieć.

lament4

Mimo, iż trwa dwie i pół godziny, „Lament” potrafi uderzyć między oczy, autentycznie przerazić i sugestywnie pokazać historię kuszenia oraz walki dobra ze złem. A po wszystkim pozostaje tylko płacz.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Foo Fighters – Concrete and Gold

Concrete_and_Gold_Foo_Fighters_album

Każdy fan muzyki rockowej zna (lub przynajmniej słyszał) o zespole Foo Fighters. Grupa powstała na zgliszczach Nirvany w 1995 roku, kierowana przez Dave’a Grohla (zamienił perkusję na gitarę oraz wokal) oraz Pata Smeara (grał w Nirvanie jako gitarzysta na koncertach). Do tej pory wydali 8 płyt, które spotkały się z fantastycznym odbiorem. Czy będzie tak samo z nowym dzieckiem, “Concrete and Gold”?

Kiedy pojawiły się wieści, że producentem będzie Greg Kurstin, czyli osoba współpracująca z wykonawcami bardziej popowymi (Lily Allen, Sia, Pink, Adele), miałem pewne wątpliwości, że zamiast czadu i kopyta, dojdzie do złagodzenia brzmienia. Pełniący role intra “T-Shirt” wydaje się takim spokojniejszym wprowadzeniem. Akustyczna gitara I niski wokal Grohla mogą zapowiadać spokój, ale po Całość oparta tylko na akustycznej gitarze oraz niskim głosie Grohla, ale pół minuty później robi się głośniej, dzięki perkusji oraz ostrym riffom, by pod koniec się wyciszyć. Wtedy do akcji wchodzi singlowe “Run”, które po parudziesięciu sekundach serwuje brutalną sieczkę rozpisaną na naparzającą perkusję, wrzaski Grohla w zwrotkach oraz zapętlone, gęste riffy. Dalszy rozpęd gwarantuje niemal punkowe (lecz melodyjne) “Make It Right”, co jest zasługą świetnego wstępu oraz wręcz zapętlonego finału. Spokój przychodzi w wolniejszym, ale pełnym wrzasku “The Sky is a Neighborhood”, do którego dołączają się świetnie zaśpiewany refren oraz gitara, by wejść w “brudny” “La Dee Da”.

Wtedy pojawia się bardzo spokojny, akustyczny “Dirty Water”, wzięty niczym z klasycznego rock’n’rolla, dopiero w połowie zmieniając nastrój. W podobnym tonie grane jest mocniejsze “Arrows” oraz kompletnie wyciszone “Happy Ever After (Zero Hour)”, idące w stronę bardziej folkowo-bluesową. Powrót do mocnych riffów daje “Sunday Rain”, choć też wydaje się łagodniejszy od reszty. Ale prawdziwa moc wraca dopiero w finale, gdzie słyszymy wolno rozkręcający się utwór tytułowy.

Grohl jest w dobrej dyspozycji wokalnej, na przemian niemal szepcząc i zawodząc, by w odpowiedniej chwili krzyczeć, warczeć I atakować. Tylko nie mogłem pozbyć się wrażenia, że siły, mocy, ognia starczyło tylko na początek oraz koniec, a w środku brakuje pomysłów. Innymi słowy, konkretów niby sporo, ale niewiele zmieniło się w złoto. Jest tylko dobrze.

7/10

Radosław Ostrowski