Resident Evil: Wieczny mrok

Fani gier znają survival horrorową serię „Resident Evil”. Przez większość części akcja krążyła wokół korporacji Umbrella, która stworzyła wirusa zamieniającego ludzi w żądne krwi zombie. Po co? By potem zarobić na szczepionce, co odwraca efekt zombifikacji. Samą markę już przenoszono na ekran na początku XXI wieku przez Paula W.S. Andersona, ale z każdą częścią było coraz gorzej, głupiej i zbyt efekciarsko. W tym roku szykuje się nowy film, ale przedtem Netflix zrealizował mini-serial anime z podtytułem „Wieczny mrok”.

Akcja toczy się w roku 2006, zaś głównym bohaterem jest Leon Kennedy – były glina, obecnie agent Secret Service. Fuchę dostał po tym jak uratował córkę prezydenta z rąk zombiaków, choć – jak sam twierdzi – po prostu miał szczęście. Sytuacja jednak zaczyna robić się nieprzyjemna w Białym Domu. Najpierw dochodzi do ataku hakerskiego, a kiedy gorzej już być nie mogło, zaczynają się panoszyć zombie. Jakim cudem? Czyżby doszło do kolejnej epidemii? Kto stoi za tym wszystkim? Leon razem z dwójką agentów ma zbadać sprawę i wyruszają do Chin. W tym czasie pracująca dla organizacji pozarządowej Claire Renfield stara się pomóc mieszkańcom Panamstanu – kraju trawiącego przez wojnę domową. Przypadkiem wpada na trop, że kilka lat wcześniej doszło do jakieś operacji amerykańskiej armii. I pojawiły się tam zombie, czyniąc duże spustoszenie.

Sama historia zadziwiła mnie prostotą i sprawia wrażenie półtoragodzinny film podzielony na odcinki. Jak pierwszy sezon „Castlevanii”, tylko bardziej przyspieszony, co mnie zdezorientowało. Bo jest tu sporo upchnięte: tajny oddział wojskowy, zatuszowana operacja, spisek z użyciem nowego leku, wreszcie wypad do kraju za pomocą okrętu podwodnego. Akcja miejscami naprawdę przyspiesza, jest parę momentów trzymających w napięciu (w teorii) oraz finałową konfrontację ze zmutowanym bydlakiem. Wszystko bardzo przypomina grę komputerową, włącznie ze scenami akcji pokazanymi zza pleców bohatera.

Problem w tym, że serial miejscami za bardzo się powtarza z paroma scenami i dopiero w połowie zaczyna łapać oddech. Intryga też jest przewidywalna, z drobnymi zakrętami oraz oczywistymi momentami. Sama animacja jest dość… specyficzna, nawet jak na produkcję japońską. Z jednej strony próbuje być fotorealistyczna i ruchy postaci są przekonujące, miejscami nawet pokazując parę detali. Jest parę momentów suspensu jak atak szczurów na okręcie. Ale parę scen związanych z wybuchami, demolką nie powalają, tak jak finałowa konfrontacja. No i jest jeszcze otwarte zakończenie, sugerujące kolejną część.

„Wieczny mrok” dla mnie był za krótki, za szybki oraz za mało angażujący. Dopiero w połowie zaczął nabierać blasku, chociaż można było to lepiej rozegrać. Niemniej wyczuwam potencjał i mam nadzieję, że powstanie kolejna część, naprawiająca błędy poprzednika.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Diuna

Na żaden inny film nie czekałem w tym roku bardziej niż na „Diunę”. Powieść Frank Herberta już była przeniesiona na ekran przez Davida Lyncha, ale została zmasakrowana przez krytyków, widownię oraz fanów książki. Potem jeszcze był mini-serial w roku 2000, jednak o nim nikt nie pamięta. Wszystko się zmieniło 3 lata temu, gdy do kolejnej adaptacji postanowił podjąć się Denis Villeneuve. Kanadyjczyk kino SF znał dobrze, co pokazał „Nowy początek” oraz bardzo udany sequel do „Blade Runnera”, więc kto jak nie on?

Sama historia jest bardzo znajoma. Osadzona w roku 10191 roku akcja toczy się wokół tytułowej planety, gdzie znajduje się najcenniejszy surowiec – przyprawa zwana melanżem. Planeta była oddana w lenno rodowi Harkonnenów przez 80 lat, ale wolą Imperatora zostaje przekazana ich wrogom: Atrydom. Książę Leto Atryda przyjmuje ten zaszczyt, wiedząc iż jest to pułapka zastawiona przez poprzedników. Czy uda się wznowić produkcję melanżu, a rodowi Atrydów znaleźć wyjście z całej sytuacji?

Najtrafniejszą decyzją reżysera było podzielenie historii z książki na dwie części. To daje więcej czasu na poznanie świata, gdzie jest wielu graczy i każdy ma tutaj wiele do zyskania, lecz także i stracenia. Tutaj polityka, ekonomia, religia oraz genetyka mieszają się ze sobą, zaś wiele postaci zostaje tutaj wspomniane, bez fizycznej obecności (Imperator). Dialogi odbywają się głównie między paroma osobami na ekranie (niczym w teatrze), a jednocześnie widać wielką skalę przedsięwzięcia. Pozbawienie głębszych wyjaśnień z jednej strony może wywołać potrzebę zadawania pytań, jednocześnie czyni narrację łatwą do śledzenia i obserwowania. Nawet chwile ekspozycji są zaskakująco oszczędne, nie sprawiając wrażenia upchniętej na siłę. Jedynie kilka detali może zwrócić uwagę na bardzo istotne informacje.

Sam świat też jest fascynujący, choć zbudowany na paradoksach. Z jednej strony potężne statki oraz technologia, ale z drugiej brak sztucznej inteligencji czy czegoś na kształt komputerów, zaś starcia fizyczne odbywają się za pomocą broni białej. Żadnych laserów, pistoletów czy innych futurystycznych pukawek. Zadziwiająca decyzja, dzięki której „Diuna” wyróżnia się z tłumu. Otoczka SF jest tylko pretekstem do opowiedzenia o politycznej walce i mierzeniu się z przeznaczeniem, co najdobitniej widać w wątku głównego bohatera. Paul (rewelacyjny Timothee Chalamet) – 15-letni chłopak musi się skonfrontować z losem, który wydaje się być dawno zaplanowany przez sterujący z ukrycia zakon Bene Gesserit oraz Imperatora, bojącego się silniejszych wpływów Atrydów. Jednocześnie mieszkańcy pustynnej planety – Fremeni – widzą w nim Mesjasza, który da im upragnioną wolność. A podatność chłopaka na melanż jeszcze bardziej komplikuje całą sytuację, gdzie wybór wydaje się być iluzją.

Ta filozoficzna warstwa jest tylko jedną z wielu, a Villeneuve bardzo pewnie przedstawia kolejne zakręty. Wizualnie ten film wręcz oszałamia skalą, imponujące są wszelkie pojazdy (ornitoptery, żniwiarka) oraz scenografia i kostiumy. Piasek pustyni jest wręcz namacalny, a efekty specjalne wykonane są bezbłędnie. Od dawna nie miałem poczucia przez wysokobudżetowym filmie wejścia w ten świat – bez zastanowienia się, co zostało stworzone przez człowieka, a co efektem komputerowym. Samych scen akcji jest niewiele, ale jak się pojawia, jest wykonana bez zarzutu. I każdy z obsady, która jest tak imponująca, że nie starczyłoby miejsca na wymienienie wszystkich (na mnie największe wrażenie z tego grona zrobiła kapitalna Rebecca Ferguson jako lady Jessica oraz idealny Stellan Skarsgard wcielający się w barona Harkonnena) gra świetnie, tworząc bardzo dobrze naoiliwioną maszynę. Nawet mając do dyspozycji dosłownie kilka scen – nieprawdopodobne.

Rzadko, BARDZO rzadko mi się zdarza, żebym poszedł do kina dwa razy na jeden film. Jedyne czego żałuję, że na dalszy ciąg tej opowieści będę musiał czekać dwa lata.  To będzie długie czekanie, ale po tej części wiem, że warto czekać. Czy muszę mówić, że „Diuna” była dla mnie niesamowitym doświadczeniem kinowym?

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kasztanowy ludzik

Skandynawskie kryminały miały swój czas wielkiej popularności na początku wieku XXI. Powieści Henninga Mankella, Jo Nesbo, Jussi Adler-Olsena i Camille Lackberg wykreowały coś, co zostało nazwane nordic noir. O filmach i serialach nawet nie chcę mówić, dzięki którym popularność tego gatunku utrzymała się na długo. I to także widać na przypadku nowego, duńskiego serialu Netflixa „Kasztanowy ludzik”.

Mini-serial oparty jest na debiutanckiej powieści Sorena Sveistrupa. Jeśli kojarzycie to nazwisko, jest on twórcą jednego z najsłynniejszych serialowych nordic noir – „The Killing”. Więc jest niejako gwarancją, że będziemy do czynienia z bardzo solidną oraz wciągającą produkcją. Już sam początek potrafi uderzyć. Jesteśmy w latach 80. na wyspie Olm, gdzie policjant wyrusza na farmę. Chodzi o zaginione stado, zaś kontakt z właścicielem jest niemożliwy. Na miejscu zostają znalezione trupy matki oraz dzieci, a kiedy udaje się stróżowi prawa znaleźć ocalałego członka rodziny… zostaje zamordowany. A w całej piwnicy znajduje się masa ludzików zrobionych z kasztanów. 30 lat później w Kopenhadze dochodzi do makabrycznej zbrodni. Na placu zabaw zostaje znaleziona kobieta w wybitym okiem oraz odciętą ręką. Obok znajduje się kasztanowy ludzik – kto zabija i dlaczego? Śledztwo prowadzi Naia Thulin oraz przesłany z Europolu Mark Hess. Najdziwniejsze w sprawie jest to, że na kasztanie są odciski palców zamordowanej rok wcześniej córki pani minister spraw społecznych.

Innymi słowy, jest masa znajomych elementów: śledczy z popapraną przeszłością, bardzo mroczna tajemnica, nieznany sprawca, makabryczne trupy oraz kolejne odkrywane brudy i patologia, która zmienia ludzi w prawdziwe monstra. Cała narracja prowadzona jest dwutorowo – z jednej strony mamy policyjne dochodzenie, z drugiej widzimy rodzinę Rosy Hartung. Pani minister wraca po roku do pracy, a nowe dowody w sprawie mogą sugerować, że uznana za martwą córka może żyć. Jakby rodzina nie była w rozsypce, a nadzieja może jeszcze bardziej pokazać to rozbicie. Pokazane jest to na przykładzie męża, co lubi sobie wypić i czuje się odpowiedzialny za całą sytuację.

Niby już to widziałem, ale sama realizacja jest tak dobra, że nie ma mowy o znużeniu. Widać, że robią to doświadczeni filmowcy w narracji. Uderzyły mnie za to zdjęcia, utrzymane w bardzo jesiennej kolorystyce. Dużo czerni i brązu tylko potęguje bardzo mroczny klimat, a zabójca wydaje się być cały czas o krok przed stróżami prawa. Kim jest? Dlaczego to robi? I co ma z tym wszystkim wspólnego pani minister? Historia nadal trzyma w napięciu, a scenarzyści podrzucają kolejne tropy i poszlaki. jedynie finał sprawia wrażenie troszkę zbyt efekciarskiego, wręcz wybuchowego, ale nadal pozostaje satysfakcjonujący.

Jest to także zasługa bardzo wyrazistych oraz bardzo dobrze zagranych postaci. Na pierwszy plan wybija się duet mimo woli, czyli Naia Thulin (Danila Ćurcić) oraz Mark Hess (Mikkel Boe Forsgaard). Oboje niejako nie chcą się za bardzo angażować w sprawę i traktują to jako przystanek (ona się stara o przydział w komórce zajmującej się cyberprzestępczością, by móc spędzać więcej czasu z córką; on trafia tutaj z powodu pewnych spięć wobec szefa i robi niewiele). Więc relacja między nimi początkowo jest niezbyt udana, ale z czasem zaczynają się oboje uzupełniać, tworząc bardzo zgrabny duet. Kolejną wyrazistą postacią jest minister Hartung (rewelacyjna Iben Dorner) oraz jej mąż (świetny Esben Dalgaard Andersen), którzy próbują dalej funkcjonować jako rodzina. Ona wydaje się bardzo silna, twardo stąpająca po ziemi, a on bardzo zdołowany i wycofany. Ale to wszystko pozory, pokazane bardzo subtelnymi momentami, pokazując o wiele więcej w tej rodzinie. Swoje też robi niezawodny David Dencik jako szef grupy kryminologów Genz, będący bardzo pomocnym w śledztwie.

Można śmiało powiedzieć, że serial Sveinstrupa (także jeden ze scenarzystów) może być świetnym wprowadzeniem dla osób, które nie miały wcześniej styczności z nordic noir. Bo to destylat wszystkiego, co w tym gatunku najlepsze i charakterystyczne. Ale nawet dla osób znających tą konwencję, nadal znajdą coś dla siebie – wciągającą, interesującą opowieść z krytycznym spojrzeniem na system opieki społecznej.

8/10

Radosław Ostrowski

Poradnik łowczyni potworów

Biblioteka platform streamingowych zazwyczaj służy do serwowania różnego rodzaju filmowego śmiecia – kiedyś wrzucanego od razu na video. Tanie, tandetne, czasem celowo dziadowskie, okraszone znanymi twarzami. Lub nie, głównie adresowane dla nastoletnich widzów. Więc po co ja to oglądam? Bo czasem zdarza się, że trafi się na coś bardziej znośnego albo nawet przyzwoitego. Ale film Rachel Talalay nie jest w stanie do tego poziomu się przebić. Troszeczkę zabrakło.

Ale po kolei. „Poradnik łowczyni potworów” oparty jest na powieści Joe Ballariniego (także napisał scenariusz) i skupia się na Kelly. Dziewczyna jako dziecko miała wizje koszmarów, które niemal ożywały każdej nocy. Najgorsze jest to, że rozpowiedziała to i dzięki temu dostała ksywę Bestiara. Jest też traktowana jako dziwadło w szkole. No i ma typowe problemy nastolatki: podoba jej się chłopak, ale jest zajęty, ma tylko jednego kumpla oraz zamiast pójść na imprezę, trafia do domu dzianej szefowej mamy jako opiekunka dla jej syna. Obostrzenia i zakazy są wobec niego większe niż wobec wielu krajów świata. Szykuje się bardzo ciężka noc, zwłaszcza że pojawia się koszmar z jej dzieciństwa, a dzieciak zostaje porwany. I tak poznaje opiekunkę o imieniu Liz, która okazuje się członkinią tajnego stowarzyszenia opiekunek walczących z potworami.

Można w zasadzie powiedzieć, że „Poradnik” to taka nastoletnia wersja historii w stylu „Facetów w czerni” czy „Pogromców duchów”. Gdzie są wszelkiego rodzaju monstra, potężne duchy czy czarownice, choć więcej się o nich mówi niż pokazuje. Zupełnie jakby to był wstęp do większej serii (jeśli w ogóle powstanie). Mimo skromnego budżetu, udało się stworzyć barwne lokacje i wszystko okraszone niezłymi efektami specjalnymi. Ładnie to wygląda, w tle pojawiają się sympatyczne numery popowe, a kolejne komplikacje są pokonywane dość łatwo. ALE wszystko ciągnie w dół ta cała nastoletnia otoczka – przewidywalna, wtórna i w zasadzie zbędna. Bardziej mnie interesowała cała zabawa w walkę z potworami oraz wszystkie bajery (scena zdobywania elementów do broni przez telefon – cudeńko).

Zagrane jest to poprawnie, bez jakiegoś szału z mniej znanymi twarzami. Najbardziej wybijają się dwie kreacje: Oona Laurence jako liderka zespołu Liz oraz Tom Felton jako główny antagonista, Wielki Guignol. Pierwsza jest zadziorna, charyzmatyczna i twarda kobietka, co nie daje sobie w kaszę dmuchać, ale to niezapomniany Draco kradnie ten film. Ukryty pod charakteryzacją aktor gra w sposób mocno przerysowany, ale widać jak wiele ma frajdy z grania tej postaci i ta energia się przenosi na widza. Bez niego ten film nie byłby taki znośny.

Sam film wywołuje bardzo mieszane uczucia. Bo wychodzi z tego całkiem sympatyczny film, o którym zapomni się dość szybko. Czuć mocno, że jest to produkcja skierowana dla młodszego odbiorcy (widać to w humorze czy muzyce), stare pierdziele jak ja mogą potraktować najwyżej jako guilty pleasure z niewykorzystanym potencjałem.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Biegnij!

Ileż to było thrillerów z bohaterem/ką, który jest zmuszony do walki w odizolowanej przestrzeni? Pomysł w sam sobie prosty, przez co ta formuła działa. Jeśli jest dobrze wyegzekwowana jak w przypadku „Biegnij!”.

Cała historia skupia się na matce i córce, które mieszkają w domostwie gdzieś na odludziu. Z dala od miasta, Internetu i sprawnej sieci telefonicznej. Córka, Gracie, ma 17 lat, porusza się na wózku inwalidzkim, ma astmę i bierze masę leków. Dziewczyna jest bardzo zaradna, samodzielnie uczy się w domu oraz stara się zapisać na uniwersytet. W zasadzie wszystko wydaje się działać w porządku. Ale – co jest dość łatwe do przewidzenia – do czasu. Chloe przypadkiem zauważa w torbie z zakupami lekarstwa. Wypisane na jej matkę. Niby nic dziwnego, ale te tabletki dostaje dziewczyna. Powoli zaczyna zauważać inne dziwne rzeczy, podejrzewać matkę o ukrywanie jakieś tajemnicy.

Nowy film Aneesha Chaganty’ego potwierdza talent filmowca do budowania napięcia oszczędnymi środkami oraz powolnym dawkowaniem informacji. Tylko, że w przeciwieństwie do „Searching” akcja nie odbywa się na ekranie monitora. Skala jest o wiele większa, a kolejne tajemnice zmuszają do uważniejszego przyglądania się matce. Ale już pierwsza scena filmu może sygnalizować jaką tajemnicę skrywa Diane. Dlaczego na każde newralgiczne pytanie unika odpowiedzi? Ale nawet jej odkrycie nie daje żadnej szansy na uwolnienie się od kobiety, bo wózek inwalidzki mocno ogranicza możliwości mobilne dziewczyny.

I to jak kolejne problemy ma Chloe (rewelacyjna Kiera Allen) – zmuszona do walki o swojej życie nastolatka, która zaczyna podejrzewać matkę o celowe trucie oraz osłabienie jej zdrowia. Nawet doprowadzenie do paraliżu. Nie mówiąc już o totalnej kontroli nad nią. A matka (fantastyczna Sarah Paulson) pozornie wydaje się zachowywać normalnie, jednak podskórnie czuć, że coś jest nie tak. i widać to w bardzo plastycznej twarzy aktorki, kiedy nagle wybucha, by parę chwil potem wyciszyć się jakby nic się nie stało. Ta dynamika między Paulson i Allen jest najmocniejszym punktem, gdzie dochodzi dosłownie do konfrontacji. Napięcie jest bardzo intensywna w czym pomaga zarówno świdrująca muzyka, montaż oraz praca kamery. Dzięki tym zabiegom takie sceny jak rozmowa przez telefon czy ucieczka z zamkniętego pokoju trzymają tak mocno za gardło. Zaś finał to mała perełka, co pokazuje wpływ toksycznej relacji rodzicielskiej.

To jest kolejne potwierdzenie, że nie trzeba wielkiego budżetu, wielkich gwiazd i dużych lokacji do zrobienia świetnego filmu. Trzyma za gardło, wręcz niemal czuć desperację oraz bezsilność głównej bohaterki, a to jest naprawdę rzadka rzecz.

8/10

Radosław Ostrowski

Hiacynt

Który to już kryminał w realiach kraju zwanego PRL-u? Do tego grona dołącza kolejny polski film Netflixa, czyli „Hiacynt” od Piotra Domalewskiego. I to jest drugi film z naszego kraju, zrealizowany przez streamingowego potentata, który udało mi się obejrzeć do końca. A to już o czymś mówi. Czy jednak warto dotrwać do końca?

Tytułowy Hiacynt to operacja Urzędu Bezpieczeństwa organizowana w latach 1985-87 w celu spisania i stworzenia teczek osób homoseksualnych. Po co? Żeby ich szantażować i zmuszać do współpracy pod groźbą ujawnienia swojej orientacji najbliższym, kolegom z pracy itd. W samym filmie jest to tło dla poważniejszej sprawy – morderstwa niejakiego Grzegorzka. Mężczyzna był bardzo dzianym oraz wpływowym człowiekiem. Jak się potem okaże, także pederastą. Sprawa ma być poprowadzona szybko, a zabójca ma być na wczoraj. Brzmi jak łatwizna dla Roberta Mrozowskiego i Huberta Nogasia. Podczas obławy na gejów w latrynie, Robert poznaje Arka i ta relacja mocno namiesza. Zarówno zawodowo (młody student zostanie – nieświadomym – informatorem), jak i prywatnie.

Jest bardzo mrocznie, gdzie prawda jest tutaj najmniej wartościową rzeczą, a każdy skrywa tajemnice. I każdy jest poddany inwigilacji, obserwacji, by znaleźć wszelkie brudy do szantażu. Ewentualnie do założenia knebla. Intryga jest prowadzenia bardzo powoli, gdzie gliniarz z zasadami dochodzi do prawdy na własną rękę. Ale kiedy wydaje się, że znajdzie rozwiązanie, ciągle ktoś jest o krok przed nim i kolejne tropy się urywają, a świadkowie giną. Łatwo się można domyślić czyja to ręka odpowiada, ale dlaczego, na czyje zlecenie. Jednak całe to dochodzenie jest tylko pretekstem do pokazania psychologicznego portretu Roberta.

Mrozowski (bardzo stonowany, ale przykuwający uwagę Tomasz Ziętek) jest typowym młodym idealistą, która kariera bywa zależna od ojca, pułkownika milicji (solidny Marek Kalita). On – pośrednio – wręcza kolejne dochodzenia, rekomenduje go do szkoły milicyjnej itd. I to przeszkadza naszemu bohaterowi. Wszystko jeszcze komplikuje Arek (absolutnie rewelacyjny Hubert Miłkowski), który początkowo zostaje wykorzystany jako informator. Z czasem jednak zaczyna tworzyć się silniejsza więź, przez co Robert zostaje zmuszony do odpowiedzenia sobie na pytanie kim jest naprawdę. I to dla mnie esencja tego filmu oraz prawdziwe clou.

Oczywiście, nie brakuje znajomych klisz: partyjni, potężni aparatczycy, szef pragnący świętego spokoju, partner używający pięści (kradnący film Tomasz Schuhardt), działający w ukryciu tajniacy, glina-idealista, wspierająca dziewczyna-koleżanka z pracy. Ale to wszystko działa, co jest zasługą sprawnej ręki reżysera. Klimat czasów PRL-u budują także absolutnie świetne zdjęcia, pulsująca elektroniczna muzyka oraz szczegółowa scenografia. Problemem na początku jest udźwiękowienie, gdzie przez pierwsze kilkanaście minut dialogi są niewyraźne. Na szczęście potem przestaje to być problemem.

Wszystko tutaj działa dzięki świetnym rolom Ziętka oraz Miłkowskiego, gdzie te relacja mocno ewoluuje. Pierwszy jest skonfliktowany między swoją pracą, dziewczyną a poznanym chłopakiem – troszkę podobnym z charakteru. Czyli młodym, zbuntowanym idealistą, chcącym po prostu normalnie żyć. W końcu dochodzi między nimi do zbliżenia i to jest zrobione bardzo ze smakiem. Drugi plan kradnie Schuhardt jako osiłkowaty, chamski Nogaś, zaś wśród twarzy przebija się m.in. Andrzej Kłak, Tomasz Włosok i Sebastian Stankiewicz. Każdy z nich ma swoje pięć minut.

Od razu wyjaśnię sprawę: „Hiacynt” nie jest najlepszym filmem w dorobku Domalewskiego i jego wejście w kino gatunkowe nie jest spektakularne. ALE jest to na tyle solidnie zrobione, z masą dobra do zaoferowania, a wątek LGBT ubarwia całą historię. Jest pozostawiona furtka do kontynuacji, jednak wątpię, by do tego doszło.

7/10

Radosław Ostrowski

Possessor

Czy można jeszcze zrobić film w klimatach cyberpunku? Ale bez tego futurystycznego walenia neonami po oczach i podrabianiem klimatu „Blade Runnera”? Tylko, jeśli jest to film niskobudżetowy, gdzie można sobie pozwolić na wiele. No i trzeba mieć także nazwisko Cronenberg, niekoniecznie na imię David.

possessor1

Sam początek jest bardzo tajemniczy. Widzimy czarnoskórą kobietę, która wkłada sobie na głowę kabel i kręci jakimś urządzeniem. Potem ubiera się jako stewardessa i razem z kumpelami jadą windą. Po pewnej chwili zauważa mężczyznę, by potem go zaszlachtować nożem. Kobieta przykłada sobie pistolet do ust, a następnie mówi „Przenieś mnie”. Ale zamiast samobójstwa pada od kul policji. Wtedy okazuje się, że stewardessa była „sterowana” przez białowłosą kobietę podłączoną do dziwacznego kasku. Okazuje się, iż ta dziwna osoba – Tasya Vos – jest zabójczynią działającą dla korporacji, która wykorzystuje innych ludzi, by ich rękoma dokonać morderstw oraz innych zbrodni. Szaleństwo, prawda? Ale to przyszłość i tam mogą takie rzeczy się dziać. Nie ma jednak mowy o przerwie, bo szykuje się kolejne zlecenie. Tym razem celem jest John Parse – szef korporacji odpowiedzialnej za zarządzanie danymi, a „narzędziem” ma być jego zięć – Colin Tate (bardzo stonowany Christopher Abbott) – ex-diler narkotykowy. Jak dokonać zbrodni? Zrobić z Tate’a wariata i po przyjęciu dokonać zabójstwa Parse’a i jego córki, a Tate ma popełnić samobójstwo. Zadanie wydaje się proste, zwłaszcza że cel wygląda jak Sean Bean, więc jego los jest przypieczętowany.

possessor2

„Possessor” brzmi jak pokręcona, niskobudżetowa wersja wczesnych filmów Davida Cronenberga z bardziej wyrafinowanym stylem wizualnym. Nic dziwnego, skoro ten film jest dziełem… syna Kanadyjczyka, Brandona. Wiele jest tu cyberpunkowych elementów (transhumanizm, przejmowanie tożsamości, duże korporacje i duża kasa), ale idzie swoją drogą. Jednocześnie jest tu poważny dysonans wokół Tasyi (magnetyzująca Andrea Riseborough) – z jednej strony profesjonalistka w swoim fachu, ale z drugiej strony czuć jak praca działa na nią oraz jej relacje rodzinne (czyli byłego męża i syna). Jedno i drugie niszczy jej psychikę, osłabiając ją zarówno jako matkę i żonę oraz zabójczynię i operatorkę. Czy tym razem podoła zadaniu?

possessor3

Problemem może być fakt, że Tate stawia opór i ma momenty zawieszenia, przez co w drugim oraz trzecim akcie czułem się zdezorientowany. O to też tutaj chodzi – kto tym ciałem steruje, a kto jest tutaj pasożytem. Montaż dostaje ADHD i wali stroboskopami, co jeszcze bardziej dezorientuje, nie dając odpowiedzi na to pytanie aż do przewrotnego finału. Kluczem jest kreacja Abbotta i to jak bardzo drobnymi spojrzeniami pokazuje jego zagubienie, dezorientację. Sama akcja, choć rzadko obecna, jest bardzo, BARDZO krwawa, brutalna i miejscami bardzo szokująca, a reżyser umie trzymać w napięciu.

possessor4

Ale czasami „Possessor” – mimo bardzo porządnej realizacji i kilku pomysłowych kadrów – potrafi zmęczyć, chociaż trwa bardzo krótko. Trudno jednak odmówić młodemu Cronenbergowi inspiracji dziełami swojego ojca, lecz także podąża swoją własną drogą. Na pewno warto uważniej się temu twórcy przyglądać.

7/10

Radosław Ostrowski

Nie oddychaj 2

Nie pamiętam bardziej niepokojącego seansu w ostatnich latach niż „Nie oddychaj”. Drugi film Fede Alvareza był thrillerem z gatunku home invasion. Troje nastolatków z Detroit decydowało się na włam do domu niewidomego weterana wojennego, który miał rzekomo duży majątek. Finał był krwawy, mroczny i szokujący, gdzie każdy z bohaterów był zły albo jeszcze gorszy. Tym bardziej byłem zaskoczony, iż powstaje sequel do tego filmu. Bo co jeszcze można było wycisnąć z opowieści o Normanie? Jak się okazuje zaskakująco sporo.

nie oddychaj2-1

Druga część zaczyna się osiem lat po wydarzeniach z części pierwszej. Mężczyzna opiekuje się 11-letnią dziewczyną o imieniu Phoenix, którą znalazł na ulicy i przyjął jak własną córkę. Wmówił jej nawet, że jest jej ojcem. Wychowanie jej bardziej przypomina szkolenie w szkole przetrwania, trzymając ją niemal na uwięzi i z daleka od ludzi oraz cywilizacji. Podczas jednej z wizyt poza domem zostaje zauważona przez nieznajomego. Wieczorem mężczyzna razem z kumplami nawiedzają dom Normana.

nie oddychaj2-3

Współodpowiedzialny za scenariusz Rodo Sayaguez zastępuje Alvareza na stanowisku reżysera, ale klimat – na szczęście – pozostaje niezmieniony. To mroczny, miejscami bardzo brutalny i krwawy film, gdzie znamy mroczną tajemnicę i przeszłość, która nie daje spokoju. A ta jest związana z Phoenix (świetna Madison Grace) – otoczona nicią kłamstw, odkrywa prawdę o sobie oraz biologicznej rodzinie. Ale jeśli myślicie, że jej życie od tej pory będzie ładne, ciepłe i spokojne, pomyliliście drzwi. To jest thriller pełen przewrotek oraz niespodzianek, gdzie rodzice dziecka mają wobec niego dość niepokojące plany. I wierzcie mi, po tym twiście znowu poczułem się niekomfortowo – znowu nie wiedziałem komu kibicować, bo był wybór między Złem a ZŁEM.

nie oddychaj2-2

Więcej wam nie mogę zdradzić, ale jeśli spodobała się część pierwsza, tutaj też będziecie się dobrze bawić. Nadal to krwawa i brutalna, która w połowie zmienia otoczenie. Też są pewne nielogiczności, a nasz heros o aparycji Stephena Langa wydaje się niemal superherosem z wyostrzonymi zmysłami. Może nawet za bardzo, ale nie przeszkadza mu to balansować między bezwzględnością i szorstkością a bardziej… ludzkimi odruchami (co może niepokoić). Drugi plan też ma wiele do roboty (zwłaszcza wspomniana Grace oraz Brendan Sexton III), zaś finał wali w mordę z całej siły.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Candyman

Czym są miejskie legendy? Szeptanymi opowiastkami do straszenia czy skrywaniem naszych lęków i koszmarów? A co jeśli taki koszmar zmaterializuje się do tego stopnia, że nikt nie będzie w stanie wam uwierzyć? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć horror z 1992 roku.

candyman1

Tytułowy Candyman to miejska legenda dzielnicy Calibri Green w Chicago – nawiedzony duch, który odpowiada za śmierć wielu ludzi. By go wywołać wystarczy przed lustrem powiedzieć pięć razy jego imię, a wtedy pojawia się z hakiem zamiast dłoni oraz pszczołami we wnętrzu ciała. Jego legendę próbuje zbadać żona wykładowcy (Helen Lyle) akademickiego razem z przyjaciółką, by napisać pracę doktorską. Helen, nie wierząc w Candymana, wypowiada pięć razy jego imię, a następnie rusza do jego dzielnicy. Nie jest to bezpieczne miejsce, terroryzowane przez gangi i zamieszkiwany przez czarnoskórą społeczność. Od tej pory zaczynają się dziać dziwne rzeczy, z pojawieniem się Candymana. Ten żąda swojej ofiary i chce, by Helen mu się oddała (nie w sensie erotycznym), zaś wokół kobiety pojawia się krew oraz zbrodnia.

candyman2

Reżyser Bernard Rose oparł „Candymana” na opowiadaniu Clive’a Barkera – pisarza grozy, nie bojącego się sięgać po makabrę oraz gore, także w swoich próbach reżyserskich. Ale nie spodziewajcie się wiadra krwi oraz ekranowej rzeźni. Sam początek, z perspektywą Boga oraz organowo-chóralną muzyką Philipa Glassa buduje atmosferę tajemnicy i niesamowitości. Także krótkie wprowadzenie do opowieści (historia o mordzie dokonanym na dziewczynie), narzuca ton. Wszystko bardziej przypomina coś na kształt kryminału, gdzie Helen (zjawiskowa Virginia Madsen) dociera do niebezpiecznej dzielnicy i próbuje ustalić fakty. Samo miejsce robi wrażenie dzięki niesamowitym graffiti oraz świetnej pracy kamery. Powolne odkrywanie szczegółów i pewne detale (żyletki w opakowaniach po cukierkach) tylko potęgują aurę tajemnicy, miejscami skręcając ku obrzydliwym opisom zbrodni, które miał popełniać Mężczyzna z Hakiem.

candyman4

Wszystko zaczyna się zmieniać z pojawieniem się tej istoty o niepokojąco pociągającej aparycji Tony’ego Todda. Wydaje się być elegancko ubranym facetem z hakiem zamiast ręki oraz bardzo tragiczną historią, a potem historia idzie w niemal kierunku znanym z Hitchcocka – niewinna Helen zostaje wplątana w morderstwo i porwanie. Kompletnie nic nie pamiętając i budząc się otoczona krwią, z nożem w ręku. Czy to ona zabija, czy Candyman jest wytworem jej wyobraźni? A może ona jest przez niego sterowana? Problem jest jeden – nikt poza nią, nie widzi tej istoty. To działa efektywnie, pomagając w budowaniu napięcia i doprowadzając do efektywnego, mocnego finału.

candyman3

Nigdy nie byłem wielkim fanem horrorów czy kina grozy, ale od każdej reguły zawsze jest wyjątek. „Candyman” Rose’a bardziej działa atmosferą oraz gwałtownymi scenami krwawej jatki (zawsze pokazanej po fakcie) niż wielkim przerażeniem. Ale i tak potrafi oczarować swoją mniej konwencjonalną stylistyką od tego, czego należy oczekiwać po horrorze. Aż chętnie sprawdzę tego nowego „Candymana”.

7/10

Radosław Ostrowski

Jeźdźcy sprawiedliwości

Co wam przychodzi do głowy, gdy słyszycie hasło: kino zemsty? Jednoosobowa armia kontra wielka grupa ludzi do rozwalenia przed Głównym Złym. Po tym jak nasz Kopiący Dupę Koksu stracił żonę/matkę/córkę/psa/kota/popielniczkę/auto (niepotrzebne skreślić). Tak przynajmniej robią to Anglosasi i ludzie, co próbują ich kopiować. Jednak reżyser Anders Thomas Jensen postanowił pójść swoją drogą.

jezdzcy sprawiedliwosci1

Bohaterem „Jeźdźców sprawiedliwości” jest Markus (Mads Mikkelsen) – żołnierz stacjonujący w Afganistanie, który rzadko bywa w domu. Na tyle rzadko, że jego nastoletnia córka jest dla niego obca. Dziewczyna miała ruszyć do szkoły, ale skradziono jej rower, a samochód nie chce odpalić. Więc matka z córką robią sobie wolne i jadą pociągiem, co kończy się katastrofą pojazdu oraz śmiercią kobiety. Mathilde (córka) jest straumatyzowana, a ojciec wraca do domu i próbuje jakoś nawiązać relacją z nastolatką. Ale pewnego wieczoru przychodzi do niego dwóch ekscentrycznych jegomościów. Są przekonani, że wypadek nie był wypadkiem, tylko zamachem, w którym miał zginąć członek gangu motocyklowego Riders of Justice na kilka dni przed rozprawą sądową, gdzie miał zeznawać przeciw swoim kumplom. Markus decyduje się zrobić jedną, jedyną słuszną rzecz – zemścić się, zabijając członków gangu. Proste? Łatwo powiedzieć, zrobić już mniej.

jezdzcy sprawiedliwosci2

Jeśli spodziewacie się, że ten film będzie (pokręconą, ale jednak) wersją opowieści w stylu filmu zaczynającego się na John, a kończącego na Wick – popełniacie wielki błąd. Jensen tworzy hybrydę, mieszającą film sensacyjny, dramat psychologiczny, czarną komedię i… „Przypadek” Kieślowskiego. Brzmi jak coś, co mogło spłodzić jakieś azjatyckie dziecko, bo tylko ono mogłoby to skleić w jedną, spójną narrację. Ale Jensen nie jest od nich gorszy, jednocześnie potrafi zachować balans między brutalnymi, krwawymi scenami akcji, komedią z odrobinką sytuacyjnych gagów oraz psychologicznym dramatem. Na pierwszy plan wysuwają się dwa tematy: przepracowywanie traumy przez ojca i córkę oraz jak wiele zależy tutaj od przypadku.

jezdzcy sprawiedliwosci3

Zwłaszcza to drugie jest mocno zaznaczone, niemal od pierwszej sceny w Tallinie. A jeśli dodamy do tego tych trzech ekscentrycznych jegomości: matematyk Otto (Nikolaj Lie Kaas w brodzie nie do poznania) – specjalista od algorytmów, haker Lennart (pokręcony Lars Brygmann) i zajmujący się rozpoznawaniem twarzy Emmenthal (Nicholas Bro w chyba swojej najlepszej roli), efekty są zaskakujące. Może początkowo wydają się grupą geeków, robiących za oderwanych od świata ludźmi. Ale kiedy poznajemy ich bliżej – panowie wypatrzeni przez córkę Markusa udają… terapeutów – okazuje się, że to połamańcy naznaczeni paskudnymi wydarzeniami z przeszłości: znęcanie się, molestowanie seksualne czy śmierć najbliższych. I ta dynamika działa najlepiej, zwłaszcza w przypadku Mathildy. Ale też pozostałych członków grupy, przez co ich los mnie obchodził. A kiedy dochodziło do strzelanin, nie było miłosierdzia – jest krwawo, brutalnie i realistycznie, bez przerysowania, włącznie z finałem.

jezdzcy sprawiedliwosci4

I jest to rewelacyjnie zagrane, dając każdemu aktorowi spore pole manewru. Wariackie trio Bro-Kaas-Brygmann świetnie się uzupełnia, bardzo przekonująco pokazując swoje obsesje oraz silną przyjaźń. I każdy z nich ma swój własny charakter. Na protagonistę wyrasta tutaj Mikkelsen, który gra tak jak zawsze – jest bardzo powściągliwy, tłumiący swoje emocje, pełny gniewu i wściekłości. Ciężko mu się odnaleźć i nawiązać relację z córką, której nie rozumie oraz jest od niej oddalony. Ale kiedy jego gniew wybucha i jest zagrożony, eliminuje problem ze skutecznością Johna Rambo. Bardzo mocna i porażająca rola.

„Jeźdźcy” potwierdzają, że da się jeszcze w kinie zrobić coś mniej konwencjonalnego, hollywoodzkiego, a jednocześnie bardzo realistycznego w pokazaniu świata. Świata, gdzie sens trzema nadać samemu, bez korzystania z algorytmów i statystyk, a wiele rzeczy zależy od przypadku.

8/10

Radosław Ostrowski