Każdy ma swoje lato

Mam wrażenie, że za dużo razy oglądam filmy na temat Polski tzw. prowincjonalnej (czytaj: znajdującej się poza wielkimi miastami jak Warszawa), że ciężko jest wymyślić coś nowego na ten temat. Bo wiadomo, że jest brak perspektyw, mentalność hipokryczno-katolicka oraz łatwiej zakopać rodzinne tajemnice. O czymś zapomniałem? No tak, musi być osoba z zewnątrz, która obserwuje całą sytuację. I w zasadzie mamy film „Każdy ma swoje lato” Tomasza Jurkiewicza.

kazdy ma swoje lato1

Tzw. fabuła skupia się na dwóch, a w zasadzie trzech postaciach. Pierwszą jest Mirek (Nicholas Przygoda) – młody chłopak pracujący w markecie, przy dziale mięsnym. Mieszka razem z dziadkami, gdyż rodzice zmarli dawno temu. Babcia gra na organach w kościele, zaś dziadek ma demencję. Albo inną chorobę, przez którą nie kontaktuje. Słabo jest. I do tego miasteczka trafia do oazy dziewczyna – Agata (Sandra Drzymalska), która pracuje w kuchni. Chłopak zaczyna bujać się w dziewczynie, do tego dziadkowi przypomina kogoś o imieniu Marysia. O kogo chodzi? Cóż, nie obchodziło mnie to.

kazdy ma swoje lato2

Sam film bardziej przypomina zbiór niepowiązanych zbyt mocno ze sobą wątków, przez co rozjeżdża się na niemal wszystkie strony. Z jednej mamy chłopak zmuszonego do wspólnego przebywania z dziadkiem. A w zasadzie wykorzystującym obecność dziadka do podrywania dziewczyny (to jest trochę poniżej jakichkolwiek standardów i brzmi ohydnie). Z drugiej nową dziewuchę, o której nie wiemy wiele, oprócz bycia zbuntowaną. Jak to wygląda? Chodzenie w luźnych ubraniach, by sprowadzać dziewczyny na ścieżkę deprawości. W sensie, że młodsze dziewczynki zaczną nosić to samo, co ona. Chyba. I są tylko same dziewuchy w wieku szkolnym, żadnych nastolatek czy młodych kobiet. To jest wręcz zastanawiające. Jest jeszcze drobny wątek związany z konserwatorem, mającym naprawić organy, co kończy się – uwaga, nie spodziewacie się – romans mężczyzny z babcią. Dość brutalnie zakończonym. Jeszcze jest zakład związany z… pozbyciem się kolczyka z pępka Agaty, ale na samą myśl czuje się dziwnie.

kazdy ma swoje lato3

Sporo jak na produkcję trwającą nieco ponad godzinę, jakby reżyser chciał na siłę upchnąć wszystko. To oznacza jedno: chaos większy niż na polu bitwy. Albo należałoby film wydłużyć, albo parę rzeczy powyrzucać i skupić się na dwóch, istotnych wątkach. Co oznacza, że czas przy tym filmie straaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaasznie się dłuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuużył. Jest tak źle, że nawet realizacja czy aktorzy nie są w stanie podnieść filmu na wyższy poziom. Pozbawiony jakiegokolwiek sensu, zakończenia oraz życia burdel, który nigdy nie powinien powstać. Przynajmniej nie w takiej formie.

3/10

Radosław Ostrowski

Jak najdalej stąd

Znów dziś myślałem o emigracji/To jest melodia mojej generacji – ten fragment piosenki „Jazz nad Wisłą” T. Love skojarzył mi się z najnowszym filmem Piotra Domalewskiego. Opowieść o rodzinie, gdzie jeden z członków familii wyjechał do pracy poza kraj. Wszystko widzimy z perspektywy 17-letniej córki Oli. Dziewczyna stara się zdobyć prawo jazdy, ale jej nie wychodzi. Ojciec pracuje w Irlandii, zaś matka opiekuje się sparaliżowanym bratem dziewczyny. Niestety, pewnego dnia przychodzi najgorsza możliwa wiadomość: ojciec ginie w wypadku. Matka decyduje, że Ola – jako znająca język angielski lepiej niż ona – odbierze ciało mężczyzny na pogrzeb do kraju.

Domalewski niejako kontynuuje tematykę, którą zaznaczył już w debiutanckiej „Cichej nocy” – emigracji ekonomicznej. Jednocześnie „Jak najdalej stąd” to kino inicjacyjne, gdzie bohaterka powoli zaczyna poznawać rodzica, o którym niewiele wie. Jest jeszcze jeden haczyk dla niej: schowane i odkładane przez ojca pieniądze dla niej na samochód. I to byłaby dla niej szansa na wyrwanie się z tego domu oraz szansę na usamodzielnienie się. Zderzenie się jednak z nowym światem oraz inną rzeczywistością nie przebiegnie ani tak gładko, ani szybko jak sądzi.

Film dotyka poważnych spraw, jednak nie jest śmiertelnie poważny. Nie brakuje w dialogach humoru, brzmią one bardzo naturalnie. Domalewski niby opowiada historię jakich mogliśmy usłyszeć i zobaczyć tysiące. Komplikacje związane z brakiem pieniędzy oraz biurokracją mogą wydawać się początkowo szablonowe. Ale nie miałem żadnego poczucia sztuczności, zaś zaradność i spryt naszej bohaterki (fantastyczna w swojej roli debiutantka Zofia Stafiej – zapamiętajcie to nazwisko!!!). Czasami nie zawsze działającej na granicy prawa. Wszystko to pokazuje jedno: ewolucję jej charakteru. Z bycia tą roszczeniową, co jej się należy do próbującej zrozumieć jej ojca, bliżej go poznać. Jakby próbowała nadrobić ten bezpowrotnie odebrany czas. W tych drobnych momentach reżyser przypomina Kena Loacha.

Wielu osobom może przeszkadzać pewna epizodyczność konstrukcji scenariusza, ale dla mnie nie był to żaden problem. Dopóki bliżej poznaję Olę oraz to jak mimo przeciwności losu robi wszystko w osiągnięciu celu. Realizacyjnie idzie to w stronę wręcz dokumentu, z rzadkimi chwilami muzyki (pianistyczne pasaże Hani Rani) oraz wyrazistym drugim planem (film kradnie Arkadiusz Jakubik jako pośrednik pracy Mazurek). Bardziej złapał mnie debiut, niemniej drugi film potwierdza talent Domalewskiego. Nie mogę się doczekać kolejnych produkcji tego reżysera, a zakończenie jest w punkt.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zieja

Z Robertem Glińskim ostatnio jest mi bardzo nie po drodze. Zarówno „Kamienie na szaniec”, jak i osadzony w środowisku harcerskim „Czuwaj” były bardzo, bardzo rozczarowujące. A w przypadku tego ostatniego nazwanie go gównem byłoby obrazą dla gówna. Reżyser jednak się nie poddaje i dalej szuka swojej zaginionej formy. Czy biografia księdza Jana Ziei jest szansą na przełamanie formy? Nie do końca, choć jest to krok w dobrą stronę.

Cała akcja osadzona jest w 1977 roku, kiedy działa Komitet Obrony Robotników. Była to organizacja opozycyjna wspierająca rodziny aresztowanych ludzi pracy. Zarówno finansowo, jak i prawnie. Intryga skupia się na zebraniu informacji przez próbującego wrócić do łask oficera bezpieki. Żeby to zrobić, major Grosicki postanawia przesłuchać księdza Zieję. Dlaczego? Bo wygląda jak święty, a od takich „naiwnych” łatwiej wyciągnąć informacje. Bardziej pomylić się nie mógł.

zieja2

Wszystko oplecione jest retrospekcjami, gdzie poznajemy przeszłość duchownego: od walk podczas wojny z bolszewikami przez kampanię wrześniową aż do aresztowania prymasa Wyszyńskiego. I nawet jak na duchownego, postać Ziei jest wręcz wywrotowa. Bliżej mu do papieża Franciszka, próbującego być bliżej ludzi niż instytucji oraz ślepemu podążaniu za dawno stworzonymi zasadami i prawami. Bo jak nazwać sytuację udzielenia pogrzebu samobójczyni czy wyspowiadaniu niemieckich żołnierzy, będąc jeńcem wojennym? I nie nawoływać do zabijania podczas wojny? To ostatnie aż mogłoby śmierdzieć dezercją. O wyprawie do Rzymu bez paszportu nawet nie wspominam.

zieja3

Innymi słowy Gliński wystawia duchownemu laurkę, pokazując jako niezłomnego człowieka w zasadzie bez skazy. To nie daje ani Andrzejowi Sewerynowi, ani wcielającego się w jego młodsze wcielenie Mateuszowi Więcławkowi żadnego pola manewru. Jakichkolwiek odcieni szarości, tylko żywy pomnik, co nie pozwalało mi za bardzo zainteresować się tą postacią. Lepiej prezentuje się major Grosicki (solidny Zbigniew Zamachowski), próbujący rozgryźć i zrozumieć duchownego. Sam mający wątpliwości, ale jednocześnie chce wykorzystać szansę na powrót do łask swoich przełożonych. Ale on sam nie jest w stanie wnieść całość, bo reszta postaci bardziej przypomina marionetki z szablonami. Bez charakteru i głębi.

zieja1

Czy jest w ogóle coś dobrego w „Ziei”? Świetne są zdjęcia, zwłaszcza te ze scen retrospekcji, pełne przytłumionych kolorów. Sceny batalistyczne też prezentują się dobrze, bez poczucia dezorientacji i chaosu. Ale sami żołnierze obu stron są troszkę pierdołowaci, co pokazuje scena z powstania (strzelanina w kościele). Kule bardziej niszczą obrazy, krzyże czy rzeźby religijne niż w siebie. Przypadek? Oby.

Gliński w „Ziei” popełnia największy grzech, jaki filmowiec może popełnić – realizuje nudny film o potencjalnie ciekawej postaci. Laurka pozbawiona charakteru oraz jakichkolwiek emocji, przedstawiająca czarno-biały świat. Nie jest tak żenujący jak „Czuwaj”, niemniej jest to wielkie rozczarowanie.

4/10

Radosław Ostrowski

Nomadland

W życiu każdego człowieka przychodzi moment, kiedy zostaje zmuszony porzucić swoje domostwo i ruszyć przed siebie. Czasem nie daje się znaleźć żadnego fizycznego domu – z różnych powodów: własnego wyboru lub czynników zewnętrznych. Ten drugi przypadek pasuje do Fran, która po likwidacji miejsca pracy została zmuszona – razem z mieszkańcami całego miasta – przenieść się. Kupiła kampera, szuka jakiejkolwiek pracy od miasta do miasta. I z nią poznajemy kolejnych wędrowców, robiących to samo, co Fran.

Na pierwszy rzut oka „Nomadland” od reżyserki Chloe Zhao wydaje się kolejny filmem drogi. Wędrujemy z Fran jej kamperem, będącym także domem, poznajemy innych nomadów oraz ich historie. Najbardziej zadziwił mnie fakt, że bohaterami są tutaj ludzie o wiele dojrzalsi, z dużym bagażem doświadczeń i zaczynający się przyzwyczajać do tej nieustannej wędrówki. Głównie dlatego, że nie mają do czego wracać, a inni inaczej nie potrafią żyć. Tak właśnie jest z Fran, która po śmierci męża, upadku firmy i utraty domu, rusza za pracą. Problem jednak w tym, że to zawsze praca sezonowa, nic na stałe. Czy to w Amazonie, restauracji czy parku narodowym. Powoli zaczynamy odkrywać jej przeszłość i pojawiają się pytania. Czy chodziło tylko o szukanie pracy, a może o bycie niezależną od pomocy innych, nawet najbliższej rodziny? Nie poznamy odpowiedzi, pozostają tylko domysły.

Reżyserka nie pokazuje tylko dobrych stron bycia wędrowcem bez domu. Bo są pewne chwile, gdzie dostęp do cywilizacji wiele ułatwia. Jak choćby wymiana opony, naprawa auta czy kupno papierosów. A i z parkowaniem czy zatrzymaniem pojazdu bywają problemy. Wszystko w przepięknych krajobrazach, jakie mógłby sfilmować Emmanuel Lubezki czy Roger Deakins. Przyroda jest tutaj zachwycająca, jednak jej niemal pustynne otoczenie pogłębia poczucie samotności i alienacji. A prowadzone jest to niczym reportaż – przyglądamy się pozbawionej pudrów biedniejszej stronie Ameryki. Jest parę długich ujęć, zaś kamera niemal cały czas jest przyklejona do Fran (wyciszona i znakomita Frances McDormand). Dostajemy też czas na poznanie innych nomadów jak Dave’a, Lindę May czy Swankie, przez co ta perspektywa zaczyna się poszerzać.

Ale mam pewien problem z tym filmem: zachwycam się realizacją i wykonaniem, ale kompletnie się nie zaangażowałem w tą historię. Cały czas czułem barierę i nie wiem czy to wynika z tematyki, czy może w epizodycznej konstrukcji scenariusza? Chyba raczej to drugie, choć jest kilka niezapomnianych momentów jak wszystkie sceny z Dave’m czy spotkanie z kimś w rodzaju mentora grupy.  W tych momentach biło serce tego filmu. Na pewno miłośnicy kontemplacji znajdą dla siebie bardzo dużo, a reszta powinna zmierzyć się. Choćby ze względu na aktorstwo, które jest przednie.

7/10

Radosław Ostrowski

Nowiny ze świata

Jakim aktorem jest Tom Hanks każdy widzi. Od lat jego role wydają się być ucieleśnieniem wszystkiego, co najlepsze mają Amerykanie. Rzadko jednak wyskakując ze swojego emploi, mierzył się w zasadzie każdym gatunkiem. Oprócz dwóch – kina superbohaterskiego i westernu. Do jakiego gatunku zaliczają się „Nowiny ze świata”?

Amerykanin gra tutaj kapitana Jeffersona Kidda – weterana wojny secesyjnej, który walczył po stronie Południa. Ale już minęło 5 lat i czas wojny minął. Teraz jest kimś, kogo można nazwać sprawozdawcą czy prezenterem wiadomości. Tylko, że w 1870 roku telewizji nie było, lecz tradycyjna prasa. Mężczyzna przyjeżdżał od miasteczka do miasteczka z gazetami i wieczorem przekazywał im wieści. Jak sam mówił, by zapomnieć o bólach oraz troskach. Zwłaszcza, że dla wielu ciągle wspominana jest wojna i droga do zjednoczenia narodu jest bardzo wyboista. Podczas jednej z wędrówek kapitan odnajduje rozbity wóz, a w niej białowłosą dziewczynę. Johanna została porwana przez Indian i żyła z nimi wiele lat, aż jej nowa rodzina została wybita przez wojsko. Dziewczynka miała trafić do krewnych w oddalonym kilka tysięcy kilometrów miasteczku. Kidd decyduje się dowieść do wujostwa.

nowiny ze swiata2

Najbardziej zaskoczyło mnie to, że „Nowiny ze świata” to film Paula Greengrassa – brytyjskiego filmowca, realizującego filmy w niemal paradokumentalnym stylu. Z nerwowo trzęsącą się kamerą, ujęciami z ręki, wypranymi kolorami oraz mniej znanymi aktorami. Tym bardziej byłem zdziwiony realizacją. Wizualnie film bardzo przypomina niemal klasyczne westerny, z obowiązkowymi wielkimi krajobrazami i bardzo dobrze pokazanymi miasteczkami. Na niepogodzonym z porażką Południu, pełnym ludzi rozczarowanych, zgorzkniałych, nieakceptujących nowych zmian. Czasami egzekwujących swoje przekonania za pomocą rewolweru.

nowiny ze swiata1

I w tym krajobrazie porusza się ta dwójka bohaterów – oboje z naznaczoną mrokiem przeszłością, nie pasujący troszkę do otaczającego się świata. Jak w klasycznym kinie drogi, mężczyzna i dziewczynka zaczynają poznawać się coraz bliżej, budując – w jakimś sensie – relacje ojciec-córka. Ta droga nie będzie, a spotkani po drodze ludzie będą różni: od bandytów przez lokalnego watażkę, terroryzującego swoją osadę po Indian. Reżyser nie boi się pokazać mniej przyjaznej strony Ameryki, zakończonych strzelaninami. Nie oznacza to jednak, że „Nowiny ze świata” zmieniają się w dynamiczną rzeźnię czy kino akcji, o nie. To staroszkolny western z pietyzmem odtwarzający epokę oraz jej realia, z powoli budowaną atmosferą.

nowiny ze swiata4

Co najbardziej działa to ewidentnie duet grający główne role. Tom Hanks jest standardowym Tomem Hanksem, czyli budzącym sympatię nosicielem nadziei z przeszłością. Niemniej wie, że świat nie zawsze jest przyjazny i bezpieczny, więc trzeba być gotowym na wszystko. Ale prawdziwym objawieniem jest Helena Zengel, czyli Johanna. Dziecko zbyt dzikie, by żyć w zgodzie z cywilizacją, nie pamiętające swojej przedindiańskiej przeszłości. Oboje mają wiele do zapomnienia i próbują jakoś żyć dalej, ale z czasem ta relacja zaczyna się pogłębiać. Droga przechodzona przez Hanksa i Zengel to najmocniejsza część tego filmu.

nowiny ze swiata3

„Nowiny ze świata” są filmem tak niedzisiejszym, że powstanie tego dzieła jest cudem samym w sobie. Jeśli macie Netflixa i lubicie jeździć na koniach ku zachodzącemu słońcu, jest to pozycja dla was. Dla mnie jest to jeden z przyjemniejszych seansów i nieoczywista robota Greengrassa.

7/10

Radosław Ostrowski

Proces Siódemki z Chicago

Jeśli widzę na plakacie nazwisko Aarona Sorkina, można założyć bardzo dużą ilość dialogów. Teatralny rodowód scenarzysty jest obecny od pierwszej napisanej fabuły dla kina, czyli sądowego dramatu „Ludzie honoru”. Po 25 latach pisania scenariuszy oraz tworzenia seriali telewizyjnych, autor postanowił chwycić za kamerę. „Gra o wszystko” była udanym debiutem, więc Sorkin poszedł za ciosem i postanowił zrealizować… dramat sądowy. O głośnym w Chicago 1969 roku procesie przeciwko aktywistom społecznym w sprawie dotyczącej zmowy oraz podżeganiu do przemocy.

proces 7 chicago2

A kim byli oskarżeni? Dwaj działacze Studenckiej Partii Demokratycznej, dwaj członkowie partii Yippies, aktywista Stowarzyszenia na Rzecz Zakończenia Wojny w Wietnamie, dwóch młodych chłopaków sprawiających wziętych z łapanki. No i mający wygłosić przemówienie członek Czarnych Panter, bo wtedy trzeba oskarżać każdego czarnoskórego. A rząd zrobi wszystko, by udowodnić winę oskarżonych.

Podobno w amerykańskim prawie nie ma czegoś takiego jak proces polityczny. Ale reżyser Sorkin pokazuje ten dziwny okres, kiedy w kraju toczyła się niejako wojna domowa. Wojna ideologiczna, spotęgowania przez prowadzenie wojny w Wietnamie jeszcze tak nie podzieliła narodu. Młodzi, bardziej idący na lewo (uważani za komunistów), pacyfiści, hippisi kontra konserwatyści oraz rząd wymagający bezwzględnego posłuszeństwa. Dosłownie iskrzyło, a walka toczyła się m.in. o prawa obywatelskie oraz zaprzestanie bezsensownej wojny. Jednak dla rządu Nixona ci ludzie stali się wrogami, antypatriotami i komunistami.

proces 7 chicago1

Sorkin opowiada się za oskarżonymi, jednak pokazuje pewne wewnętrzne konflikty w grupie. Ci bardziej politycznie zaangażowani (Tom Hayden, Rennie Davis) z pewny wywyższeniem patrzyli na działających bardziej oddolnie aktywistów. Chodziło głównie o Abbiego Hoffmana i Jerry’ego Rubina, którzy wyglądali bardziej jak hippisi, mniej poważni gości. Im dalej jednak w las, tym bardziej widać, że są to bardzo ogarnięci goście. Żeby jeszcze bardziej chwycić, reżyser zastosował prostą sztuczkę: łamanie chronologii. Przebieg demonstracji oraz konfrontacji z policją poznajemy za pomocą zeznań, które zostają potem zwizualizowane. Oprócz tego przebywamy poza salą sądową w dwóch kluczowych miejscach: domu obrońcy William Kunstlera oraz podczas stand-upów Abbiego Hoffmana. Te drugie stanowią pewien bardzo ironiczny komentarz do całej sytuacji.

proces 7 chicago3

Dzięki tym narracyjnym zabiegom oraz fantastycznej robocie montażowej nie nudziłem się ani chwili. Nawet w scenach pozwalających na złapanie krótkiego oddechu. I poznajemy kolejne sztuczki wykorzystywane przez rząd w celu dyskredytacji oskarżonych: jednoznacznie stronniczy sędzia, działający w tłumie gliniarze pod przykrywką, podsłuchy, zastraszanie. A ja nie mogłem pozbyć się skojarzeń w kwestii działania sądu. Oglądając ten proces czułem się jak podczas procesów politycznych państw komunistycznych. Niemal ciągłe odrzucanie wniosków obrony, zmiana składu przysięgłych, manipulacja – za bardzo znajomo to brzmiało, bym mógł przejść obojętnie. Nawet mając świadomość tego, że reżyser jednoznacznie opowiada się po jednej ze stron.

proces 7 chicago4

Chociaż największą gwiazdą filmu Sorkina jest scenariusz, to także aktorzy grają absolutnie fantastycznie. Jest tu masa znanych twarzy zarówno kojarzonych z drugim planem jak John Carroll Lynch, Alex Sharp czy Jeremy Strong. Zaskakuje wypadł Eddie Redmayne jako pewny siebie Hayden, formę potwierdza Joseph Gordon-Levitt w roli prokuratora prowadzącego sprawę, a na dwie sceny show kradnie Michael Keaton. Jeśli jednak ktoś jest prawdziwą gwiazdą, to tutaj są aż trzy najwyrazistsze role.

proces 7 chicago5

Pierwszą jest Abbie Hoffman w wykonaniu Sachy Barona Cohena i powiem to od razu: to jego najlepsza rola w karierze. Na pierwszy rzut oka ten bohater sprawia wrażenie niepoważnego błazna, jednak to on rozgryza przebieg procesu i jest bardzo inteligentnym mówcą. Bardzo duża niespodzianka. Obok niego błyszczy silny, choć niepozorny Mark Rylance. Jego Kunstler to doświadczony prawnik, próbujący stosować i reagować stanowczo na wszelkie nieczyste zagrywki. Ale nawet on bywa czasem bezsilny wobec sędziego Hoffmana o twarzy Franka Langelli. To jeden z największych dupków, tak naprawdę sterujący całym procesem i stronniczy jak żaden inny sędzia od dawna. Rzadko mi się zdarza spotkać postać, której nienawiść odczuwałbym od samego początku.

proces 7 chicago6

Nie mam wątpliwości, że „Proces Siódemki z Chicago” to ważny film dla Amerykanów, pokazujący przełomowy moment w ich historii. Fenomenalnie zrealizowany i zagrany, wiernie odtwarzający nerwowe lata 60., które zmieniły kraj na zawsze. A dla nas niejako przy okazji kino instruktażowe o tym jak walczyć o swoje prawa na ulicy i do czego mogą doprowadzić ludzie niekompetentni do systemu sądownictwa. Zaskakująco aktualne kino.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Minari

W USA ostatnio zaczynają się przebijać filmy o mniejszości azjatyckiej mieszkającej w krainie perspektyw oraz możliwości. Po ciepło odebranym „Kłamstewku” otrzymujemy „Minari” od reżysera Lee Isaaca Chunga. I jest to film zaskakująco niedzisiejszy, nie tylko ze względu na bardzo spokojne tempo, ale w ogóle wyciszone dzieło.

Cała akcja skupia się na rodzinie z Korei, która trafia do USA lat 80., by spełnić amerykański sen. Ojciec z matką pracują na farmach, gdzie oddzielają samice i samce młodych kurczaków. Rodzice mają też dwoje dzieci: starszą córkę i młodego syna z chorowitym sercem. Tym razem cała rodzina trafia do Arkansas, gdzie ojciec kupuje ziemię, by założyć farmę. I ze sprzedaży wychodowanych warzyw utrzymać się. By to zrobić, biorą pożyczkę z banku, kupują sprzęt rolniczy i nawet zatrudniają sąsiada do pomocy.

Trudno tutaj mówić o jakiejkolwiek fabule czy intrydze, bo nie jest ona najważniejsza. To obyczajowa historia brzmiąca niczym tysiące innych takich historii. Zderzenie dwóch światów i próba odnalezienia się w nowej rzeczywistości, już na swoim. I nie jest to wcale takie proste jak się wydaje. Zwłaszcza, że ziemia może i jest żyzna, ale pojawiają się problemy. Głównie wynikają z braku wody oraz zbytniego zaangażowania Jacoba (ojciec) skupiającego się na ziemi aż za bardzo. Tak bardzo chce wyjść na swoje, że jest w stanie zostawić swoją rodzinę. Sen staje się obsesją i celem samym w sobie, co mocno może się odbić na wszystkich. A jeszcze pojawia się matka mężczyzny, która jest jedyną żyjącą członkinią rodziny mieszkającej w Korei.

Klimatem „Minari” najbliżej jest do filmów Hirokazu Koreedy, które z empatią i zrozumieniem podchodzą do swoich bohaterów. Bez osądzania oraz wskazywania czyja jest racja. Także zmysł obserwatorski wskazuje na kino Japończyka. Wszystko pokazane bez pośpiechu, ale ze wszelką paletą emocji: od kłótni po humor oraz wyciszenie. Takie rzeczy powstają bardzo rzadko, chociaż film nie porwał mnie aż tak bardzo jak myślałem. Najbardziej złapały mnie sceny z ewoluującą relacją między chłopcem a babcią (fantastyczna Yuh-Jung Youn). Zarówno babcia (gra w karty, przeklina i wybacza wiele), jak i dynamika z wnuczkiem, co początkowo jest dość nieufny. Drugą równie wyrazistą postacią jest „nawiedzony” sąsiad Paul grany przez Willa Pattona. Nawiedzony w sensie głęboko wierzący, czasami odprawiający jakieś rytuały godne szamana, zachowując pozytywne myślenie.

Ale tak naprawdę „Minari” jest opowieścią nie tylko o pogoni za amerykańskim snem, ale głównie o swojej tożsamości. Sama rodzina jest pod tym względem podzielona: rodzice, babcia i córka z Korei, syn urodzony już w USA. Ojciec (bardzo dobry Steven Yeun) niejako chce odciąć się od swojej przeszłości, pełnej biedy i ubóstwa, jakby to była jedyna rzecz zapamiętana z tego okresu. A jednocześnie są takie momenty, że tradycja się pojawia (próba ukarania chłopca za obrażenie babci) i nie można się jej całkowicie pozbyć. I ten wniosek dobitnie – choć nie wprost – pokazuje ostatnia scena.

To jest ten typ kina, które pojawia się znikąd, nie próbuje się mizdrzyć przed widzem ani łasić się na poklask. Szczery, skromny, prosty film, który – jestem co do tego przekonany – z kolejnymi seansami zacznie we mnie rosnąć. Ocena też pójdzie w górę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Judas and the Black Messiah

Każdy, nawet mniej zainteresowany historią USA słyszał o Czarnych Panterach. Nie byli to naśladowcy komiksowego superbohatera, choć też byli czarnoskórzy. To był ruch polityczny, który walczył o równe prawa Afro-Amerykańskiej mniejszości. Ale nie decydowali się na tą walkę pokojowo, tylko z bronią w ręku oraz ideologią socjalistyczno-marksistowską. Dla amerykańskiego rządu byli równie niebezpieczni, co Malcolm X.

Historia filmu Shaki Kinga skupia się na wiceprzewodniczącym komórki Czarnych Panter w Chicago, Fredzie Hamptonie (znakomity Daniel Kaluuya). Charyzmatyczny frontman zostaje wzięty na celownik FBI. Służba wpada na pomysł infiltracji komórki Czarnych Panter przez wprowadzenie tam swojego człowieka. Tym staje się William O’Neil – drobny cwaniak, neutralny politycznie. Nie robi tego jednak z własnej woli, bo wpadł na przekręcie. Mężczyzna udawał agenta FBI, by kraść auta, jednak został zgarnięty przez policję. Grozi mi paroletnia odsiadka, chyba że pójdzie na układ.

judasz i czarny mesjasz1

Punkt wyjścia wydaje się prosty, zaś po filmie spodziewałem się prostego, czarno-białego podziału świata. Biali (policjanci i tajniacy) są okrutny, odrażający, źli, zaś czarnoskórzy (Czarne Pantery) są tylko idealistami, zmuszonymi do walki o swoje prawa siłowo. Bo to tylko ofiary niesprawiedliwego systemu. Prawda? Tylko częściowo, choć można odnieść wrażenie pewnego wybielenia postaci Hamptona (oprócz działań policji i FBI wobec niego, które pokrywają się z zachowanymi materiałami). Jak sam tytuł wskazuje, fabuła skupia się na dwójce bohaterów – Hamptonie, nazywanego na początku filmu przez Hoovera Czarnym Mesjaszem oraz zwerbowanego do współpracy O’Neila. Pozornie opowieść brzmi znajomo, jednak reżyser potrafi zaangażować i pokazać wszystko niejako od środka. Za serce łapią momenty nie tylko brutalnych działań policji (ostrzał i wysadzenie siedziby Czarnych Panter czy obława w stylu mafijnym), ale bardziej wyciszone momenty z życia prywatnego charyzmatycznego mówcy. Kiedy poznaje swoją partnerkę (cudowna Dominique Fishback), początkowo jest nieufna wobec jego przekonań. Z czasem dostrzega więcej, co budzi wątpliwości w kwestii związku oraz narodzin dziecka.

judasz i czarny mesjasz2

Podobał mi się też fakt, że twórcy nie wybielają samych Czarnych Panter. Są sceny szkolenia przyszłych członków, gdzie są cytowane słowa Mao Tze-tunga oraz ideologia marksistowska. Nawet dochodzi do spotkania z gangami w celu wspólnego działania. Napięcie podkręcają momenty, kiedy O’Neil albo czuje się zagrożony (kwestia zdobycia auta i pokazanie – pod bronią – jak go ukradł), ma ciągłą paranoję i musi udawać zaangażowanego. Ale czy udaje, czy może jednak zaczyna sympatyzować z ruchem? W tej roli Lakeith Stanfield bardzo dobrze pokazuje swoją postać „kreta”, który coraz bardziej czuje się zmęczony swoją rolą. Jednak dalej brnie, coraz bardziej świadomy swoich konsekwencji.

judasz i czarny mesjasz3

Zupełnie inny jest Hampton, któremu Kaluuya nadaje rysy idealisty-wojownika. Kiedy przemawia, jest w stanie porwać tłum swoją energią oraz przekonaniami, co pokazuje scena w kościele. Ale kiedy znajduje się poza mównicą, potrafi pokazać swoje bardziej wrażliwe oblicze. Te sprzeczności nie wywołują dysonansu, lecz uzupełniają skomplikowany charakter tej postaci. Chciałoby się takich momentów więcej, dzięki czemu spojrzelibyśmy na tego lidera z bardziej ludzkiej perspektywy.

judasz i czarny mesjasz4

Pewnym problemem dla mnie było czasami nierówne tempo oraz skupianie się na kilku postaciach, o których po pewnym czasie zapominamy. Rekompensuje to w dużym stopniu niepokojący klimat oraz świetnie zrealizowane zdjęcia. Nie brakuje tutaj mastershotów (pierwsze wejście O’Neila, kiedy podszywa się pod agenta FBI), nietypowych kątów oraz stylizacji na produkcję z początku lat 70. W połączeniu z minimalistyczną muzyką Marka Ishama i Craiga Harrisa mamy mocną mieszankę.

„Judasz i Czarny Mesjasz” jest przykładem ambitniejszego spojrzenia na społeczne ruchy walczące o prawa obywatelskiej mniejszości czarnoskórych. Ale rzadko mówi się o bardziej radykalniej odmianie, gdzie w ruch szło coś więcej niż tylko słowa. Reżyser Shara King nie próbuje za wszelką cenę wybielić i tworzyć na nowo historii, o co było bardzo łatwo. Mocne role dodają wiarygodności tej historii o mniej chwalebnym czasie Ameryki.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ojciec

Anthony jest mężczyzną w wieku mocno zaawansowanym. Mieszka razem z córką w jej mieszkaniu, co w zasadzie jest dość problematyczne. Po pierwsze, Anne chce przenieść się z Londynu do Paryża. Po drugie, Anthony cierpi na demencję, co mocno komplikuje wszystko. Zwłaszcza, że mężczyzna jest przekonany, iż jakiejkolwiek opiekunki nie potrzebuje.

ojciec (2020)-1

Debiutujący reżyser-dramaturg Florian Zeller przenosi na ekran swoją sztukę teatralną. Niby już było wiele opowieści o ludziach z paskudną chorobą w tle. Taką, która działa destrukcyjnie na ludzkim mózgu, doprowadzając do mieszania we łbie. Ale reżyser idzie tutaj o krok dalej. Nie chodzi o momenty, gdy bohater nieświadomie rani swoich bliskich. Albo nie jest w stanie przypomnieć sobie o ważnych rzeczach typu gdzie mam zegarek albo przyjdzie nowa opiekunka. Czy nawet tego, co robił dzień wcześniej. To by było zbyt proste i za łatwe do odczytania. Zamiast tego dosłownie jesteśmy w głowie mężczyzny (rewelacyjny Anthony Hopkins). Dni oraz sytuacje mieszają się ze sobą, ludzie pojawiają się i znikają jakby byli kosmitami. Czas sprawia wrażenie nie poruszającego się w ogóle, zaś wszystko inne jest płynne, ciągle zmienne. Gdzie my jesteśmy? Kiedy jesteśmy? Kim są ci ludzie?

ojciec (2020)-4

W tych momentach „Ojciec” bardziej przypomina egzystencjalny horror niż psychologiczny dramat. Czy może być coś równie przerażającego jak nieufność wobec swojej pamięci? Kiedy ma się poczucie bycia w jakimś nieokreślonym limbo? Taką atmosferę potęguje bardzo płynny montaż, co niemal od początku budzi konsternację. Ale to wszystko celowy zabieg, który – jak wspomniałem wcześniej – poznać od środka jak demencja niszczy ludzki umysł. Pod tym względem debiut Zellera przypomina „Sound of Metal” i działa w bardzo podobny sposób.

ojciec (2020)-3

Dzięki temu sposobowi narracji, reżyser unika emocjonalnego szantażu. Zaś każda scena interakcji Anthony’ego z pozostałymi postaciami potrafi parokrotnie uderzyć siłą rażenia bomby atomowej. Przede wszystkim głównie z córką Anną, wspaniale zagraną przez Olivię Coleman. Podziwiam jej spokój oraz ocean cierpliwości, choć ma wszelkie powody pójść na łatwiznę i zostawić ojca w ośrodku. Nawet jest ma się wrażenie – w chwila, kiedy jest sama – iż ten spokój jest pozorny, zaś Anne jest bardziej napięta niż struna w gitarze. Tak samo błyszczy cudna Imogen Poots (Lucy) oraz drobne role Olivii Williams czy Marka Gatissa.

ojciec (2020)-2

Ale to wszystko by nie zadziało, gdyby nie Anthony Hopkins. Aktor kolejny raz (po „Dwóch papieżach”) przypomina o tym, że jest w wysokiej dyspozycji. Anthony w jego wykonaniu jest dość trudnym człowiekiem w obyciu. Przez chorobę jego nastrój potrafi szybko się zmienić: od jowialności oraz serdeczności przez dezorientację i zagubienie po frustrację. Czasami do pokazania tych emocji wystarczą mu tylko oczy, a nie tylko tembr głosu czy sposób prowadzenia rozmowy.

Takie filmy są bardzo potrzebne, choć dla wielu osób może być to trudny seans. Mogę mieć tylko nadzieję, że za 60 lat życie dalej traktowało mnie względnie łagodnie i pamięć będzie sprawna. Ale to może być tylko pobożne życzenie. Jeśli film skłania mnie do zastanowienia, to nie może być słaby. Czy jest?

8/10

Radosław Ostrowski

Jak feniks

Netflix ze swoimi dokumentami zadziwia mnie bardziej niż mogłem to sobie wyobrazić. Uderzeniem był „Ikar”, który z opowieści o tym jak łatwo oszukać system antydopingowy zmienił się w thriller o największej aferze dopingowej w historii sportu. Zupełnie inaczej do tematu sportu podchodzi francuski film „Rising Phoenix”. Albo jak wolą nasi tłumacze „Jak feniks”, bo skupia się na innej dziedzinie sportu – paraolimpiadach. Zarówno pod względem organizacji jak i przygotowań każdego zawodnika.

jak feniks1

Pod względem realizacji to dokument jakich wiele – „gadające głowy”, masa archiwaliów. To wszystko widzieliśmy wcześniej, ale tematyka jest bardzo fascynująca. To nie tylko historia ruchu paraolimpijskiego, ale w ogóle o adaptowaniu się osoby niepełnosprawnej za pomocą sportu. Sportu dającego szansę nie tylko na osiągnięcie niezwykłych wyników, lecz także szansy na traktowanie osób niepełnosprawnych jako pełnoprawnych obywateli. Nie jako ludzi gorszej kategorii, spisanych na straty, uważanych za nieistniejących jak w Chinach (przed paraolimpiadą w 2008 roku) czy w Związku Radzieckim. Wszystko to dzięki inicjatywie żydowskiego lekarza, który musiał uciekać z nazistowskich Niemiec – sir Ludwiga Guttmanna.

jak feniks4

Każdy z zawodników stracił poważną część ciała czy to wskutek wypadku, choroby lub od urodzenia. Każde z nich ma swoją historię: chińska sztangistka, amerykańska biegaczka z rosyjskimi korzeniami, australijski rugbysta, a także – chyba najbardziej poruszająca dwójka – francuski biegacz, co stracił nogę podczas ludobójstwa oraz włoska florecistka bez dłoni i nóg. Oprócz nich poznajemy historię doktora Guttmana. Trafił przed wojną do Londynu, a po wojnie opiekował się osobami niepełnosprawnymi w szpitalach, gdzie powoli umierali. On to zmienił i wykorzystał sportowe aktywności jako pomoc przy odzyskiwaniu sprawności reszty ciała. Co doprowadziło do zorganizowania pierwszych zawodów sportowych w 1948 roku. Jednak pierwsza paraolimpiada odbyła się w 1960 roku we Włoszech, zaś ruch paraolimpijski rozkwita i trzyma się dobrze.

jak feniks3

To prowadzi z kolei do trzeciej historii skupionej na trzech (już byłych) działaczach Międzynarodowego Komitetu Paraolimpijskiego oraz przygotowaniach do trzech, przełomowych paraolimpiad. W Pekinie, Londynie oraz w Rio. Ta ostatnia historia trzyma w napięciu niemal jak thriller, bo cała impreza była zagrożona. Wszystko z powodu tego, iż pieniądze przeznaczone na paraolimpiadę zostały wykorzystane na… igrzyska olimpijskie. Takiej podłości nie spodziewał się nikt, a niestabilna sytuacja polityczna nie ułatwiała sprawy. Determinacja i upór tych gości (Xavier Gonzales, Andrew Parsons, sir Philip Craven) doprowadziły sprawę do szczęśliwego końca, choć był problem z niewielką widownią. Ale finał tej imprezy pokazuje jak wielki jest duch ludzi. Nie tylko zawodników, lecz także coraz bardziej wspierającej ich publiczności.

jak feniks2

Ja mogę jedynie zachęcić do obejrzenia tego pasjonującego filmu, pokazującego wielką siłę ducha humanizmu. Nawet jeśli ciało jest – delikatnie mówiąc – dalekie od doskonałości. Jeśli te słowa was nie przekonają, nie wiem jakich jeszcze mogę użyć argumentów.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski