Luca

Ile można mówić o tym Pixarze? Że to nie rysownicy i animatorzy, tylko czarodzieje kreujący niezwykłe światy, że jakość ich animacji jest na najwyższym poziomie? I nigdy nie zrobili filmu złego. Parę rozczarowujących – tak, bo sami sobie bardzo wysoko podnieśli poprzeczkę. Tym bardziej mnie zaskoczył brak dużego szumu wokół ich ostatniego dzieła, czyli „Luca”. Czy to wynika z faktu, iż jest to debiut reżyserski? Enrico Casarosa nie ma jednak czego się wstydzić, bo ten film naprawdę mu wyszedł. Ale może po kolei.

Jesteśmy we Włoszech lat 50., a dokładnie w nadmorskim miasteczku Portorosso. Pod wodami tej okolicy mieszkają wodne monstra, które po wejściu na powierzchnię przybierają ludzką twarz. Taki jest właśnie Luca, który mieszka z rodziną i pilnuje rybich… owiec. No i nie może wyjść na powierzchnię, bo jest niebezpiecznie – ludzie, statki oraz takie inne groźne rzeczy. Chłopiec, jak na każde dziecko przystało, jest zbyt ciekawe świata i poznaje niejakiego Alberto. Chłopak mieszka w wieży i o wiele lepiej sobie radzi na zewnątrz, czyli na wyspie poza miasteczkiem. W samy Portorosso odbywa się coroczny triatlon, który od lat wygrywa miejscowy rozrabiaka, Ercole Visconti. Pokonanie go da szansę chłopakom na spełnienie marzenia, czyli kupna skutera Vespa. Jednak bez pomocy nie dadzą sobie rady i tu pojawia się zdeterminowana Giulia.

Jak widzicie, sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa, ale nie oznacza to, iż „Luca” jest filmem nudnym. Bo wątków jest tutaj sporo, choć najbardziej liczą się dwa. Pierwsza to przyjaźń między dwoma chłopakami, która – ze względu na miejsce akcji –  skojarzyła mi się z… „Tamte dni, tamte noce”. Luca i Alberto niby są z tego samego świata, ale jakby nie do końca. Alberto wydaje się być tym odważniejszym, nie bojącym się ryzyka oraz swoich marzeń, zaś Luca jest zafascynowany nowym otoczeniem, napędzany przez ciekawość. Kiedy jednak do duetu dołącza Giulia, wszystko się komplikuje i pojawia się zazdrość. Ale jest jeszcze ważna kwestia, czyli lęk przed obcym z obydwu stron. Ludzie i morskie potwory boją się nawzajem, a strach mieszkańców jest pokazany w samym wyglądzie Portorosso, gdzie przewijają się elementy związane z morzem, harpunami i innymi narzędziami zmniejszania populacji wodnych organizmów. Strach jednak wynika z poczucia obcości wobec tego, co inne, nieznane, nie mniej jest szansa na przełamanie tego irracjonalnego lęku.

Osadzenie akcji we Włoszech lat 50. buduje troszkę nostalgiczną otoczkę, odtworzona ze sporymi detalami (włącznie z pokazanym w telewizji fragmentem filmu Federico Felliniego) oraz włoskimi piosenkami z epoki. Animacja może nie powala szczegółowością jak inne produkcje Pixara, ale ta stylizacja działa na plus. Jeśli miałbym wymienić ulubione sceny, to momenty materializacji marzeń tytułowego bohatera, które oszałamiają wizualną kreatywnością i skręcają ku surrealizmowi. Ale sceny podwodne także prezentują się bardzo dobrze, więc trudno technicznie się do czegoś przyczepić. O humorze nie zapomniano, tak jak o sympatii wobec postaci (poza Ercole) oraz emocjonalnym zaangażowaniu. A bez tego ostatniego, „Luca” byłby tylko średniakiem, zaś sceny treningu przed triatlonem jak i same zawody zainscenizowane są fantastycznie.

Polecam obejrzeć ten film z oryginalną ścieżką dźwiękową, gdzie słychać fantastycznie dobrane trio: Jacob Trambley/Jack Dylan Glazer/Emma Berman w głównych rolach. Cudownie słyszy się te głosy z wplecionymi włoskimi słówkami, zaś aktorzy (między innymi Maya Rudolph czy zaskakujący Sacha Baron Cohen) czarują i nie czuć zgrzytu. Ale jestem pewny, że polski dubbing też da radę (bo zawsze daje, zwłaszcza kiedy reżyserem jest Wojciech Paszkowski).

Niewiele oczekiwałem po „Luce”, ale dostał bardzo sympatyczny, pełen uroku i magii film. Może i jest on bardziej skierowany do młodego widza niż dorosłego, ale to absolutnie nie przeszkadza w czerpaniu wielkiej przyjemności z oglądania. Tą sztukę potrafią osiągnąć najlepsi. A że piszę te słowa podczas bardzo intensywnego deszczu, to przeniesienie się w słoneczną Italię jest bardzo miłą odskocznią od widoku z okna.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kingsman: Złoty krąg

Do dziś pamiętam jak mnie uderzyło pierwsze spotkanie z Kingsmanami. Nie kojarzycie ich? To brytyjska niezależna, elitarna komórka wywiadowcza, gdzie dołączył do niej młody chłopak z ulicy. Po wydarzeniach z pierwszej części Eggsy działa jako pełnoprawny członek o kryptonimie Galahad. Świat został ocalony, a facet poznał pewną skandynawską księżniczkę, z którą planuje związać przyszłość. Niestety, stracił mentora Harry’ego, co mocno się na nim odbiło, a kłopoty dopiero się zaczynają. Albowiem siedziba Kingsmanów i wszyscy agenci zostają zmieceni z powierzchni ziemi. Wszyscy, oprócz Eggsy’ego oraz Merlina. Kto za tym stoi i dlaczego dokonał tego ataku? Panowie są zdani na siebie, ale udaje się znaleźć wsparcie w postaci kuzynów z USA – Statesman.

„Złoty Krąg” w zasadzie to jest powtórka z rozrywki, tylko jeszcze bardziej podkręcona, brutalna, efekciarska i porąbana. Im więcej bym wam zdradził z fabuły, tym mniejsza szansa na frajdę z kolejnych niespodzianek. Bo jeśli myślicie, że Matthew Vaughn wystrzelał się z pomysłów i inscenizacji, jesteście w wielkim Błędzie. Reżyser lawiruje między drobnymi wątkami obyczajowymi (kolacja z rodziną królewską), szpiegowską intrygą a kompletną zgrywą. Wszystko polane bardzo ironicznym, brytyjskim poczuciem humoru oraz niemal teledyskowym sposobem realizacji. I to wszystko nadal działa, serwując prawdziwy rollercoaster. Ale jeśli nie oglądaliście pierwszej części, możecie nie bawić się aż tak dobrze, bo odniesień i aluzji jest od groma.

Akcja jest szalona, gdzie krew i odrywane kończyny lecą oraz leją się we wszystkie możliwe kierunki, a fabuła potrafi zaangażować. Bo nadal zależy nam na Eggsym (świetny Taron Egerton) i jego ekipie. Chociaż sami Statesmani też są niczego sobie – mocno przesiąknięci amerykańską kulturą kowboje, których ksywy są od rodzajów alkoholu, a w uzbrojeniu mają choćby lasso i rewolwery. Dzięki temu sceny rzezi i masakry nabierają jeszcze większej mocy (bójka w barze czy zadyma we Włoszech), mimo poczucia pewnej wtórności. Choć muszę przyznać, że powrót Harry’ego zza grobu (uroczy Colin Firth balansujący między nieporadnością a byciem totalnym kozakiem) nie wydaje się pomysłem z czapy wziętym.

I jak to jest cudownie zagrane, choć nie wszyscy aktorzy zostają w pełni wykorzystani. Stara wiara w postaci tria Firth-Egerton-Strong ciągle trzyma fason, a chemia między nimi jest wybuchowa niczym pole minowe przed eksplozją. Jeśli chodzi o nowych herosów, to tutaj Statesmani mają masę znanych twarzy, choć w pełni wykorzystani zostają Halle Berry (Ginger, czyli amerykański odpowiednik Merlina) oraz świetny Pedro Pascal jako twardy kowboj Whiskey. Co ten facet robi z lassem i biczem, czyni go największym zagrożeniem świata. Troszkę w cieniu jest zarówno Jeff Bridges (szef Champagne) oraz Channing Tatum (Tequila), zwłaszcza tego drugiego chciałoby się zobaczyć w akcji. Za to głównym złolem jest tutaj panna Poppy w wykonaniu Julianne Moore, która jest o wiele lepsza od Valentine’a. Jeszcze bardziej przerysowana o prezencji pani domu z lat 50., z diabolicznym planem podboju świata i tak słodkim uśmiechem, że może przyprawić o ból zębów.

„Złoty Krąg” to godna kontynuacja szpiegowskiej parodii, podnosząca wszystko do kwadratu. Jeszcze brutalniejsze, bardziej szalone i komiksowe. Aż boję się pomyśleć, z czym jeszcze wyskoczy Vaughn w kolejnej części. Bo przecież będą, prawda?

7/10

Radosław Ostrowski

Już nie żyjesz – seria 2

Nasze dziewczyny, czyli Jen i Judy znowu pakują się w poważne tarapaty. Wszystko przez męża Judy, czyli Steve’a. Mężczyzna w sytuacji podbramkowej (donos o defraudację) kończy jako trup w basenie Jen. Trzeba się pozbyć ciała, co wcale nie będzie takie łatwe – zamontowany monitoring, dzieciaki lubiące węszyć i jeszcze policja. Czy może być gorzej? Tak, bo w okolicy pojawia się brat bliźniak denata, z zupełnie innym charakterem od zmarłego. I zaczyna czuć miętę to Jen.

Drugi sezon czarnej komedii Netflixa idzie w troszkę zupełnie inne tony niż poprzednik. Większy nacisk jest na wątki obyczajowe, gdzie cała otoczka kryminalna zostaje zepchnięta do roli tła. Owszem, próby pozbycia się zwłok wywołuje pewne komplikacje oraz zabawne sytuacje. Kolejne tajemnice, kłamstwa jeszcze bardziej ciążą naszym bohaterkom, przez co lawirowanie staje się coraz trudniejsze. Bardziej jednak twórców interesują problemy prywatne naszych pań oraz kwestie dość wyboistej przyjaźni. Pierwsza z pań (znakomita Christina Applegate) nadal jest pełna wściekłości i gniewu, zaś druga (rozbrajająca Linda Cardellini) nadal jest pozytywnie nastawiona do życia, nie potrafi nikomu niczego odmówić, przez co bywa irytująca. Ale razem tworzą silną mieszankę wybuchową, zdolną przetrwać wszystko. Tak jak wcześniej krytyczny moment poznajemy w bardzo krótkich przebitkach, przez co nie dostajemy pełnego obrazu. I to pomaga budować napięcie.

Bo drugi sezon ma dość powolne, wręcz ospałe tempo. Jak mówiłem, więcej jest tutaj skupienia na wątkach obyczajowych niż komplikacjach kryminalnych. Zarówno kwestia wychowania dzieciaków u Jen (z czego jeden jest nastolatkiem), jak i odnalezienia miejsca dla siebie zajmują sporo czasu. Choć wielu może to znudzić, pozwala wejść w umysł dwójki zwichrowanych kobiet ze swoimi obsesjami, demonami oraz nieprzetrawionymi traumami. Nie brakuje tu humoru, w tle grają piosenki z lat 50. i 60., zaś finał potrafi walnąć niczym z obucha. I to daję furtkę na trzeci – jak zapowiada Netflix ostatni – sezon.

Aktorsko nadal działa ten szalony duet Applegate/Cardellini, gdzie każda z pań dostaje szansę pokazania się z innej strony. Niespodzianką jest obecność Jamesa Marsdena, tym razem jako troszkę nieporadny, ale pełen ciepła i sympatii Ben. Przyjemne zaskoczenie, dodające balansu do miejscami czarnej komedii. Jest też parę drobnych ról, gdzie widzimy twarze Frances Conroy (matka Steve’a i Bena) oraz Katey Sagal, których się kompletnie nie spodziewałem.

Dla mnie drugi sezon, choć skupiający się na innych rzeczach, nadal trzyma poziom i ogląda się świetnie. Głównie bohaterki nadal mają świetną chemię, co dla mnie jest największym paliwem tej czarnej komedii obyczajowej. Zaś finał sugeruje, że może się to skończyć źle.

8/10

Radosław Ostrowski

Ad Astra

W ostatnim czasie nie brakuje ambitnych filmów SF za duże pieniądze. „Interstellar”, „Marsjanin” czy „Pierwszy człowiek” – to niektóre przykłady, do których zdecydowanie próbuje dołączyć nowy film Jamesa Graya. Historia skupia się na astronaucie, majorze Royu McBride, który dostaje bardzo poważne zadanie. Ziemia zostaje zaatakowana przez coś, co nazwano Udarem – fale antymaterii, które niszczą elektryczne urządzenia na planecie i może doprowadzić do zniszczenia życia. Major wyrusza z tajną misją rozwiązania źródła problemu.

Dziwaczny to film, na pewno nie dla ludzi, którym kino SF kojarzy się z epicką napierdalanką, wybuchami oraz wszelkimi komputerowymi bajerami. Tak naprawdę jest to psychologiczne kino drogi, skupione na wędrówce naszego bohatera. Tylko, ze ta podróż nie obejmuje tylko częściowo skolonizowanego kosmosu, ale przede wszystkim w głowie McBride’a. Kamera niemal przyklejona jest do jego twarzy, pokazując każde spojrzenie, grymas twarz. A jego portretu dopełnia także narracja z offu Roya – zazwyczaj taki zabieg wydaje się drogą na skróty.

Jeśli miałbym do czegoś porównać nowy film Graya, zdecydowanie najbliżej jest do… „Czasu Apokalipsy”. Ekspedycja ta ma dla bohatera charakter osobisty, jednak więcej wam nie powiem. Im więcej zaczniecie odkrywać tajemnic, niespodzianek oraz twistów, tym bardziej ten film was złapie. I zmusi do zastanowienia, pokazując niezbyt przyjemną stronę człowieka. Może technologicznie zdolnego do osiągnięcia niemożliwego, ale tak samo egoistycznego, niszczącego, samotnego, ogarniętego swoimi własnymi obsesjami i demonami. Wielki i mały jednocześnie, zdolny do poświęcenia jak także do zabijania, eksperymentowania, szaleństwa.

By jednak nie zanudzić tymi ważkimi refleksjami, reżyser dodaje odrobinkę akcji jak choćby podczas ucieczką przed piratami na Księżycu. Jednak Gray znany jest z tego, że do oczywistych elementów podchodzi w nieoczywisty sposób. Wizualnie „Ad Astra” to prawdziwa perła w koronie, gdzie niemal każdy kadr mógłby spokojnie być tapetą na komputerze. Znakomite zdjęcia Hoyte van Hoytemy podkreślają klimat poszczególnych miejsc, które – niby osadzone w niedalekiej przyszłości – wyglądają jakby z filmów SF lat 70. i 80. bez widowiskowych efektów specjalnych, z nieobecnym dźwiękiem w przestrzeni kosmicznej. Poczucie odrealnienia oraz samotności potęguje jeszcze minimalistyczna muzyka Maxa Richtera, a powolne tempo pozwala rozsmakować się estetyce kina.

Aktorsko pojawia się tu wiele znajomych twarzy na drugim planie, ale prawda jest taka, iż są tak naprawdę tylko drobnymi epizodami. Całość na swoich barkach musiał dźwigać Brad Pitt, co troszkę mnie zaskoczyło. Zwłaszcza, iż reżyser bardzo często współpracuje z Joaquinem Phoenixem. Ale to Pitt był producentem, więc ta zmiana ma więcej sensu. Aktor gra tutaj w bardzo wyciszony sposób, co wynika z charakteru bohatera, który ma być profesjonalistą oraz jest nauczony tłumić emocje w sobie. Bardzo drobnymi detalami pokazywana jest powoli odbywająca się przemiana McBride’a, mierzącego się ze swoimi demonami.

Choć film ma nierówne tempo, dialogi w większości to ekspozycja i czasami jest sporo repetycji „Ad Astra” pozostaje intrygującym doświadczeniem. Ambitnym SF z niesamowitą warstwą audio-wizualną oraz klimatem samotności i alienacji. Mnie to wystarczy, a czy wy spróbujecie wyruszyć w tą podróż?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Raya i ostatni smok

Kiedy ostatni raz mnie zachwyciła animacja Disneya? To była pierwsza „Kraina lodu” (Pixara nie biorę pod uwagę, bo Disney tylko go dystrybuuje) i wydawało się, że w rywalizacji między fabryką Myszki Miki a kreatywnymi szaleńcami z Pixara zwycięzcą musi być ten drugi. I choćby nie wiadomo co wymyślali, czarowali, panowie od Disneya nie mają takiej mocy. Jednak od czasu do czasu nawet oni potrafią zaskoczyć. Jak w przypadku „Rai i ostatniego smoka”.

Jak sam tytuł wskazuje, główną bohaterką jest Raya, a akcja osadzona jest w świecie z chińskiej mitologii. Dawno temu (jakieś 500 lat) był jeden zjednoczony kraj nad rzeką oraz masa smoków, dbających o to, by ludziom żyło się lepiej. Pojawiły się jednak na świecie paskudne Drummy, co zamieniały wszystko w kamień. Smokom jednak udało się uratować ludzkość po stworzeniu Smoczego Kamienia, jednak wszystkie smoki zamieniono w kamień. A ludzie – no cóż – pozostali ludźmi, podzielili się i chcą przejąć przedmiot dla siebie. To doprowadza do zniszczenia kamienia, który pilnował lud Serca oraz zamienienia ludzkości w kamień. Prawie całej ludzkości, więc nasza Raya wyrusza do wszystkich krain, by połączyć artefakt i uratować świat. Oraz odnaleźć ostatniego smoka, który – według opowieść – przeżył.

Brzmi znajomo? „Raya” to sklejka znajomych elementów kina fantasy i przygodowego zmieszanego z kulturowymi elementami Wschodu. I już słyszę głosy, że film został celowo zrobiony, by podbić chiński rynek. Ale mimo korzystania ze znajomych szablonów oraz schematów jest to zaskakująco poważny film Disneya, gdzie humor nie jest wrzucony na siłę (wynika z sytuacji), zaś postaci będącej comic reliefem zwyczajnie brak. Zaskoczeni? Bo ja bardzo. Klimatem miejscami troszkę to przypomina „Indianę Jonesa” (przynajmniej na początku), tylko ze smokami oraz w świecie Wschodu. Głównie z jednym smokiem, który wygląda zjawiskowo oraz dołączającymi do tej pary resztą drużyny. I to dość wariackiego składu: od młodego chłopca-kucharza przez samotnego wojownika po niemowlaka-złodzieja z gangiem małpek. Choć te postacie nie są dokładnie opisane, to jednak wiemy na tyle dużo, że ich los mnie obchodził.

Jeszcze bardziej ciekawy był fakt, że nie ma tutaj postaci jednoznacznie moralnej, czyli chodzącego dobra lub zła. A także skupienie na relacjach między osobami i zmienna dynamika w chwilach wyciszenia oraz spokoju. Najbardziej interesujący był zarówno interakcja między nieufną Rayą a bardziej otwartą, niemal przypominającą dziecko smoczycą oraz zaznaczona w retrospekcji więź między dziewczynką a Namaari. W tym drugim przypadku wydawało się, że spoiwem będzie fascynacja smokami, jednak doszło do zdrady oraz nienawiści. Czy jest z tego wyjście? Tak, ale wymaga sporo wysiłku oraz przełamania uprzedzeń, co pokazuje finał.

Tak mówię o wątkach fabularnych oraz bardzo mądrym przesłaniu, ale jak to wygląda? Disney w niczym nie ustępuje konkurencji i sama animacja jest zachwycająca, pełna kolorów oraz imponujących detali. Zaś kiedy dochodzi do scen akcji, jest to coś, co najbardziej przyciągnie uwagę dorosłych. Choreografia walk w niczym nie ustępuje współczesnym filmom akcji i jest pokazana bardzo czytelnie. Nie ważne, czy do gry wchodzi broń biała czy pięści, prezentuje się to świetnie, przez co dorośli nie będą się nudzić. A jak jeszcze zagra muzyka Jamesa Newtona Howarda, odlot będzie gwarantowany i nie wyjdzie wam to z uszu.

Naprawdę jestem zaskoczony, że jeszcze Disney potrafi przypomnieć sobie, iż – cytując jeden z ich filmów – „ma tę moc”. „Raya” jak żadna inna animacja z tego roku obudziła we mnie wewnętrzne dziecko, poszukujące po prostu zabawy oraz wielkiej przygody. Bardzo przyjemna niespodzianka z mądrym morałem, nie rzucanym prosto w twarz.

8/10

Radosław Ostrowski

Revolver

Guy Ritchie to reżyser z bardzo specyficznym stylem wizualnym. Ale po sukcesie „Porachunków” i „Przekrętu” Brytyjczyk spadł na samo dno. Wszystko przez swoją żonę, Madonnę oraz realizację katastrofalnego „Rejsu w nieznane”, który zakończył współpracę z producentem Matthew Vaughem i przyniósł 7 nominacji do Złotej Maliny. Ostatecznie wygrał 5 statuetek w tym za najgorszy film oraz reżyserię. Ritchie zrobił sobie przerwę, by wrócić z filmem „Revolver”, którego produkcją zajął się sam Luc Besson. Niestety, film poniósł w kinach porażkę i został uznany za drugą dużą wtopę w dorobku reżysera. Ale czy słusznie?

revolver1

Bohaterem jest Jack Green – hazardzista oraz drobny kanciarz, który właśnie wychodzi z więzienia. Wpadł tam z powodu właściciela kasyna, Machę, doprowadzając go do upokorzenia oraz utraty pieniędzy. Po siedmiu latach odsiadki oraz dwóch latach przygotowań ma genialny plan na zemstę. Trafia na tajemniczą dwójkę facetów – Aviego oraz Zacha, co zajmują się lichwą i zatrudniają Jacka. Okazuje się, że mężczyzna jest poważnie chory, mając przed sobą tylko parę dni. W tym samym czasie Macha szykuje się do interesu z tajemniczym Jackiem Goldem, co kieruje całym półświatkiem, choć nikt go nie widział.

revolver4

Wielu zarzucało, że narracja jest prowadzona w sposób chaotyczny i niezrozumiały. Bo jest masa przeplatających się wątków, pomieszana chronologia oraz – czasami zbyt częste – powtórzenia. To zdecydowanie, tak jak „Jeden gniewny człowiek”, bardziej poważny film w dorobku Ritchiego. Cała ta gangsterska otoczka, gdzie poznajemy całą historię konfliktu między Machą a Greenem oraz stworzenia przekrętu doskonałego jest tak naprawdę zasłoną dymną. Bo po drodze zaczynają mnożyć się kolejne pytania. Kim są Avi i Zach? Skąd oni tyle wiedzą o Greenie? Kim jest Sam Gold? Na czym polega cały kant? I jak to się wszystko skończy? Dialogi mogą wydawać się czasem pretensjonalne, wręcz bełkotliwe, zaś wplecione cytaty Makiaveliego i Cezara to droga na łatwiznę. O narracji z offu Greena nawet nie wspominam.

revolver3

A jednak film intryguje. Dlaczego? Bo jest bardzo sprawną układanką, zmuszającą cały czas do myślenia. Również wizualne czaruje – nie tylko neonową estetyką kasyn, ale też celowym wykorzystaniem kolorów jak chłodny błękit basenu i solarium czy wycofana biel więziennej celi. Zabawa montażem i narracją to oczywistość w świecie Guya Ritchie, jednak parę sztuczek jest jeszcze w arsenale jak przeplatanka między „żywymi” ujęciami a animacją czy nietypowa praca kamery przy strzelaninie Sortera. A w tle jeszcze gra stylowa jazzowo-funkowa muzyka a’la lata 70, przypominając poprzednie filmy Anglika.

revolver2

Obsada tutaj też błyszczy. Greena gra Jason Statham, który – tak jak ja – próbuje ogarnąć co się tu dzieje w tym świecie, działając mocno na ślepo. Bez odpowiedzi, nie wiedząc komu może zaufać i połączyć wszystkie kropki. Aktor jest zaskakująco wyciszony, niemal monotonnie wypowiada swoje kwestie, chociaż w jednej scenie pokazuje większe emocje (moment utknięcia w windzie). Równie interesujący jest Ray Liotta jako gangster Macha, ale jeśli spodziewacie się powtórki z „Chłopców z ferajny”, przeliczycie się mocno. Facet sprawia wrażenie twardego, wręcz narwanego zawodnika, to są jednak pozory. Słaby, przerażony, paranoiczny – takie jest prawdziwe oblicze Machy. Całość jeszcze uzupełnia pokręcony duet Vincent Pastore/Andre Benjamin (Avi i Zach), ale film kradnie Mark Strong jako Sorter. Wyglądający niepozornie jak księgowy jest mordercą, który nigdy nie pudłuje.

„Revolver” to zdecydowanie niepasujące do filmografii Guya Ritchiego dzieło. Pod płaszczykiem sensacyjno-gangsterskiej intrygi, mamy do czynienia z psychologicznym dramatem o walce ze swoim największym przeciwnikiem: swoim Ego. Może się ono różne nazywać: Green, Macha, Gold, jednak jest zawsze groźny i niebezpieczny, kiedy niespodziewanie przejmie kontrolę nad nami.

7/10

Radosław Ostrowski

Spider-Man: Universum

Człowiek-Pająk ostatnio się nam rozmnożył i na przestrzeni 20 lat pojawiał się z różnymi twarzami: od Toby’ego Maguire’a przez Andrew Garfielda aż do Toma Hollanda. Co nowego w materii jednego z bardziej przyziemnych superherosów można opowiedzieć? Animowany oddział Sony postanowił pójść w kompletnie innym kierunku: Spider-Wersum. Czyli co by się stało, gdyby w Nowym Jorku pojawiło się kilku Spider-Manów z różnych wersji świata? A głównym bohaterem nie byłby Peter Parker?

spider-verse1-1

To po kolei. naszym bohaterem jest Miles Morales – czarnoskóry chłopak z Brooklynu, który trafił do elitarnej szkoły. Jest strasznie nieśmiały, nie do końca odnajduje się w nowym otoczeniu, a jego wielką jest graffiti oraz hip-hop. Z tym ostatnim problem ma jego ojciec-policjant, kompletnie inaczej niż jego wujek. Podczas tworzenia swojego graffiti, chłopak zostaje pogryziony przez pająka. Reszty się pewnie domyślacie, ale nie do końca. Odkrywa w sobie moce, ale nie czuje się na siłach. Próbując odnaleźć pająka, odkrywa przypadkiem tajemniczą maszynę zwaną Zderzaczem. Wskutek odpalenia dochodzi do trzęsienia ziemi oraz śmierci Spider-Mana, który próbował powstrzymać Kingpina. W tym samym czasie w Nowym Jorku pojawia się kilku Spider-Manów z różnych wymiarów świata.

spider-verse1-2

Już na samym początku twórcy sugerują wizualne szaleństwo, gdzie czołówki zaczynają się nakładać na siebie. Stylistyczny kolaż, od którego można dostać oczopląsu, sprawiający wrażenie niemal żywcem wzięty z komiksu (włącznie z użyciem paneli czy onomatopei). Wynika to z obecności różnych Spider-Manów: od dziewczyny z mangi i towarzyszącym jej robotem przez detektywa z czarnego kryminału, pstrokatą Gwen Stacy po kreskówkowego Spider-Hama (pół pająk-pół świnia) oraz Petera Parkera w wieku dorosłym. Każdy z nich – mimo różnych czasów i konwencji – ma bardzo zbliżoną historię, co dla twórców staje się źródłem jednego z gagów. Ale jeśli nasze Pajęczaki nie wrócą do siebie, zginą, więc stawka jest wysoka.

spider-verse1-3

Akcja niemal non-stop pędzi na złamanie karku, bardzo rzadko sobie pozwalając na chwilę oddechu oraz przetrawienie wszystkiego. Kamera niemal dostaje ADHD, a jednak wszystko jest bardzo jasne i czytelne. Każde starcie – czy to kradzież laptopa z laboratorium, konfrontacja w domu ciotki May czy finał pod Zderzaczem – wygląda niesamowicie, balansując między powagą a zgrywą. Spora ilość humoru może być wielkim zaskoczeniem, gdzie żarty są jak w szwedzkim stole: od slapsticku przez popkulturowe odniesienia czy mignięcia dla fanów komiksów o Pajęczaku. Dość szybko poznajemy różne wersje Spider-Manów i każda z nich jest na tyle wyrazista, że mnie obchodził ich los. Mimo faktu, że „Uniwersum” jest origin story Milesa Moralesa jako Spider-Mana. Szalenie satysfakcjonującym, z obłędną muzyką Daniela Pembertona, która miesza symfoniczne brzmienia z hip-hopem, tworząc kolejny dźwiękowy koktajl Mołotowa.

spider-verse1-4

Również oryginalny dubbing robi fantastyczna robotę. Shameik Moore cudownie spisał się jako Morales, pokazując bardzo przekonującą przemianę z nieśmiałego i wystraszonego chłopaka aż po troszkę bezczelnego i odważnego chłopaka, co podąża swoją drogą. Jednak dla mnie absolutnym strzałem w dziesiątkę był 40-letni Peter Parker, czyli głosowo Jake Johnson. Parker w jego wykonaniu to facet, któremu życie się posypało i w zasadzie nie ma żadnego celu. Spotkanie z Milesem przypomina początkowo zderzenie cynicznego, wypalonego herosa z zapalonym entuzjastą, jednak z czasem – choć w dość nieoczywisty sposób – staje się wspierającym mentorem. Sporo też dodał rozbrajający Spider-Ham (John Mulaney), bardzo wycofana Gwen (cudowna Hailee Steinfeld) oraz twardy Spider-Man Noir z głosem samego Nicolasa Cage’a (nie sądziłem, że dożyję chwili, gdy Cage zagra Człowieka-Pająka). Jest jeszcze wiele innych znanych głosów, ale odkrycie ich pozostawię wam.

spider-verse1-5

Ja widziałem w życiu wiele animacji, ale czegoś takiego jak „Spider-Man: Uniwersum” nie potrafię porównać do czegokolwiek. Surrealistyczno-awangardowo-mainstreamowa hybryda, po obejrzeniu której chce się tylko jednej rzeczy: sequela. Głównie, by lepiej poznać działanie multiwersum i zobaczyć, co jeszcze twórcy wymyślą.

9/10 + znak jakości

PS. Scena po napisach w tym filmie to jedna z najlepszych scen w historii adaptacji Marvela.

Radosław Ostrowski

Zombie express 2: Półwysep

Pierwszy „Zombie express” był bardzo świeżym spojrzeniem na filmy o zombie prosto z Korei Południowej. Epidemia i ucieczka pokazywała, że większymi potworami od żywych trupów byli ludzie walczący o przetrwanie. Ta mieszanka dramatu z horrorem potrafiła poruszyć i trzymała w napięciu bardziej niż większość filmów tego gatunku, co było zasługą reżysera Sang-ho Yeona. Tym bardziej byłem zaskoczony, że postanowiono zrealizować sequel. Historia wydawała się być zamknięta, więc nie widziałem żadnego sensu.

zombie express2-1

Od czterech lat Koreę Południową opanowała epidemia zombie. By uniknąć rozpowszechniania zarazy, cały półwysep został odizolowany od całego świata. Nie pojawia się żadna pomoc, żadne statki nie przypływają i nie przyjmują cywilów. Jednym z niewielu uciekinierów jest były wojskowy Jung-seok, który razem ze szwagrem przebywają w Hongkongu. Obaj czekają na azyl i są traktowani nieufnie wobec mieszkańców. Dostają jednak szansę na poprawę swego statusu społecznego, ale jest pewien warunek: muszą dotrzeć na półwysep, zabrać ciężarówkę z forsą (20 milionów dolarów), wrócić do portu. W trzy dni. Brzmi jak prosty plan? Tylko brzmi.

zombie express2-2

Druga część z podtytułem „Półwysep” idzie w zupełnie innym kierunku niż oryginał. Zamiast horroru kino akcji z kupą kasy w tle, klimatem bardziej przypominającym „Ucieczkę z Nowego Jorku”. Mamy opustoszałą okolicę, pełną zombie. Może nocą słabo widzą, ale i tak są bardzo groźne. Do tego jeszcze w tej układance mamy matkę z dwójką bardzo zaradnych córek oraz nawiedzonym ojcem, a także coraz bardziej zwyrodniali wojskowi. Mieli chronić cywili, sami jednak zmienili się w ogarniętych szaleństwem egoistów, z których najbardziej wybija się nieobliczalny sierżant oraz oderwany od rzeczywistości dowódca.

zombie express2-3

Na papierze ten konflikt i wyścig o pieniądze brzmi jak coś trzymającego w napięciu, mogącego zaangażować czy chwytać za gardło. Problem w tym, że dla mnie ten sequel jest zbyt efekciarski, za bardzo skupiony na akcji i paroma przegięciami. Bo jak wyjaśnić sytuację, gdy niepełnoletnia córka zasuwa samochodem niczym kierowca rajdowy? Dużo jest, niestety, przewidywalnych zbiegów okoliczności, zaś finał jest tak heroiczny, patetyczny i hollywoodzki, iż byłem pewny, że film produkowali Amerykanie. Kompletnie mnie nie obchodził główny bohater, czyli były wojskowy po stracie żony i dziecka. Takich historii znałem wiele, a reżyser nie interesuje się odświeżeniem ogranych klisz. Same sceny akcji są zrobione świetnie, choć głównie dzieją się w nocy – od pościgów i strzelanin po ucieczkę przed zombiakami.

Ktoś tą koreańską potrawę, będącą pomieszaniem z poplątaniem, próbował przerobić na hamburgera, by łatwiej sprzedać zachodniemu podniebieniu. „Półwysep” kompletnie zmienia ton, zmieniając trzymający w napięciu horror, idzie ku kinu akcji, tracąc wiele ze swojego charakteru. Jedno z większych rozczarowań tego roku.

6/10

Radosław Ostrowski

Wojna o jutro

Kolejna produkcja zrobiona za dużą kasę, która nie trafiła do kinowej dystrybucji. Szkoda, bo na kinowym ekranie zrobiłaby o wiele większe wrażenie niż przed telewizorem czy laptopem. Nowy film Chrisa McKaya, czyli twórcy „LEGO: Batman” nie jest animacją, tylko blockbusterem za ponad 200 baniek sklejającym znane pomysły w nową jakość. Przynajmniej taki jest plan.

wojna o jutro1

Akcja toczy się w Boże Narodzenie roku 2022, kiedy trwają Mistrzostwa Świata w piłkę nożną w Katarze. A naszym bohaterem jest Dan Forester – kiedyś wojskowy, obecnie nauczyciel biologii, chcący rozwijać swoją karierę naukową. Ale szanse na to drugie są niezbyt wielkie. I podczas meczu dochodzi do dziwnej sytuacji: na boisku pojawiają się… żołnierze z przyszłości. A konkretnie sprzed 30 lat od tej chwili, gdzie prowadzona jest wojna z kosmicznymi bestiami zwanymi kolcami. Walka wydaje się przegrana, więc o pomoc zostają poproszeni obecni wojskowi oraz cywile, by pomogli. Wśród nich trafia też Dan, którego zadanie zostaje przez dłuższy czas tajemnicą. A na miejscu okazuje się, że oddziałem R (naukowcy), gdzie zostaje oddelegowany nasz bohater, dowodzi jego… dorosła córka.

wojna o jutro2

„Wojna o jutro” jest miksem kina akcji i SF o temacie w zasadzie tak znanym, że bardziej się już nie dało. Bo ile było opowieści o walce z kosmitami? Do tego wpleciony motyw podróży w czasie (zaskakująco świeżo), paskudne monstra w CGI niewiadomego pochodzenia oraz kilka potencjalnie ciekawych wątków, które są w zasadzie ledwo liźnięte. Czuć tutaj spory budżet, a wiele scen jest w bardzo dużych przestrzeniach. Kiedy trzeba reżyser w scenach akcji bardzo spokojnie buduje napięcie, idąc nawet wręcz ku horrorowi (dotarcie oraz ucieczka z laboratorium). Niemniej jednak do tych momentów trzeba dotrzeć, bo McKay nie atakuje nimi od początku, tylko po kilkudziesięciu minutach.

wojna o jutro3

Na pewno chodziło o budowania świata, gdzie ludzie jednoczą się wspólnie przeciwko wspólnemu wrogowi. Czasu jednak jest niewiele, bo przejście na dwie linie czasowe jest tylko jedno. I to jeszcze podnosi stawkę. Poza walką z kosmitami, reżyser w chwilach oddechu skupia się na paru interesujących wątków. Od próby zbudowania relacji Dana ze swoją dorosłą córką, znającą jego przyszłość (i ten wątek działa najmocniej) przez bardzo trudną i szorstką relację Dana ze swoim ojcem – przed podróżą w czasie – powolny skręt świata ku zagładzie aż do proekologicznego przesłania. Nie wszystkie wątki zostają w pełni wykorzystane, jednak dodają pewnego kolorytu do całości. Tak samo mamy bardzo dobrą realizację (zdjęcia miejscami przypominały mi kolorystyką „Na skraju jutra”) oraz elektroniczno-militarną muzykę.

wojna o jutro4

Aktorsko jest tutaj naprawdę nieźle, ale psychologicznej głębi raczej tu nie szukajcie. Niemniej jest parę ciekawych rzeczy do docenienia. Czy Chris Pratt pasuje do roli everymana, zmuszonego do dokonywania heroicznych czynów kosztem prywatnego życia? Daje sobie radę, chociaż z tym kaloryferem troszkę nie wygląda na szarego człowieka. Jednak kiedy zaczyna wchodzić w tryb dowódcy, trudno się do niego przyczepić. Dla mnie najbardziej błyszczy Yvonne Strahovski wcielająca się w pułkownik Forester, czyli dorosłą córkę Dana. Ma najlepsze cechy swojego ojca, choć naznaczona jest pewną tajemnicą. Sceny wspólnych rozmów były najmocniejsze emocjonalne i zależało mi na tej dwójce. Szoł jednak kradnie obecny głównie w trzecim akcie J.K. Simmons, czyli ojciec Dana, naznaczony wojennymi demonami twardziel. Nie widziałem jeszcze tego aktora tak przykokszonego.

Film McKaya to sklejka „Na skraju jutra”, „Interstellar” i „Żołnierzy kosmosu”, z której powstaje smaczne oraz bardzo przyzwoite widowisko. Ma rozmach, kilka ciekawych pomysłów i porządnych efektów specjalnych, a kiedy trzeba poruszy. Bardzo smaczny hamburger.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Rojst ’97

Wydawało się, że już nie wrócimy do małego miasteczka gdzieś na Śląsku. Tutaj dwóch dziennikarzy prowadziło na własną rękę śledztwo w sprawie zabójstwa działacza partyjnego. Prawda została odkryta, lecz nie mogła zostać wypowiedziana na głos. To był rok 1984, czyli jeszcze system się mocno trzymał, choć na chwiejnych nogach. Teraz mija 13 lat i miasteczko zostało zalane podczas powodzi stulecia. Miejscowość rozwinęła się i wszystkim żyje się lepiej, w końcu jest demokracja, nie? Ale pojawia się kolejna paskudna sprawa – pękł wał przeciwpowodziowy, zalewając całe miasto. W okolicznym lesie wypłynęły kości sprzed kilkudziesięciu lat, a także ciało 12-letniego chłopaka – Daniela Gwitta. Wszystko wskazuje na utonięcie, jednak prowadzący sprawę sierżant Anna Jass (wysłana z Warszawy) oraz starszy sierżant Adam Mika zaczynają mieć poważne wątpliwości.

W tym samym czasie do miasteczka wraca dziennikarz Piotr Zarzycki razem z żoną oraz 13-letnią córką. Mężczyzna został nowy redaktorem naczelnym „Kuriera Wieczornego”, który został wykupiony przez niemieckiego inwestora. Problem w tym, że przyszłość gazety z powodu niskiej sprzedaży wisi na włosku. Chcąc podnieść nakład poleca napisanie artykułu na temat grobów w lesie, a także spotyka się z reklamodawcą, niejakim Kielakiem. Biznesmen prosi dziennikarza o pomoc w sprawie porwania jego syna dla okupu w zamian za dodatkową kasę. Jednak Zarzycki ma jeszcze jeden powód, by wrócić tutaj.

„Rojst” powrócił z drugim sezonem, dzięki Netflixowi, który wykupił produkcje zrealizowane przez Showmaxa. Reżyser Jan Holoubek razem ze współscenarzystą Kasprem Bajonem wracają do konwencji kryminału zmieszanego z dramatem obyczajowym. Ale w przeciwieństwie do pierwszej serii, jest tutaj zachowany lepszy balans, zaś dwie sprawy mają w pełni satysfakcjonujące rozwiązanie. I twórcy tutaj dobitnie pokazują, że mimo zmiany ustroju politycznego orz ekonomicznego, tak naprawdę nie zmieniło się zbyt wiele. „Jednych skurwysynów na górze zastąpili inni, ot cała transformacja” – jak podsumowuje poprzedni naczelny „Kuriera”. Niby jest bardziej bogato, kolorowe telewizory stają się normą, w redakcji zamiast maszyn do pisania są komputery i Internet, rozwija się budownictwo, kolorowa prasa i teraz nikt nie musi szeptać zamiast rozmawiać. Problem w tym, że ta zmiana to tak naprawdę tylko kosmetyka, inne ciuszki, ale w środku tego organizmu jest ten sam smród zbudowany na układach, korupcji, tajemnicy i kłamstwie.

Stąd też w dialogach wiele odniesień do wydarzeń z poprzedniej serii oraz masa znajomych miejsc. Jednak tajemnic do rozwiązania oraz zagadek jest więcej. Tak wiele, że czasami można od tego zgęszczenia pogubić się. Dlaczego? Wiele wątków pobocznych zostaje tylko zaznaczonych, by potem nie wrócić (kwestia odzyskania czytelników „Kuriera”, interwencja w domu Cyganów), a inne wracają po dłuższej przerwie (zaginięcie młodego Kielaka), co może zaskoczyć paroma zbiegami okoliczności. Jednych przekonają, innym wydadzą się naciągane. Ja w obydwa dochodzenia wsiąkłem, głównie dzięki bardziej zwartej narracji oraz świetnie prowadzonemu napięciu do samego końca. A to mi się rzadko zdarza w przypadku seriali kryminalnych.

Nadal najmocniejszym punktem „Rojsta” jest odtworzenie realiów epoki. Scenografia, rekwizyty i kostiumy znakomicie przypominają lata 90. – szare, bure, pozornie tylko lepsze. Klimat jeszcze potęguje osadzenie historii podczas powodzi, gdzie wiele budynków zostało zalanych. Ulice pełne brudu, wyrzucanych mebli i popowodziowego błota tylko pomagają wejść w to nowe bagienko. Muzyka też robi swoje, gdzie w tle mamy hip-hopowe kawałki Liroya i Kalibra 44, ale najbardziej zaskoczyło mnie jedno. W scenach w hotelu, gdzie na dole jest bar towarzyszy muzyka z lat 80. i to był dla mnie pewien problem. Równie świetnie zrobione są sceny retrospekcji z życia Wanycza, gdzie poznajemy prawdę wokół znajdującego się w lesie obozu dla Niemców. To, co tylko wspomniano w pierwszej serii, nabiera konkretnego kształtu i pokazuje bezwzględność czasów, gdzie bezwzględność Niemców zastąpiła bezwzględność Sowietów oraz prawo zwycięzcy (zwane też prawem silniejszego). Od warstwy wizualnej – zdominowanej przez żółć i czerń – po scenografię oraz aktorstwo (głównie Krzysztofa Oleksyna i znanej z „Dark” Giny Steibitz).

Także aktorsko jest przynajmniej o klasę wyżej niż poprzednio. Grający główne role w pierwszej serii Andrzej Seweryn (Wanycz) i Dawid Ogrodnik (Zarzycki) tutaj zostają zepchnięci na dalszy plan. Nadal jednak mają wiele do roboty, zwłaszcza Ogrodnik, który nie zmienił się aż tak bardzo. To nadal dziennikarz-idealista, zbyt mocno oddany pracy i łatwo dający się podejść. Jednak bardzo zaskoczyła mnie jego relacja z żoną (ucharakteryzowana i o wiele lepsza Zofia Wichłacz), naznaczona nieznaną tajemnicą z przeszłości kobiety. Starzy znajomi nadal trzymają fason jak Ireneusz Czop, Michał Kaleta, Dominik Bąk czy Piotr Fronczewski. Jednak to nowe postacie rozdają karty tutaj i jestem pod wielkim wrażeniem. Zarówno Magdalena Różczka (sierżant Jass), jak i Łukasz Simlat (sierżant Mika) przechodzą tutaj samych siebie. One jest twarda, zdeterminowana i nie odpuszcza w wyjaśnieniu sprawy, co wynika z pewnego bardzo poważnego błędu z przeszłości. Bliżej ją poznajemy podczas krótkich rozmów z ojcem, zaś fascynacja astrologią czy tarotem wyróżnia ją z tłumu innych policjantek. Mika to z kolei inny egzemplarz – jąkała, troszkę starszy, zmęczony. Początkowo może budzić śmiech, ale to tylko powłoka, skrywająca bardzo inteligentnego śledczego, który jest wplątany w sieć układów i nie zawsze działa dobrze. Niemniej pod koniec serii pokazuje drzemiącą w sobie jasną stronę Mocy, znakomicie uzupełniając się z Jass.

Pozostali aktorzy też wypadają tutaj dobrze: od Łukasza Lewandowskiego (ojciec Gwitta – świadek Jehowy) przez Mirosława Kropielnickiego (Kielak) i Michała Pawlika (gliniarz Dzidzia z fryzurą prawie na czeskiego piłkarza) po śliskiego Marcina Bosaka (Jacek Dobrowolski, szef osiedla Oaza). Nawet drobne role są zagrane bardzo wyraziste, co w przypadku polskich produkcji jest rzadkością, a nie chcę wymieniać wszystkich. Inaczej zmieniłoby się to w nieskończoną wyliczankę.

Drugi sezon „Rojsta” przebija poprzednika w każdym aspekcie, mając o wiele lepszą historię do opowiedzenia. Brudny klimat, świetne aktorstwo oraz pierwszorzędna realizacja sprawiają, że mogę „Rojst ‘97” nazwać najlepszym polskim serialem zrobionym dla Netflixa. Czy będzie trzecia seria? Wszak twórcy pozostawili furtkę do tego.

8,5/10

Radosław Ostrowski