Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać

Rok 1945 miał przynieść dla Polski pokój oraz być początkiem odbudowywania kraju po wojennej zawierusze. Jednak okazuje się, że władzę przejęli komuniści, a kraj znalazł się w radzieckiej strefie wpływów. Dla wielu ludzi działających w podziemiu walka miała się dopiero zacząć. A jednym z tych wojaków był Mieczysław Dziemieszkiewicz „Rój”, który poległ w zasadzce w 1951 roku.

historia_roja1

Tematyka żołnierzy wyklętych, czyli ludzi podziemia, co nie złożyli broni i postanowili dalej walczyć o kraj, tym razem z okupantem sowieckim, jest czymś bardzo świeżym, mogącym zainteresować zwłaszcza młodego (nastoletniego) widza. Pytanie czy reżyser Jerzy Zalewski był w stanie opowiedzieć o zapomnianym bohaterze. Odpowiedź na to pytanie jest jedno: no k***a nie. Reżyser miesza tutaj postacie i wątki, wprowadzając kompletny bajzel. Scenariusz jest zbiorem scenek, będących zbiorem scen akcji, gdzie kamera zapierdala jak szalona, trzęsąc się we wszystkie możliwe kierunki. I jak mam się zorientować kto z kim i jak atakuje. Żeby było jeszcze trudniej, wszystko jest zrobione w slow-motion jakby to był co najmniej film Pasikowskiego czy Peckinpaha (atak na UB).

historia_roja2

A żebyśmy wiedzieli, ze to film o żołnierzach wyklętych, to muszą pojawić się obowiązkowe sceny ze słowami „Bóg, Honor, Ojczyzna” skontrastowane z panami w kapeluszach, obalającymi flaszkę za flaszką, rzucając jedną kurwę za drugą. Czemu to wszystko musi być takie zero-jedynkowe, jakbym oglądał jaką bajeczkę czy komiks gorszego sortu? Nawet próby wprowadzenia szarości (postawa Młota czy chłopa, który jest taką chorągiewką) są rozbrajane czy to patetycznymi tekstami (mówionymi lub krzyczanymi), czy wrzuconymi w tło religijnymi symbolami. I jeszcze ten bałaganiarski montaż (przeplatająca się scena zabicia „Pogody” z modlącym się Rojem), gdzie nawet udźwiękowienie stoi na słabym poziomie. Dotyczy to w szczególności odgłosów strzałów, brzmiących jakby to były zabawki, a nie prawdziwa broń. Takich rzeczy się nie robi.

historia_roja3

Wygląda to okropnie, brzmi najwyżej słabo, a aktorstwo tutaj praktycznie nie istnieje. Albo się deklaruje ważne rzeczy albo rzuca się mięchem. Grający Roja Krzysztof Zalewski kompletnie nie pasuje do roli nie idącego na kompromisy żołnierza, pozbawionego wątpliwości (chociaż scena nocnego koszmaru, gdzie rozmawia z poległymi, próbuje wybrzmieć), który wszystko. Kompletnie tej postaci brakowało charyzmy, a jego przemowy brzmią bardzo sztucznie. Z drugiej strony jest przerysowany Wyszomirski (Piotr Nowak) – były kumpel, który jest tutaj tak zły, że już bardziej się nie da. Cała reszta służy do deklaracji oraz opowiadania się po jednej ze stron. Nawet pewne drobne epizody (Mariusz Bonaszewski jako rozdarty Młot czy Sławomir Orzechowski jako chłop Osowiecki) nie dostają szansy na wybrzmienia ich dylematu.

historia_roja4

„Historia Roja”, chociaż powstawała 6 lat w ogromnych bólach (ciągle brakowało funduszy), jest przykładem bardzo spóźnionej ciąży. Pozbawiona jakiegokolwiek sensu, wiarygodnej psychologii postaci, napięcia, tła, czegokolwiek. Szczytowy przykład partactwa filmowego, na jaki ci bohaterowie zwyczajnie nie zasłużyli. Pytanie, czy ktoś zmądrzeje i wyciśnie coś więcej niż tylko suspensową muzykę Michała Lorenca (a że przypomina „Call of Duty”, to inna kwestia) oraz ważki temat.

1/10

Radosław Ostrowski

Styx – The Mission

Styx_The_Mission_album_cover_%282017%29

Czy ktoś z tu obecnych kiedyś słyszał o grupie Styx? To jeden z amerykańskich weteranów rocka z elementami progresywności, który lata świetności miał w latach 70/80, osiągając multiplatynowe nakłady. Tylko kto to pamięta, zwłaszcza że ostatni album wyszedł w 2003 roku. Ze starego składu ostał się “szkielet”, czyli wokalista i gitarzysta Tommy Shaw, basista Chuck Panozzo oraz gitarzysta James Young, lecz reszta brzmienia pozostała po staremu. Czego się spodziewać po nowym dziele?

“The Mission” to concept album, opowiadającym o misji na Marsa. Choć utworów jest dużo, to sporo z nich nie przekracza nawet dwóch minut, pełniąc role łączników jak choćby epicki, instrumentalny wstęp “Overture” czy “All Systems Stable”. Całość brzmi jak rock z lat 70., czyli dużo gitar, syntezatorów, a wokalnie czuć zgranie, jakby to był jeden głos, a nie trzy. Dominuje tutaj spokój, chociaż początek jest bardzo czaderski (szybkie “Gone Gone Gone”), będący podrasowanym i melodyjnym wcieleniem Queen. Spokojniej, choć nie bez gitar i basu, jest w “Hundred Million Miles from Home”, a refren brzmi świetnie (harmonia wokalna). Do tego jeszcze fortepian pod koniec. Bardziej w stronę reaggae (dziwaczna perkusja  oraz wolny riff) skręca “Trouble At The Big Show”, by mocniej zagrać riffami z każdą sekundą. Rozmach powraca w podniosłych balladache “Locomotive”, “The Greatest Good” oraz “Radio Silence”, dając spore pole instrumentom (organom, klawiszom i gitarom), a agresywniej się na początku “Time May Bend”, co jest zasługą świdrujących klawiszy.

A im bliżej końca, tym robi się ciekawiej jak w epickim “Red Storm”, szybkim pianistycznym walcu “Khedive” ze sporadyczną ilością smyczków, przesiąkniętym mocno Vangelisem (te klawisze na początku) “The Outpost”, zmieniającym się w hard rockowy popis, kończąc pogodnym “Mission To Mars”.

Cóż, ja mogę powiedzieć? Styx nie idzie zgodnie z prądem i nowymi trendami, tylko gra swoje. A że nie jest to dzisiaj muzyka popularna, przynosząca milionowe nakłady, to już inna kwestia. Za to jest spójnie, klimatycznie i miejscami z dużą dawką ognia. Oby jeszcze formacja pokazała, na co ją jeszcze stać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Moja walka. Mamed Khalidov

Każdy, kto choć troszkę interesuje się sportem, kojarzy postać Mameda Chalidowa – pochodzącego z Czeczenii zawodnika MMA reprezentującego nasz kraj. A punktem wyjścia była walka zawodnika z Azizem Karaouglu oraz przygotowania do niej obserwowane przez Sylwestra Latkowskiego. Potyczka zakończyła się zwycięstwem Chalidowa na punkty, ale kibice zaczęli buczeć i gwizdać. Co się stało?

mamed_chalidow1

Reżyser próbuje bardzo mocno pokazać Chalidowa, skupiając się przede wszystkim na początku jego drogi: dzieciństwo i młodość w Czeczenii ogarniętej wojną, przyjazd do Polski na studia, początek pracy w pierwszym klubie MMA w Olsztynie, pierwsze walki (niekoniecznie zakończone sukcesami). Wszystko to okraszone zdjęciami, archiwaliami oraz rozmowami z Chalidowem i dwoma trenerami. Dzięki temu jesteśmy w stanie obserwować karierę zawodnika, ale też podpatrzeć jak wyglądają treningi, gale MMA z drugiej strony.

mamed_chalidow2

Ta dwutorowość narracji działa bardzo pobudzająco i nie sprawia znużenia. Ale dla mnie, osoby troszkę znającą postać Chalidowa „Moja walka” nie wniosła nic nowego. I ta historia nie była dla mnie niczym nowym, chociaż zaskoczeniem były dla mnie relacje z walki w Chorwacji. Także ostatnia walka oraz decyzja o zakończeniu też wywołały zaskoczenie. Ale to wszystko w formie godzinnego materiału jest niewystarczająco wykorzystane.

mamed_chalidow3

Latkowski nie sięga głębiej, chociaż zapowiadał „mocny dokument”. Mimo to, trudno przejść obojętnie wobec Chalidowa i jego dość prostej filozofii dotyczącej jego obecnej profesji. I za to, tego człowieka będę szanował, bez względu na wartość filmu.

6/10

Radosław Ostrowski

Sługi boże

Wrocław – miasto obecnie kojarzone z retro kryminałów Marka Krajewskiego tym razem stało się tłem dla współczesnej zbrodni. Sprawa jest dość dziwna i niejasna – młoda Niemka spadła z wieży katedry. Kobieta śpiewała w kościelnym chórze, ale samobójstwo wydaje się co najmniej niezrozumiała. Dodatkowo do sprawy została dołączona (odgórnie) policjantka z Reichu, Ana, a Warski jest zmuszony jeszcze chodzić na terapię. Żeby wszystko było jeszcze bardziej pogmatwane, dochodzi do drugiej śmierci w ten sam sposób, a do miasta przybywa emisariusz z Watykanu.

slugi_boze1

To, że w Polsce kiedyś kino gatunkowe było znacznie bogatsze niż obecnie, to jest powszechnie wiadome. Na szczęście od paru lat reżyserzy wracają do tego, a i kryminały ostatnio były bardzo zacne („Jestem mordercą”, „Prosta historia o morderstwie”). Czy Mariusz Gawryś podążył ścieżką swoich poprzedników? No i tu zaczynają się schody, bo reżyser próbuje wrzucić w półtorej godziny więcej wątków, niż byłem w stanie ogarnąć. Kościół, przekręty majątkowe, służby specjalne, jakieś prywatne śledztwo policjantki z Reichu, hipnozy, nawet podobno Szatan jest zamieszany we wszystko. Intryga jest bardziej pogmatwana niż polskie prawo, przez co kompletnie trudno to wszystko ogarnąć. Żeby było jeszcze trudniej oraz bardziej frustrująco, film zmontowano tak niechlujnie, że twórcy powinni za karę przejść szkołę montażu. Boli to zwłaszcza przy scenach akcji, wzorowanych na najlepszych (bo amerykańskich) filmach akcji a’la Jason Bourne. Muszę jednak przyznać, że „Sługi boże” przynajmniej bronią się wizualnie. Wrocław z jednej strony wygląda pięknie (zwłaszcza we fragmentach pokazujących panoramę), ale potrafi być niepokojący i mroczny, co zostało parę razy wygrane.

slugi_boze2

A wiecie, co mnie najbardziej boli? Że grający w tym filmie aktorzy (w sporej części) dają z siebie wszystko, tworząc ciekawe postacie. I to wszystko tak po ludzku zmarnowane, istne barbarzyństwo. Złego słowa nie powiem o Bartłomieju Topie, który do komisarza Warskiego pasuje świetnie. Niby takich postaci (złamany twardziel z tajemnicą i nieufnością) było wiele, ale wierzy się mu. A że bandziorów, którzy natkną się na niego, czeka spotkanie ze Stwórcą, to już inna kwestia. Równie intrygująca jest Julia Kijowska jako Ana (i ten akcent – cudo), która też ma pewną tajemnicę, pozornie sprawiając wrażenie bardzo kruchej. Do tego na drugim planie błyszczy dawno niewidziany Henryk Talar (ksiądz Witecki) oraz dość demonicznie wyglądający Adam Woronowicz (Jan Rudzki, kantor). Żeby jednak nie było tak słodko, to są dwa bardzo poważne minusy. Po pierwsze, Krzysztof Stelmaszyk jako watykański emisariusz brzmiał po prostu sztucznie (słuchanie tego akcentu było jak walenie kijem o drzewo), a jego motywacja jest delikatnie mówiąc mętna. To jednak nic w porównaniu z panią psycholog, czyli Małgorzatą Foremniak, o której wolałbym się nie wypowiadać. Jednym słowem: katastrofa.

slugi_boze3

„Sługi Boże” miały potencjał na bardzo intrygujące, trzymające w napięciu kino kryminalne, jednak całość jest mocno naciągana, nieprzekonująca, chociaż z ciekawymi postaciami, których chciałoby się bliżej poznać. Poza kadrami, muzyką oraz (w większości) świetnym aktorstwem, brakuje sensownej opowieści. A to jest zbrodnia niewybaczalna.

slugi_boze4

5/10 

Radosław Ostrowski

Wonder Woman

DC ma ostatnio sporego pecha do adaptacji swoich dzieł, chociaż mają równie intrygujących bohaterów jak konkurencja w postaci Marvela. Po odświeżonym Supermanie oraz jego konfrontacji z Batmanem, tak naprawdę niewielu czekało na kolejne dzieła od DC. Nawet ogłoszona „Liga Sprawiedliwości” wydawała się zrobioną na szybko próbą stworzenia uniwersum bez tła postaci, więc wieści o solowym filmie „Wonder Woman” traktowałem bardzo sceptycznie. Czy słusznie?

wonder_woman1

Bohaterką jest Diana – najmłodsza z plemienia Amazonek, które mają za zadanie chronić ludzkość przed wojną, a dokładniej Aresem. Razem z resztą pań mieszkają na wyspie daleko od świata. Ale i tutaj pojawia się wojna – I wojna światowa w osobie brytyjskiego szpiega oraz grupy Niemców. Poruszona opowieścią mężczyzny o toczącej się wojnie Diana decyduje się razem z nim wyruszyć do jego świata oraz powstrzymać generała Ludendorffa przed stworzeniem nowej broni.

wonder_woman2

Za ten film odpowiada znana z filmu „Monster” Patty Jenkins i trzeba przyznać, że ze swojego zadania wywiązała się dobrze. Początek, w którym poznajemy początki Amazonek (spowolnione malowidła a’la Snyder) potrafi chwycić i poruszyć, chociaż toczy się dość szybko. Potem całość idzie bardzo spokojnie do Londynu – dzieje się sporo gadania, co jest spowodowane nieobyciem Diany we współczesnym świecie. To zderzenie daje sporo humoru oraz lekkości. Potem jednak zostajemy rzuceni w wir wojny – bury, brudny, mroczny (chociaż pozbawiony krwi) świat, pełen okrucieństwa, podłości, a jednocześnie wielkiego poświęcenia. Sceny akcji wyglądają bardzo porządnie, chociaż efekty specjalnie miejscami są na bardzo średnim poziomie.

wonder_woman3

Ale najbardziej boli finał, który jest ograniczony do starcia Diany z Aresem (jego tożsamość była dla mnie sporą niespodzianką) i ta potyczka była zwyczajnie nudna. Tak jakby tutaj Jenkins została zastąpiona przez Zacka Snydera, który niemal skopiował tutaj finał „Batmana vs Supermana”. Do tego jeszcze zbyt często wykorzystywane slow-motion, przez co starcia są zbyt efekciarskie. Jenkins czasami gubi się w tempie, ale potrafi usatysfakcjonować.

wonder_woman4

Ale sytuację ratuje za to przekonujące aktorstwo. Trudno oderwać wzrok od Gal Gadot, która jest prześliczna, chociaż może wielu zirytować naiwność bohaterki, ale ma w sobie wiele uroku. To pozwala kibicować tej bohaterce. Partneruje jej Chris Pine i ta chemia między nimi jest kołem zamachowym całości. I to czuć od pierwszej sceny. Cała reszta postaci jest jedynie ciekawym tłem, z którego najbardziej się wybija demoniczny Danny Huston (generał Ludendorff) oraz powściągliwy David Thewlis (sir Patrick).

„Wonder Woman” próbuje dogonić konkurencję w postaci Marvela i chociaż pojawia się wiele wad, to całość jest zwyczajnie dobre kino gatunkowe. Nie wiem jak wy, ale ja czekam na kolejne spotkanie z Dianą Prince w „Justice League” i mam nadzieję, że DC w końcu zrozumie jak należy robić uniwersa.

7/10

Radosław Ostrowski

Niewinne

Polska, grudzień 1945. Kraj podnosi się z kolan po wojnie, terrorze i próbuje się odnaleźć w nowej, komunistycznej rzeczywistości. Koniec wojny nie oznacza wcale stabilizacji oraz spokoju. O tym przekonuje się lekarka z francuskiego oddziału Czerwonego Krzyża – Mathilde Beaulieu. Kiedy przychodzi do niej polska zakonnica z pobliskiego klasztoru, zbywa ją. Jednak siostra nie odpuszcza i lekarka idzie z nią. Okazuje się, że „umierająca kobieta”, o której mówiła zakonnica jest w ciąży. Nie ona jedyna, została zgwałcona przez wyzwolicielską Armię Czerwoną.

niewinne1

Takie filmy jak „Niewinne” bardzo łatwo zepsuć – epatowaniem przemocy, wiarą lub płytkim podejściem do tematu. Jednak francuska reżyserka Anne Fontaine postanowiła całą tą mroczną i przerażającą historię w sposób bardzo delikatny, subtelny, stawiając pytania o wiarę oraz jak żyć po takim wydarzeniu. Jak sobie poradzić z taką traumą i co robić: zostać zakonnicą oraz trwać w czystości (dziwnie to brzmi to wydarzeniach) czy być matką dla swojego dziecka? Klasztor próbuje tuszować sprawę (wyjawienie groziłoby likwidacją, wygnaniem i potępieniem), dlatego trzeba działać w tajemnicy. Wszystko tutaj pokazane jest bez popadania w skrajności, osądzania czy oskarżania. Zderzenie światopoglądowe jest tutaj poprowadzone bardzo delikatnie, co jest bardzo zaskakujące. Wrażenie robi też świetna strona wizualna – z jednej strony mamy surowe ściany klasztoru, z drugiej piękne krajobrazu zimowego lasu. Modlitwy, msze i jednocześnie narodziny, przestrzeganie zasad czystości (mocne sceny badań lekarskich), a dalej jeszcze Ruscy, którzy mogą przyjść znowu (wcześniej trzy razy wzięli swoje według niepisanego prawa zwycięzcy).

niewinne2

Reżyserka bardzo powoli odkrywa tajemnice i trafnie pokazuje ten dziwny czas. Jednocześnie miałem pewien problem ze środkiem filmu, gdzie tak naprawdę mało czasu było poświęconego dla przyszłych matek. Te postacie zostają zepchnięte na dalszy plan, zwracając coraz bardziej uwagę na lekarkę, matkę przełożoną oraz posłusznej jej siostrze Annie. Ich moralne dylematy (zwłaszcza sióstr) stają się najważniejsze, prowokując do pytania: co ja bym zrobił na miejscu tych postaci? Też to intryguje, ale wolałbym więcej czasu poświęcić ciężarnym zakonnicom oraz temu, jak one próbują się w tym wszystkim odnaleźć.

niewinne3

Jednak mimo troszkę nierównego środka, całość rekompensuje świetne aktorstwo. Główną postacią jest lekarka (śliczna Lou de Laage), dla której życie ludzkie jest najwyższą wartością, próbującą zrozumieć świat zakonu. Ale tak naprawdę film kradną Agata Kulesza i Agata Buzek. Pierwsza jest twardą, mocno trzymającą się swojej wiary, podejmującej trudne wybory i jednocześnie bardzo powściągliwą, z kolei Buzek jest młodą, troszkę wątpiącą kobietę, troszkę zagubioną. Obydwie panie są rewelacyjne, ale szkoda pozostałych aktorek (Eliza Rycembel, Joanna Kulig, Katarzyna Dąbrowska), które zostają zepchnięte na dalszy plan, chociaż to ich postaci są „zapalnikiem” wydarzeń.

niewinne4

Czy „Niewinne” to film kontrowersyjny, obrazoburczy? Nie sądzę – Fontaine bardzo delikatnie, ostrożnie i z wyczuciem przedstawia trudny przypadek, gdzie zderzenie między wiarą i bezwzględną rzeczywistością wystawia na ciężką próbę. Na pewno zmusza do przemyśleń oraz nie daje łatwych odpowiedzi na pytania o Boga, cel i sens. Gdyby bardziej skupiono się na pozostałych zakonnicach, byłaby większa siła rażenia.

7/10

Radosław Ostrowski

Benjamin Clementine – I Tell a Fly

I_Tell_A_Fly

Dwa lata temu światu objawił się pewien Brytyjczyk, który nagrał album niemal w całości oparty tylko na swoim głosie oraz brzmieniu fortepianu. Ale Benjamin Clementine potrafił tymi skromnymi środkami zbudować intymną, silną emocjonalnie muzykę. I czekaliśmy na to, co będzie dalej, aż po dwóch latach muzyk powrócił z kolejnym autorskim materiałem. Co dostaliśmy tym razem?

Początek “I Tell a Fly” wprowadza w zakłopotanie, gdyż mamy nakładające na siebie głosy niczym echo atakujące ze wszystkich stron. Ale “Farewell Sonata” dość szybko zaczyna się uspokajać, dodając charakterystyczny fortepian w tempie walca. Takiego instrumentalnego wstępu się nie spodziewałem, zwłaszcza że w połowie pojawia się przerobiony klawesyn niczym melodia z wesołego miasteczka, a wtedy wkracza niemal krzyczący Clementine oraz bardzo dynamiczna perkusja z funkowym basem, by wskoczyć w niemal kosmiczne dźwięki oraz wrócić do początku. Podobny koktajl serwuje “God Save The Jungle”, tylko perkusja jest bardziej oszczędna, klawesyn z fortepianem tańczą, gdzieś w tle przewija się gitara. Szybciej i potężniej (bo z chórem w tle) dzieje się w niepokojącym “Better Sorry Than Asefe” oraz zmieniającym tempo (od jazzowego po militarno-afrykańskie) “Phantom from Aleppoville”. Początek “Paris Cor Blimey” to szybki wstęp pianistyczny, a dalej też wszystko pędzi, budząc jednocześnie grozę (wycie w tle). Bardziej przebojowo i niemal radiowo jest w krótkim “Jupiterze” oraz opartym na retro elektronice “Ode from Joyce”, jednak zachowano spójny klimat.

Z kolei “One Ankward Fish” to szybka gra perkusji, wsparta elektroniką, równie dynamicznym klawesynem, a nad całością unosi się duch muzyki lat 60., a występujące w tle głosy odbijające się od siebie, budują poczucie niesamowitości. Równie melodyjnie jest w “By The Ports of Europe”, z chóralnie zaśpiewanym refrenem oraz finałowym “Ave Dreamers”.

Benjamin w bardziej bogatszym aranżacyjnie świecie, nadal zachował autentyczność oraz emocje. Tym razem w tekstach dominuje motyw imigrantów oraz poczucie obcości w świecie, co jest pewną świeżością w świecie popu. Całość jest bardzo spójna, mieszająca stare, wręcz klasyczne brzmienia z bardziej współczesnym podejściem producenckim. Wyszła z tego mocna, piękna mieszanka.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Bodo

Nie jest niczym nowym fakt, że seriale są przerabiane na kinowy ekran. To praktyka znana na Starym Kontynencie od lat, więc kiedy pojawiły się wieści o kinowej wersji serialu „Bodo” nie byłem ani zdziwiony, ani zaskoczony. Spodziewałem się ścinek scen, które nie koniecznie będą ze sobą powiązane, ale przynajmniej będzie się to dobrze oglądało i zachęci do obejrzenia serialu. Jak udało się w przypadku filmu Michała Kwiecińskiego?

bodo1

Lepiej niż się spodziewałem, chociaż do ideału daleko. Całość jest biografią Eugeniusza Bodo – jednego z najpopularniejszych polskich aktorów okresu przedwojennego. Już jako młody chłopak pragnął być artystą, chociaż rodzice mieli wobec niego inne plany – medycyna. To przyniosłoby spokój, stabilizację, szacunek innych ludzi. Ale Bodzio (tak był nazywany) uparł się i konsekwentnie szedł swoją drogą. Sława, pieniądze, kobiety, blichtr – niby udaje się zrealizować swoje marzenie, ale jednocześnie czego w tej drodze zabrakło. Widać, że twórcy próbują balansować między życiem zawodowym aktora a prywatnym – pełnym miłostkom, romansom oraz ciągłych myślach o tej jednej, co go dawno temu zostawiła. Stanowi to główny wątek filmu i jednocześnie staje się to siłą napędową poczynań naszego bohatera. Tylko, że nadal (bo w końcu to fragmenty serialu) widać skrótowość i wiele wątków jest tutaj bardzo szybko wprowadzanych, by uciąć, już więcej do nich nie wracając. Dotyczy to w zasadzie wszystkiego, co widzimy na ekranie. Chociaż muszę przyznać, że zakończenie potrafiło chwycić za gardło.

bodo2

Jestem za to pod dużym wrażenie strony realizacyjnej. Scenografia i kostiumy bardzo zgrabnie odtwarzają czasy przedwojenne. Dlatego tak często jesteśmy albo na scenie, teatrze czy kawiarni. Sceny występów wyglądają wręcz oszałamiająco, porażając przepychem, świetną pracą kamery oraz choreografią. Jeśli do tego dodamy bardzo czarującą muzykę, mieszającą przedwojenną elegancję ze współczesnym sznytem, nasze zmysły będą usatysfakcjonowane.

bodo3

Aktorsko jest całkiem dobrze, chociaż tak naprawdę skupiono się na samym Bodo. Jego młodsze oblicze (dobry Antoni Królikowski) to młody, ale już mający sprecyzowany plan. Pierwsze próby są średnio udane (nauka tańca idzie opornie), jednak widać determinację oraz upór. Z kolei starsza wersja (fantastyczny Tomasz Schuhardt) to już świadomy swojej wartości aktor, chociaż bardzo mocno skupiony na sobie, swojej karierze, a kobiety traktujący niemal jak rękawiczki. Ja mógłbym uwierzyć w tą miłość do Ady, dla której pozostawił swoje miejsce w sercu, gdyby nie grająca tą rolę Anna Pijanowska. Tak złego grania nie widziałem od dawna – sztuczny, pozbawiony emocji głos, fatalna dykcja, sprawia prawdziwy ból uszu. Reszta pań radzi sobie przyzwoicie (Roma Gąsiorowska, Patrycja Kazadi), robiąc dobre wrażenie w partiach musicalowych.

bodo4

„Bodo” to przykład kina, które ma zaintrygować na tyle, by obejrzeć wersję pełną, czyli telewizyjny serial. Udało się twórcom odtworzyć klimat tej epoki, jej blichtr oraz blask, chociaż mocno czuć skrótowy scenariusz. Niemniej efekt jest zaskakujący, co także jest zasługą fantastycznej roli Schuhardta, dla którego warto spędzić czas.

6/10

Radosław Ostrowski

Strachy na Lachy – Przechodzień o wschodzie

przechodzien-o-wschodzie-b-iext51096308

Każdy fan polskiej muzyki rockowej słyszał o Krzysztofie “Grabażu” Grabowskim. Najpierw w punkowej formacji Pidżama Porno, z dużą goryczą oraz wściekłością opisywał rzeczywistość lat 90., po czym zawiesił działalność idąc w stronę bezpretensjonalnych, skocznych piosenek w formacji Strachy na Lachy. Ale od “Dodekafonii” było już coraz mroczniej, gniewniej i ostrzej jak w czasach Pidżamy. Czy tak też jest w przypadku szóstego albumu “Przechodzień o wschodzie”?

“Nie tchórzę/Ja to pierdolę” – takie są pierwsze słowa, pochodzące z singlowego “Co się z nami stało”. Jest niby melodyjnie, ale i agresywnie, co jest zasługą zapętlonych riffów oraz mocnych uderzeń perkusji. Stare, dobre Strachy, które zapadają w pamięć. Równie ostry i bardzo mroczny, z powodu elektroniki jest “Nazywam się Grabowski”, a kompletną woltę daje niemal taneczna, wręcz rozmarzona “Katastrofa szczęścia” oraz bardziej dynamiczna “Matka Boska”, dodając odrobiny lekkości i przypominając początki grupy. W tym samym kierunku wydają się iść “Twoje motylki”, próbujące być nową wersją “Dzień dobry, kocham Cię”, ale dość nieudolną. Jedynie końcówka ocierająca się o western (gwizd Iistonowana perkusja) jest ciekawa. A tekst przyprawia tutaj o mocny ból głowy. Grabażu, nie idź tą drogą.

Po tych eksperymentach powraca niemal minimalizm w smutnym “Nie zakochuj się w wietrze”, gdzie w tle mamy smyczki oraz łagodniejszą gitarę. To wszystko jednak zmyłka, albowiem wszystko zaczyna podkręcać. Drugą niespodzianką jest reggae’owy “Przechodzień w ogrodzie” ze wspólnie śpiewanym refrenem. Równie szybki, choć pełen elektronicznego tła, jest “Obłąkany obłok” dodający odrobiny magii. Podobnie jak mieszający nowoczesne brzmienie z etniką w “Krótkim sznurze”, by zaatakować w finale “Podziemnym przejściem”.

Grabaż wokalnie nadal jest w formie, a tekstowo jest bardziej refleksyjny. Może mniej sfrustrowany niż ostatnio, choć nie brakuje wściekłości (“Co się z nami stało”, “Podziemne przejście”), kwestii miłości (“Nie zakochuj się w wietrze”) czy nawet odrobiny humoru (“Matka Boska”). Muzycznie też jest to destylat tego, co znamy z poprzednich płyt. Grupa nadal gra różnorodnie, bez poważnych kiksów (poza “Motylkami”), trzymając fason. Więc przechodniu, powiedz fanom Strachów, że nie zawiedli.

8/10

Radosław Ostrowski

Fale

Ania i Kasia to dwie kumpelki, które uczą się na praktykach w salonie fryzjerskim. Dziewczyny są zgrane i zdane tylko na siebie, gdyż rodziny mają, delikatnie mówiąc, dalekie od ideału. Mają też jedno wspólne marzenie: założenie wspólnego zakładu fryzjerskiego.

fale1

Debiut dokumentalisty Grzegorza Zaricznego próbuje być kinem utrzymanym w stylu Kena Loacha, czyli społeczne zacięcie oraz uważna obserwacja otoczenia. Całość jest dość krótka (niecałe 70 minut) i reżyserowi trudno odmówić zmysłu obserwacji. Opowiadając w prosty sposób tworzy miniaturowi portret przyjaźni dwójki dziewuch, które dzieli wiele. Problem w tym, ze ta historia jest bardzo skrótowo opowiedziana: każda scena jest niemal urywana przez montaż, przez co można poczuć dezorientację. Scenariusz jest bardzo wątły, a wiele scen może sprawiać wrażenie niepotrzebnych (wspólna gra dziewczyn i ojca Ani w ping-ponga czy romans Kasi z młodym chłopakiem), ale mimo tego jakoś byłem w stanie wejść w tą historię. Powoli widzimy jak silna i szczera jest więź między troszkę nieporadną Anią i pozornie twardą Kasią, co jest największą siłą napędową. Obie dziewczyny (debiutantki Anna Kęsek i Kasia Kopeć) grają bardzo naturalnie, a to jest duży plus. Tak samo uwagę skupia Tomasz Schimscheiner jako ojciec Ani – trochę nieobecny, próbujący utrzymać kontakt z dzieckiem, ale jednocześnie czuć pewne poczucie winy, bezradność.

fale2

„Fale” miały spore ambicje, jednak bardzo szczątkowy scenariusz nie daje wiele pola do popisu. Za dużo jest liźniętych wątków i niedomkniętych kwestii (zakończenie), ale daje pewną nadzieję na poprawę swojego losu. Dobrze się ogląda, jest porządnie zagrany, nie wywołuje dużej irytacji, ale chciałoby się zostać dłużej.

fale3

6/10

Radosław Ostrowski