Filip

Czy możliwe jest jeszcze opowiedzenie historii w realiach II wojny światowej w inny sposób niż znane do tej pory? Czyli albo martyrologicznie-cierpiętniczo, patriotyczno-propagandowo i tak podniośle, sprowadzając wszystko do prostego czarno-białego podziału? Takiej próby podjął się Michał Kwieciński, przenosząc na ekran powieść Leopolda Tyrmanda. I ku mojemu zaskoczeniu, wyszedł z tej próby bardzo obronną ręką.

filip1

Wszystko zaczyna się jeszcze na terenie warszawskiego getta, gdzie Żydzi próbują w miarę normalnie funkcjonować. Choć czasy są mocno nienormalne. Jednym z nich jest Filip (Eryk Kulm Jr.) – młody chłopak, występujący w kabarecie jako tancerz. Ma właśnie wystąpić na scenie ze swoją dziewczyną, ale problemem okazują się… za duże spodnie. I paradoksalnie to one pozwoliły mu przeżyć mord Niemców. I przeskakujemy dwa lata do przodu, gdzie nasz bohater pracuje jako kelner w hotelu. Z fałszywymi dokumentami i nową tożsamością jako Philippe Jovet. Cały czas musi się pilnować, choć nie przeszkadza mu to uwodzić niemieckie kobiety. Mimo iż za to grozi śmierć, gdyż władza uznają to za szarganie czystości rasy. Radzi sobie nieźle i dobrze się maskuje. Ale pojawiają się komplikacje, które mogą zburzyć dotychczasowe życie Filipa.

filip2

Kwieciński idzie w bardziej przyziemną stronę życia w nazistowskich Niemczech. Codzienność pełną sprzeczności, pełne życia, barw i jednocześnie łatwo wpaść w pułapkę. Niby można uznać, że całe to podrywanie może dać poczucie bezpieczeństwa (w końcu Niemki za spółkowanie z cudzoziemcami też ponosiły kary), jednak pewnym nie można było być nigdy. Cały czas było czuć napięcie, zwłaszcza że Filip tylko pozornie wydaje się wyluzowanym, trochę cynicznym gościem, nie przywiązującym się do nikogo. Nie trzeba być wielkim geniuszem czy wybitnym psychologiem, by zobaczyć w tej postawie kamuflaż, skrywający naznaczonego traumą, wrażliwego człowieka. Noszącego strój kelnera niczym zbroję, cały czas mającego oczy dookoła głowy, nie wychylającego się.

filip3

Jednak coraz bardziej ten uporządkowany świat zaczyna się powoli sypać. Z jednej strony pojawia się dawna znajoma z Warszawy (Sandra Drzymalska), trzymająca się z niemieckim oficerem i proszącą o pewną przysługę. Jeśli tego nie zrobi, może się stać coś nieprzyjemnego. Z drugiej jeszcze pojawia się Lisa (Caroline Hartig) – dziewczyna z basenu i pozornie kolejna ofiara naszego kelnera. Chce ją rozkochać i porzucić, ale jest ona odporna na jego urok. JEDNAK tutaj zaczyna dziać się coś poważnego, może nawet pojawia się szansa na głębsze uczucie. Tylko co się stanie, jak odkryje kim naprawdę jest? Będzie chciała z nim być czy może jednak trzeba będzie uciekać? Ta relacja złapała mnie i najbardziej interesowała, pokazując bardziej skrytą stronę naszego bohatera. Tak samo jak intensywny finał, trzymający mocno za gardło.

filip4

„Filip” wygląda niesamowicie i sprawia wrażenie produkcji zrobionej za duży budżet. Wrażenie robi zarówno scenografia (szczególnie sceny w hotelu oraz początek w getcie), jak i wnętrza. Wszystko to także bardzo dynamicznie sfotografowane przez Michała Sobocińskiego, który rzadko sobie pozwala na statyczne ujęcia. Dużo jest mastershotów, bardzo płynnie zmontowanych. Kamera rzadko opuszcza bohatera (szczególnie w scenach, gdy mężczyzna nocą w hotelu robi coś na kształt tańca czy w kulminacyjnej scenie balu w hotelu), filmując go albo skupiając się na twarzy, albo idąc za nim. Jedynym „zgrzytem” była dla mnie mocno elektroniczna muzyka, jakby wyrwana z innego filmu.

Jeśli chodzi o aktorów, Kwieciński dokonuje dość ciekawych wyborów. Sięgnął po aktorów z Europy, obsadzając do roli Niemców czy kolegów Filipa z innych części świata (m.in. Victora Meuteleta, Josepha Altamarę czy Philippa Gunsha). Wszyscy grają tu co najmniej bardzo dobrze, choć z tego grona wyróżnia się Caroline Hartig – jej Lisa to o wiele dojrzalsza niż się wydaje i nie za bardzo idąca w zgodzie z ideologią austriackiego kurdupla. W kontrze do niej stoi Zoe Straub, czyli bardziej cwana, świadoma swojej atrakcyjności Bianka. Ale tak naprawdę całość na swoich barkach trzyma rewelacyjny Eryk Kulm Jr., tworząc bardzo złożonego i o wiele ciekawszego bohatera niż się wydaje. Dziwna mieszanka cwaniaka, cynika, pełnego uroku, chcącego przetrwać i się odegrać na Niemcach. Ale nie z bronią w ręku i z Bogiem na ustach – nic z tych rzeczy. Nawet jak dokonuje czegoś heroicznego, to raczej przez przypadek.

Jestem w szoku, że taki film jak „Filip” – produkcja nie pokazująca życia wojennego w sposób znany z podręczników – została sfinansowana przez… Telewizję Polską. Kwieciński świetnie oraz z dużym wyczuciem pokazuje bardziej przyziemne oblicze wojny. Z absolutnie charyzmatycznym głównym bohaterem, za którym chcemy podążać, świetnymi dialogami i cudowną pracą kamery. Dla mnie to największe osiągnięcie Kwiecińskiego jako reżysera, rehabilitującego się po ostatnich rozczarowaniach.

8/10

Radosław Ostrowski

Duchy Inisherin

Martin McDonagh dla mnie jest cholernie interesującym reżyserem, mocno klimatem przypominające braci Coen. Dużo czarnego humoru, wielowymiarowe postacie oraz głębokie tematy. Po tym jak „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” powaliły mnie na kolana, oczekiwania wobec kolejnego filmu wystrzeliły powyżej sufitu. Do tego jeszcze wraca duet Colin Farrell/Brendan Gleeson znany z debiutu reżysera. Jak nie czekać i nie wierzyć, że będzie hicior?

duchy inisherin1

Jesteśmy na wyspie Inisherin gdzieś w Irlandii roku 1923. Na lądzie (stałym) trwa wojna domowa, ale na naszej wysepce jest spokój, nuda i monotonia. Tutaj też mieszka dwóch przyjaciół, choć różnych jak noc i dzień: poczciwy Padrick (Colin Farrell) oraz bardziej myślicielski Colm (Brendan Gleeson). Pewnego dnia jednak dzieje się coś dziwnego, bo Colm nie chcę już się przyjaźnić z Padrickiem. Mało tego, nie chce od nie słyszeć ani jednego słowa. Ani jednego wypowiadanej sylaby. Bo po prostu przestał go lubić. Że co? Padrick nie potrafi tego zrozumieć, jest bardzo prostoduszny i chcę odkryć przyczynę tego stanu. Colm jednak coraz bardziej się zamyka i przez opór dawnego przyjaciela sięga po środki radykalne.

duchy inisherin2

„Duchy Inisherin” na pierwszy rzut oka wydają się mieć wszystko, co było u McDonagha. Jednak przyglądając się bliżej nie mogłem pozbyć się jednego, dziwnego wrażenia. Bo czegoś tu mi zabrakło. Pozornie znowu reżyser dotyka poważnych spraw. Tym razem mówi o samotności, marazmu, odcinaniu się od pewnej relacji, poczucia śmiertelności. W dużym skrócie McDonagh pokazuje ludzi szukających sensu w absurdalności życia. ALE tutaj reżyser chyba za bardzo skupia się na folklorze i symbolice. To już sugeruje oryginalny tytuł – banshees (duchy) są w irlandzkiej kulturze zjawami o wyglądzie kobiety, których obecność zwiastuje śmierć. I jest tu jedna postać pasująca do tego charakteru, ale tego nie zdradzę.

duchy inisherin3

Największe skupienie reżysera jest na trzech postaciach: Padricku, jego siostrze Siobhan (Kerry Condon) oraz Colma. Każdy z nich niejako ma inne postawy życiowe. Pierwszy wydaje się mocno przywiązany do otoczenia, dba o zwierzęta i może nie jest zbyt lotny umysłowy, budzi sympatię. Kobieta jest oczytaną, o wiele inteligentniejszą niż reszta mieszkańców, przez co czuje się wyobcowana i chce się stąd wyrwać. Bo po co przebywać w tej wiosce, gdzie nie czeka na nią żadna przyszłość? Z kolei Colm ma duszę bardziej artystyczną i czuję potrzebę zostawienia czegoś dla potomnych. Niby rozumiem każdą z tych postaci i trudno mi się przyczepić do aktorstwa, ale miałem jeden problem. Z gatunku tych poważnych. Nie czułem żadnej więzi emocjonalnej i nie obchodziło mnie to wszystko. Zaskakująco poważno-depresyjny ton dobił mnie, zaś powolne tempo zmieniło seans w mękę. I ani piękne krajobrazy, ani lekko bajkowa muzyka nie są w stanie zmienić.

duchy inisherin4

Co tu się stało, panie McDonagh? „Duchy Inisherin” są pierwszym filmem w dorobku Irlandczyka, który mnie rozczarował. Zupełnie jakby reżyser skupiał się na symbolach, alegoriach i zapomniał dać do tego świata ludzi z krwi i kości. Dziwne, prawda?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Central Park – seria 2

Wracamy do rodziny Tillermanów oraz knowań Betsy, by przejąć Central Park. To ostatnie może wydawać się bzdurne, ale bogacze nie takie szalone decyzje podejmowali. Sprawy jednak się komplikują, bo brakuje dowodów. Ale mamuśka-dziennikarka Paige determinację ma wymalowaną na twarzy.

central park2-1

Tym razem odcinków jest aż 16 i jest – jak w klasycznym serialu komediowym – zbiorem osobnych historii, z głównym wątkiem gdzieś w tle. Bardzo w tle, że niemal można o nim zapomnieć. Każdy ma pewne swoje chwile do rozgryzienia: nadmierne wspieranie chłopaka przed zawodami latawca, nadmierne mikrozarządzanie parkiem, pierwsza miesiączka (i jak sobie z nią poradzić), nauka geometrii idąca opornie itd. A poza tym Betsy niemal cały czas kombinuje jak znaleźć inwestorów do swojego szalonego planu i musi uporać się z takimi banalnymi rzeczami jak: zepsuty rolls-royce, pszczoły przed hotelem, powrotem legendarnego złodzieja. Takie typowe rzeczy z życia zepsutych bogaczy. Jak zawsze w bardzo absurdalnym humorze, pełnym złośliwości, ale bez przemocy czy wulgarności.

central park2-2

Pomaga w tym jak zawsze cudna kreska oraz bardzo chwytliwe piosenki. O muzyce, szukaniu klucza, możliwych wizjach przyszłości, upokorzeniu itp. Jak oni to robią, że to wszystko nie tylko nie wywołuje zgrzytu, ale brzmi fantastycznie. Po prostu FANTASTYCZNIE, pełne zabaw językowych (w wersji angielskiej) oraz wizualnych popkulturowych odniesień (m.in. do „To my” Peele’a czy „Przypadku Harolda Cricka”). Jednak z nimi nie przesadza, doprowadzając do przesytu. Wizualnie też twórcy się bawią podczas piosenek, gdzie ciągle zmienia się tło (choćby pojawiające się nuty, figury i bryły geometryczne czy wyobrażenia przyszłości przez perspektywę zmiany pracy w formie… klocków prawie Lego). Czas mija szybko, a finał w pełni satysfakcjonuje. Nie mogę doczekać się zakończenia.

central park2-3

Głosowo nadal jest świetnie, choć doszło do jednej kluczowej zmiany. Molly (córka Tillermanów) nie mówi już głosem Kristen Bell, lecz Emmy Raver-Lampman. Od razu jednak uprzedzam: zmiana nie jest zbyt mocno odczuwalna, jednak decyzja spowodowała była negatywnymi komentarzami. Z czego wynikały? Że Molly (dziecko białej i czarnoskórego, czyli mieszana) jest podkładana przez białą aktorkę. No ja pierdolę, przepraszam za język, ale to już jest absurdalne. Nie chce mi się nawet strzępić języka. Ale jest parę zaskakujących epizodów, gdzie można usłyszeć m. in. Keitha Davida (dr Ward Wittingher), Catherine O’Harę (Gwendolyn Swish), Henry’ego Winklera (detektyw Hank Zevansky) czy… Dana Stevensa (kompletnie nie do poznania jako ojciec Bitsy).

central park2-4

Nie mogę się nachwalić drugiej serii. Dzieje się dużo, wygląda cudnie i słucha się jeszcze lepiej. Jakim cudem przeoczyłem ten tytuł? Wszystko w nim działa jak w dobrze zarządzanym parku. Skromne, lecz bardzo bogate. Finał musi być świetny.

8/10

Radosław Ostrowski

Aftersun

Na pierwszy rzut oka debiut Charlotte Wells wydaje się filmem tajemniczym, chaotycznym, enigmatycznym (za bardzo) i… zwyczajnym. Przynajmniej z punktu wyjścia historii, jednak im dłużej się zastanowić po seansie, wszystko wydaje się łączyć. O ile będziecie uważni, macie sporą wyobraźnię i/lub empatię.

Akcja toczy się podczas wakacji w Turcji razem z ojcem i córką. Niby nic nadzwyczajnego, jednak 11-letnia Sophie (Frankie Corio) mieszka z matką, a takie spotkanie to coś istotnego. Calum (niesamowity Paul Mescal) próbuje sprawić, by ten wspólnie spędzony czas nie był stracony. I żeby to była dobra zabawa przez te kilka dni. I wydaje się, że dobrze się bawią, robiąc wiele wspólnych rzeczy: nurkowanie, gra w piłkę wodną, kąpiel w błocie, wspólne posiłki. Wiele rzeczy rejestrowanych jest cyfrową kamerą (mamy lata 90.). To jednak jest tylko jedna warstwa filmu.

Bo Wells niejako prowadzi całą historię dwutorowo. Pierwsza warstwa to wspomnienia „fizyczne”, zapisane na taśmie, oglądane przez dorosłą Sophie. Ale druga warstwa jest o wiele ciekawsza, BO… jest wiele sytuacji, gdzie Callum jest sam. Tu już można zacząć kwestionować „rzeczywistość”, próbując zweryfikować nagrane taśmy. Bo – jak niektórzy wiedzą – nasze wspomnienia z głowy z czasem ulegają zniekształceniu. Całe „Aftersun” to zderzenie tych dwóch warstw i próba zrozumienia, co tak naprawdę się stało podczas wakacji w Turcji. Niczym rozbite kawałki zwierciadła, gdzie nic nie jest powiedziane wprost.

Całość wygląda tak, jakbyśmy obserwowali wycinek z wakacji, gdzie widzimy bohaterów podczas zwyczajnych, prostych rzeczy. Jest w tym coś z podglądactwa, ale Wells nie ułatwia wejścia do tego świata. Wiele będzie scen, gdzie postacie są widocznie albo w odbiciach lustra czy ekranu telewizora, albo widzimy tylko część postury (ręka, nogi itp.) podczas sceny/dialogu. Cały czas nie mogłem pozbyć się wrażenia, że nie wiedziałem dokąd to wszystko zmierza. A kiedy jeszcze pojawiały się sceny z jakiegoś rave’u, gdzie mamy krótkie przebitki światła, jeszcze bardziej rozmywały obraz. Strzępki dialogów dają pewne poszlaki, jednak pewni nie będziemy nigdy. Tak jak dorosła już Sophie, wiemy niewiele i nagrane filmy nie wyjaśniają za wiele, pozostawiając wszystko w kwestii domysłów, spekulacji, przypuszczeń.

I jak to jest zgrane. Może inaczej, jak te rozmowy oraz relacja naszej dwójki wydaje się bardzo naturalna. Paul Mescal i Frankie Corio są wręcz zachwycający, zwłaszcza ten pierwszy jako ojciec skrywający depresję oraz problemy. Niby wydaje się być wyluzowany oraz spokojny, lecz to wszystko jest maską, robieniem dobrej miny do złej gry. Nie odkryjemy, dlaczego Callum jest przygnębiony, co go naprawdę dręczy, jednak czuć jak bardzo to przygniata. I jak bardzo stara się to wszystko ukryć. Wszystko bardzo trzymane w ryzach, stonowane.

Wielu na „Aftersun” się wynudzi i uzna za stratę czasu, pozbawioną jakiegokolwiek sensu sklejkę scen. Ale to wszystko okazuje się bardzo przemyślanym, skrywającym o wiele więcej obrazkiem depresji. Ostatnie minuty wywracają wszystko do góry nogami i dopiero dając sobie czas na przemyślenie po seansie, film zaczyna rosnąć w oczach. Przynajmniej moich oraz – mam nadzieję – potencjalnych widzów.

8/10

Radosław Ostrowski

Pukając do drzwi

M. Night Shyamalan – pamiętam jeszcze te czasy, kiedy to nazwisko elektryzowało. Specjalista od thrillerów z elementami nadnaturalnymi oraz finałowymi twistami, wywracającymi całą historię do góry nogami. Choć nigdy do poziomu „Szóstego zmysłu” i „Niezniszczalnego” się nie zbliżył, to zawsze dawałem mu szansę. Dlaczego? Bo zawsze szukał oryginalnych, intrygujących konceptów, balansujących na granicy śmieszności (jak nie jest w formie) albo grozy, zaskoczenia i napięcia. Jaki jest przypadek jego najnowszego filmu, czyli „Pukając do drzwi”?

Punkt wyjścia jest bardzo prosty: jesteśmy w domku gdzieś w lesie. Z dala od cywilizacji. Przybywa tutaj małżeństwo gejów ze swoją adoptowana córką. Cisza, spokój, sielanka. Ale do czasu, bo pojawia się w tej okolicy wielkolud z trzema kompanami. Niby chcą tylko porozmawiać, lecz są uzbrojeni w dziwne bronie. Kim są? Czego chcą? I dlaczego sprawiają wrażenie, jakby zostali do czegoś zmuszeni? Lider Leonard (Dave Bautista) mówi krótko: „Musicie dokonać wyboru. Jedno z was musi się poświęcić albo będzie koniec świata.” Co k***a?

pukajac do drzwi1

Pomysł brzmi wariacko, choć tym razem reżyser oparł się na książce Paula Tremblaya. Już sam początek buduje aurę tajemnicy, kiedy podczas czołówki widzimy jakieś tajemnicze rysunki. W karcie pacjenta, stronie z krzyżówką, w tle grają niepokojące smyczki. Coś wisi w powietrzu. Potem jest początek, gdzie widzimy dziewczynkę zbierającą koniki polne. Wtedy z daleka wyłania się wielkolud, ale głos ma bardzo spokojny, łagodny. Zaczyna się rozmowa i podskórnie czułem napięcie. A to dopiero początek całej hecy. Shyamalan nie zapomina o budowaniu napięcia, aż do momentu ataku na dom. Czyżby to miało być dobre home invasion movie? I mamy tą przerzutkę z końcem świata, która daje spore pole do manewru. Czy ci ludzie są nawiedzeni? Są członkami sekty? Chorzy psychicznie? Stawka jest wysoka i namacalna. A jeśli wybór nie zostanie dokonany, jeden z czwórki zostanie zabity i nowa „plaga” zejdzie na ziemię.

pukajac do drzwi4

Pierwsze 30-40 minut trzyma za mordę, wręcz szokuje i wali w ryj. Cały czas główkowałem co tu się dzieje, chcąc zrozumieć całą tą sytuację. Mocno idącą w absurd, lecz Shyamalan nie daje jednoznacznej odpowiedzi, zderzając dwa punkty widzenia. Innymi słowy, klasyczne zderzenie wiary i umysłu. Dla mnie jednak problem w tym, że ta konfrontacja ogranicza się na rzucaniu argumentów i… obie strony okopują się na swoich stanowiskach. A co gorsza, nie pada parę istotnych pytań wobec tej czwórki, np. skąd się wzięły te wizje, jak się poznali? Brakowało próby przekonania drugiej strony, że to wszystko jest wyłącznie zbiegiem okoliczności. Ale jedno na ich twarzach widać: strach i odczucie, że nie chcą tu być. To by pomogło lepiej wejść w buty tych „porywaczy”. Podobnie jak w „Split” mamy retrospekcje z życia naszej pary rodziców (Jonathan Groff i Ben Aldridge), pozwalając lepiej poznać ich relację. O dziwo, nie wybijało to z rytmu. To wszystko dobrze wygląda w obrazku (film kręcono na taśmie 35 mm), nie brakuje znajomych ruchów kamery czy niemal zapełniających cały obraz twarzy.

pukajac do drzwi2

Niestety, jest jeden poważny problem. A mianowicie zakończenie i wyjaśnienie całej sytuacji jest tak bardzo w mordę, że już bardziej się nie da. Wolałbym pozostawienie tego w stanie zawieszenia. Parę dialogów też może przyprawić o ból uszu i efekty specjalne parę razy są niespecjalne, ale można na to przymknąć oko. Zwłaszcza, że całość jest bardzo dobrze zagrana. Odkryciem jest tutaj Dave Bautista jako Leonard – lider grupy porywaczy. Bardzo wycofany, tłumiący swoje emocje, mówiący bardzo spokojnym głosem, bardzo przekonująco pokazuje lidera tej dziwnej grupki nieznajomych (równie dobrze zagranych m.in. przez Ruperta Grinta). Fantastyczny jest także Ben Aldridge, który z Jonathanem Groffem tworzą parę naszych protagonistów. Ten pierwszy jest bardziej agresywny, ekspresyjny i racjonalny, ten drugi to spokojniejszy, wycofany gość. Cała ta relacja jest prowadzona bez fałszu, szczególnie jak mamy jeszcze debiutującą Kristen Cui (córka Wen), który pięknie uzupełnia ten obrazek.

pukajac do drzwi3

Czyżby Shyamalan wrócił do formy? Częściowo tak. „Pukając do drzwi” przypomina, że ten zdolny twórca nadal potrafi trzymać w napięciu aż do (prawie) samego końca. Niestety, zdarzają się potknięcia w nie za dobrych dialogach czy zakończeniu, niemniej trudno odmówić atmosfery osaczenia i niepokoju. Dowód na to, że tego reżysera nie należy jeszcze skreślać.

7/10

Radosław Ostrowski

Biały Tygrys

Tytułowy „biały tygrys” to rzadkie zwierzę, które rodzi się raz na pokolenie. W przypadku tego filmu można tym zwrotem opisać kogoś o wiele sprytniejszego niż się wydaje. Kto wyrwał się ze swojego „kurnika” (kasty), by wejść na sam szczyt. Ale jak tego dokonać, jeśli jesteś z nizin społecznych i jesteś Hindusem?

Poznajcie Balrama (Adarsh Gourav) – młodego chłopca, który mógł mieć szansę na dalsze kształcenie i edukację. Niestety, choć trudno mu odmówić inteligencji oraz sprytu, okoliczności mu nie sprzyjały. Nagła śmierć ojca doprowadziła do tego, że chłopak pracował w herbaciarni na małej wsi. Wreszcie, by chcąc zmienić życie, decyduje się na jedyną opcję – zostanie sługą dla osoby z wyższej kasty, w ten sposób zarabiając więcej. Ale żeby to zrobić uczy się prowadzić samochody. To jednak jest początek jego drogi na szczyt jako szef firmy taksówkarskiej. Jak to się stało? Dlaczego jest za nim list gończy? On sam nam to wszystko opowie.

bialy tygrys1

Rezyser Ramin Bahrani pokazuje Indie z troszkę innej perspektywy niż nasze skojarzenia. Nie jest barwnie, bajkowo czy kolorowo, za to bardzo tłoczno i ogromnymi podziałami społecznymi. Bogaci coraz bardziej się bogacą, dbając w zasadzie tylko o siebie, zaś ich słudzy (m. in. kierowcy, sprzątacze) pochodzą z biedoty. A ci drudzy tylko pozornie poprawiają swój los. Bo ta relacja uzależnia drugich od tych pierwszych, którzy ze znanych sobie powodów mogą sługę zmienić. Tak się zostaje osadzonym w kurniku, z którego wydostać się nie da. Że jak się biedakiem urodziłeś, biedakiem umrzesz i nic nie zrobisz. Trochę inaczej niż w stylu zwanym amerykańskim snem, który wydaje się nie mieć racji bytu.

bialy tygrys2

Musze przyznać, że tempo tego filmu jest wyzwaniem. Pierwsza połowa jest raczej dużo wolniejsza, skupiona na pokazaniu tych podstawowych zależności oraz drodze Balrama do bycia kierowcą. Poznajemy rodzinę „bogatszych”, gdzie mamy dwóch tradycjonalistów (ojca oraz syna) oraz parę troszkę „nowoczesną” z Nowego Jorku (Ashok i Madam Pinky). Ona wydaje się bardziej wyzwolona od swojego męża, będącego w rozkroku. Niby on chce unowocześnić kraj i stawiać na rozwój technologiczny, jednak coraz bardziej zaczyna ulegać presji ojca oraz brata. Co tej mocno odbija się na relacji pan-sługa, która początkowo między nimi wydawała się bardziej luźna, wręcz kumpelska. Ale jedno wydarzenia sprowadza znowu wszystko do nienaruszalnego porządku.

bialy tygrys3

Jak sam Balram mówi: By się wyrwać z mroku są dwie ścieżki. Ścieżka zbrodni lub polityki. To zdanie pokazuje jak bardzo ta kastowość jest patologiczna. I tylko przez patologię (korupcję, oszustwa, morderstwo) można cokolwiek tu zrobić. Stać się przedsiębiorcą, kimś spoza swojej niskiej kasty, politykiem czy kimś takim. Ale czy cena tej przemiany może się wydawać zbyt wysoka? Czy w którym momencie nasz bohater stanie się taki jak swoi panowie? Czy jednak będzie pamiętał jakich błędów nie popełniać? Zakończenie dla mnie pozostaje otwarte. Mówię o przemyśleniach niż o warstwie technicznej czy aktorskiej, jakby nie były warte jakiejkolwiek wzmianki. Nieprawda.

Bo aktorstwo jest więcej niż dobre (zwłaszcza Gourava i Rajkummara Rao jako Balram oraz Ashok), muzyczno-montażowa zbitka działa, a wszystko pokazane jest bez upiększeń, słodzenia czy wazeliny. Może nie jest tak mocne jak „Parasite”, jednak na tyle jest to ciekawe i wciągające, że można wybaczyć wady (m.in. nierówne tempo. nadmiar postaci drugoplanowych).

7/10

Radosław Ostrowski

Ojciec Stu

Czasami niektóre historie mogą być tak inspirujące, że filmowcy biorą je na warsztat. Ale czasami nie zawsze twórcy potrafią taką historię przekuć na dobry film. Taka jest historia Stuarta Longa – lokalnego boksera z drobnymi sukcesami, który ostatecznie został… księdzem. Jakim cudem do tego doszło?

Jak poznajemy naszego Stuarta (zaskakująco dobry Mark Wahlberg), toczy kolejną walkę bokserską. Wielką gwiazdą nie został nigdy, a poobijany ryj oraz otrzymane ciosy zrobiły na ciele swoje. Stuart musi odpuścić i znaleźć sobie nowe miejsce. Próbuje swoich sił jako aktor, lecz twarz ma bardzo niefilmową, więc pracuje w markecie. A dokładnie w dziale mięsny, gdzie wpada mu w oko pewna dziewczyna. Udaje mu się ją znaleźć… w kościele. Gdzie prowadzi w przedszkolu katechezę. Zabujał się w niej, a resztę możecie sobie dopowiedzieć.

Reżyser Rosalind Ross trafił na materiał pokazujący zarówno historię nawrócenia, ale też walki o swój cel. Mimo wszystko, mimo przeciwności. I chodzi tylko o kwestię tego, że nasz bohater jest ateistą i za bardzo jest skupiony na sobie. Bo jeszcze dochodzi sprawa trudnych relacji z ojcem, śmierć brata oraz poczucie bycia tym gorszym. Alkohol jeszcze krąży, aż doszło do wypadku, co go mocno poturbował. Brakuje mi w tym filmie równego tempa: dość długo trwa proces poznania naszego bohatera i jego przeszłości, zaś sam proces nauki w seminarium jest strasznie pocięty oraz uproszczony. Za dużo miałem jednego, a za mało drugiego. Samo to „nawrócenie” oraz droga do Boga dla mnie było mocno naiwne. Nie do końca wierzę w aż tak ekstremalną przemianę i jej wpływ. Problem jest także, że nasz „ksiądz” staje się jeszcze nowym Hiobem, co wynika z rzadkiej choroby. Za dużo zbiegów okoliczności, symboliki („wizja” Maryi w chwili wypadku) oraz troszkę walenie Wiarą wprost.

Gdyby nie lekko ironiczny humor oraz miejscami knajackie teksty, ten film mógłby być niestrawny. Czuć tu mocno agitkę pro-religijną, którą przełamują dwie rzeczy. Pierwszą jest Mark Wahlberg, który może i jest tu prostodusznym gościem z demonami w tle. Może wydawać się on pasować do roli księdza niczym pięść do oka. Ale to bardziej przyziemne podejście tworzy mieszankę wybuchową, potrafiącą miejscami poruszyć. Drugim dla mnie „hakiem” jest Mel Gibson, czyli ojciec Stuarta – szorstki, lekko cyniczny, nie radzący sobie z przeszłością. Rzadkie wspólne sceny obu panów, zwłaszcza po „nawróceniu” działają w kontrze i pokazują spory potencjał jaki ten film miał. Reszta postaci w zasadzie robi za tło, co trochę jest przygnębiające. Zwłaszcza mając takich aktorów jak Jackie Weaver czy dawno nie widziany Malcolm McDowell.

To jest zmarnowany potencjał na ciekawy, inspirujący film. Niestety, reżyser nie udźwignął tematu i wpadł w pułapki filmów dotykających wiary/religii. Dłuży się oraz ma bardzo nierówne tempo, co bywa męczące. Odrobinka humoru oraz dobra rola Wahlberga to o wiele za mało na coś porywającego. Rozgrzeszenia tym razem nie będzie.

5/10

Radosław Ostrowski

Central Park – seria 1

Nie ma bardziej ikonicznego miejsca w Nowym Jorku niż Central Park – chyba jeden z największych parków świata. Tu można zrobić masę rzeczy: spacerować, jeździć na rolkach, śpiewać, tańczyć itp. Choć w filmach to miejsce pojawiało się wielokrotnie, nigdy nie stało się samodzielnym bohaterem. Do teraz, kiedy Apple TV+ zrealizowało serial animowany, za który odpowiadali Loren Bouchard („Bob’s Burgers”), Nora Smith oraz Josh Gad. Co mogło z tego powstać?

Bohaterem tego serialu jest Owen (Leslie Odom Jr.), który pełni funkcję nadzorcy tytułowego parku. Mieszka w znajdującym się w Central Parku domu, będącym takim zmodyfikowanym zamkiem z żoną Paige oraz dwójką dzieci: Molly i Cole’m. Wszystko opowiada tutaj śpiewak Birdie (Josh Gad), będącym tutaj narratorem. Owen próbuje dbać o park, chcąc docenienia swojej pracy, Paige jest dziennikarką lokalnej gazety, zaś dzieciaki mają swoje problemy. Cole jest aż zbyt wrażliwy, zaś sarkastyczna Molly piszę własny komiks superbohaterski i… zakochuje się. W chłopaku, co lubi puszczać latawce. Ale nad parkiem zbierają się czarne chmury, a wszystko z powodu cholernie bogatej Bitsy Brandenham (Stanley Tucci). Kobieta chce wykupić Central Park i zbudować na nim osiedle dla elity.

„Central Park” wygląda jak coś w stylu „Simpsonów”, „Family Guya” czy wspomnianego „Bob’s Burgers” i jest mniej wulgarny jeśli chodzi o humor. Co nie znaczy, że nie jest to komedia. Bardziej zadziwiający jest fakt, że serial jest… musicalem. Choć każdy odcinek trwa około 25 minut, mamy co pięć minut piosenkę. W różnych stylach: od godnych Broadwaya po rocka i rap. Napisane z jajem (m.in. o parku, bohaterach czy… rzekomo panoszących się szczurach), bardzo chwytliwe i zapadające jak pierwszy utwór o Central Parku albo rapowany numer pokojówki Bitsy (Daveed Diggs), łasej na jej majątek. Numery pozwalają przerzucić parę gagów w trakcie wykonania oraz na zabawę formą, co tworzy mieszankę wybuchową. Ale serial nie jest tylko serwowaniem śmiechu oraz poprawie naszego samopoczucia, choć to robi znakomicie.

Bo w serialu mamy poruszana dość poważne tematy, nie tylko związane z parkiem czy dbaniem o przyrodę (i jak nadmierne trzymanie się liter prawa może przynieść wiele szkód), ale także kwestii dojrzewania, rodzicielstwa, odpowiedzialności. Przy okazji obrywa się najbogatszym, którzy są mocno oderwani od rzeczywistości, narcystyczni, lecz dzięki swoim wpływom są bardzo niebezpieczni. Każdy odcinek opowiada inną historię, choć głównym spoiwem są próby zdyskredytowania pracowników Central Parku na różne sposoby, m. in. nie przyjmowanie śmieci, wynajęcie graficiarza w celu dokonania aktów wandalizmu czy nasłanie pedantycznej urzędniczki. Choć pierwszy sezon kończy się happy endem, nie można pozbyć się wrażenia, że to dopiero rozgrzewka przed najważniejszym starciem.

Mało wam argumentów za? Do tego jeszcze mamy absolutnie rewelacyjną obsadę głosową, która gra i śpiewa tak, że mucha nie siada. Nie mam kompletnie zastrzeżeń na tym polu, a udało się zebrać cudną ekipę. Fantastyczni są członkowie naszej rodzinki, czyli Leslie Odom Jr. (Owen), Kathryn Hahn (Paige), Kirsten Bell (Molly) oraz Tituss Burgess (Cole). Świetnie się sprawdza także Josh Gad, czyli nasz trubadur Birdie. Narrator, troszkę ironiczny oraz samoświadomy, jest jedyną postacią zwracającą się bezpośrednio do nas, wnosząc wiele humoru także swoim śpiewem. Ale prawdziwą niespodziankę zrobił duet Daveed Diggs/Stanley Tucci, czyli parę naszych antagonistek. Tucci w roli Bitsy jest bardzo sarkastyczna, przebiegła oraz ma o sobie bardzo duże mniemanie, zaś jej służąca Helen (Diggs) jest coraz bardziej zmęczona pracą z Bitsy. I najchętniej położyłaby ręce na jej majątku, który chce przepisać… psu.

Pierwszy sezon „Central Park” okazał się dla mnie równie przyjemną niespodzianką jak „Ted Lasso”. Nie wydawał się na pierwszy rzut oka czymś interesującym, lecz animowany musical dla dorosłych (choć bez prostacko-wulgarnego humoru) z masą absurdalnych sytuacji, fantastycznego aktorstwa oraz cudownych piosenek. Jak już zaczniecie i wchłoniecie ten świat, to już stąd nie będziecie chcieli wyjść. Chyba, że nie lubicie musicali, na co już nie poradzę.

8/10

Radosław Ostrowski

Dzień świstaka

Jaki inny film można obejrzeć w dniu świstaka jak nie… „Dzień świstaka”? Nakręcona równo 30 lat temu przez Harolda Ramisa historia stała się inspiracją dla filmów (m. in. „Na skraju jutra” czy „Śmierć nadejdzie dziś”), ale także gier komputerowych („Deathloop”). To także Bill Murray w najbardziej „murray’owej” kreacji w swojej karierze, a sam film jest dość unikatową… komedią romantyczną. Poniekąd. Ale może nie rozpędzajmy się.

dzien swistaka4

Bohaterem filmu jest Phil Connors (Bill Murray) – pan pogodynek lokalnej stacji telewizyjnej, który sprawia wrażenie lekko znudzonego (delikatnie mówiąc) swoją robotą. Trochę zblazowany gość razem z nową producentką Rita (Andie MacDowell) oraz kamerzystą Larrym (Chris Elliott) wyrusza do Punxsutawney. Po co? Na coroczny Dzień Świstaka, by sfilmować jak zwierzak o imieniu Phil przewiduje pogodę. Bo nie wiem czy wiecie, ale jest taka fama, że jak świstak zobaczy swój cień zima potrwa jeszcze sześć tygodni. Dla naszej telewizyjnej gwiazdy to czwarta eskapada i ekscytacja już zniknęła. Nasz Phil robi swoje, idzie do hotelu, kładzie się spać. Budzi się i… wtedy następuje szok, bo znowu jest Dzień Świstaka. Tylko Connors się w tym wszystkim orientuje, że wpadł w pętlę. Ale jak się z niej wydostać?

dzien swistaka2

Na pierwszy rzut oka „Dzień świstaka” to jeden, ciągle powtarzający się dzień bohatera, powtarzany w kółko i w kółko. Czyli niemal cały czas widzimy te same sytuacje (pojawienie się dawnego znajomego, który jest agentem ubezpieczeniowym; relacja dla telewizji; kąpiel pod prysznicem z zimną wodą), co może wydawać się pewną nudą oraz pójściem na ograne gagi. Ale jednocześnie Ramis nie idzie na skróty i cały czas dodaje nowe kombinacje. Wszystko to pokazuje różne stany emocjonalne bohatera: od uznania sytuacji za żart przez próbę użycia zdobytej wiedzy dla własnej korzyści (przespania się z Ritą) do depresji i scen niemal żywcem wziętych z poradnika „50 sposób na zabicie się”. Wszystko okraszone sarkastycznymi komentarzami Connorsa.

dzien swistaka3

Przynajmniej do czasu, bo pojawia się pytanie: co z tym fantem zrobić? Upić się, okraść pieniądze, uratować dziecko spadające z drzewa, zając się schorowanym staruszkiem? Skonsultować się z lekarzem lub psychiatrą? A może mieć w dupie to wszystko i skończyć ze sobą? Nie ma tu żadnego przybysza czy kogoś, kto przyszedłby, mówiąc: Stary, musisz zrobić tak i tak, by jutro się wydarzyło. To by było zbyt łatwe, proste i (zapewne) naiwne. Wszystko zarówno na wysokich komediowych obrotach, jednocześnie stając się bardziej refleksyjnym spojrzeniem na ludzką naturę. I czy pod wpływem okoliczności jest możliwa zmiana na lepsze? Na stałe? Odpowiedź nie brzmi tak naiwnie, jak by się mogło wydawać.

dzien swistaka1

Wiadomo, że jak się mówi o „Dniu świstaka” każdy wspomina o Murray’u, który do grania takich sarkastycznych palantów jest idealny. Obojętnie czego by nie zrobił (a robi tu masę rzeczy jak np. naśladuje Bezimiennego z filmów Sergio Leone), nie da się tego drania nie lubić. Taka jest siła jego specyficznego uroku, a jego przemiana (właściwie pokazanie tej wrażliwszej strony) robi tak piorunujące wrażenie. Jednak nie tylko on ma swoje przysłowiowe pięć minut. Równie urocza jest Andie MacDowell jako producentka Rita, która twardo stąpa po ziemi i ściemę wyczuwa na kilometr. Dynamika tej dwójki to jedno z emocjonalnych spoiw, pozwalające spojrzeć na ten film głębiej niż na komedię. Tutaj nawet postacie trzecioplanowe (burmistrz Buster, właścicielka pensjonatu, dwaj lokalsi, Ned Ryderson czy kamerzysta Larry) są wyraziste, co jest bardzo rzadkie w kinie.

„Dzień świstaka” jest filmem, który Amerykanie nazywają sophisticated comedy, czyli komedii inteligentnej, bardziej wyrafinowanej i głębszej. Gdzieś czuć tutaj klimat filmów Franka Capry, który potrafił nie tylko rozbawić, ale także skłonić się do zastanowienia się. A także do pokazania jaśniejszej strony życia bez fałszu czy naiwności, co nie jest takie proste. Nic dziwnego, że jest to opus magnum w karierze Harolda Ramisa.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nie!

Jordan Peele – filmowiec, z którym mam problem i to poważny. Nie chodzi nawet o to, że komik postanowił wziąć się za gatunek horror und groza. Facet nieźle kombinuje, umie budować atmosferę i napięcie. Problem w tym, że zakończenie (zazwyczaj wzięte z jakiegoś tandetnego kina klasy B) psuło całą tą misterną układankę. Przez co Peele nie porywa mnie tak bardzo jak wielu krytyków uważa. Dlatego na „Nie!” nie czekałem za bardzo, spodziewając się powtórki z rozrywki. Jeszcze nigdy się tak nie pomyliłem. Nie uprzedzajmy jednak wydarzeń.

Cała historia skupia się na rodzinie Haywood zajmującej się hodowlą koni do filmów. Prawda jednak jest tak, że interes nie idzie za dobrze i konie coraz częściej są sprzedawane. Komu? Sąsiadowi Ricka Jupe, co prowadzi wesołe miasteczko dla cowboy’ów i radzi sobie nieźle. Wydaje się, że naszej familii – Otisowi Seniorowi, OJ oraz Emerald – może się udać, dzięki angażowi do pewnego filmu. Niestety, najpierw w dziwnych okolicznościach ginie ojciec (od… monety z nieba), zaś podczas próby koń się płoszy. Wszystko wskazuje na to, że farma zostanie wystawiona na sprzedaż. Niemniej w okolicy dzieją się dziwne rzeczy o charakterze nadnaturalnym, więc planują je „uchwycić” na taśmie/zdjęciu i zarobić na tym.

Początek jednak jest zupełnie gdzie indziej, bo podczas realizacji serialu komediowego. Jedynie słyszymy wypowiadane dialogi, w tle pojawiają się loga filmów. Śmiechy i słowa padają, aż wreszcie jest krzyk oraz wreszcie widzimy coś niepokojącego. Plan wygląda jak pole bitwy, po widowni nigdzie śladu, a panoszy się zakrwawiony małpiszon. Dezorientacja gwarantowana. Im dalej w las, tym bardziej dziwne rzeczy się dzieją – statyczna chmura, coś chyba jakby latający spodek i coś z niego wypada. Peele powoli buduje całą aurę niepokoju, z wieloma długimi ujęciami, nagłym brakiem prądu oraz długimi ujęciami. Wszystko na pustyni, co daje „Nie!” posmak westernu. Gdzie tu jeszcze czai się Spielberg z czasów „Bliskiego spotkania trzeciego stopnia”, więc elementy horroru nadal są obecne. Szczególnie tego spod znaku monster movie, z trzymającym w napięciu zakończeniu.

Reżyser tym razem o wiele delikatnie bawi się w społeczny komentarz, tym razem przyglądając się branży filmowej i ludziom, o których mniej się mówi. Zarówno o koniarzach, jak i operatorach, ale też ile muszą poświęcić dla naszej satysfakcji/przyjemności przed ekranem. Można uznać „Nie!” za wyraz wdzięczności dla tej anonimowej grupy ludzi, jednocześnie czy scena za ten spektakl nie jest aby za wysoka. Czy to dążenie do sławy/prestiżu/pieniędzy warta jest tej ceny? Odpowiedź nie jest wcale jednoznaczna i sami ją oceńcie.

Wszystko to trzyma świetna obsada. Duet Daniel Kaluuya/Keke Palmer (OJ i Em) działają na zasadzie kontrastu: on małomówny, zdeterminowany, ona wygadana, wyluzowana. Dlatego tak świetnie się uzupełniają, zaś ich więź jest bardzo namacalna. Równie kluczową postacią jest kowboj Ricky o twarzy Stevena Yeuna z mocno brutalną przeszłością. Emanuje pewnością siebie jakby dawne przejścia dały mu siłę oraz moc ujarzmiania nieujarzmionego. Szoł na parę scen kradnie dawno nie widziany Michael Wincott jako operator Holst. Takiego zachrypniętego głosu nie zapomnicie na długo.

To jest na razie jedyny film Peele’a, który podobał mi się, choć nic tego nie zapowiadało. Jako horror nigdzie się nie wywala, klimat osadzenia jest namacalny, a hybryda horroru, westernu i SF funkcjonuje bez zgrzytu. Jak widać, cuda w branży filmowej się zdarzają.

7,5/10

Radosław Ostrowski