Malcolm i Marie

Nasza parka mieszka sobie gdzieś za miastem. On jest obiecującym reżyserem, ona aktorką i byłą ćpunką. Żyją ze sobą pięć lat i właśnie wracają z premiery debiutu Malcolma. Wydaje się, że są ze sobą razem, potrafią się dogadać. Wiele przeżyli, a teraz czekają na pierwsze recenzje. I być może byłaby to spokojna noc, gdyby nie jedna drobna sprawa.

Tego filmu początkowo miało nie być, tylko zacząć zdjęcia do drugiego sezonu „Euforii”. Ale wszyscy wiemy co się stało: koronawirus. Więc reżyser Sam Levinson postanowił na szybko zrealizować kameralną psychodramę. Klimat kina niezależnego jest wręcz namacalny od początku. Nie tylko dzięki czarno-białym zdjęciom czy wplecionej „czarnej” muzie w tle. Artystyczne środowisko wydaje się nie mieć aż tak wielkiego znaczenia. Wszystko ogranicza się do dwóch perspektyw: mężczyzny i kobiety. Ona po przejściach i chcąca pewnej wdzięczności, on bardziej skupiony na sobie, szorstki. Jakim cudem ta dwójka w ogóle się spotkała? Powoli zaczynamy odkrywać skrywane przez nich demony, lęki, pretensje, poczucie bycia tym gorszym. Każda rozmowa zaczyna coraz bardziej przypominać walkę bokserską z przerwami na chwilę oddechu. Choć rozmowa to czasem za duże słowo.

To przeplatane monologi każdej z postaci z reakcjami drugiej strony. Choć muszę przyznać, że czasem można odnieść wrażenie pretensjonalności. Ale w końcu to środowisko artystyczne, więc ta odrobina pretensji wydaje się być uzasadniona. Przy okazji obrywa się krytykom oraz ich bardzo ograniczonej percepcji („biała laska z LA”), ale też ile artysta może wykorzystać z życia bliskiej osoby do tworzenia swojego dzieła. To jest pewien naddatek, podnoszący troszkę całość na wyższy poziom, lecz nie jest niezbędny. Kilkukrotnie Levinson potrafi utrzymać w napięciu, co nie jest takie łatwe, zaś finał daje pewną nadzieję dla tej pary. Szansę na bliższe poznanie się oraz dalsze budowanie tego związku.

A wszystko trzyma na sobie tylko dwójka aktorów: Zendaya oraz John David Washington. Oboje są rewelacyjny, grając wręcz koncertowo. Zarówno razem, jak i każdej scenie osobno nie można oderwać od nich oczu, zaś chemia dosłownie rozsadza ekran. Dla tej dwójki absolutnie warto zapoznać się z nowym filmem Levinsona. Pozwoli to przeczekać na kolejny sezon „Euforii”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jestem twoją kobietą

Jesteśmy gdzieś w dużym mieście lat 70-tych. Tutaj żyje Jean oraz Eddie. Ona – młoda kobieta, nie mogąca mieć dzieci, w zasadzie niesamodzielna, ciągle będąca w domu. On – ciągle wychodzi, coś załatwia, ma jakieś interesy, nie informując o tym swojej żony. Pewnego dnia przychodzi razem z niemowlakiem, mówiąc: „To jest nasze dziecko, nazwij je jak chcesz”. Tak została matką, a pewnej nocy wchodzi przyjaciel i zmusza do ucieczki, dając jej 200 tysięcy dolarów oraz namiar na znajomego.

Myśląc o kinie gangsterskim raczej przychodzą do głowy twardzi faceci, strzelaniny oraz sprawy podniosłe, poważne. Kobiety tam pełnią raczej za tło: nieme, posłuszne i niezaangażowane albo robią za ładny dodatek do męskiego świata. Ten film idzie w zupełnie innym kierunku – wyobraźcie sobie „Chłopców z ferajny” pokazanych z perspektywy żony głównego bohatera. „Jestem twoją kobietą” pokazuje bardzo trudną drogę kobiety nieświadomej do końca (albo nie zadającej pytań) działalności swojego męża. W zasadzie jest ona od niego bardzo zależna, pozbawiona własnej woli, w zasadzie będąca w domu/złotej klatce. Pozbawiona instynktu przetrwania zmuszona zostaje do walki, w czym pomagają jej obcy ludzie. A jednocześnie cały czas przypomina dziecko we mgle, powoli odkrywając prawdziwą działalność Eddie’ego oraz bagna jakie ją otacza. I tu się zaczyna cała heca.

Debiut reżyserski Julii Hart jest zaskakująco wyciszonym filmem. Nie ma tutaj popisów strzeleckich czy krwawej rozpierduchy, za to jest ciągłe poczucie niepewności i zagrożenia. Tutaj każde zapukanie do drzwi oraz drobne scenki mogą pójść w zupełnie innym kierunku. Napięcie jest budowaniu na detalach, oszczędnie dawkowanej muzyce oraz subtelnie serwowanych dialogach. Wszystko zamknięte mocnym finałem oraz bardzo przekonującą ewolucją głównej bohaterki.

A propos głównej bohaterki – jestem absolutnie porażony kreacją Rachel Brosnahan. To jak za pomocą mikrospojrzeń i bardzo drobnych gestów ta postać ewoluuje. Z samotnej i bezwolnej kobiety zmienia się w osobę z oczami dookoła głowy. Nawet paląc papierosa robi to w sposób nerwowy, pozornie tylko pozwalając sobie na chwilę oddechu. Niesamowita rola, której nie można przeoczyć.

To jest bardzo rzadkie spojrzenie na kino gangsterskie w zasadzie bez gangsterki oraz typowych elementów tego gatunku. Bardzo świeża perspektywa, choć miłośnicy strzelana, pościgów, kupy szmalu i eksplozji mogą nic nie znaleźć dla siebie. Dojrzałe, trzymające w napięciu, mocne kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Na poboczu

Co nowego można opowiedzieć na temat polityków? Wydaje się, że po „House of Cards” historie ludzi dążących do wielkiej władzy, mierzącymi się z rzucanymi pod nogi kłodami. Prawda? Więc po co iść dalej w tą stronę? Takiego pytania nie postawił sobie scenarzysta David Hare i dla BBC stworzył miniserial „Na poboczu”.

Poznajcie Petera Laurence’a. Gdy go widzimy pierwszy raz, wychodzi z sądu po wygranym procesie w sprawie oszczerstwa. A jest nie byle kim, bo ministrem, chociaż niezbyt prestiżowego departamentu. Ludzie go lubią, bo mówi bez owijania w bawełnę, wydaje się człowiekiem sukcesu, choć z poglądami troszkę innymi niż swoja partia. Jednak sytuacja zaczyna się coraz bardziej komplikować, a zapalnikiem jest informacja o tym, że mężczyzna może mieć trzecią córkę. Tylko, że nie ze swoją żoną, zaś dziewczyna siedzi w więzieniu.

Cztery odcinki po niecałą godzinę wydają się być odpowiednim czasem dla tego typu produkcji. „Na poboczu” miesza wątki obyczajowe i polityczne, gdzie nie można być pewnym komu ufać. Tutaj bronią jest informacja, głównie dotycząca wszelkich brudów, haków i tajemnic, które od dawna są ukryte. Zwłaszcza jeśli jest się człowiekiem o dużych wpływach oraz koneksjach. Przecieki, gra na dwóch frontach, powiązania polityki z biznesem, lobbingiem i wielką kasą, a także wpływ kłamstw, sekretów zmieszanych z żądzą władzy na życie prywatne. Na papierze brzmi to co najmniej dobrze, ale coś tu nie gra. To wszystko wydaje się jakieś takie płytkie, a poczucie zagrożenia i napięcia jest tylko pozorowane. Najgorsze jest to, że prawdziwe cele wszystkich graczy są bardzo trudne do rozgryzienia. Wiem, że polityka to gra pozorów, zaś główne cele padają między wierszami. Zarówno życie prywatne Laurence’a, jak i polityczne plany wydają się nie być do końca wyeksploatowane. Przeszkadza też spora ilość wątków pobocznych, gdzie część ma jeszcze sens (prowadzone dziennikarskie śledztwo w sprawie przeszłości ministra), ale też jest parę zbędnych momentów jak wątek z kochanką czy asystenta działającego na własną rękę. Także wszelkie spotkania polityka z panią premier – teoretycznie mające pomóc w budowaniu napięcia – zwyczajnie nudzą.

Jeszcze bardziej niesatysfakcjonujący jest zarówno wątek nieślubnej córki (choć sama postać jest bardzo nieźle napisana) oraz finał. Ten drugi boli także z powodu użycia przeskoku czasowego oraz potencjalnej furtki na kontynuację. Równie bolesny jest fakt, że aktorzy nie mają w zasadzie zbyt wiele do roboty. Są najwyżej solidni, jednak brakuje wyrazistości tym kreacjom. Nawet grający główną rolę Hugh Laurie, które charyzmę można zmierzyć w tonach, sprawia wrażenie jadącego na autopilocie. Chociaż on pozostaje najmocniejszym punktem tego dzieła, a za zmarnowanie Helen McCrory twórcy powinni siedzieć. O reszcie albo się nie pamięta, albo nie zwraca uwagę, co jest zadziwiające.

Jeśli miałbym opisać jednym zdaniem „Roadkill”, brzmiałoby: To największe marnotrawstwo w historii BBC. Kompletnie przeciętna produkcja pozbawiona polotu i nie wnosząca niczego do tematu polityki. Bardzo daleki krewny „House of Cards”, do którego rodzina się nie przyznaje. Na ich miejscu też bym tego nie robił.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Wonder Woman 1984

Trudno jest zapomnieć naszą wojowniczą Amazonkę Dianę. Nadal pracuje w muzeum Smithsonian, gdzie bada relikty przeszłości. Teraz jednak jest rok 1984, czyli czasy kiczu, abstrakcji oraz rozpędzonego konsumpcjonizmu. Pojawia się też nowe zagrożenie w postaci Donalda Trumpa, eeeee, przepraszam. Chodzi o Maxwella Lorda – medialnego przedsiębiorcę, który tak naprawdę jest bankrutem. Wierzy jednak, że dzięki pewnemu magicznemu kamieniowi znajdującemu się… w muzeum odmieni się jego los. Konsekwencje dla świata mogą być katastrofalne.

Pierwsza „Wonder Woman” była zaskoczeniem oraz światełkiem w tunelu dla Warnera i jego „uniwersum” DC. Kompetentnie zrobiona, z fajnymi scenami akcji (chociaż nadużywająca slow motion), bohaterką zderzoną z nieznaną rzeczywistością oraz… rozczarowującym finałem. Takie starcie z bossem a’la Zack Snyder, gdzie nic nie było widać. Reżyserka Patty Jenkins wyciągnęła wnioski i kontynuacja jest odrobinę lepsza, chociaż ma pewne drobne problemy. To jest nadal film akcji ze sporym budżetem, pędzącą akcją oraz charakterną protagonistką. Tutaj wszystko skupia się wobec szaleństwa, egoizmu połączonego z mocą spełniania każdego życzenia. Haczyk polega na tym, że za to jest pewna cena. Czy warto ją zapłacić? To nie jest łatwe pytanie, które jest pretekstem do rozpierduchy. Bardzo dobrze wyglądającej, z bardzo płynnym montażem oraz inscenizacją na poziomie klasyków. Ogląda się to świetnie, zaś finał (w tym starcie z Cheetah) daje o wiele więcej satysfakcji niż w poprzedniej części. A jak w tle zagra Hans Zimmer, miłosierdzia nie będzie,

Jest troszkę humoru, ale nie na tyle, by stać się Marvelem. „1984” pozostaje bardziej serio pokazując do czego może doprowadzić ślepe dążenie do sukcesu. Jenkins wydaje się pewniej prowadzić historię, chociaż zdarzają się pewne momenty przestoju. Ale w przypadku dwu i półgodzinnego filmu bywa to wręcz wskazane. Niemniej kilka rzeczy mi nie podeszło. Po pierwsze, nie bardzo czuć tu za bardzo klimatu lat 80-tych. Może poza kostiumami czy sporadycznymi piosenkami, ale to jednak za mało. Drugim – nie za dużym minusem – są efekty specjalnie, nie robiące jakiegoś wielkiego szału, lecz nie wybijają ani nie kłują mocno w oczy. Można było jednak nad tym popracować.

Także aktorsko jest tu parę ciekawych rzeczy. Gal Gadot pasuje bardzo do tej postaci i znowu to potwierdza. Obecność postaci granej przez Chrisa Pine’a może wydawać się absurdalna, ale cieszy. Próba odnalezienia się Steve’a w nowych czasach daje troszkę okazji do pośmiania się. Całość jednak kradnie dwoje o wiele bardziej wyrazistych antagonistów z bardziej prostymi motywacjami niż rozwalenie świata. Zaskakuje Kristen Wiig jako bardzo wycofana i nieśmiała Barbara, chcąca być silną, przebojową oraz dostrzeganą przez innych kobietą. Szoł jednak kradnie rozbrajający Pedro Pascal. Jego Maxwell Lord to taki Donald Trump, sprawiający wrażenie człowieka sukcesu i luzaka, ale skrywa się za tym żądny sukcesu karierowicz oraz oszust.

„1984” kontynuuje dobrą passę Warnera oraz świata DC. Reżyserska ręka o wiele sprawniej się porusza po wysokobudżetowym kinie, nie gubiąc przy tym postaci. Niemal wszystko podnosi całość na wyższy poziom, przy okazji dorzucając parę potknięć. Niemniej jak Diana walczy do samego końca, za co należy ją szanować.

7/10

Radosław Ostrowski

The Tax Collector

David Ayer to filmowiec, który ostatnio ma mocno pod górkę. Tak mniej więcej od czasu „Legionu samobójców” każdy jego tytuł kończył się rozczarowaniem. Wydawałoby się, że powrót na ulice pełne gangsterów w Los Angeles przywróci reżyserowi moc oraz siłę. Brudny, nieprzyjazny klimat, gdzie kula może pojawić się z każdej strony, a walka o przetrwanie trwa cały czas.

Bohaterami jest dwóch przyjaciół – David i Creeper. Zajmują się pobieraniem procentów z każdego interesu, działając dla przebywającego w więzieniu szefa zwanego Czarodziejem. Creeper bardziej robi tu za twardziela, co wiele przeszedł, wiele widział i wiele zabijał. Współpraca idzie dobrze, nawet bardzo, zaś każdy gang oddaje procent bez problemów. Ale sprawa zaczyna się komplikować z powodu nowego zawodnika, niejakiego Conejo. Mafiozo współpracował z kartelem, a Czarodziej próbował go wcześniej skasować. Teraz on wraca i chce wywrócić cały porządek do góry nogami.

Sam początek jest naprawdę obiecujący. Powoli poznajemy układy panujące na ulicy, szybko pracujących gangsterów oraz silną więź między naszymi bohaterami. Mimo bandyckiej profesji, rodzinne wartości są dla nich silne, co może wywołać pewną konsternację. Problem w tym, że sama historia swoim spokojnym tempem oraz większym skupieniem na wątek obyczajowy traci swój impet. I tej sytuacji nie jest w stanie zmienić ani przemoc (zbyt rzadka i mało szokująca), ani rzucane bluzgi (zbyt częste). Są tylko dwie strzelaniny i są za krótkie, a cała ta walka o przetrwanie oraz władzę okazuje się pusta, efekciarska, nieangażująca. Więcej niby dowiadujemy się w dialogach, jednak nie zawsze się to pokrywa z wydarzeniami na ekranie. Zaś finał nie daje żadnej satysfakcji i przebiega zbyt łatwo. Ayer potrafi zbudować klimat, jednak za bardzo gubi swoich bohaterów.

I bardzo szkoda tutaj aktorów, a szczególnie zaskakującego Shia LaBeoufa jako mocno narwanego, elegancko ubranego Creepera. Facet kradnie każdą sceną samą swoją obecnością, pokazując zupełnie inne oblicze. Ale nawet on nie jest w stanie wznieść całości powyżej przeciętnej. Ayer tutaj tylko udaje twardziela, a podczas konfrontacji ucieka jak tchórz. Takich ludzi nie chcecie znać, ani spłacać jakichkolwiek długów.

5/10

Radosław Ostrowski

Guns Akimbo

Znacie takich ludzi jak Miles – taki szaraczek bez osiągnięć, nienawidzi swojej pracy i jest mocno uzależniony od Internetu. Do tego ciągle kocha swoją byłą dziewczynę, co nie jest dla niej łatwe. Pewnej nocy nasz bohater decyduje się zrobić wielkie głupstwo. Wchodzi na forum internetowe Skizma – takiej gry, gdzie psychole, świrusy i zabijacy walczą ze sobą o przetrwanie. Tam pisze dużo złośliwości oraz chamskich tekstów, podchmielając sobie alkoholem. Kiedy trzeźwieje odkrywa, że ma w dłoniach… przyspawane pistolety i został dołączony do gry. Ma też pokonać najlepszą zawodniczkę czyli Nix w ciągu 24 godzin.

Zrobienie filmu w stylu gry komputerowej wydawało mi się co najmniej szalone i bardzo ryzykowne. Po pierwsze, nie ma tej immersji co gra. Po drugie, taka przeładowana stylistyka z czasem staje się nużąca. To pokazał parę lat wcześniej „Hardcore Henry”. Ale z „Guns Akimbo” jest trochę inaczej. Film Jasona Howdena jest polaną absurdalnym humorem komedią sensacyjną. Trochę klimatem przypomniał mi się „Nerve”, gdzie też była gra wirtualna i ludzkie życie było stawką. Tutaj jednak wszystko jest bardziej przerysowane, absurdalne, niedorzeczne. Fabuła jest pretekstem do pokazania strzelanin oraz zderzenia Milesa z rzeczywistością. Szaraczek znający świat z gier, tutaj musi wyjść ze swojej strefy komfortu, by obudzić w sobie wojownika oraz zacząć żyć. Brzmi głęboko, ale to nie jest poważne kino. Reżyser skupia się na bardzo dynamicznym, efekciarskim wręcz pokazywaniu scen akcji, gdzie dzieją się rzeczy. Kamera wręcz tańczy wokół postaci, kule świszczą ze wszystkich stron, a postacie rzucają czasem sucharkami.

Wszystko polane jeszcze mocno elektroniczną muzyką, która podbija rytm i buduje klimat przypominający grę komputerową. Ale także czuć podskórnie poczucie pewnego zagrożenia, z którego nie można się wyplątać. Nie brakuje tutaj zaskoczeń, przerysowanego antagonisty oraz krzywego spojrzenia na ludzi, którzy uwielbiają oglądać takie rzeczy jak Skizm. Zwykłych szaraczków, prowadzących nudne życie i nie mających odwagi czegoś zmienić. Albo szukających czegoś, co je ubarwi.

A to wszystko nie zadziałoby, gdyby nie dwie fantastyczne kreacje. Pierwszy jest ciągle zadziwiający Daniel Radcliffe, który w roli jest świetny. Początkowo przerażony, zdezorientowany i zagubiony okazuje się całkiem sprytnym facetem, w którym budzi się twardziel. Ale show kradnie Samara Weaving jako Nix i to jest postać silniejsza niż się wydaje. Może i wygląda bardziej jak chłopczyca, fetyszyzująca broń, walcząca bezwzględnie, konsekwentnie, z cynizmem oraz ironią jako wsparcie. Oboje działają jak prawdziwe petardy.

Dawno nie widziałem tak bezwstydnego, szalonego oraz ostrego kina akcji, które jest też zaskakująco przemyślane. I kolejny przykład tego jak nieoczywiste przedsięwzięcia bierze na siebie Radcliffe, który zamierza nas zaskakiwać. Cały czas mu się to udaje.

7/10

Radosław Ostrowski

Miłość, śmierć i roboty – seria 1

Serialowa antologia – czy ta zbitka jeszcze potrafi zadziałać na wyobraźnię? Zbiory utworów na zadany temat przypominają muzyczne składanki. By zrobić idealną trzeba nie tylko wiedzieć jak je poukładać, ale też wybrać takie kawałki, które będą trzymać poziom. Netflix nie bał się i w 2019 powstało „Miłość, śmierć i roboty”. Tematykę wymienia tytuł, zaś za ogólną koncepcję odpowiada Tim Miller, producencko wsparty przez Davida Finchera.

18 opowieści zrealizowane przez studia animowane z różnych części świata, skierowane w formie produkcji zdecydowanie dla dorosłych. Jeśli ktoś spodziewał się czegoś w rodzaju „Czarnego lustra”, to nie za bardzo. Nie tylko na brak tak mocnego ciężaru jak produkcja Charliego Brookera, ale też nie mają spójności – zarówno tematycznej, formalnej jak i… gatunkowej. Bo nie jest to produkcja stricte SF, ale pojawia się i kino akcji, horror czy komedia z czarnym albo absurdalnym humorem. Ta niespójność z jednej strony może wywoływać konsternację. Bo jak znaleźć wspólny mianownik między np. historią świata rządzonego przez… jogurt, ekspedycję naukową atakowaną przez Drakulę, dziewczynę uciekającą przed mordercą czy lot kosmiczny, który trafia w zupełnie inne miejsce niż planowano. Z drugiej jednak strony ten chaos daje możliwości zaskakiwania, gdzie czasem ostatnia scena wywraca wszystko do góry nogami. I to wiele razy ratuje seans produkcji, bo jednak mam jeden poważny problem.

Wszystkie te historie są bardzo krótkie – najdłuższy odcinek ma maksymalnie 20 minut. Czasami to wystarczy na spójną, zamkniętą historię jak w przypadku „Tajnej wojny” (żołnierze Armii Czerwonej w walce z bestia wezwanymi za pomocą okultystycznego rytuału), „Zmiennokształtnych” o służących w Afganistanie amerykańskich… wilkołakach czy w „Za szczeliną orła” o dowódcy statku kosmicznego budzącego się z hibernacji. Ale nie brakuje tu, niestety, historyjek mających pewien ciekawy koncept, lecz nie mających pomysłu na ich wykorzystanie. Tak jest w przypadku „Wysypiska”, „Rybiej nocy” czy „Epoki lodowcowej”. Są też takie króciutkie anegdotki mogące na chwilę rozbawić jak absurdalny „Gdy zapanował jogurt” czy rozbrajające „Historie alternatywne”. Ale chciałoby się od nich coś więcej.

Realizacyjnie mamy tu bardzo różnorodną stylistykę: od niemal fotorealistycznej animacji komputerowej przez ręcznie rysowaną kreskę, cel-shading po estetykę znaną z japońskich anime i rotoskopię. Ba, jest nawet odcinek aktorski („Epoka lodowcowa”), gdzie animowane wydarzenia dzieją się… we wnętrzu lodówki, ale sam tytuł nie powala. Do wyboru, do koloru. Dla mnie najlepszy wizualnie był kolażowy „Świadek” z niemal komiksowymi wstawkami onomatopei dźwiękowych oraz mająca w sobie coś z malarstwa „Nieskończona sztuka”. Jedynymi znanymi mi studiami odpowiedzialnymi za poszczególne odcinki było polskie Platige Image oraz amerykańskie Sony Pictures Animation.

Jakbym miał wybrać najlepsze odcinki to dla mnie są trzy. Wspomniana „Nieskończona sztuka” wygląda imponująco, mając najbardziej unikatowy, melancholijny klimat. Ta opowieść o artyście używającym niebieskiego kwadratu jest najbardziej spokojna, wyciszona. A całość prowokuje do dyskusji o sztucznej inteligencji. Drugim cackiem są komediowe „Trzy roboty” o robotach w post-apokaliptycznym świecie, próbujące zrozumieć ludzkość. Ludzi nie ma, ale są koty i ten segment zasługuje na pełnometrażowy serial. Ale najbardziej zaangażowała mnie „Udanych łowów”, będące mieszanką fantasy ze… steampunkiem. Syn łowcy duchów zakochuje się w kobiecie zmieniającej się w zwierzę. Ale z czasem magia ustępuje technologii, co doprowadza do przewrotnego, tragicznego momentu. Pięknie wyglądająca, z wieloma przerzutkami oraz mocnym finałem.

Kurde, ale niespodziankę zrobił Netflix. Podobno w tym roku ma się pojawić drugi sezon tej antologii. Brutalny, krwawy, przesiąknięty seksem kolaż różnych opowieści, które – o dziwo – trzymają bardzo przyzwoity poziom. Zgłodniałem i mam ochotę na więcej.

7/10

Radosław Ostrowski

Criminal: Wielka Brytania – seria 2

Z całej antologii „Criminal” tylko wersja brytyjska dostała drugi sezon. Czyli ekipa śledcza prowadząca przesłuchanie w przeznaczonym do tego pokoju. Jest też oddzielony weneckim lustrem pokój obserwatora, gdzie reszta składu analizuje materiał dowodowy, przygotowuje strategię przesłuchania i tak dalej. Nowy sezon dostał jeden odcinek więcej, a dochodzenia mogą wydawać się prawdopodobne, nie tylko dla Brytyjczyków.

Nadal można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia ze spektaklem teatralnym albo spektaklem Teatru Telewizji. Kameralna przestrzeń, zbliżenia na detale oraz skupienie na twarzach osób przesłuchiwanych. No i każda sprawa jest poważna: od zwykłej rozmowy w sprawie uzupełnienia relacji świadka zmienionej w przesłuchanie dotyczące morderstwa, pracownik agencji nieruchomości oskarżony o gwałt, kobieta korzystająca z Internetu w celu polowania oraz obnażania pedofilów, a także skazany za zabójstwo mężczyzna arabskiego pochodzenia podejrzany o wcześniejszą zbrodnię dzięki nowym dowodom. Pewnych rzeczy można się domyślać, ale bardziej liczy się tutaj dochodzenie do prawdy, stosowane taktyki przesłuchań. I jest jeden odcinek, gdzie jedna sprawa pozostaje niewyjaśniona. W sensie jest za mało dowodów, by oskarżyć, co kompletnie mnie zaskoczyło. Bardzo satysfakcjonująca sprawa z kapitalnie sfilmowanym początkiem (pierwsza scena, gdzie podejrzany składana zeznania w jednym ujęciu – imponujące).

Ekipa pod wodzą detektyw Hobbs nie wraca w pełnym składzie. Nie ma detektywa Ottagera, pełniący wcześniej Petit jest pełnoprawnym członkiem składu i na jeden odcinek wraca jedna z postaci, by znowu zabłysnąć. Jednak najbardziej zaskakujące momenty to kiedy w pierwszym odcinku skupiająca się na analizie Vanessa niejako przypadkowo dostaje szansę na poprowadzenie przesłuchania. I początkowo ma wątpliwości. Nadal jednak niewiele o nich wiemy, chyba że sami o sobie powiedzą.

Jeśli chodzi o obsadę, tak naprawdę liczą się osoby przesłuchiwane. Na mnie największe wrażenie zrobiły dwie role (ale po prawdzie cała czwórka spisała się świetnie). Pierwszą jest Sophie Okonedo w roli Julie Bryce. Rozedrgana, niepewna, bardzo skryta kobieta skrywająca mroczną tajemnicę. Przypadkowo odkryta zmienia całą wiedzę o niej, ale też zupełnie inną twarz. Drugi jest znany z „Gry o tron” Kit Harrington i moim zdaniem to jego najlepsza rola. Oskarżony o gwałt mężczyzna jest pewny siebie, niejako władczy, wręcz „toksyczny”, ale przekonany o swojej niewinności. Trudno go polubić i uwierzyć mu na słowo, bardziej dba o swoją reputację i ma w sobie coś takiego „śliskiego”.

Dla mnie brytyjski „Criminal” jest największą niespodzianką od Netflixa. Samo obserwowanie przesłuchań trzyma w napięciu, historie wciągają, a realizacja – choć skromna – jest bardzo efektywna. Nie wiem, czy będzie trzecia seria, ale bym się nie obraził.

8/10

Radosław Ostrowski

Cząstki kobiety

Czekanie na narodziny dziecka to ważny dzień dla rodziców. Taki na pewno miał być dla Marthy oraz Seana, gdzie poród ma być tuż tuż w domu, z doświadczoną położną. Pozornie wszystko wydaje się przebiegać zgodnie z planem, ale dziecko po porodzie umiera. Związek zaczyna powoli się rozpadać, a przeciw położnej wytoczony jest proces sądowy.

Kolejne, bardziej ambitne dzieło Netflixa od reżysera z Węgier. Kornel Mundruczo tym razem przenosi na ekran swój tekst teatralny, napisany wspólnie z Katą Weber. I jest to długi, psychologiczny dramat skupiony na kobiecie w żałobie. Nie jest to kobieta w żadnym wypadku rozpaczająca, wyrażająca swoje emocje wprost. Ale na ile to prawdziwa ona, a na ile jest to kreacja wobec swojego otoczenia. Głównie matki, niejako próbującej narzucić jej swoje zdanie oraz jej partnera, coraz bardziej ulegającym jej wpływom. W tej relacji po tragedii zaczynają pojawiać się spięcia oraz oddalanie się. Jednak reżyser w tym związku skupia się na Marcie oraz jej emocjach. Co dla wielu może być problemem, ale mąż przez większość czasu jest obecny. Na nim mocniej widać jak wielką destrukcję wywołała śmierć dziecka – płacz, bezradność, powrót do nałogu oraz rozstanie. Chciałoby się tutaj dla rozładowania odrobinę (nawet smolistego) humoru, by nie czuć aż takiego ciężaru.

Ale mam pewien jeden poważny problem. „Cząstki kobiety” zaczynają się od mocnego uderzenia (nakręcona w jednym ujęciu scena porodu), ale z czasem sama narracja zaczyna tracić swój impet. Rozwadnia się to wszystko, a wątki poboczne nie zawsze działają (scena w sądzie). No i czasami zbyt nachalna symbolika – most na początku sceny opisującej kolejny dzień, jabłka wydawała mi się zbędna. Ale pojawia się jeszcze parę momentów jak monolog matki o swoim narodzeniu podczas wojny czy przesłuchanie Marthy w sądzie.

Całość w ryzach trzyma absolutnie zjawiskowa Vanessa Kirby jako Martha. To jest przykład kreacji, która wydaje się minimalistyczna, a jednocześnie jest to siła rażenia bomby atomowej. Nawet nic nie mówiąc, wypowiada wiele skrajnych emocji: od zmęczenia przez bezsilność po bunt. Kontrastem dla niej jest bardzo wyrazista Ellen Burstyn jako bardzo silna Elizabeth, z bardzo twardymi zasadami. Zaskoczeniem jest za to Shia LaBeouf jako Sean. Niby wydaje się silnym wsparciem, lecz tak naprawdę okazuje się słabszym, bezradnym facetem.

Ten psychologiczny dramat ma swoje momenty mielizny czy działające usypiająco. Ale „Cząstki kobiety” mają zbyt wiele mocnych momentów, by ją zignorować. Bez potężnej roli Kirby całość rozsypała się na drobne cząstki niczym zwierciadło.

7/10

Radosław Ostrowski

7500

To miał być zwykły lot z Berlina do Paryża. Solidne niemieckie linie lotnicze, z doświadczoną załogą na pokładzie. Jednym z pilotów jest mieszkający w Niemczech Tobias Elis. Razem z nim samolotem leci jego dziewczyna, turecka stewardessa. Niestety, spokój nie jest dany na trwałe, gdyż podczas lotu kilku terrorystów próbuje się przebić do kokpitu, co udaje się jednemu. Zostaje pozbawiony przytomności, zaś kapitan zostaje ranny. Sytuacja staje się nerwowa.

Sam pomysł wydaje się prosty, ale jest bardzo efektywny. Niby było już parę filmów o porwaniu (bądź jego próbie) samolotu jak choćby „Lot 93”. Ale debiutujący reżyser Patrick Volbrath jest tego bardzo świadomy. Więc co robi? Umieszcza całą akcję w kabinie pilota, bez jakiegokolwiek kontaktu z zewnątrz. Chyba, że włączy widok kamery od drzwi. Poza tym totalna izolacja, komunikaty radiowe, walenie do drzwi oraz ciągłe poczucie zagrożenia. Takimi prostymi środkami buduje się napięcie, wynikające z tego jak pilot samolotu radzi sobie z taką sytuacją. Niby są pewne procedury (za wszelką cenę nie otwierać drzwi do kabiny), ale na takie zagrożenie nigdy nie jest się w stu procentach przygotowanym. Emocje będą brały górę nad wszelkimi procedurami, bo w końcu są to tylko ludzie. Wszystko oparte jest tutaj na miejscami bardzo nerwowym montażu oraz pracy kamery, jeszcze bardziej podkręcając napięcie niemal do samej granicy. Jak w takiej sytuacji może zachować się człowiek – pilot, terrorysta? Gdzie jest granica radzenia sobie z presją, stresem, napięciem? Niby nie ma tu elementu zaskoczenia, a jednak „7500” potrafi walnąć między oczy.

Wszystko to by nie zadziało, gdyby nie dawno nie widziany Joseph Gordon-Levitt w roli pilota Elisa. Aktor przez niemal większość czasu jest zdany tylko na siebie, a kamera niemal wręcz przykleja mu się do twarzy. A na niej malują się wszelkie emocje: od strachu i lęku po opanowanie oraz spokój. I to wszystko pokazane jest bardzo dobrze, bez łaszczenia się o poklask czy stosując emocjonalny szantaż. Oprócz niego wybija się Omir Memar jako skonfliktowany terrorysta Vedat, będący ofiarą manipulacji swoich kolegów. I tak para napędza drugą, pozornie mniej gwałtowną połowę filmu.

To jest kolejny przykład filmu, gdzie liczy się pomysł oraz konsekwentna realizacja, a nie duży budżet. Trochę budziło mi skojarzenia z „Winnymi”, gdzie też mieliśmy zamkniętą przestrzeń oraz podnoszone napięcie, co jest mocną rekomendacją.

7,5/10

Radosław Ostrowski