Titan – nowa Ziemia

Wiek XXXI dla ludzkości był czasem prosperity oraz wielkiego rozwoju technologicznego. Jednym z nowych osiągnięć jest projekt Tytan – potężny statek, który mógłby pomóc w odbudowaniu planety na wypadek jej zagłady. I wtedy dochodzi do ataku planety przez Drejów, którzy widzą w Ziemianach zagrożenie. Ziemia zostaje ostatecznie zniszczona, a ocalałe niedobitki krążą po całym kosmosie. Jednym z ocalałych jest Cale, syn twórcy Tytana, obecnie pracujący fizycznie. Po 15 latach trafia do niego przyjaciel ojca, kapitan Corso ze swoją załogą i informuje go, że chłopak ma ukrytą mapę z lokalizacją Tytana. Drejowie ruszają za nimi w pościg.

titan ae2

Ostatnia animacja zrobiona przez Dona Blutha w zasadzie jest klasyczną opowieścią przygodową w otoczce SF. Ma wiele znajomych elementów w rodzaju bohatera mimo woli, wyrazistego mentora, który okazuje się zdrajcą, romantyczną relację, wreszcie zagrożenie nie z tego świata. Fabuła jest prościutka, zaś wszystko zmierza w oczywistym, bardzo przewidywalnym kierunku. Dobrzy wygrywają, źli dostają łomot (niektórzy dostają szansę na odkupienie) i wszystko jest bardzo fajnie. Ale w tym leżała siła tego filmu.

titan ae3

Albowiem „Titan” pochodzi z czasów, kiedy postanowiono połączyć klasyczną, dwuwymiarową animację postaci z trójwymiarowym tłem. Tym ostatnim są m.in. statki kosmiczne, wygląd planet, maszyneria itd. W dniu premiery robiło to piorunujące wrażenie jak choćby w scenie lotu przez planetę starożytnych kosmitów czy niszczenia Ziemi. To się trzyma równie dobrze jak w przypadku disnejowskiej „Atlantydy”. Równie fantastycznie pasuje do tego wszystkiego muzyka, gdzie obok rockowych numerów dostajemy mocarne, orkiestrowo-elektroniczny mix od Graeme’a Revella.

titan ae1

Jednak fantastyczna realizacja plus udany dubbing ze znanymi aktorami w obsadzie (m.in. Matt Damon, Bill Pullman, Nathan Lane czy Ron Perlman) to jednak za mało, by mówić o niesamowitym filmie. Leży tu scenariusz, gdzie akcja miejscami dzieje się szybko i sprawia wrażenie troszkę niedoszlifowanego. Za dużo jest tutaj klisz i zbyt mało mnie to obchodziło, zaś zmiana zachowania u kilku postaci wydaje się za szybko. Sam świat wygląda imponująco i mógłby być interesujący, jednak to wszystko jest płytkie, za proste, przewidywalne. Warto tylko dla wizualiów.

6/10

Radosław Ostrowski

Jeden gniewny człowiek

Zaczyna się pozornie spokojnie. Widzimy dwóch konwojentów wjeżdżających do wozu z przewożoną kasą. Na drodze zostają zatrzymani przez wóz remontowy. Tylko, że robotnicy okazują się bandytami i atakują wóz. Włamują się, biorą łup i konwojentów za zakładników. Wszystko idzie gładko? Nie, padają strzały, giną konwojenci oraz jeden z cywilów. Drugi zostaje postrzelony. Parę miesięcy później do firmy konwojenckiej zgłasza się Patrick Hill – doświadczony Anglik i zostaje zatrudniony. Podczas ataku udaje mu się w pojedynkę zabić atakujący gang, co budzi uznanie kolegów. Ale też zmusza do zastanowienia kim, do cholery jest Hill zwany też H.?

jeden gniewny czlowiek1

Co może powstać z połączenia sił Guya Ritchie, Jasona Stathama oraz przerobionego scenariusza francuskiego thrillera? Jeśli spodziewacie się akcyjniaka, gdzie bohater grany przez Jasona Stathama robi to, co zawsze robi Jason Statham – czyli zabija wszystko i wszystkich, co mu staną na drodze… cóż… to nie jest ta bajka. Jeśli oczekujecie kolejnej gangsterskiej produkcji z piętrową intrygą, lekkim tonem oraz smolistym humorem, to też nie do końca. Jest dużo mroczniej i poważniej niż zwykle – w końcu jest to historia zemsty, chciwości oraz determinacji w dążeniu do celu. Więcej nie mogę powiedzieć, bo na tajemnicy budowana jest cała historia. Brudna i pokazująca bezwzględny świat, gdzie zaufanie i lojalność są towarem deficytowym. Zwłaszcza, kiedy w grę idzie duża kasa.

jeden gniewny czlowiek3

Reżyser nadal bawi się narracją – wspomnianą scenę napadu na konwój zobaczymy z kilku perspektyw, przez co poznamy wszystkich graczy. Odkryjemy historię pana Hilla (zaskakująco wyciszony i małomówny Jason Statham), a także ekipy atakującej na konwoje. Będzie parę montażowych przeplatanek, skoki w czasie i bardzo niewielka ilość smolistego poczucia humoru. Na początku będzie też parę seksistowsko-maczowskich tekstów, co budzi skojarzenie z kinem lat 90. (stare, złe/dobre czasy – zależy kogo się spyta). I mimo tych przeskoków co rozdział nie czułem się ani znużony, ani zdezorientowany. Na pewno w tym pomaga bardzo pewna ręka Ritchiego, jak i bardzo wyraziste postacie drugoplanowe (zagrane m.in. przez świetnego Holta McCallany’ego, zaskakującego Josha Hartnetta czy pasującego idealnie Scotta Eastwooda – wygląda tutaj niemal jak ojciec). Sama rozwałka pojawia się dopiero w trzecim akcie, gdzie Ritchie bardziej idzie w klimaty kina Michaela Manna.

jeden gniewny czlowiek2

Rzadko się udaje reżyserom z tak wyrazistym stylem wyjść ze strefy komfortu w taki sposób, by odnieść zwycięstwo. Za bardzo się przyzwyczailiśmy do stylu niektórych reżyserów, że chcielibyśmy takie wyraziste filmy powstawały częściej, a zanim się zorientujemy, pójdzie to w stronę autoparodii. „Jeden gniewny człowiek” może być początkiem nowego etapu, gdzie Guy Ritchie pokaże bardziej dojrzałe oblicze. Czy będzie to jednorazowy wyskok? Czas pokaże, na pewno jednak współpraca z Jasonem Stathamem rozkręci się.

8/10

Radosław Ostrowski

Krzysiu, gdzie jesteś?

Ja należę do tego pokolenia, które będąc w wieku dziecięcym miało styczność z Kubusiem Puchatkiem. Postać stworzona przez Alana Alexandre’a Milne’a najbardziej utrwalona została przez animacje Disneya (ostatnia powstała dziesięć lat temu). Co jeszcze można o Kubusiu i jego przyjacielu Krzysiu opowiedzieć? Disney wpadł na dość szalony pomysł czegoś w rodzaju kontynuacji Kubusia, ale z perspektywy dorosłego Christophera. O tym postanowił opowiedzieć reżyser Marc Forster.

krzysiu1

Sam początek bardzo szybko pokazuje przejście chłopca w dorosłego mężczyznę, który szybko zostaje zmuszony do dojrzewania. Z czasem jednak pamięć o przyjaciołach ze Stumilowego Lasu zniknęła, zastąpiona przez pracę, żonę oraz córkę. Potem była służba w wojsku podczas II wojny światowej oraz powrót do pracy w firmie robiącej walizki. I ona go mocno przygniotła do tego stopnia, że zaczął się oddalać od najbliższych. W najbliższy weekend zamiast spędzić czas z rodziną w domku za miastem, musi znaleźć sposób na cięcie kosztów firmy. Co z tym fantem zrobić? Wszystko się zmienia, kiedy w dzień z drzewa w londyńskim lasku pojawia się… Kubuś Puchatek. I ma problem, bo wszyscy jego przyjaciele zniknęli. Christopher niechętnie zgadza się pomóc misiowi i wraca do Lasu.

krzysiu5

Reżyser niejako rozbija swój film na dwa wątki, które łączą się w bardzo pokręcony sposób. W sumie chodzi o odnalezienie w sobie dziecka oraz znalezieniu równowagi między pracą a rodziną. Szybkie wprowadzenie za pomocą wplecionych animacji jakby żywcem wziętych z książki potrafi poruszyć i jest mocne. A jednocześnie bardzo przygnębiające, tak jak niemal cały pierwszy akt. Pojawienie się Puchatka zaczyna doprowadzać do pęknięcia i pojawia się światło. Chociaż nie od razu, bo po tym spotkaniu Stumilowy Las wygląda nieprzyjemnie – mglisty, szary, smutny. Dynamika relacji Kubusia z Krzysiem doprowadza do powolnych zmian w otoczeniu, pokazując jak jeden bez drugiego nie potrafi funkcjonować.

krzysiu4

I to pokazuje ta druga część, bardziej przygodowa, trzymająca w napięciu oraz mająca więcej humoru. Zmiana jest diametralna, wręcz czuć zmianę nastroju. Pojawiają się starzy znajomi (Kłapouchy, Sowa, Tygrysek, Królik) i wyglądają jak pluszowe zabawki, mające już mocno swoje lata. Ożywione nie wyglądają sztucznie, zaś głosy dopasowane są świetnie (od Jima Cummingsa, który użycza głosu Kubusiowi oraz Tygryskowi wiele lat przez Petera Capaldi i Toby’ego Jonesa). Ta część przypomina klasyczne opowieści Milne’a z woltą w postaci pomocy Puchatka i jego przyjaciół w Londynie. Czyste szaleństwo, ale nie można odmówić temu uroku.

krzysiu2

Zwłaszcza, że w roli głównej mamy fantastycznego Ewana McGregora, nie schodzącego poniżej swojego wysokiego poziomu. Nie ważne, czy jest przygnębiony i zbyt poważny czy walczy z Hefalumpem (by przekonać ekipę Kubusie, że jest prawdziwym Krzysiem), nie ma mowy o jakiejkolwiek sztuczności czy fałszu. Tak samo świetnie wypadają Hayley Atwell (Evelyn) oraz Bronte Charmichael (córka Madeline). W zasadzie jedyną osobą odstającą aktorsko jest Mark Gatiss. Jako szef naszego bohatera jest zbyt przerysowany i przesadnie demoniczny. To nie działało za bardzo.

krzysiu3

Powinienem nie lubić tego filmu, bo wydawał mi się (przed seansem), że będzie tylko żerował na znanej postaci Kubusia Puchatka, nie dając niczego w zamian. Nawet jeśli jest on przewidywalny (a jest), za dużo jest dobrych rzeczy, by go zignorować. Nietypowe kino jak na produkcję Disneya.

7/10

Radosław Ostrowski

Mortal Kombat Legendy: Zemsta Scorpiona

Chyba każdy – nawet nie-gracz – słyszał o marce Mortal Kombat. Seria bijatyk skupiona na międzywymiarowym turnieju doczekała się aż 11 części, dwa filmy pełnometrażowe oraz reboot z tego roku. W tzw. międzyczasie pojawiła się osadzona w świecie gry animacja „Zemsta Skorpiona”. I ku mojemu zdumieniu, wyszła lepiej niż się spodziewałem, choć nie w każdym aspekcie.

Jak sam tytuł sugeruje, fabuła – teoretycznie – skupia się na wojowniku później znanym jako Scorpion. Naprawdę nazywał się Hanzo Hassashi i był wojownikiem ninja z klanu Shiral Ryu. Kiedy go poznajemy razem z synem obserwuje skorpiona walczącego z mrówkami. Wracając do domu zastaje członków swojego klanu oraz żonę wymordowanych. W ślad za nim ruszają zabójcy, kierowani przez niejakiego Sub-Zero. Ucieczka kończy się jednak klęską i śmiercią syna na oczach Hanzo. Ten trafia do Czeluści, gdzie ma stać się kimś w rodzaju Prometeusza. Tracić fragmenty ciała, wyć z bólu i cierpieć, nie umierając. Ale Hanzo jest wojownikiem, więc udaje mu się wyrwać z uwięzienia i trafić do p.o. władcy Czeluści, maga Quan Chi. Ten daje mu szansę na ożywienie zmarłych członków rodziny w zamian za klucz do uwolnienia swojego boga, Shinnoka. Przedmiot jest w rękach Shang Tsunga, na którego wyspie odbędzie się turniej Mortal Kombat.

Kwestia zemsty Hanzo, który później zmienia się w Scorpiona to tylko jeden z wątków tego filmu. Drugi dotyczy turnieju Mortal Kombat oraz uczestniczącym w nich reprezentantach ludzi: Sonyi Blade, Liu Kanga oraz Johnny’ego Cage’a (jakiekolwiek pokrewieństwo z Nicolasem Cage’m wykluczone). Poznajemy ich motywacje i ich charaktery – dość szybko – przeskakując między tą trójką z Raidenem oraz Scorpionem. Może to paru osobom przeszkadzać, bo jednak w tytule jest Scorpion. Ale ta historia działa, mimo pewnej przewidywalności. Dużo jest fan service’u, co dla fanów gier będzie wielką frajdą.

Sceny walki oraz sama kreska przypomina dzieła anime, a mi wręcz budziła skojarzenia z… „Castlevanią” Netflixa. Jest jak tamta produkcja krwawa i brutalna, z rozciętymi kończynami, wiadrami krwi, a nawet znanymi z gier X-Rayami (pokazanie pękniętych kości po ciosie). Nie jest aż tak szczegółowa jak w produkcji Netflixa, a sama kreska wydaje się być prosta, wręcz ręcznie rysowana. Pasuje to do brutalnego, onirycznego świata z gier. Postacie też są wiernie oddane pod względem charakteru: od narcystycznego Cage’a i twardą Sonyę po podstępnego Shang Tsunga oraz małomównego Scorpiona.

Finał filmu zapowiada kontynuację i mam nadzieję, że powstanę. Seria „Mortal Kombat Legendy” może stać się szansą na nową franczyzę. świetna robota, aż chce się powiedzieć: Flawless victory!

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sekret księgi z Kells

Aż zadziwiająca jest droga studia Cartoon Saloon. Irlandzcy animatorzy, tworzący staroszkolne filmy rysunkowe, uwagę widzów na całym świecie zwrócili debiutem z 2009 roku. Tak jak w wielu swoich późniejszych filmach, opowieść czerpie z irlandzkiej mitologii oraz tradycji.

sekret kells1

„Sekret księgi z Kells” skupia się na młodym mnichu Brendanie, przebywającym w tytułowym klasztorze w irlandzkim Kells. Jej wuj, będącym opatem, stara się ochronić okolicę przed siejącymi terror Wikingami, co zabijają i kradną złoto. Wszystko się zmienia w momencie, kiedy do klasztoru przybywa słynny iluminator, brat Aiden z Iony. Mnich przetrzymuje ze sobą księgę swojego klasztoru, zawierającej całą wiedzę oraz niesamowite ilustracje. I to Aiden prosi Brendana o pomoc w dokończenie księgi, choć dla chłopaka może oznaczać to nieposłuszeństwo wobec wuja.

sekret kells3

Film w zasadzie jest prostą opowieścią o chłopaku, który zostaje zderzony z dwoma światopoglądami. Pierwszy, reprezentowany przez wuja, oznacza izolację, bezpieczeństwo i poczucie samotności. Tylko, że poczucie bezpieczeństwa jest złudne, a izolacja nie pozwala nieść światła w świecie mroku. Druga postawa, brata Aidena, oznacza ryzyko, otwartość i przenoszenie się z miejsca na miejsce. Jaka opcja wygra, odpowiedź może wydawać się jasna. Jeszcze bardziej intrygują sceny, kiedy chłopak zaczyna mieć wizje tego, co się wkrótce wydarzy lub wydarzyło. Chociaż wydaje mi się, że Brendan nie jest do końca tego świadomy. A chłopakowi w pracy nad księgą będą towarzyszyć istoty nie z tego świata: wróżki Aishley oraz niepokojącego Crome’a.

sekret kells2

Jak wiele produkcji studia Cartoon Saloon, „Sekret księgi z Kells” jest ręcznie rysowaną animacją. Ale najbardziej zadziwiające w tej produkcji jest bardzo częste wykorzystywanie koła. Wiele rzeczy jest tutaj zaokrąglonych: klasztor otoczony murami (widok z góry), drzewa czy ilustracje księgi. Wszystko okraszone celtycką mitologią, celtycką muzyką (świetną – co z tego, ze napisał ją Francuz?) oraz świetnym dubbingiem.

Muszę jednak przyznać, że większe wrażenie zrobiły na mnie „Sekrety morza” oraz „Sekret wilczej gromady”. Być może wynika to z banalnej historii czy lepszej animacji w następnych filmach. Niemniej jest to solidna, urocza animacja w starym stylu.

7/10

Radosław Ostrowski

Castlevania – seria 4

Wszystkie dobre rzeczy kiedyś muszą się skończyć. Byłem troszkę zasmucony na wieść o tym, że czwarty sezon „Castlevanii” będzie jednocześnie finałem. Bo finałowe sezony Netflixowi rzadko się udawały, więc obawy były spore. I jak się zakończy ta historia ostatniego z Belmontów, towarzyszącej mu Mówczyni oraz przebywającego w zamku syna Draculi.

castlevania4-1

Ale Zło jeszcze nie zostało ostatecznie pokonane, a nasi bohaterowie bezustannie walczą i czują się tym już zmęczeni. Sprawa jednak jest poważna i nie chodzi tylko o żądną krwi Carmillę, lecz też o tajemniczego Varneya – jak sam się określa, „wielki jebaka z Londynu zanim się nazywał Londynem”. Towarzyszy mu zabijaka Ratko, zaś ich plan jest bardzo prosty: wskrzesić Draculę, by wymordował ludzkość. Trevor z Syphą trafiają do Targoviszte, gdzie wszystko się zaczęło. Czy też się skończy?

castlevania4-2

Wątków jest sporo, a odcinków tylko dziesięć, więc jak Warren Ellis z reżyserem Samem Deatsem posklejają to wszystko? Efekt zaskoczył mnie bardziej niż sądziłem. Bo wątków i postaci jest od groma – bo wracają Carmilla z siostrami, kowale Hector i Isaac, a nawet szukający swojej miłości alchemik Saint Germain – nowe jeszcze bardziej komplikują sprawę, zaś potwory mordują z bezwzględnością i odrzucają chorym wyglądem. Nadal jest krwawo i bez miłosierdzia dla monstrów, ludzi ani widza. Na szczęście twórcy nie zapominają o relacjach między postaciami oraz ich ewolucji. To ostatnie najmocniej widać choćby u kowala Isaaca, który prowadzi armię nocnych stworzeń. Początkowo wydawał się chłodnym, ale całkowicie wspierającym Draculę sługą. Ale zdarzenia z poprzedniej serii zweryfikowały jego przekonania wobec ludzkości.

castlevania4-3

Tak samo jest z Alucardem, który zostaje poproszony o pomoc mieszkańcom pobliskiej wioski. Nieufność wobec ludzi zostaje przełamana przez przywódczynię wioski, Gretę. Nie traktuje go jako wroga czy dziwaka, tylko uważnie słucha, ale i potrafi powiedzieć bez owijania w bawełnę. Nie wspominam też o Syphie, która przebywając z Belmontem staje się nerwowa i potrafi rzucić mięchem. Zaskakuje to, że twórcy – mając pozornie niewiele czasu – dają szansę na bliższe poznanie każdej istotnej postaci. Dzięki temu nikt nie jest jednoznacznie dobry ani zły, co jest dla mnie największą siłą scenariusza tego serialu.castlevania4-4

Walka nadal jest bardzo dynamiczna, ale nigdy nie staje się chaotyczna i nie gubimy się w śledzeniu każdego ciosu. Pomaga w tym świetna kreska, nadal czerpiąca garściami z japońskich anime. I nie ważne, czy widzimy wampirzycę walczącą na polu bitwy, Belmonta w pojedynku z Ratką czy finałową konfrontację. Tu się dzieją rzeczy godne kina wojennego czy akcji, zaś wiele pojedynków również potrafi zachwycić wizualnie jak walka Carmilli z Isaakiem na posadzce pełnej krwi. To jest popis animatorów i montażysty, a także wyobraźni scenarzystów. Wielu może rozczarować ostatni odcinek, gdzie wiele rzeczy zostało zamkniętych i bywa czasem za słodko czy momenty, gdy parę kluczowych postaci usuwa się w cień. Ale chyba czegoś takiego potrzebowaliśmy po mrocznych, przerażających czasach.

castlevania4-5

Czwarty sezon „Castlevanii” pokazuje jak znakomicie jest to zrealizowana produkcja i słusznie można ją nazwać najlepszą adaptacją gry video. Konsekwentnie prowadzona narracja, świetny dubbing, bardzo wyrazista kreska – tutaj nie ma absolutnie zbędnych scen czy dialogów. Zaś finał dał mi wiele, wiele satysfakcji. Troszkę żal się żegnać z „Castlevanią”, jednak jeśli już to zrobić, to kiedy serial jest w formie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Miłość, śmierć i roboty – seria 2

Kolejny sezon antologii Netflixa od Tima Millera i Davida Finchera. Tym razem jednak jest tylko osiem odcinków, z których najdłuższy trwa niecałe 20 minut. Nadal są to opowieści SF, opartym na opowiadaniach takich autorów jak J. G. Ballard czy Harlan Ellison. I tak jak w przypadku pierwszej serii, nie wszystkie historie powalają.

Od szybkich, wręcz anegdotycznych strzałów, co stawiają więcej pytań niż odpowiedzi jak historia o monstrach ukrytych w wysokiej trawie czy makabrycznym św. Mikołaju aż po tworzenie bardzo intrygujących światów oraz koncepcji. Problem jednak w tym, że ilość historii wartych uwagi od wyższych stanów średnich nie jest tak duża jak w przypadku poprzednika. Jeszcze bardziej smuci fakt, że większość odcinków jest utrzymana w podobnej stylistyce animacji (głównie niemal fotorealistycznego stylu, gdzie elementy otoczenia i postacie wyglądają jak z filmu fabularnego). Brakuje mi tu różnorodności wizualnej jaką proponowała pierwsza seria, a o braku poczucia humoru nawet nie wspominam. Aspekt horroru niby jest obecny (opowieść z odkurzaczem czy z popsutym robotem naprawiającym w bunkrze), jednak nie działa tak mocno.

milosc smierc i roboty2-2

Więcej też jest takich krótkich opowiastek. Poza w/w dwójką trudno zapomnieć opowieść o walce starszej pani z zepsutym robotem sprzątającym oraz… doradcą klienta. Jest też bardzo porządna historia ściganego gościa z powodu nieśmiertelności czy wyglądająca niczym z doliny niesamowitości ostatnia opowieść o znalezionym na brzegu ciele olbrzyma.

milosc smierc i roboty2-1

Ale jeśli miałbym wskazać odcinek, który mnie najbardziej powalił, to byłby odcinek trzeci. Estetycznie bardzo cyberpunkowy, przypominający „Blade Runnera” opowieść, gdzie mamy życie wyższych sfer oraz nędzę biedoty. Bardziej jednak interesuje tutaj koncept życia wiecznego ludzkości w zamian za… brak dzieci. Dzieci tutaj są zabijane przez policjantów, pełniących rolę regulatorów. I poznajemy jednego stróża prawa, który zaczyna mieć wątpliwości. Ewidentnie odcinek prowokujący do myślenia, co dają niektóre świetne produkcje SF.

milosc smierc i roboty2-3

Problem z drugą serią „Miłości, śmierci i robotów” jest taki, że brakuje tutaj mocnego kopa oraz takich zaskoczeń jak w pierwszej, bardziej różnorodnej serii. Nie jest aż tak zróżnicowana tematycznie i wizualnie, przez co nie powala. Mogę mieć tylko nadzieję, że zapowiedziany na przyszły rok trzeci sezon podbuduje reputację antologii.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Na rauszu

Ile to już było filmów o piciu i alkoholizmie? Zbyt wiele, żeby można było wyciągnąć coś więcej z tego tematu. Bo albo idziemy w komediowe tony, albo stajemy się bardzo poważnym dramatem o uzależnieniu. Ale reżyser Thomas Vinterberg spróbował ugryźć ten ograny temat z innej perspektywy. a wszystko zaczyna się od eksperymentu.

Bohaterami „Na rauszu” jest czerech nauczycieli w liceum: Martin, Peter, Tommy i Nikolaj. Panowie są dość sfrustrowani pracą, gdzie uczniowie kompletnie ich olewają. Prywatnie też każdemu z nich różnie wyszło, o czym opowiadają podczas urodzin Nikolaja. Podczas rozmowy mężczyzna wspomina o teorii norweskiego psychiatry, że człowiek urodził się z brakującą ilością pół promila alkohol we krwi. Zaczyna się dyskusja, aż w końcu Martin decyduje się sprawdzić teorię w praktyce. Później dołącza reszta, a eksperyment polega na utrzymywaniu w organizmie pół promila. Więc można pić, ale tylko do 20. I początkowo wyniki są zaskakująco pozytywne, więc cała czwórka postanawia podnieść poprzeczkę.

na rauszu1

Od razu uprzedzę pytania: „Na rauszu” nie jest, powtarzam, NIE JEST filmem o piciu i chlaniu. Chociaż alkohol jest mocno obecny. Inaczej – raczej pytanie brzmi, dlaczego nasi panowie decydują się na picie. O skryte demony, poczucie obcości i zmęczenia życiem. Jak bardzo sceny picia czwórki bohaterów kontrastują na początku filmu, gdzie młodzi ludzie imprezują z flaszką w ręku. I początkowo wydaje się, że bohaterowie na tym piciu zyskali. Lepiej prowadzone lekcje z uczniami, Martinowi relacje z żoną się nawet poprawiają, więc idą z alkoholem wyżej. Początkowo może to się wydawać zabawne, ale z czasem ten śmiech zaczyna gasnąć. Picie staje się pułapką, z której jednemu z bohaterów (wuefista Tommy) nie udaje się wyjść. A wiecie, co jest najgorsze? Alkohol towarzyszy nam od początku, a nawet kilka wybitnych jednostek znane było z picia. I to chlanie idzie na potęgę w ilościach hurtowych, aż się traci nad tym kontrolę. Co najbardziej zadziwia mnie to fakt, że Vinterberg nie ocenia i nie daje jednoznacznej odpowiedzi na temat alkoholu. Czy on jest tylko dobry, czy ma tylko negatywne skutki?

na rauszu2

„Na rauszu” ma więcej odcieni szarości niż można się było spodziewać, zaś finałowy taniec Martina jest interpretowany na kilka sposobów – jako wyzwolenie się, jako ciągłe życie z nałogiem czy chocholi taniec. Ale dla mnie klucz do tej sceny pojawia się wcześniej. Kiedy na egzaminie jeden ze studentów jest pytany o teorię lęku Kierkegaarda, czyli jak człowiek sobie radzi z porażką. Jeśli się ją zaakceptuje, można pokochać się oraz całe otoczenie. Czy jednak naszym bohaterom udaje się poznać samych siebie i zacząć wszystko od nowa? Pogodzenie się z samym sobą? A może chodzi o akceptacje nałogu i zatracenie się w nim?

na rauszu3

Wydaje mi się, że to pierwsze, ale może się tylko wydaje. W każdym razie na pewno nie wyczerpałem tematu, a film na pewno zmusza do myślenia. Idźcie, sprawdźcie i skonfrontujcie się.

8/10

Radosław Ostrowski

Lot nawigatora

Są takie filmy, wokół których tworzy się kult przez osoby mające z danym tytułem pierwszy kontakt, jak byli dziećmi. Ale obejrzane już przez osobę dorosłą nie robią takiego wrażenia. Tak właśnie miałem ze zrealizowanym dla Disneya „Lotem Nawigatora”. Dzieło Randala Kleisera (twórca „Grease” oraz „Kochanie, zwiększyłem dzieciaki”) jest tak prostym filmem familijnym jak tylko się da. I chyba dlatego nie zrobiła na mnie takiego wrażenie.

lot nawigatora1

Akcja skupia się na chłopcu o imieniu David, który żyje w 1978 roku. Wracając do domu po swojego brata, potyka się i spada do skarpy. Kiedy się budzi, wraca do domu. Tylko jest jedno ale: w domu mieszkają jacyś obcy ludzie, dzwonią po policję. Chłopiec trafia do swoich rodziców, lecz okazuje się, że zaginął przez… osiem lat. W tym samym czasie na Ziemi ląduje tajemniczy statek kosmiczny i staje się obiektem badań NASA. Jak się okazuje, mózg chłopca jest w stanie komunikować się ze statkiem kosmicznym. I to się musi zakończyć jednym: wspólnym lotem, gdzie chłopiec pełni rolę Nawigatora.

lot nawigatora2

Jeśli spodziewacie się tutaj jakichś momentów zaskoczenia czy przewrotek, reżyser ich nie zaserwuje. Historia idzie o sznurku, nie ma żadnych pobocznych wątków, w zasadzie mieszając dwie historie ze sobą. Pierwsza dotyczy Davida (bardzo dobry Joey Cramer) i jego zagubieniu się w bardziej współczesnym świecie. Naukowcy próbują mu pomóc w odzyskaniu brakujących luk. Druga dotyczy statku kosmicznego, próbującego wrócić do domu. By tego dokonać, potrzebuje wiedzy zachowanej u chłopaka. Duo zaczyna się lepiej poznawać i podróżować, by wrócić do domu. W sumie tyle.

lot nawigatora3

Czy coś zapada w pamięć? Porządne efekty specjalne, sam wygląd statku (kierowany głosem Paula Reubensa) oraz elektroniczna muzyka Alana Silvestriego, która daje prawdziwego kopa. Także chłopak grający główną rolę wypada bardzo solidnie. Jest jeszcze parę znanych twarzy na drugim planie jak Veronica Cartwright i Sarah Jessica Parker na początku swojej kariery. To jednak jest troszkę za mało, by nazwać film w pełni udanym. Jeśli oglądaliście go za młodu, może z sentymentu się spodobać. Ale jeśli – tak jak ja – macie pierwszy kontakt, szału nie będzie. Obejrzycie, zapomnicie i będzie po wszystkim.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Po kłębku do nitki

O Sherlocku Holmesie powstała masa filmów i seriali, które do postaci stworzonej przez Arthura Conan Doyle’a podchodziły różnie: od klasycznych motywów po czystą wariację. W 1988 roku reżyser Thom Eberhardt postanowił zabawić się tą postacią. A dokładniej odwrócić role Watsona i Holmesa.

po klebku do nitki1

„Po kłębku do nitki” zaczyna się od włamania do muzeum, które zostaje powstrzymane przez Holmesa. Dopiero po akcji okazuje się, że naszym geniuszem rozgryzającym wszelkie zbrodnie jest… doktor Watson (zaskakujący, lecz energiczny Ben Kingsley). Z kolei Sherlock Holmes jest wynajętym przez pisarza/detektywa aktorzyną Reginaldem Kincaidem (cudowny Michael Caine), który do postaci super-detektywa pasuje jak pięść do oka. Jest pijakiem, dziwkarzem i idiotą, ale to on tworzy wizerunek genialnego śledczego. Kiedy Watson chce zerwać współpracę oraz zacząć działać na własny rachunek, efekt jest dla niego mocno rozczarowujący. Wszyscy chcą Holmesa, więc doktor decyduje się na ostatnią wspólną sprawę. Chodzi o zaginięcie urzędnika mennicy państwowej razem z oryginalnymi matrycami 5-funtowego banknotu.

po klebku do nitki2

Już na wstępie powiem, że jest to parodia dzieł Conan Doyle’a i to zrobiona ze smakiem. Są bardzo znajome elementy: od dedukcji (tym razem Watsona) przez inspektora Lestrade’a i panią Watson po ferajnę (dzieci z ulicy, obdarzone sprytem oraz będące informatorami). Jest i sam Moriarty, który stoi za wszystkim, przewidując o kilka ruchów do przodu. Masa mylnych tropów oraz intryga na poziomie dzieł klasyka literatury. Zachowano klimat czasów wiktoriańskiej Anglii, scenografia i kostiumy robią dobre wrażenie, zachowując masę humoru. Ten ostatni wynika przede wszystkim z kontrastu między Kincaidem a Watsonem oraz ewolucji ich relacji. Ten pierwszy w końcu zostanie docenionym aktorem, zaś jego rola pomoże w rozwiązaniu sprawy. Drugi pogodzi się z obecnością swojej kreacji.

po klebku do nitki3

Caine z Kingsleyem działają na ekranie cuda, tworząc rewelacyjny duet i to prawdziwe paliwo napędowe. Drugi plan też potrafi błysnąć, zwłaszcza Jeffrey Jones w roli inspektora Lestrade’a oraz Paul Freeman jako Moriarty. Historia wciąga, intryga prowadzona jest pewną ręką, zaś zgrywa z postaci Holmesa nadal potrafi bawić. To jest przykład kreatywnego podejścia do ogranej i bardzo znajomej postaci.

7,5/10

Radosław Ostrowski