Gliniarz z Beverly Hills 2

Sukces „Gliniarza z Beverly Hills” zaskoczył chyba wszystkich. W takim przypadku zostaje tylko jedna rzecz do zrobienia: zarobić więcej kasy za pomocą sequela. Tylko jakim cudem gliniarz z miasta Detroit, miałby znowu trafić do glamourowego Beverly Hills? Scenarzyści znani są z tego, że pomysłów to im nie brakuje.

Foley obecnie pracuje pod przykrywką, rozpracowując gang fałszerzy kart kredytowych. Pozostaje w przyjaźni z policjantami z Beverly Hills: kapitanem Bogomilem, sierżantem Taggartem i detektywem Rosewoodem. Ale w bogatej metropolii nie jest dobrze, bo w okolicy szaleje tajemniczy alfabetowy morderca. Dokonuje różnych napadów i zostawia zaszyfrowane wiadomości. Ale kiedy Bogomil zostaje postrzelony, Foley zostawia sprawę (przydziela ją kumplowi) i wyrusza na pomoc przyjacielowi.

Zmianę w sequelu widać od razu. Tym razem „dwójkę” nakręcił opromieniony sukcesem „Top Gun” Tony Scott. Intryga tym razem jest bardziej skomplikowana (przynajmniej w teorii), zaś nasze trio Foley/Taggart/Rosewood musi nie tylko wyjaśnić sprawę, lecz nie da się wkopać nowemu szefowi policji. Nazywa się on Lutz, jest skończonym idiotą i ma podwładnego, który tak mu w dupę włazić, że – jak to ujął jeden ze skeczy kabaretowych – „powinien nazywać się Czopek”. Nadal nasz detroidzki glina posługuje się sprytem, ma jeszcze więcej sztuczek (włamuje się za pomocą gumy do żucia) i luźno podchodzi do litery prawa. Nadal potrafi rozśmieszyć.

Za to duet Taggart/Rosewood przeszedł pewną ewolucję. A mówiąc konkretniej, Rosewood odmienił się całkowicie. Nie dość, że zaczyna lubić adrenalinę, to jeszcze w domu ma arsenał broni, plakaty z filmów Sylvestra Stallone’a i coraz bardziej zaczyna rozrabiać. Akcja jest jeszcze bardziej szalona i dynamiczna, napady wręcz budzą pewne skojarzenia z Michaelem Mannem w czym pomaga świetny montaż (sekwencja napadu na tor wyścigów konnych przeplatana z wyścigiem) oraz bardziej dynamiczna praca kamery. Nawet ujęcia w zachodzącym słońcu wyglądają niesamowicie – czerwień jest bardzo nasycona, a całość jest o wiele mroczniejsza wizualnie.

Jeśli jednak do czegoś muszę się przyczepić, to poza powtórzeniem (z pewnymi modyfikacjami) sytuacji z części pierwszej, to problemem dla mnie są antagoniści. Po prostu jest ich za dużo, choć zagrani są dobrze (Jurgen Prochnow z Brigitte Nielsen oraz Deanem Stockwellem), to jednak ich nadmiar za bardzo komplikuje wszystko. To, co działało poprzednio, nadal funkcjonuje świetnie. Murphy nadal czaruje swoim urokiem, duet Ashton/Reinhold jeszcze bardziej szaleje (w finale to dokonują wręcz rzeźni), zaś Scott pewnie podkręca tempo i adrenalinę.

Dla mnie druga część dorównuje oryginałowi, a reżyserowi udaje się zachować balans między komedią a akcją. To ostatnie potrafią zrobić dobrze tylko nieliczni, co świadczy o klasie twórcy.

8/10

Radosław Ostrowski

Gliniarz z Beverly Hills

Pamiętacie czasy, gdy Eddie Murphy był supergwiazdą kina, a jego filmy zarabiały zyliony dolarów? To były stare, dobre lata 80., kiedy komedia pozwalała sobie na dużo więcej, mając gdzieś polityczną poprawność. I nawet proste pomysły były realizowane szybko. Taka była też komedia sensacyjna „Gliniarz z Beverly Hills”.

gliniarz z beverly hills1-1

Głównym bohaterem jest detektyw Axel Foley – uzdolniony policjant z Detroit, którego wychowała ulica. Ale jego problemem jest niesubordynacja oraz częste działanie za plecami swoich przełożonych. I to dostajemy na początku, kiedy glina próbuje pod przykrywką opchnąć papierosy bandziorom, by ich zgarnąć. Ale nic nie poszło zgodnie z planem i nasz bohater zostaje zawieszony. Na szczęście, wieczorem pojawia się dawno niewidziany kumpel, Mike. Po wspólnym balu, obaj zostają zaatakowani przez nieznanych gości, zaś Mike zastrzelony. Foley decyduje się na własną rękę zbadać sprawę i – będąc na urlopie – wyrusza do ostatniego miejsca pracy kumpla: galerii sztuki w Beverly Hills.

gliniarz z beverly hills1-2

O mały włos a film Martina Bresta wyglądałby zupełnie inaczej. Do roli Foleya przymierzany był najpierw Mickey Rourke (zrezygnował z powodu przedłużających się przygotowań), a następnie sam Sylvester Stallone (odszedł, bo wolał więcej powagi i akcji). Kiedy jednak do gry wszedł Eddie Murphy (także jako jeden z producentów), sprawy przybrały o wiele korzystniejszy obrót. Sama intryga kryminalne jest porządnie prowadzona, mimo znajomych tropów. Prosty koncept osoby, próbującej się odnaleźć w nowym otoczeniu jest prawdziwym samograjem. Foley – gliniarz w trampkach, zdezelowanym wozie i dżinsach – nie bardzo pasuje do Beverly Hills, które jest bardziej eleganckie, pełne ludzi z wyższych sfer oraz dużych pieniędzy. Nawet gliniarze noszą garniaki i mocno trzymają się regulaminu.

gliniarz z beverly hills1-3

I to zderzenie Foleya z Beverly Hills to największe źródło humoru. Brestowi udaje się wpleść humor nawet w scenach pościgów (zatkanie bananem rury wydechowej) czy strzelanin. Sama akcja jest zrobiona w sposób kompetentny, ale bez jakiegoś szału. W zasadzie nie jest to poważny problem, bo odkrywanie zagadki śmierci Mike’a daje sporo frajdy. Dowcipne dialogi oraz sytuacyjne żarty działają, skoczna muzyka z niezapomnianym tematem przewodnim („Axel F”) oraz płynny montaż bujają, zaś bogaty drugi plan podnosi całość na wyższy poziom. Dotyczy to głównie świetnego duetu John Ashton/Judge Reinhold, czyli bardzo sztywnego i do bólu regulaminowego sierżanta Taggarta oraz próbującego wyrwać się z szablonu detektywa Rosewooda.

Ku mojemu zaskoczeniu, pierwszy „Gliniarz” nadal się świetnie ogląda i bawi. Murphy jest prawdziwym wulkanem energii, humor cały czas działa, podobnie jak klimat lat 80. Brest pokazał sprawny warsztat, który eksplodował w następnym filmie, ale o tym kiedy indziej. Prawdziwa klasyka gatunku.

8/10

Radosław Ostrowski

Bonding – seria 1

Czasami pojawia się taki serial, po którego opisie w zasadzie nie wiadomo co z tego wyjdzie. Czego możemy oczekiwać i w jakim kierunku to pójdzie. Takie właśnie doświadczenie miałem z serialem „Bonding” od Richtora Doyle’a. Ten aktor (z dorobkiem raczej pełnym ról epizodycznych) debiutuje tym tytułem jako reżyser i scenarzysta, opierając historię na własnych przeżyciach.

Sam pomysł jest dość szalony i oparty na nietypowej relacji dwójki postaci. Ona jest studentką psychologii, która poza zajęciami jest… dominą. On jest chłopakiem, chcącym spróbować swoich sił jako stand-uper i jest gejem. Mieszka z kolegą i ledwo go stać na czynsz. Kiedy poznajemy tą parkę, ona proponuje mu spółkę w interesie: ona będzie robić to, co robi w pracy, a on będzie jej ochroniarzem i asystentem. Piniądz jest potrzebny, a ludzie czasami mają bardzo specyficzne preferencje seksualne. To może początkowo być barierą, ale wiadomo… piniądz nie śmierdzi.

bonding1-1

Taki jest punk wyjścia i brzmi wariacko, a kierunki są bardzo szerokie: od erotycznej komedii w rubasznym stylu a’la „American Pie” przez bardziej elegancki film porno aż poważnego dramatu psychologicznego. Ostatecznie wybrano komediodramat z bardzo krótkimi odcinkami, które oscylują w okolicach 15 minut. W zasadzie są to miniaturki, bardzo luźno ze sobą powiązane. W zasadzie niemal każdy w sporej części skupia się na nowych klientach (mężczyzna lubiący sikanie na niego czy zapasy pingwinów), ale też życiu prywatnym naszych postaci. Pojawia się szansa na zbudowanie związku, zaś efekty tej kooperacji są zaskakujące dla obojga.

bonding1-2

Początek może wydawać się niemrawy i jednocześnie dezorientujący, zaś pewne fabularne wątki pojawiają się, by potem zniknąć. Ale nie mogę powiedzieć, że mi się to źle oglądało. Najbardziej na mnie podziałała rodząca się przyjacielska relacja Pete’a i Tiffany. On (Brendan Scannell) z nieśmiałego, zakompleksionego gościa zaczyna ewoluować. Staje się pewniejszy siebie, zaczyna próbować swoich sił w stand-upie (fantastyczna scena wejścia), a nawet poznaje chłopaka. Z kolei ona (Zoe Levin), twarda, niedostępna i stawiająca warunki, zaczyna powoli odsłaniać swoją bardziej wrażliwą stronę. Wspólne sceny obojga postaci są prawdziwym napędowym paliwem, a także wszelkie spotkania z klientami. Jest i lekko i zabawnie, ale bez popadania w śmieszność. Nawet w pokazaniu poważniejszych problemów jak molestowanie seksualne przez wykładowcę nie traci ciężaru.

bonding1-3

Jedyną dla mnie wadą poza krótkim czasem ekranowym jest bardzo urwane zakończenie. W bardzo dramatycznym momencie nasza para zmuszona jest do ucieczki przed policją. Co dalej? Jakby każdy obecnie serial musiał się zakończyć cliffhangerem, by stanowiło to przetarg w rozmowach na temat kontynuacji. Czy może to tylko ja tak widzę?

Nie zmienia to jednak faktu, że pierwszy sezon „Bonding” był dla mnie ogromną niespodzianką. Bardzo sympatyczny komediodramat z sympatycznymi bohaterami, odrobinką humoru oraz delikatnym, erotycznym zacięciem. Bez wulgarności, chamstwa i obrzydzenia. Drugi sezon powstał po dwóch latach i jestem strasznie ciekawy, co wyszło.

7/10

Radosław Ostrowski

Małe rzeczy

Żaden inny film nie miał wpływu na thriller/kryminał bardziej niż „Siedem”. Seryjny morderca z niejasnymi motywami, makabrycznymi zbrodniami oraz detektywi, dla których rozwiązanie sprawy staje się wręcz obsesją. Wszystko w estetyce kina noir, zaś sprawca wydaje się być o krok przed wszystkimi. Niewiele brakowałoby, a mógł powstać wcześniej film, który obecnie jest uznawany za inspirowany klasykiem Davida Finchera. Niestety, film według scenariusza John Lee Hancocka (także reżyser) powstał dopiero po niecałych 30 latach od napisania. Co z tego wyszło?

Akcja jest osadzona w Los Angeles roku 1990, gdzie miasto terroryzuje seryjny morderca. Zabija młode kobiety, szlachtując je nożem, zaś policja jest bezsilna. Sprawę dostaje młody i ambitny policjant  Jim Baxter. W sprawie, niejako przypadkowo pakuje się zastępca szeryfa z hrabstwa Kern, John Deacon. Mężczyzna przyjechał do miasta, by odebrać dowód w innej sprawie. Okazuje się, że Deacon prowadził podobną sprawę wiele lat wcześniej.

male rzeczy1

Innymi słowy, mamy tak naprawdę jedną dużą sprawę, dwie retrospekcje oraz bardzo powolnie prowadzoną narrację. No i jeszcze lata 90., czyli czasy bez szeroko dostępnej technologii, budek telefonicznych oraz bardziej analogowego dochodzenia do prawdy. Miało to pomóc w budowaniu mrocznego klimatu i to nawet działa. Ale szkoda, że zostało to sfilmowane cyfrową kamerą, przez co nie widać tej faktury (choć same zdjęcia są solidne). Mamy tu wiele znajomych klisz od relacji młody idealista/cyniczny weteran, niejednoznaczny podejrzany, zabawa w kotka i myszkę oraz tajemnica. Niby klocki zaczynają się układać, a parę scen ma potencjalny ładunek emocjonalny (przesłuchanie na komisariacie czy śledzenie na autostradzie).

male rzeczy2

Niestety, całość kładzie reżyseria Hancocka oraz chaotyczna narracja. Przeskoki do przeszłości Deacona wydają się przypadkowo umieszczone, napięcia w zasadzie brak i schematy są aż za bardzo znajome. Nawet próba rozwiązania, czy podejrzany naprawdę jest tym, kogo szukamy rozczarowały mnie. Wszystkim tym kluczowym momentom brakowało emocjonalnego ciężaru. Jakby przeoczono istotne detale, tytułowe małe rzeczy, od których tak wiele zależy. A sam film wydaje się za krótki, mimo 2-godzinnego czasu trwania.

male rzeczy3

Nawet aktorstwo jest tutaj nierówne, zaś każdy z odtwórców głównych ról gra jakby w innym filmie. Najbardziej zaskakuje Jared Leto jako podejrzany Sparma. Wydaje się bardzo spokojny i opanowany, bez szarżowania, samym spojrzeniem budzi strach. Ewidentnie facet ma fioła na punkcie zbrodni i lubi być w centrum uwagi, ale czy jest mordercą? Zbyt manieryczny (i niestety, najsłabszy) jest Rami Malek w roli detektywa Baxtera, który zwyczajnie irytuje swoimi grymasami oraz barwą głosu. Dla mnie to jest rola źle obsadzona, pozbawiona charakteru. Z kolei Denzel jest Denzelem i nawet nie mając nic do roboty buduje wyrazistą postać. Nie inaczej jest tutaj ogrywając postać cynicznego, prześladowanego przez demony przeszłości glinę.

Dziwne to kino jest, gdzie niby wszystko jest na miejscu, lecz przyglądając się bliżej brakuje jakiegoś kluczowego elementu. „Małe rzeczy” nie zostaną mrocznych thrillerów w rodzaju „Siedem”, stojąc w cieniu filmu Davida Finchera. Jak można zmarnować taką obsadę i intrygę?

6/10

Radosław Ostrowski

Willow

Zanim Peter Jackson dokonał niemożliwego i przeniósł na ekran „Władcę Pierścieni”, w latach 80. był dosłowny boom na kino fantasy. Pojawiły się takie produkcje jak „Excalibur”, „Conan Barbarzyńca”, „Legenda” czy „Zaklęta w sokoła”. Jedną z ostatnich wartych uwagi produkcji z tego okresu był pochodzący z 1988 roku „Wiilow”. Produkcja, za którą odpowiadał reżyser Ron Howard oraz producent George Lucas, poniosła w kinach klęskę. Po latach jednak zaczęła zyskiwać miano kultowego.

willow1

Sama historia jest prosta, w zasadzie można powiedzieć, że to „Gwiezdne wojny” w wydaniu fantasy. I nie ma w tym przesady. Jest przepowiednia, która musi się spełnić (inaczej nie byłaby przepowiednią) o narodzonym dziecku, co ma obalić tyranię królowej Bavmordy. Z takim imieniem musi być ZŁA. Jest młody karzeł Willow, który chce zostać czarodziejem i to właśnie do niego trafia dziewczynka. Decyzją rady wioski mężczyzna musi oddać dziecko ludziom, którzy mają się nią zająć. Po drodze poznaje zamkniętego w klatce wojownika Madmartigana oraz dwójkę leśnych elfów.

willow2

Howard bardzo sprawnie opowiada historię tak archetypiczną jak tylko jest to możliwe. Magia, rycerze, przepowiednie i monstra pojawiają się obowiązkowo. Może nie ma tutaj zaskoczeń, ale jednak reżyserowi udaje się zanurzyć w ten świat. „Willow” jest zaskakująco mroczny i brutalny, mimo umowności przemocy. I tego bardziej poważnego tonu nie burzy ani humor (głównie slapstikowy w wykonaniu dwóch elfów), ani zachwycające plenery. Akcja też jest zrobiona bardzo porządnie, choć z dzisiejszej perspektywy wydaje się spokojna i bardziej kameralna (w porównaniu do trylogii Jacksona). Niemniej jednak czuć rozmach w scenach przemarszu wojsk (z masą statystów) czy potyczkę w zamku Tir Aiseen – tam dołącza jeszcze dwugłowy monstrum.

willow3

Realizacyjnie wygląda to więcej i porządnie – nie brakuje pięknych plenerów oraz scenografii, same walki dynamicznie sfilmowane. A wszystko to podbija absolutnie rewelacyjna muzyka Jamesa Hornera, nadająca epickiego charakteru. Plus absolutnie rewelacyjnie zagrany duet Warwick Davies/Val Kilmer. Pierwszy to bardzo sympatyczny Willow, muszący wziąć na siebie spory ciężar oraz dojść do roli czarnoksiężnika, zaś drugi to zawadiacki wojownik z błyskiem w oku, choć czasami bywa pierdołowaty. Równie wyraziści są antagoniści (lekko przerysowana Jane March oraz budzący grozę prezencją Pat Roach), co podnosi całość na wyższy poziom.

„Willow” brzmi jak klasyczne fantasy, ale ma w sobie masę czaru oraz uroku. Mimo lat nadal bronią się efekty specjalne (choć mocno widać blue screen), zachwyca wizualnie i ma wyraziste postacie, których los obchodzi. Więcej w zasadzie do szczęścia nie trzeba fanowi gatunku.

8/10

Radosław Ostrowski

Titan – nowa Ziemia

Wiek XXXI dla ludzkości był czasem prosperity oraz wielkiego rozwoju technologicznego. Jednym z nowych osiągnięć jest projekt Tytan – potężny statek, który mógłby pomóc w odbudowaniu planety na wypadek jej zagłady. I wtedy dochodzi do ataku planety przez Drejów, którzy widzą w Ziemianach zagrożenie. Ziemia zostaje ostatecznie zniszczona, a ocalałe niedobitki krążą po całym kosmosie. Jednym z ocalałych jest Cale, syn twórcy Tytana, obecnie pracujący fizycznie. Po 15 latach trafia do niego przyjaciel ojca, kapitan Corso ze swoją załogą i informuje go, że chłopak ma ukrytą mapę z lokalizacją Tytana. Drejowie ruszają za nimi w pościg.

titan ae2

Ostatnia animacja zrobiona przez Dona Blutha w zasadzie jest klasyczną opowieścią przygodową w otoczce SF. Ma wiele znajomych elementów w rodzaju bohatera mimo woli, wyrazistego mentora, który okazuje się zdrajcą, romantyczną relację, wreszcie zagrożenie nie z tego świata. Fabuła jest prościutka, zaś wszystko zmierza w oczywistym, bardzo przewidywalnym kierunku. Dobrzy wygrywają, źli dostają łomot (niektórzy dostają szansę na odkupienie) i wszystko jest bardzo fajnie. Ale w tym leżała siła tego filmu.

titan ae3

Albowiem „Titan” pochodzi z czasów, kiedy postanowiono połączyć klasyczną, dwuwymiarową animację postaci z trójwymiarowym tłem. Tym ostatnim są m.in. statki kosmiczne, wygląd planet, maszyneria itd. W dniu premiery robiło to piorunujące wrażenie jak choćby w scenie lotu przez planetę starożytnych kosmitów czy niszczenia Ziemi. To się trzyma równie dobrze jak w przypadku disnejowskiej „Atlantydy”. Równie fantastycznie pasuje do tego wszystkiego muzyka, gdzie obok rockowych numerów dostajemy mocarne, orkiestrowo-elektroniczny mix od Graeme’a Revella.

titan ae1

Jednak fantastyczna realizacja plus udany dubbing ze znanymi aktorami w obsadzie (m.in. Matt Damon, Bill Pullman, Nathan Lane czy Ron Perlman) to jednak za mało, by mówić o niesamowitym filmie. Leży tu scenariusz, gdzie akcja miejscami dzieje się szybko i sprawia wrażenie troszkę niedoszlifowanego. Za dużo jest tutaj klisz i zbyt mało mnie to obchodziło, zaś zmiana zachowania u kilku postaci wydaje się za szybko. Sam świat wygląda imponująco i mógłby być interesujący, jednak to wszystko jest płytkie, za proste, przewidywalne. Warto tylko dla wizualiów.

6/10

Radosław Ostrowski

Jeden gniewny człowiek

Zaczyna się pozornie spokojnie. Widzimy dwóch konwojentów wjeżdżających do wozu z przewożoną kasą. Na drodze zostają zatrzymani przez wóz remontowy. Tylko, że robotnicy okazują się bandytami i atakują wóz. Włamują się, biorą łup i konwojentów za zakładników. Wszystko idzie gładko? Nie, padają strzały, giną konwojenci oraz jeden z cywilów. Drugi zostaje postrzelony. Parę miesięcy później do firmy konwojenckiej zgłasza się Patrick Hill – doświadczony Anglik i zostaje zatrudniony. Podczas ataku udaje mu się w pojedynkę zabić atakujący gang, co budzi uznanie kolegów. Ale też zmusza do zastanowienia kim, do cholery jest Hill zwany też H.?

jeden gniewny czlowiek1

Co może powstać z połączenia sił Guya Ritchie, Jasona Stathama oraz przerobionego scenariusza francuskiego thrillera? Jeśli spodziewacie się akcyjniaka, gdzie bohater grany przez Jasona Stathama robi to, co zawsze robi Jason Statham – czyli zabija wszystko i wszystkich, co mu staną na drodze… cóż… to nie jest ta bajka. Jeśli oczekujecie kolejnej gangsterskiej produkcji z piętrową intrygą, lekkim tonem oraz smolistym humorem, to też nie do końca. Jest dużo mroczniej i poważniej niż zwykle – w końcu jest to historia zemsty, chciwości oraz determinacji w dążeniu do celu. Więcej nie mogę powiedzieć, bo na tajemnicy budowana jest cała historia. Brudna i pokazująca bezwzględny świat, gdzie zaufanie i lojalność są towarem deficytowym. Zwłaszcza, kiedy w grę idzie duża kasa.

jeden gniewny czlowiek3

Reżyser nadal bawi się narracją – wspomnianą scenę napadu na konwój zobaczymy z kilku perspektyw, przez co poznamy wszystkich graczy. Odkryjemy historię pana Hilla (zaskakująco wyciszony i małomówny Jason Statham), a także ekipy atakującej na konwoje. Będzie parę montażowych przeplatanek, skoki w czasie i bardzo niewielka ilość smolistego poczucia humoru. Na początku będzie też parę seksistowsko-maczowskich tekstów, co budzi skojarzenie z kinem lat 90. (stare, złe/dobre czasy – zależy kogo się spyta). I mimo tych przeskoków co rozdział nie czułem się ani znużony, ani zdezorientowany. Na pewno w tym pomaga bardzo pewna ręka Ritchiego, jak i bardzo wyraziste postacie drugoplanowe (zagrane m.in. przez świetnego Holta McCallany’ego, zaskakującego Josha Hartnetta czy pasującego idealnie Scotta Eastwooda – wygląda tutaj niemal jak ojciec). Sama rozwałka pojawia się dopiero w trzecim akcie, gdzie Ritchie bardziej idzie w klimaty kina Michaela Manna.

jeden gniewny czlowiek2

Rzadko się udaje reżyserom z tak wyrazistym stylem wyjść ze strefy komfortu w taki sposób, by odnieść zwycięstwo. Za bardzo się przyzwyczailiśmy do stylu niektórych reżyserów, że chcielibyśmy takie wyraziste filmy powstawały częściej, a zanim się zorientujemy, pójdzie to w stronę autoparodii. „Jeden gniewny człowiek” może być początkiem nowego etapu, gdzie Guy Ritchie pokaże bardziej dojrzałe oblicze. Czy będzie to jednorazowy wyskok? Czas pokaże, na pewno jednak współpraca z Jasonem Stathamem rozkręci się.

8/10

Radosław Ostrowski

Krzysiu, gdzie jesteś?

Ja należę do tego pokolenia, które będąc w wieku dziecięcym miało styczność z Kubusiem Puchatkiem. Postać stworzona przez Alana Alexandre’a Milne’a najbardziej utrwalona została przez animacje Disneya (ostatnia powstała dziesięć lat temu). Co jeszcze można o Kubusiu i jego przyjacielu Krzysiu opowiedzieć? Disney wpadł na dość szalony pomysł czegoś w rodzaju kontynuacji Kubusia, ale z perspektywy dorosłego Christophera. O tym postanowił opowiedzieć reżyser Marc Forster.

krzysiu1

Sam początek bardzo szybko pokazuje przejście chłopca w dorosłego mężczyznę, który szybko zostaje zmuszony do dojrzewania. Z czasem jednak pamięć o przyjaciołach ze Stumilowego Lasu zniknęła, zastąpiona przez pracę, żonę oraz córkę. Potem była służba w wojsku podczas II wojny światowej oraz powrót do pracy w firmie robiącej walizki. I ona go mocno przygniotła do tego stopnia, że zaczął się oddalać od najbliższych. W najbliższy weekend zamiast spędzić czas z rodziną w domku za miastem, musi znaleźć sposób na cięcie kosztów firmy. Co z tym fantem zrobić? Wszystko się zmienia, kiedy w dzień z drzewa w londyńskim lasku pojawia się… Kubuś Puchatek. I ma problem, bo wszyscy jego przyjaciele zniknęli. Christopher niechętnie zgadza się pomóc misiowi i wraca do Lasu.

krzysiu5

Reżyser niejako rozbija swój film na dwa wątki, które łączą się w bardzo pokręcony sposób. W sumie chodzi o odnalezienie w sobie dziecka oraz znalezieniu równowagi między pracą a rodziną. Szybkie wprowadzenie za pomocą wplecionych animacji jakby żywcem wziętych z książki potrafi poruszyć i jest mocne. A jednocześnie bardzo przygnębiające, tak jak niemal cały pierwszy akt. Pojawienie się Puchatka zaczyna doprowadzać do pęknięcia i pojawia się światło. Chociaż nie od razu, bo po tym spotkaniu Stumilowy Las wygląda nieprzyjemnie – mglisty, szary, smutny. Dynamika relacji Kubusia z Krzysiem doprowadza do powolnych zmian w otoczeniu, pokazując jak jeden bez drugiego nie potrafi funkcjonować.

krzysiu4

I to pokazuje ta druga część, bardziej przygodowa, trzymająca w napięciu oraz mająca więcej humoru. Zmiana jest diametralna, wręcz czuć zmianę nastroju. Pojawiają się starzy znajomi (Kłapouchy, Sowa, Tygrysek, Królik) i wyglądają jak pluszowe zabawki, mające już mocno swoje lata. Ożywione nie wyglądają sztucznie, zaś głosy dopasowane są świetnie (od Jima Cummingsa, który użycza głosu Kubusiowi oraz Tygryskowi wiele lat przez Petera Capaldi i Toby’ego Jonesa). Ta część przypomina klasyczne opowieści Milne’a z woltą w postaci pomocy Puchatka i jego przyjaciół w Londynie. Czyste szaleństwo, ale nie można odmówić temu uroku.

krzysiu2

Zwłaszcza, że w roli głównej mamy fantastycznego Ewana McGregora, nie schodzącego poniżej swojego wysokiego poziomu. Nie ważne, czy jest przygnębiony i zbyt poważny czy walczy z Hefalumpem (by przekonać ekipę Kubusie, że jest prawdziwym Krzysiem), nie ma mowy o jakiejkolwiek sztuczności czy fałszu. Tak samo świetnie wypadają Hayley Atwell (Evelyn) oraz Bronte Charmichael (córka Madeline). W zasadzie jedyną osobą odstającą aktorsko jest Mark Gatiss. Jako szef naszego bohatera jest zbyt przerysowany i przesadnie demoniczny. To nie działało za bardzo.

krzysiu3

Powinienem nie lubić tego filmu, bo wydawał mi się (przed seansem), że będzie tylko żerował na znanej postaci Kubusia Puchatka, nie dając niczego w zamian. Nawet jeśli jest on przewidywalny (a jest), za dużo jest dobrych rzeczy, by go zignorować. Nietypowe kino jak na produkcję Disneya.

7/10

Radosław Ostrowski

Mortal Kombat Legendy: Zemsta Scorpiona

Chyba każdy – nawet nie-gracz – słyszał o marce Mortal Kombat. Seria bijatyk skupiona na międzywymiarowym turnieju doczekała się aż 11 części, dwa filmy pełnometrażowe oraz reboot z tego roku. W tzw. międzyczasie pojawiła się osadzona w świecie gry animacja „Zemsta Skorpiona”. I ku mojemu zdumieniu, wyszła lepiej niż się spodziewałem, choć nie w każdym aspekcie.

Jak sam tytuł sugeruje, fabuła – teoretycznie – skupia się na wojowniku później znanym jako Scorpion. Naprawdę nazywał się Hanzo Hassashi i był wojownikiem ninja z klanu Shiral Ryu. Kiedy go poznajemy razem z synem obserwuje skorpiona walczącego z mrówkami. Wracając do domu zastaje członków swojego klanu oraz żonę wymordowanych. W ślad za nim ruszają zabójcy, kierowani przez niejakiego Sub-Zero. Ucieczka kończy się jednak klęską i śmiercią syna na oczach Hanzo. Ten trafia do Czeluści, gdzie ma stać się kimś w rodzaju Prometeusza. Tracić fragmenty ciała, wyć z bólu i cierpieć, nie umierając. Ale Hanzo jest wojownikiem, więc udaje mu się wyrwać z uwięzienia i trafić do p.o. władcy Czeluści, maga Quan Chi. Ten daje mu szansę na ożywienie zmarłych członków rodziny w zamian za klucz do uwolnienia swojego boga, Shinnoka. Przedmiot jest w rękach Shang Tsunga, na którego wyspie odbędzie się turniej Mortal Kombat.

Kwestia zemsty Hanzo, który później zmienia się w Scorpiona to tylko jeden z wątków tego filmu. Drugi dotyczy turnieju Mortal Kombat oraz uczestniczącym w nich reprezentantach ludzi: Sonyi Blade, Liu Kanga oraz Johnny’ego Cage’a (jakiekolwiek pokrewieństwo z Nicolasem Cage’m wykluczone). Poznajemy ich motywacje i ich charaktery – dość szybko – przeskakując między tą trójką z Raidenem oraz Scorpionem. Może to paru osobom przeszkadzać, bo jednak w tytule jest Scorpion. Ale ta historia działa, mimo pewnej przewidywalności. Dużo jest fan service’u, co dla fanów gier będzie wielką frajdą.

Sceny walki oraz sama kreska przypomina dzieła anime, a mi wręcz budziła skojarzenia z… „Castlevanią” Netflixa. Jest jak tamta produkcja krwawa i brutalna, z rozciętymi kończynami, wiadrami krwi, a nawet znanymi z gier X-Rayami (pokazanie pękniętych kości po ciosie). Nie jest aż tak szczegółowa jak w produkcji Netflixa, a sama kreska wydaje się być prosta, wręcz ręcznie rysowana. Pasuje to do brutalnego, onirycznego świata z gier. Postacie też są wiernie oddane pod względem charakteru: od narcystycznego Cage’a i twardą Sonyę po podstępnego Shang Tsunga oraz małomównego Scorpiona.

Finał filmu zapowiada kontynuację i mam nadzieję, że powstanę. Seria „Mortal Kombat Legendy” może stać się szansą na nową franczyzę. świetna robota, aż chce się powiedzieć: Flawless victory!

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sekret księgi z Kells

Aż zadziwiająca jest droga studia Cartoon Saloon. Irlandzcy animatorzy, tworzący staroszkolne filmy rysunkowe, uwagę widzów na całym świecie zwrócili debiutem z 2009 roku. Tak jak w wielu swoich późniejszych filmach, opowieść czerpie z irlandzkiej mitologii oraz tradycji.

sekret kells1

„Sekret księgi z Kells” skupia się na młodym mnichu Brendanie, przebywającym w tytułowym klasztorze w irlandzkim Kells. Jej wuj, będącym opatem, stara się ochronić okolicę przed siejącymi terror Wikingami, co zabijają i kradną złoto. Wszystko się zmienia w momencie, kiedy do klasztoru przybywa słynny iluminator, brat Aiden z Iony. Mnich przetrzymuje ze sobą księgę swojego klasztoru, zawierającej całą wiedzę oraz niesamowite ilustracje. I to Aiden prosi Brendana o pomoc w dokończenie księgi, choć dla chłopaka może oznaczać to nieposłuszeństwo wobec wuja.

sekret kells3

Film w zasadzie jest prostą opowieścią o chłopaku, który zostaje zderzony z dwoma światopoglądami. Pierwszy, reprezentowany przez wuja, oznacza izolację, bezpieczeństwo i poczucie samotności. Tylko, że poczucie bezpieczeństwa jest złudne, a izolacja nie pozwala nieść światła w świecie mroku. Druga postawa, brata Aidena, oznacza ryzyko, otwartość i przenoszenie się z miejsca na miejsce. Jaka opcja wygra, odpowiedź może wydawać się jasna. Jeszcze bardziej intrygują sceny, kiedy chłopak zaczyna mieć wizje tego, co się wkrótce wydarzy lub wydarzyło. Chociaż wydaje mi się, że Brendan nie jest do końca tego świadomy. A chłopakowi w pracy nad księgą będą towarzyszyć istoty nie z tego świata: wróżki Aishley oraz niepokojącego Crome’a.

sekret kells2

Jak wiele produkcji studia Cartoon Saloon, „Sekret księgi z Kells” jest ręcznie rysowaną animacją. Ale najbardziej zadziwiające w tej produkcji jest bardzo częste wykorzystywanie koła. Wiele rzeczy jest tutaj zaokrąglonych: klasztor otoczony murami (widok z góry), drzewa czy ilustracje księgi. Wszystko okraszone celtycką mitologią, celtycką muzyką (świetną – co z tego, ze napisał ją Francuz?) oraz świetnym dubbingiem.

Muszę jednak przyznać, że większe wrażenie zrobiły na mnie „Sekrety morza” oraz „Sekret wilczej gromady”. Być może wynika to z banalnej historii czy lepszej animacji w następnych filmach. Niemniej jest to solidna, urocza animacja w starym stylu.

7/10

Radosław Ostrowski