Mauretańczyk

Sama tematyka niemal od razu jest w stanie złapać za serce. I w zasadzie reżyser czy scenarzysta wydają się nie mieć zbyt wiele do roboty. Ale czy aby na pewno? To zbyt duże uprowadzenie, bo bez solidnej fabuły oraz pracy reżysera nawet najlepszy temat można położyć. Czy tak jest z „Mauretańczykiem”, który został pominięty przy oscarowych nominacjach?

mauretanczyk2

Brytyjski reżyser Kevin Macdonald opowiada historię przetrzymywanego w Guantanamo obywatela Mauretanii. Jak się okazuje jego kuzyn był jednym ze współpracowników Osamy bin Ladena. No i sam Mohamadou przez pewien czas szkolił się w Al.-Kaidzie. A że wszystko zaczyna się po 11 września, resztę możecie sobie dopowiedzieć. „Amerykanie oszaleli”. Całą jego historię jednak poznajemy z perspektywy niejakiej Nancy Hollander. Jest ona prawnikiem idącą od wielu dekad na kolizyjnym kursie z rządem oraz wszelkim dokonywanych przez nich nieprawości. I to właśnie ona dostaje sprawę Mauretańczyka, choć nie jest ona łatwa.

mauretanczyk1

Czy jest to dramat sądowy? Nie do końca, to bardziej dreszczowiec opowiadający o tym, o czym niby pamiętamy, ale nie chcemy. Sama narracja toczy się dwu-, a nawet trzytorowo. Po pierwsze, mamy perspektywę mecenas Hollander (fantastyczna Jodie Foster), podejmującej się obrony przebywającego w Guantanamo mężczyzny. Kobieta razem z asystentką (solidna Shailene Woolley) podejmuje walkę o ustalenie prawdy. Dlaczego mężczyzna jest przetrzymywany, czy ktoś mu postawił zarzuty. Druga perspektywa to reprezentujący prokuraturę pułkownik Stuart Couch (zaskakujący Benedict Cumberbatch), który wie równie dużo, co jego oponentka – choć sam nie jest tego w pełni świadomy. Jest zdeterminowany do znalezieniu dowodów, lecz biurokracja mocno mu przeszkadza. Dochodzenie obojga do odkrycia utajnionych dokumentów jest jednym z kluczowych elementów tej tajemnicy.

mauretanczyk4

Ale najmocniejszym i najbardziej chwytające za gardło są wspomnienia samego Mohamadou (rewelacyjny Tahar Rahim), które utrzymane są w formie retrospekcji. Nawet zdjęcia są utrzymanie w innym formacie, jakby ekran się zmniejsza. Ten zabieg ma wywołać klaustrofobię oraz spotęgować poczucie izolacji wobec całego świata. Im dalej w las, tym bardziej przesłuchają stają się nieprzyjemne. Zwłaszcza kiedy do akcji wkracza armia i z jego perspektywy widzimy te wszystkie okrucieństwa w celu złamania go. Po co ta cała Konstytucja i przestrzeganie prawa, skoro można ją w imię strachu oraz żądzy zemsty ją zawiesić, łamać, okrążać dookoła? – pyta reżyser niejako między słowami.

mauretanczyk3

To jest o tyle zaskakujące, że to reżyser brytyjski przygląda się bardzo krytycznie amerykańskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Że w imię polowania na czarownice oraz podsycaniem nienawiści próbuje się piętnować czy zastraszać osoby działające w zgodzie z prawem. Pytanie w którym momencie większość ludzi nie ulegnie temu szaleństwu i pociągnie władze do odpowiedzialności. ale to chyba jednak pobożne życzenie, tak samo jak równość wobec prawa i szacunek do niego. Bardzo mocna rzecz oraz przypomnienie, że trzeba pilnować tej granicy.

8/10

Radosław Ostrowski

Sekret wilczej gromady

Wszyscy już się pogodziliśmy, że animację dzisiaj zdominowała technologia komputerowa. W zasadzie wszelka inna forma (animacja poklatkowa, ręczna kreska) jest niczym odnaleziony jednorożec. Być może dlatego odkrycie tego cudeńka działa na mnie tak odświeżająco pokazując, że jest tylko jeden dominujący styl. Tak jest choćby w przypadku irlandzkiego studia Cartoon Saloon. Reżyser Tomm Moore wraca do swoich klimatów znanych z „Sekretów morza” czy „Sekretu księgi z Kells”.

„Wolfwalkers” osadzona jest w XVII-wiecznym irlandzkim miasteczku, rozrastającym się coraz bardziej. Bohaterką jest angielska dziewczyna o imieniu Robyn, którą samotnie wychowuje ojciec – łowczy. Miasteczko jest terroryzowane przez mieszkające w lesie wilki. Na zlecenie lorda protektora las ma zostać wykarczowany, zaś wilki wybite do ostatniej sztuki. Podobno wśród wilków są tzw. wolfwalkerzy – czyli osoby w nocy „budzą się” ze swojego ciała pod postacią wilka, będący niejako liderami watahy. Dziewucha zamiast jednak posłusznie pracować w domu, wymyka się do lasu. Wpada w pułapkę i zostaje pogryziona przez wilka, który tak naprawdę jest… irlandzką dziewczynką. Zaczynają się zaprzyjaźniać, ale nocą u Robyn dochodzi do osobliwej sytuacji.

Więcej nie powiem, ale twórcy znowu czerpią z baśniowych elementów, mieszając z „realistycznym” światem. Tutaj zderzeń jest więcej, choć niektóre są tylko zasygnalizowane. Konflikt natury z człowiekiem, pogańskich wyznań z religią chrześcijańską, wreszcie między posłuszeństwem wobec władzy a podążaniem swoją drogą. Sama historia może budzić masę znajomych skojarzeń: „Merida Waleczna” (twarda główna bohaterka), „Księżniczka Mononoke” (zderzenie natury z postępem), „Avatar” czy poprzednie dzieła Cartoon Saloon. Mieszanka magii zderzona ze światem człowieka – przerażonego, żądnego władzy i posłuszeństwa (postać lorda protektora). Niejako w opozycji do tego świata żyją wilki, choć sama wataha nie jest zbyt wyraźnie zarysowana. Liczy się tam tylko Wolfwalker – w dzień człowiek, nocą wilk potrafiący także leczyć ranne istoty. Po drugiej stronie mamy Robyn, będącą typem postaci jaki ja nazywam chłopczycą. Idzie własną drogą, ciągnąc ku „męskim” zajęciom, choć nie jest to łatwa ścieżka. I to dostarcza masę zachwycających, angażujących scen, z pomysłowymi pościgami czy momentami stosowania podzielonego ekranu.

To ostatnia przypomina komiksowe ramki, co nie jest chyba przypadkowe. Sama kreska ma w sobie coś z ręcznie rysowanych książek dla dzieci. Tło może wydawać się proste i umowne, a jednocześnie nie brakuje tutaj przywiązania do detali. A kiedy mamy sceny z perspektywy wilka, gdzie są wyostrzone jego zmysły, oczy lecą jak szalone: oszczędna kolorystyka z silnie zaakcentowanym niebieskim oraz żółtym kolorem ma w sobie coś z gry komputerowej. Do tego mamy etniczną muzykę Bruno Coulaisa, którego wspiera zespół Kila, świetny dubbing z Seanem Beanem oraz Simonem McBurneyem (polskiej wersji nie ma i nie zanosi się na zmianę sytuacji), więc jak się tym nie zachwycić.

Dla mnie to najbardziej poruszająca i angażująca animacja od czasu „Kubo i dwóch strun”. Historia prosto opowiedziana, niepozbawiona mroku oraz poważnych tematów „Sekret wilczej gromady” ma wszystko co najlepsze z baśni, bez popadania w infantylizm. Dla mnie jeden z kandydatów na film roku.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Co w duszy gra

Dwa filmy Pixara w jeden rok? Takie prezenty kinomani lubią najbardziej, a przynajmniej taką szansę mieli obejrzeć widzowie tylko z USA. Więcej oczekiwano bardziej po „Soul”, czyli po naszemu „Co w duszy gra”. Za kamerą stanął weteran studia Pete Docter, który odpowiadał m.in. za „Potwory i spółkę” czy „W głowie się nie mieści”. A i sam zwiastun budził skojarzenia z ostatnim wymienionym tytułem, choć nie jest aż tak udany.

Bohaterem tego dzieła jest Joe Gardner – nauczyciel muzyki, którego największą pasją jest muzyka jazzowa. Ale nie dziwi to, bo jego ojciec też był jazzmanem z krwi i kości. Pracuje na pół etatu, a marzy o karierze muzycznej. W końcu dostaje szansę na koncert w zespole świetnej saksofonistki, Dorothy Williams. Jednak w drodze nie patrzy pod stopy i… wpada do kanału. Zgon na miejscu, jego dusza trafia w zaświaty. Nie gotowy na śmierć Joe ucieka, jakiś cudem wypada z drogi do Wielkiej Otchłani, trafiając do miejsca, gdzie dusze mają wejść do ciał ludzi. Przedtem muszą dzięki pomocy mentorów znaleźć życiową „iskrę”, by zapełnić miejsca w przepustce oraz trafić na Ziemię. Joe widzi w tym szansę na powrót do swojego ciała, podszywając się za mentora. Zaś jego podopieczną jest dusza numer 22, która za nic nie chce dojść do ludzkiego ciała.

Brzmi znajomo? „Co w duszy gra” jest w zasadzie tym, co najlepsze w Pixarze: mieszanką kina drogi, okraszoną odrobiną humoru, ale też zachowującą powagę historią z morałem. A jednocześnie sama wizja życia po śmierci potrafi oszołomić. Sama Wielka Otchłań nie jest robiona komputerową animacją, bardziej przypominając jakieś abstrakcyjne malowidła, tak jak postaci doradców o imieniu Jerry. Dziwacznie prosta kreska pasuje, a reszta to dalej trójwymiarowa animacja – piękna jak zawsze, stylowa jak nigdy. Nowy Jork jak i zaświaty wyglądają pięknie, szczególnie ten drugi świat. Miejsce z zagubionymi duszami wyglądający niczym zombie czy specjalnie tworzone muzeum z wycinków życia mentora – to kolejny przykład popisu kreatywności studia z Emeryville.

Historia wydaje się brzmieć znajomo, ale Docterowi znowu udaje się wyczarować ten świat. Działa to także dzięki naszemu duetowi bohaterów. Joe (rewelacyjny Jamie Foxx) marzy o karierze muzycznej, wierząc, że to jest cały sens jego życia. Ale ta pasja wydaje się być wręcz obsesją, jakby nic innego poza jazzem nie było wartościowe. Tylko czy ta pogoń za marzeniem nie doprowadzi do tego, że jego życie będzie tak naprawdę puste i ubogie? Ze to jest zbyt egoistyczne? Takie poszlaki pojawiają się w drugim akcie filmu, gdzie nasza parka trafia na Ziemię. Tylko, że dusza Joe nie jest w jego ciele, co pozwala mu z pewnym dystansem spojrzeć na swoje życie. Także zblazowana 22 (cudowna Tina Fey) odkrywa, że nie wszystko jest takie złe w tym naszym świecie. Ale trzeba się przełamać, w czym pomaga – choć nie do końca świadomie – Joe. Ta dynamiczna relacja zmuszony do współpracy dwójki bohaterów potrafi zaangażować emocjonalnie, a jednocześnie przy okazji stawia jedno pytanie. Jest ono banalne, ale nie jest zadane wprost: co to znaczy żyć? I czy warto zawsze gonić za marzeniami? Czy może zacząć dostrzegać coś więcej niż swój czubek nosa?

Odpowiedzi pewnie można się domyślić, ale jest to bardzo dobrze pokazane i opowiedziane. Może nie jest aż tak kreatywne jak „W głowie się nie mieści”, ale nadal jest to bardzo wysoka półka Pixara. Czarujący, zabawny, mądry, intrygujący używający pozornie ogranej koncepcji. Takie rzeczy tylko ekipa z Emeryville potrafi.

8/10

Radosław Ostrowski

Naprzód

Z Pixarem jest tak, że poniżej pewnego poziomu ta ekipa nigdy nie schodzi. Inaczej: schodzi bardzo rzadko, a potknięcia i wpadki można policzyć na palcach jednej ręki. Na pewno takim sporym rozczarowaniem był „Dobry dinozaur” reżysera Dana Scanlona. Animacja była śliczna, ale skierowana była skierowana zdecydowanie do młodego widza. Przez co troszkę starsi i dorośli czuli się znudzeni, nie znajdując nic dla siebie. Dlatego do jego kolejnego filmu dla studia z Emeryville nie miałem zbyt wielkich oczekiwań. Tym większą niespodzianką był dla mnie „Onward” lub „Naprzód”.

Sama koncepcja mnie zaskoczyła, albowiem jesteśmy w świecie fantasy. Gdzie żyją sobie elfy, jednorożce, centaury, wróżki oraz inne magiczne stwory. Tylko, że w tym świecie magia została wyparta przez technikę, a to zmieniło wszystko. Skupiamy się na dwóch braciach, co są elfami. Jan skończył 16 lat, ale nadal jest bardziej wystraszonym, nieśmiałym, pełnym kompleksów chłopakiem. Z kolei Bogdan to zupełne przeciwieństwo, dodatkowo ma fioła na punkcie gier fantasy oraz przeszłości. Obaj jednak bardzo tęsknią za zmarłym ojcem, którego młodszy brat nie miał okazji poznać. Jednak pewien od ojca może zmienić wszystko. Magiczna laska z zaklęciem, które pozwoli zmaterializować się mężczyźnie na jeden dzień. Problem jednak w tym, że użyte zaklęcie ożywia… dolną część zmarłego członka rodziny. By dokończyć zaklęcie, trzeba odnaleźć kryształ do aktywowania laski.

Fabuła brzmi jak opis gry komputerowej w stylu RPG, gdzie jest zadanie i wiele przeszkód do pokonania. Taka klasyczna przygodówka, jaką mógłby w latach świetności nakręcić (lub wyprodukować) Steven Spielberg. Sama wizja świata może spokojnie rywalizować z „Bright”, gdzie też mieliśmy taki upgrade’owany świat fantasy osadzony w dzisiejszych czasach. Bo czego tu nie ma: policjant-centaur, Mantykora jako… szefowa restauracji czy pełniący rolę domowego zwierzaka smok. O wróżkach, będących członkami gangu motocyklowego nawet nie wspominam. Przetworzone elementy świata fantasy w niemal postmodernistycznym wydaniu są wręcz odświeżające i dały mi masę frajdy.

Ale tak naprawdę jest to historia drogi, gdzie nasi bracia zaczynają lepiej się docierać i zmierzyć się ze swoimi problemami. Janek (w oryginale z głosem Toma Hollanda) jest nieśmiałym, zagubionym chłopcem, pełnym kompleksów i wątpliwości. Co innego Bogdan (brawurowy Chris Pratt) sprawiający wrażenie odważnego, znającego konwencję fantasy, który traktuje możliwość poznania ojca jako wielką przygodę, ale też szansę na pożegnanie. Niby wiedziałem jak się potoczy historia, ale czasami samo przechodzenie drogi jest ważniejsze od dotarcia do jej końca. Same przeszkody do pokonania są bardzo kreatywne i mogłyby się spokojnie pojawić w której części Indiany Jonesa (przeprawa przez rzeczny tunel czy przejście po moście, którego dźwignia uruchamiająca jest po drugiej stronie). Zaś sam finał zaskakuje i daje wiele satysfakcji – spokojnie, niczego nie zdradzę.

Niemniej, nie mogę pozbyć się wrażenia pewnego niedosytu. Chciałbym jeszcze głębiej i bardziej poznać ten baśniowy świat z modernistycznym sznytem. Mam nadzieję, że powstanie sequel albo spin-off, bo to zbyt interesująca koncepcja do zrealizowania tylko na jeden raz. A czasami humor bywa czasem zbyt slapstickowy, ale nadal działa i bawi. Niemniej jedno mogę powiedzieć bez cienia wątpliwości: „Naprzód” to bardzo duża niespodzianka oraz rehabilitacja Scanlona jako reżysera. Pomysłowa, z wyrazistymi postaciami, śliczną kreską i szaloną wyobraźnią. Tego świata nie chcę się opuścić, tylko ruszyć ku kolejnej przygodzie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sound of Metal

Ruben to człowiek z pasją. Jest nią muzyka i razem z dziewczyną tworzą nie tylko parę, ale też duet rockowy. Mieszkają w kamperze, prowadzą taki bardziej wędrowny tryb życia, zaś wielka kariera jeszcze przed nimi. I pewnie prowadziliby bardzo interesujące życie, gdyby nie jeden poważny problem. Podczas jednego z koncertów mężczyzna zauważa problemy ze słuchem. Badania potwierdzają, że jest źle i szanse na odzyskanie słuchu są niewielkie. Chyba, że przejdzie operację. Trzeba jednak na to kasy. Decyduje się na przybycie do ośrodka dla osób niesłyszących.

Debiutant Darius Marder zaprasza nas do świata raczej rzadko obecnego w kinie, choć początek obiecuje coś innego. Zaczyna się mocnym uderzeniem, strzałami perkusji, wręcz natężeniem dźwięków. Ale pojawia się zdarzenie, które wywraca życie do góry nogami. Taka sytuacja (może nie tak ekstremalna), lecz przytrafia się niemal każdemu. Albo się zdarzy, gdzie powrót do dawnego życia jest wręcz niemożliwy. Co wtedy zrobić? Próbować mimo wszystko walczyć o odzyskanie status quo? Poddać się i ze sobą skończyć? A może spróbować się zaadaptować i odnaleźć w nowej sytuacji? Te pytania krążą cały czas, zaś odpowiedzi należy sobie samemu odpowiedzieć.

Przez większość czasu jesteśmy z Rubenem (fenomenalny Riz Ahmed) w ośrodku prowadzonym przez głuchego Joe (wspaniały Paul Raci). Wtedy wchodzimy do miejsca, gdzie ludzie głusi funkcjonują razem. Bez poczucia bycia kimś gorszym, uczącym się migowego języka, niejako odcięci od wewnętrznego świata (bez dostępu do telefonu), tworzący własny świat. Cisza jest tutaj bardzo głośna, pokazując to miejsce z dużą dawką empatii. Początkowo sceny z językiem migowym dezorientują – z powodu braku tłumaczenia – z czasem zaczynamy je poznawać. A także te postacie zaczynamy bliżej poznawać. Jednak największe wrażenie zrobiły na mnie sceny, gdy wchodzimy w „uszy” naszego bohatera. Dźwiękowcy świetnie przedstawiają jak odbierane są dźwięki przez osobę z uszkodzonymi uszami. To jest wręcz namacalne i pomaga zrozumieć bohatera, jego ból, bezsilność oraz czasem ośli upór. Ahmed pokazuje to niesamowicie, ale i bardzo naturalnie. Tak się tworzy role oszczędne o potężnej sile rażenia.

Równie wyrazisty jest tutaj Paul Raci jako osoba, będąca szefem i mentorem dla naszego bohatera. Nawet kiedy odzywa się językiem migowym, mówi istotne rzeczy i kryje w sobie silną charyzmę. Joe to człowiek, który wiele przeżył, zaś jego mowa ciała oraz spojrzenia mówią więcej niż jakiekolwiek słowa. A to już jest wyższa szkoła jazdy. Oprócz tego na ekranie mamy osoby niesłyszące oraz mocne (choć drobne) kreacje Olivii Cooke oraz Mathieu Amalrica, czyli Lou i jej ojca.

Tytuł zapowiadał mocne, agresywne uderzenie, lecz Marder idzie w stronę wyciszonego, spokojnego dramatu. Spokojnego, ale nie nudnego i pozbawionego emocji, o nie. Jakby zdając sobie sprawę, że ciszą można ugrać o wiele więcej niż jakimkolwiek – nawet najlepszym dźwiękiem. Piękna rzecz.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Książę w Nowym Jorku 2

Sequeloza to choroba trawiąca kinematografie z całego świata. Czasami powstaje kontynuacja, która nie tylko zarabia kasę, lecz jest po prostu udanym filmem. Ale to jest rzadko spotykane cacko. Dlatego nie do końca byłem pewny, co myśleć o planach kontynuacji „Księcia z Nowego Jorku”. Troszkę uspokoiły mnie informacje, że za kamerą będzie odpowiadał Craig Brewer. Twórca „Nazywam się Dolemite” dając szansę na stworzenie fantastycznych ról Eddiemu Murphy’emu oraz Wesleyowi Snipesowi. Obaj panowie ją wykorzystali, ale o tym już mówiłem. Wróćmy do Księcia.

Druga część toczy się 30 lat później, zaś Akeem nadal jest księciem, żyje z tą samą żoną i ma trzy piękne córeczki. Niestety, tron może rządzić tylko mężczyzna – przerąbane. Jakby było mało problemów, to ojciec umiera, zaś ku granicom czai się generał Izzy. To wojskowy watażka, którego siostrę nasz przyszły król porzucił przed ślubem. Więc wojna może wisieć w powietrzu. Ale jest pewne wyjście: okazuje się, że Akeem ma nieślubnego syna w Queens. Ale czy uda się przekonać młodego do bycia następcą tronu Zamundy?

Jeśli opis fabuły brzmi wam znajomo, to fabuła jest zmodyfikowaną wersja oryginału. Różnica jest taka, że tym razem to syn naszego bohatera trafia do Zamundy i tam musi się odnaleźć. Lavelle – tak ma na imię chłopak – jest typowym reprezentantem pokolenia millenialsów. Czyli mieszka z matką, nie może znaleźć pracy i samodzielność jest absolutnie mu obca. On musi dojrzeć i przejść drogę jaką miał bohater pierwszej części. Problem w tym, że Zamunda nie jest aż tak ciekawym miejscem jak Queens w oryginale. Jasne, wygląda ona imponująco (scenografia i kostiumy to najmocniejszy punkt filmu), czuć tutaj piniądz, ale brakuje jakiegoś większego zarysowania. Zderzenie nowojorskiego stylu życia z bogatym życiem w Zamundzie (bardzo konserwatywnej) miał spory potencjał komediowy. Ale nawet to zostaje zaprzepaszczone, idąc ogranymi kliszami. Za dużo powtórek z oryginału i za mało od siebie (może oprócz ZNN).

Także mamy za mało obecności w Nowym Jorku, choć odniesień jest mnóstwo – od salonu fryzjerskiego przez pastora-erotomana – nawet są użyte fragmenty oryginału. Z kolei humor jest tutaj bardzo niezdecydowany: niby chce być niepoprawny politycznie i po bandzie, z drugiej delikatny oraz subtelny. Przez co film stoi w rozkroku, balansując czasem na granicy żenady. A w tym wszystkim jest przesłanie o chodzeniu za głosem serca oraz dostosowywaniu się do nowych czasów. Bajzel totalny, choć jest parę fajnych momentów jak pogrzeb króla.

Obsada robi, co może, by wycisnąć z tej materii życie. Eddie Murphy z Arsenio Hallem nadal grają kilka postaci, zaś w swoich podstawowych karnacjach (Akeem i Semmi) mają swoje momenty przebłysku. W ogóle stara ekipa trzyma fason, lecz z nowych postaci bronią się dwie: dość dosadna Leslie Jones (matka Lavelle’a) oraz kradnący szoł Wesley Snipes. Ten drugi jako generał Izzy niby wydaje się groźny, ale w tym strachu jest groteskowy i przerysowany.

Niestety, ale drugi Książę jest w zasadzie powtórką z rozrywki pozbawioną świeżych pomysłów, ze zbyt znanymi gagami. To nawet nie jest odgrzewany kotlet, jest to lekko ucharakteryzowany trup, co wygląda niepoważnie. Ma parę fajnych scen, lecz jako całość tkwi w oceanie przeciętności.

5/10

Radosław Ostrowski

Książę w Nowym Jorku

Jeśli myślicie, że bycie członkiem rodziny królewskiej jest cudowne, to macie jakieś pokręcone wyobrażenia. Dla księcia Zamundy Akeema bardziej to przypomina złotą klatkę. Nawet jak ma 21 lat – to początek znajomości z tym dżentelmenem – nie może niczego robić sam. Dosłownie niczego: umyć się, ubrać, wyjść na zewnątrz. Nawet przyszłą żonę mu narzucono, co mu bardzo nie odpowiada. Udaje się jako przekonać ojca, by wyjechać na 40 dni za granicę. W tajemnicy przed ojcem razem ze służącym chce wykorzystać okazję do znalezienia swojej żony. A gdzie? Oczywiście, w USA, dzielnicy Nowego Jorku zwanej Queens. W końcu nazwa zobowiązuje, prawda?

Pierwszy „Książę” z 1988 roku był komedią z prostą, ale efektywnie poprowadzoną opowieścią. W zasadzie można powiedzieć, że jest to komedia romantyczna. Z tą różnicą, że nie poznajemy od razu kim może być potencjalna druga połówka. Wszystko widzimy z perspektywy naszego księcia, które chce być bardziej samodzielny. W każdym aspekcie swojego życia – to się chwali. Humor początkowo wydaje się bazować na zderzeniu dwóch światów. Z jednej strony Zamunda wyglądająca bardzo bogato, wręcz bajkowo. Czyżby tak miałby wyglądać raj? Dzikie zwierzęta chodzące swobodnie, imponujący pałac, służba. Ale to wszystko złota klatka, gdzie masz swoje narzucone zadanie, bez możliwości podejmowania samodzielnych działań. A z drugiej strony szybko trafiamy do Nowego Jorku, tylko że biedniejszej strony. I o dziwo nasz bohater (w przeciwieństwie do służącego, co za bardzo lubi luksus i bogactwo) odnajduje się jak ryba w wodzie. Albo po prostu ma dużo szczęścia.

Choć poszukiwania wybranki serca nie są łatwe (szybko zmontowane sceny spotkań w knajpach). To daje pole do popisu dla stworzenia barwnych postaci – fryzjer i jego klienci, pokręcony pastor – bez przekraczania granicy dobrego smaku. Ale parę bluzgów zostaje rzuconych, więc nie jest to zbytnio dzieło dla całej rodziny. Dodatkowo jest wiara w amerykański sen, że uczciwą pracą dojdziesz do wszystkiego (nawet jeśli skopiujesz swoją sieć restauracji w stylu McDonald’s). Nawet zdobyć dla siebie idealną partnerkę, pod warunkiem, że nie będziesz narcystycznym dupkiem. No i miliony dolców też się przydadzą. 😉 Może i brzmi to bajkowo, zaś finał troszkę odlatuje, niemniej nadal to działa.

Ale najbardziej na mnie działał ten wątek romantyczny, czyli powoli ewoluująca relacja Akeema z córką McDowella. Pierwszego gra Eddie Murphy, który może nie wali słowami z prędkością karabinu maszynowego, nadal jednak ma w sobie masę uroku i charyzmy. Panią McDowell za ma to aparycję uroczej Shari Headwell, która ma wiele wspólnego z naszym księciem. Chce być silną, niezależną kobietą, nie znoszącą fałszu oraz pozerstwa. Chemia między nimi z każdą sceną rośnie, a sama relacja nabiera kolorów. Na drugim planie błyszczy rozbrajający Arsenio Hall (Semi), który kradnie każdą scenę oraz majestatyczny James Earl Jones (ojciec Akeema). Jakby tego było mało, Murphy z Hallem wcielili się w parę innych postaci, których nie da się rozpoznać pod niesamowitą charakteryzacją.

„Książę w Nowym Jorku” jest jedną z tych komedii lat 80-tych, których czas się nie ima. Ciągle zabawna, świetnie zrobiona, z Eddiem Murphy w najwyższej formie, choć zaskakująco stonowany (jak na swoje możliwości). Tak się robi komedię z głową i bez żenady. Wiecie, że niedawno powstała kontynuacja? Nie mogę się doczekać.

8/10

Radosław Ostrowski

Diabeł wcielony

Jesteśmy gdzieś w małym miasteczku na granicy Ohio oraz Zachodniej Virginii. Parę(naście) lat temu skończyła się II wojna światowa, a wkrótce zacznie się jatka w Wietnamie. Do jednej takiej wsi zabitej deskami trafia młody chłopak, który wrócił z frontu. W drodze do domu poznaje dziewczynę (kelnerka), zakochuje się w niej i po dłuższym czasie bierze z nią ślub. Ale głównym bohaterem tej opowieści jest syn tej dwójki Alvin. Mieszka razem z dziadkami oraz przyrodnią siostrą, która jest nagabywana przez takich chłopaków.

Ciężko jest mi tutaj opisać fabułę filmu rozpisaną na kilkanaście lat. Dzieło Antonio Camposa to – w dużym uproszczeniu – historia prostych ludzi zderzonych ze złem. Problem jest o tyle trudno, że to zło, ten „diabeł” nie ma jednej konkretnej twarzy, roznosi się niczym zaraza, zaś modlitwa nie jest w stanie cię przed nim ocalić. A wszystko gdzieś na podbrzuszu Ameryki, gdzie człowiek w zasadzie jest zdany tylko na siebie. Albo na Boga, przyglądającemu się temu wszystkiemu z dystansu. Sam początek oparty jest na retrospekcji, gdzie zaczynamy poznawać kluczowe postacie. Oraz spory przekrój patologii tego świata: para psychopatycznych morderców, co robią zdjęcia swoim ofiarom; skorumpowany policjant; nawiedzony duchowny przekonany o płynącej przez niego boskiej woli; młody pastor tak narcystyczny, iż wszystkie lustra powinny pęknąć na jego widok i uwodzi młode dziewczęta. A w środku tego piekiełka znajduje się Alvin, próbujący zachować dobro w sobie. Tylko żeby to zrobić musi być tak samo bezwzględny jak otaczający go źli ludzie.

Ten cały brudny, niepokojący, wręcz lepki klimat potęguje jeszcze obecność narratora (jest nim autor powieści, na podstawie której oparto ten film). Ale to działa jak broń obosieczna. Dopowiada pewne rzeczy wprost, jednak robi to aż za bardzo. Sama narracja jest dość chaotyczna, a przeskok z postaci na postać dezorientuje. W zasadzie w centrum jest Alvin, ale początkowo poznajemy jego rodziców, następnie inne postaci, a potem wracamy do niego już wkraczającego w dorosłość. Czasem gubiłem się z osadzeniem całości w czasie, wiele postaci pobocznych wydaje się ledwie zarysowanych (para morderców, szeryf). Do tego film wydaje się jakby przedramatyzowany na siłę, jakby reżyser próbuje dokręcić śrubę szokiem, brutalnością i okrucieństwem. Przez co z czasem „Diabeł wcielony” traci swoją siłę i zaczyna nudzić.

Nawet imponująca obsada ze znanymi twarzami wydaje się nie do końca wykorzystana. Zbyt krótko pojawiają się Mia Wasikowska i Haley Bennett, by zapadły mocno w pamięć. Trochę lepiej wypada duet Riley Keough/Jason Clarke i zaskakujący Sebastian Stan jako śliski gliniarz-karierowicz. Jeśli jednak miałbym wskazać wyraziste role, to są aż trzy. Bill Skarsgard pojawia się na samym początku, ale to mocna postać mierząca się z religią, wojenną traumą oraz zbliżającą się tragedią. Świetny jest też Tom Holland jako Alvin. Facet twardo stąpa po ziemi, decydujący o sobie raczej za pomocą czynów niż słów, a jego ewolucja jest pokazana przekonująco. Film jednak kradnie Robert Pattinson w roli młodego pastora. Charyzmatyczny, bardzo pewny siebie, potrafiłby porwać tłumy, jednak tak naprawdę jest śliskim hipokrytą, nie biorącym odpowiedzialności za swoje czyny. Porażająca kreacja zapadająca w pamięć.

„Mieszka we mnie diabeł” – śpiewał w jednym z utworów Skubas. Film Camposa w założeniu miał być mrocznym, poważnym dramatem o tym, że ze złem trzeba walczyć złem. Nierówny, ale bardzo intrygujący film z paroma wyrazistymi kreacjami wartymi uwagi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kolejny film o Boracie: Tłusta łapówka dla amerykańskiego reżimu, by naród kazachski znów być wielki

Pamiętacie Borata? Niedawno obejrzałem poprzednią część, która jednak nie podeszła mi za bardzo. Była zbyt chamska i obleśna, zaś rola satyrycznego spojrzenia na poprawną politycznie Amerykę nie sprawdziła się w cholerę. Kiedy pojawiły się informacje od sequelu przygód dziennikarza z Kazachstanu, nie byłem specjalnie zainteresowany. Szum jednak był zbyt silny, a nominacje do Oscara w dwóch istotnych kategoriach (scenariusz adaptowany i aktorka drugoplanowa) były sygnałem. Sygnałem, że być może nie należy tego tytułu ignorować.

Co się zmieniło w życiu Borata po tych 14 latach? Cóż, wiele, ale nie na lepsze. Odsiaduje wyrok w gułagu za skompromitowanie kraju, stracił żonę, dom i dzieci. Oprócz swojej córki, Tutar, która traktowana jest gorzej niż bydło. Ale premier kraju daje naszemu bohaterowi szansę na rehabilitację. Ma wyruszyć do US & A i wręczyć prezent osobie z otoczenia samego McDonalda Trumpa. Prezentem tym jest… małpi minister kultury/gwiazda porno. Sprawy się komplikują, Borat trafia do kraju z opóźnieniem, zaś zamiast małpy w skrzyni jest… jego córka. Co z tym fantem zrobić?

Powiem to od razu, by rozwiać wszelkie wątpliwości: „Kolejny film o Boracie” jest DUŻO lepszy od poprzednika. Być może wynika to z faktu, że sequel ma… fabułę. Nie jest tylko zbiorem scenek pokazującym nieporadność naszego bohatera, a silnie odczuwalne jest zderzenie dwóch światów. Do tego Borat jest rozpoznawalną postacią, co zmusza go do stosowania kamuflażu. To daje sporo zabawnych sytuacji, jednak o wiele lepiej „Borat” działa jako satyra na Amerykę czasów Trumpa. Prostych rednecków, widzących świat czarno-biały, z teoriami spiskowymi oraz większą niechęcią do demokratów niż wirusa. Czyli blisko im mentalnie do Kazachstanu, choć nie ze wszystkim (bardzo ograniczone prawa kobiet, które w ojczyźnie Borata są pozbawione samodzielności). Plus jeszcze feminizm, Żydzi, Rudolf Giuliani, aborcja i inne ostre jazdy.

Ale prawdziwym sercem tego sequela jest relacja Borata z Tutar, która angażuje i wnosi wiele świeżości do tego sequela. Sacha Baron Cohen znowu błyszczy jako Borat, choć nie przeprowadza żadnych wywiadów. Tutaj stawka jest bardziej osobista a aktor pokazuje przekonująco sprzeczne emocje bohatera. Największą niespodzianką jest jednak Maria Bakalova, której obecność daje kopa. Dziewczyna kradnie ten film swoją szczerością w naiwności oraz powolnym budzeniu swojej prawdziwej wartości i emancypacji. Cudownie napisana postać.

Kolejny przykład tego, że nawet pozornie bezsensowne pomysły mają sens. Drugi „Borat” jest mniej rubaszny i żenujący jak poprzednik, przez to bardziej zabawny. Mocniej wybrzmiewa satyryczne spojrzenie na Amerykę oraz jej ciemną stronę życia, zaś finał pokazuje jak wiele może osiągnąć tak niewielu. Podobno części trzeciej nie będzie, ale nie obraziłbym się, gdyby Cohen zmienił zdanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Mały topór

Antologie serialowe z reguły są trudne do zrealizowania. Szczególnie, jeśli biorą się za bardzo ważny i poważny temat. Taki sobie cel przyjął „Mały topór” – koprodukcja BBC i Amazona w reżyserii Steve’a McQueena. Nie są ze sobą powiązane za pomocą postaci, lecz tematu: rasizmu oraz nietolerancji wobec osób o ciemnej skórze. Dokładniej ludzi z Karaibów w Londynie od lat 60. do początku lat 80. Czyli będzie poważnie, górnolotnie, patetycznie i jeszcze nawalając symboliką? Otóż… niekoniecznie.

Jasne, każda historia jest podana w sposób dramatyczny, jednak reżyser unika jak ognia stosowania emocjonalnego szantażu czy prostego podziału: dobry czarnoskóry-zły biały. Więcej jest tutaj odcieni szarości, zaś uprzedzenia dotyczą obydwu stron. Wiec jak je przełamać? Zwłaszcza, że system niejako odgórnie narzuca traktowanie czarnoskórych jako gorszych, nie dając im szans na edukację czy porządną pracę. I to z dzisiejszej perspektywy wydaje się nie do uwierzenia. Jeszcze bardziej zaskakuje, że każdy z odcinków mógłby spokojnie być pokazywany jako film. Zwłaszcza otwierający całość dwugodzinny „Mangrove”.

Każdy z odcinków odnosi się do prawdziwych wydarzeń lub postaci, choć nie zawsze pojawia się taka informacja pod koniec. Bardzo mi imponuje z jaką szczegółowością odtworzono realia tych czasów. Scenografia i kostiumy z wplecioną muzyką „czarną” w tle (głównie reggae) wyglądają niesamowicie, tak jak fantastyczne zdjęcia, niemal skupione na detalach. McQueen prowadzi każdą z opowieści tak, że zanurza się w nich od razu. Czy jest to walka z systemem sądowym właściciela restauracji Mangrove w Notting Hill, opowieść o pierwszym czarnoskórym policjancie znienawidzonym przez swoich i obcych (wszelkie skojarzenia z „Serpico” na miejscu), nieznającym swoich korzeni młodym chłopaku czy dziecku, które trafia do szkoły specjalnej. Jak bardzo odgórne jest nastawienie wobec obcych – podobno już jest trochę lepiej, ale prawda jest jedna: mentalności nie zmienisz za pomocą przepisów czy regulacji prawnych. To trzeba zrobić działaniami, choć jest to bardzo mozolna, ciężka praca. No i jeszcze w jedności siła, choć sama społeczność jest podzielona.

Nie wszystkie odcinki dotykają jednak spraw poważnych. Zaskoczeniem był dla mnie odcinek drugi, opowiadający o dziewczynie trafiającej na nocną domówkę. Ten odcinek bardzo płynie z rytmem, jest wręcz impresyjny, zdominowany przez taniec, brzmienia reggae w niemal spowolnionym tempie. Bardzo przyjemnie to buja, ale pod tym wszystkim kryje się także obserwacja relacji damsko-męskich, gdzie kobieta wydaje się być ograniczana do roli zdobyczy. I że nie może mu się sprzeciwić, kiedy chce ją zaliczyć.

I jak to jest fantastycznie zagrane, choć rozpoznawalnych twarzy jest niewiele. Trudno mi tu kogokolwiek wyróżnić, bo nie ma tutaj złych ról. Mógłbym wymienić takie nazwiska jak Shaun Parkes, Letitia Wright, Malachy Kirby, John Boyega czy Amarah-Jae St. Aubyn. Tylko, że to byłaby tylko wyliczanka bez końca, bo na pewno kogoś bym pominął z tego grona. Każdy wyciągnął ze swojej postaci maksimum możliwości, pomagając w wybrzmieniu tego niewygodnego tematu. Fantastyczna robota każdego bez wyjątku.

„Mały topór” jest bardzo świeżym oraz – moim zdaniem – bardzo uczciwym pokazaniem tematu rasizmu, wrogości oraz wzajemnych uprzedzeń. A także heroicznej, choć pozbawionej wielkich słów, walki o swoją godność i bycie traktowanym jak inni ludzie. Bardzo mocna, miejscami stonowana, ale bardzo angażująca mozaika.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski