Małpa

Adaptacje filmowe utworów Stephena Kinga są – jak mawiał klasyk – niczym pudełko czekoladek: nigdy nie wiesz, na co trafisz. Od kompletnej słabizny po totalne arcydzieło. Mierzyli się z nim zarówno specjaliści od horrorów pokroju Johna Carpentera, Davida Cronenberga i George’a Romero po bardziej wszechstronnych filmowców jak Stanley Kubrick, Frank Darabont czy Rob Reiner. Teraz do tego grona adaptatorów Kinga dołącza Osgood Perkins, biorąc na warsztat opowiadanie „Małpa”.

Historia zaczyna się w roku 1999 roku, skupiająca się na braciach bliźniakach Halu i Billu (znany z „Łasucha” Christin Convery). Ojciec-pilot zniknął w niejasnych okolicznościach (jak to matka powiedziała: „wyszedł po papierosy i już nie wrócił), wychowuje ich matka (Tatiana Maslany). Wszystko wydaje się być fajnie, ale dzieciaki znajdują zabawkę w kształcie małpy. Jak to małpa, ma duże oczy, dużą szczękę oraz bębenek, na którym gra. Przekręcić kluczyk i patrzeć jak zwierzak uderza bębenkiem – proste, prawda? Tylko po tym wszystkim ludzie zaczynają umierać w makabryczny sposób. Po jednym taki przekręceniu kluczyka ginie matka, co mocno rozluźnia ich więzi. Udaje im się pozbyć nawiedzonej zabawki. Jednak po 25 latach Hal (Theo James) będzie musiał się z nią skonfrontować.

Nie znam literackiego pierwowzoru i nie będę bawił się w porównanie, ale jedno mogę powiedzieć na pewno: „Małpa” to zdecydowanie najbardziej komediowy film w dorobku Perkinsa. Śmierć, która tak budzi strach i przerażenie, tutaj ma wymiar groteskowej jatki. Jakby to było mocno przerysowane „Oszukać przeznaczenie”, wywołując jednocześnie śmiech, strach i szok. Reżyser umie budować atmosferę niepokoju, a tytułowa zabawka działa w sposób niepokojący. Nie wiadomo kiedy ani kogo uderzy, nie mówiąc o tym jak, zaś wszelkie próby neutralizacji kończą się klęską. Ale im dalej w las, tym bardziej intryga filmu wydaje się… banalna i bardziej przyziemna. Bo mamy tu trudną relację Hala z synem, obsesyjne pragnienie zabawki i czystą jatkę (bardzo kreatywną oraz nagłą). Wolałem aurę tajemnicy wokół małpki, której dźwięk uderzania w bębenek i towarzysząca jej muzyczka budziła poczucie niepokoju.

Całość aktorsko na swoich barkach trzyma obsadzony wbrew warunkom Theo James i wypada naprawdę dobrze. Zarówno jako niepewny siebie, nerdowaty Hal, jak i szorstki, cyniczny Bill w jego wykonaniu jest wiarygodny: od mowy ciała przez sposób wypowiadania. Także ich młodsza inkarnacja wypada świetnie. Z drugiego planu najbardziej wybija się Tatiana Maslany (matka) oraz w drobnych epizodach Adam Scott (ojciec w świetnym prologu) oraz Elijah Wood (palantowaty Ted).

„Małpa” jest zdecydowanie lżejszym, bardziej rozrywkowym filmem w dorobku Perkinsa. Można się przy nim świetnie bawić, z kumplami przy popkornie i po paru dniach kompletnie zapomnieć. Co samo w sobie nie musi być żadna wadą – można było gorzej spędzić te półtorej godziny.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Przepiękne!

Takie filmy jak „Przepiękne!” określam jako mozaikowe, gdzie mamy przeplatankę postaci i wątków na dany temat. Do tego są one dość stonowane formalnie, z masą piosenek w tle oraz rozpoznawalnymi twarzami w obsadzie. Fakt, że nowy film Katii Priwieziencew produkował TVN raczej nie jest przypadkiem.

Sama historia skupia się na sześciu kobietach, z czego część jest spokrewniona ze sobą. Magda (Marta Nieradkiewicz) zajmuje się domem i dwójką bardzo małych dzieci. Jednocześnie chce wrócić do pracy, czego jej zapracowany mąż (Mikołaj Roznerski) nie do końca akceptuje. Jej przyjaciółka Basia (Marta Ścisłowicz) wydaje się być wyzwoloną singielką, uczącą w szkole. Kobieta wpada w oko wuefiście Kubie (Konrad Eleryk), który zaczyna powoli zdobywać jej serducho. Krystyna (Hanna Śleszyńska) po 30 latach związku z Władkiem (Olaf Lubaszenko) zaczyna chodzić na zajęcia z tańca tanga i chce czerpać z życia garściami. Chociaż jej mąż początkowo nie potrafi się odnaleźć w tej sytuacji. Jest jeszcze młoda modelka Julka (Kamila Urzędowska), będąca pod opieką szefowej agencji, Agaty (Katarzyna Herman). Problem w tym, że dziewczynie coraz ciężej jest znaleźć jakieś poważne zlecenia i to zaczyna się na niej odbijać. Jest jeszcze córka Agaty, bardziej „pulchna” Klaudia (debiutująca Wiktoria Bylinka) – uczennica w liceum.

„Przepiękne!” są remakiem niemieckiego filmu z 2022 roku, który u sąsiadów był sporym kasowym hitem. Nie wiem, czy u nas był ten film pokazywany czy dostępny, więc nie mogę wskazać jak spore jest podobieństwo do oryginału. Film Priwieziencew jest taką sklejką różnych wątków i postaci, które nie do końca wykorzystują potencjał pewnych kwestii. Głównie chodzi o szeroko rozumianą kobiecość – odnajdywaniu siebie, prób pogodzenia swoich potrzeb z presją otoczenia środowiska/profesji, spełniania swoich pasji itd. Jak każda taka kompilacja, nie wszystkie wątki są ciekawe i angażujące, czego należało się spodziewać. Owszem, bywa to okraszone chwilami humoru oraz odrobiną złośliwości, jednak nie zaangażowało mnie to w pełni emocjonalnie. Niemniej nie ma tutaj chwil wywołujących zażenowania czy kompletnej padaki.

Obsada tutaj wyciska, co może i naprawdę parę ról zwyczajnie błyszczy. Dla mnie faworytkami są Marta Nieradkiewicz oraz Marta Ścisłowicz – pierwsza wypada bardzo przekonująco jako zmęczona matka i żona, co chce wrócić do pracy; druga wnosi sporo lekkości i humoru, szczególnie razem. Tutaj nikt w zasadzie nie wypada słabo czy sztucznie, nawet nie mając zbyt wiele do roboty (szczególnie postać Katarzyny Herman). Jeśli Mikołaj Roznerski, którego fanem nieszczególnie jestem, jest w stanie wypaść przyzwoicie, to mamy do czynienia z cudem.

Innymi słowy, ta opowieść o kobiecości we współczesnym świecie i w różnych obliczach, bywa strasznie nierówna. Ma swoje momenty, potrafi rozbawić czy poruszyć, ale brakuje czegoś, co pozwoliłoby zostać w pamięci na dłużej. W sumie obejrzeć można, ale lepiej poczekać na streaming.

6/10

Radosław Ostrowski

Nasienie świętej figi

Nie będę udawał, że jestem znawcą Iranu i kina z tego kraju rządzącego przez teokratyczny reżim totalitarny. Filmowcy mają tu ograniczone możliwości kręcenia oraz tematów, o których można opowiedzieć. A nawet jeśli udaje się nakręcić film (w tajemnicy, mając pozwolenie na podstawie fałszywych scenariuszy), to władze uznają takie dzieło za antypaństwowe i wsadzają twórców do więzienia. Taki jest też przypadek Mohammada Rasoulofa – reżysera od kilku lat na cenzurowanym przez Iran. Za swój ostatni film, o którym chcę opowiedzieć, został skazany na 8 lat więzienia, cała ekipa i aktorzy byli przesłuchani, a także mieli zakaz opuszczenia kraju. Niemniej reżyserowi udało się uciec (pieszo!!!), obecnie przebywając w Niemczech. To tyle w kwestii tła politycznego tego filmu, która jest bardzo istotna dla „Nasienia świętej figi”.

Sam film skupia się na jednej rodzinie, gdzie ojciec Iman (Missagh Zareh) został awansowany na sędziego śledczego. Jedynie żona Najmeh (Soheila Golestani) wie czym on się zajmuje, zaś nastoletnie córki Rezvan (Mahsa Rostami) i Sana (Setareh Maleki) pozostają w niewiedzy. Przynajmniej do czasu. W kraju zaczynają wybuchać zamieszki wśród studentów i uczennic, przez co dziewczyny zostają w domu. Sytuacja rodzinna zaostrza się, kiedy siostry pomagają przyjaciółce – postrzelonej podczas demonstracji Sadaf (Niousha Akhshi). Później dziewczyna znika bez śladu. Najgorzej się dzieje, gdy z domu znika służbowy pistolet ojca.

„Nasienie” jest jednym z tych filmów, które Amerykanie nazywają slow-burn – z niespiesznym rytmem, bardzo powoli budującą atmosferą niepokoju i poczuciem czegoś wiszącego w powietrzu. Fakt, że produkcja powstania „po partyzancku” wyjaśnia pewną szorstkość w warstwie wizualnej (szczególnie w nocnych scenach) oraz sporą ilość scen w zamkniętej przestrzeni. Jednak reżyser pewnie pokazuje jak opresyjność systemu działa na zwykłych ludziach. Męża, coraz bardziej przytłoczonego swoją pracą i tym, jak szybko musi przeprowadzać wyroki; próbującą zachować rodzinny spokój żonę oraz dwójkę zbuntowanych nastolatek. Kontrast między medialnymi informacjami a informacjami z social mediów, ciągłe poczucie jakiegoś niewytłumaczalnego niepokoju oraz poczucie paranoi zmieszane z fanatyzmem prawa. Atmosfera staje się coraz bardziej duszna, by w finalne niemal skręcić całkowicie w psychologiczny horror. I nie ważne, czy mamy tu do czynienia z pomocą postrzelonej koleżance (wyciąganie śrutów pensetą) czy pisania zeznań z zawiązanymi oczami – Rasoulof potrafi w takich miejscach szarpnąć.

Niemniej muszę przyznać, że tempo potrafi parę razy przysiąść i zdarzało mi się ziewnąć. Trochę się też obawiałem, że moja nieznajomość tych realiów będzie dla mnie barierą nie do przeskoczenia (jak w przypadku filmów Fahradiego). Ale tutaj nie było to aż tak hermetyczne, jak się spodziewałem. Do tego udział mniej znanych – przynajmniej mi, a zapewne także i światu – aktorów tylko dodaje autentyczności.

„Nasienie” jest mroczne, ciężkie i pokazuje na przykładzie jednej rodziny bezwzględność oraz terror. Jednocześnie daje (choć może tylko ja to widzę) pewną nadzieję, że zastany porządek da się zmienić. Choć nie stanie się to z dnia na dzień.

7,5/10

Radosław Ostrowski

To nie mój film

Nie sądziłem, że jeszcze jest mnie w stanie coś zaskoczyć, ale od czego są debiutanci. Nawet tematy już ograne i przeżute mogą nabrać nowych, mniej oczywistych kolorów. Zdecydowanie takim przypadkiem jest „To nie mój film” w reżyserii Marii Zbąskiej, która także napisała scenariusz i… jest autorką zdjęć.

Cała historia skupia się na parze już nie młodych, ale jeszcze nie starych ludzi. Wanda (debiutująca Zofia Chabiera) i Janek (Marcin Sztabiński) są ze sobą już 10 lat, jednak ta bliskość nie jest tak mocna jak kiedyś. Jak sama Wanda stwierdza na początku: „Nasz związek przypomina ładowarkę do telefonu, którą pogryzł pies… Niby ładuje, ale to nie ma prawa działać”. Innymi słowy – trzeba będzie się rozstać. W końcu mężczyzna wpada na dość niekonwencjonalną metodę wyjścia z sytuacji. Proponuje przejście na piechotę 400 km po plaży Bałtyku, nie opuszczając jej, a wszystkie niezbędne rzeczy do przetrwania będą w… sankach. Żadnego kontaktu z cywilizacją, żadnego dzwonienia przez telefon i jedzenie też mamy za sobą.

Sama historia jest bardzo prosta, kameralna, w zasadzie skupiona na drobnych rzeczach. Zbąska bardzo delikatnie, ale z wyczuciem pokazuje relację w stanie zawieszenia. Dużo jest tutaj przestrzeni na rozmowy, proste czynności (gotowanie, szykowanie ogniska, stawianie namiotu), zaś niemal pusta przestrzeń plaży zimą buduje poczucie niemal izolacji. Jednocześnie to bardzo intymne doświadczenie, niepozbawione odrobiny humoru, którego nie spodziewałem się tutaj. Udaje się Zbąskiej balans między powagą (burza niszcząca drzewa i kłótnie) a chwilami niespodziewanego humoru (spotkanie Janka z rybakiem czy pijanego rowerzysty z pomidorami) oraz – co zdecydowanie najważniejsze – zaczyna nam zależeć na tej dwójce.

W tej wyciszonej, kontemplacyjnej opowieści da się zakochać, choć punkt wyjścia może wydawać się pretensjonalny. To jednak jest to zasługa absolutnie świetnego duetu: Chabiera/Sztabiński. Ona jest bardziej żywiołowa, energiczna, on bardziej mrukliwy, wyciszony i spokojny. Czuć między nimi chemię, zaś dialogi (wyraźnie nagrane i słyszalne) brzmią naturalnie, bez popadania w pretensjonalność – od przekomarzanek i ironii aż po szczere, czasem bardzo brutalne słowa. Kompletnie nie czuć tutaj żadnego fałszu, zaś zakończenie pozostaje otwarte.

Może i reżyserka sugeruje, że to nie jej film, a klimatem przypomina niektóre produkcje ze Skandynawii. Nie dajcie się jednak zwieść – debiut Zbąskiej elektryzuje, porusza, bawi i…. koi. Po takich debiutach chce się obserwować i wyczekiwać na kolejne dokonania.

8/10

Radosław Ostrowski

Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat

Filmy Marvela już nie wywołują takie entuzjazmu jak jeszcze w 2019 roku. Z paroma wyjątkami jak trzecia część „Strażników Galaktyki” i „Deadpoola”, ale nawet ja straciłem serce do tych produkcji. Może z powodu przesycenia konwencją i masą rzeczy do nadrobienia (po drodze pojawiły się seriale), a może z powodu tak silnego przywiązania do starych bohaterów, których już więcej (raczej) nie zobaczymy. Ale jednak nie odpuściłem sobie całkowicie superherosów i – wbrew jakiemukolwiek rozsądkowi – wybrałem się na nowego „Kapitana Amerykę”. Po raz kolejny potwierdziło się, że nadzieja jest matką głupich.

„Nowy wspaniały świat” zaczyna się od razu z grubej rury. Genarał „Thunderbolt” Ross (Harrison Ford) zostaje wybrany na prezydenta USA. Parę miesięcy później po akcji odzyskania cennego ładunku (pochodzącego z Celestialskiej Wyspy… adamantium), nowy Kapitan Ameryka – Sam Wilson (Anthony Mackie) – zostaje zaproszony do Białego Domu. Panowie nie przepadali zbytnio za sobą, jednak prezydent chce zakopać topór wojenny oraz planuje reaktywować Avengersów, a także doprowadzić do światowego pokoju i wspólnego korzystania z adamantium. Komuś jednak jest to wybitnie nie na rękę i dochodzi do (nieudanej) próby zamachu. Wilson próbuje na własną rękę ustalić, kto stoi za tym wszystkim.

Za „Nowy wspaniały świat” odpowiada reżyser Julius Onah, mający w swoim dorobku bardzo chłodno odebrany „Cloverfield Paradox”. Jakby tego było mało, produkcja miała wiele dokrętek, wywołanych przez chłodny odbiór przy pokazach testowych, co mocno opóźniło premierę. I czuć tutaj, że ta historia jest mocno okrojona i brzmi niebezpiecznie znajomo. Zbyt wiele jest tu podobieństw do „Zimowego żołnierza”, a nawet „Wojny bohaterów”, co mnie mocno zaskoczyło. Znowu mamy kogoś pociągającego za sznurki, by doprowadzić do destabilizacji świata (niczym baron Zemo w „Wojnie bohaterów”), mamy twardego żołnierza działającego jako pionek kogoś silniejszego (Sidewinder, czyli gorszy Zimowy Żołnierz), jest nawet odpowiednik Czarnej Wdowy w postaci odpowiedzialnej za kwestie bezpieczeństwa Ruth Bat-Seraph (znana z „Unorthodox” Shira Haas) czy latynoski odpowiednik Falcona (Joaquin Torres grany przez Danny’ego Ramireza). Niby są nowe postacie, ale sprawiają wrażenie gorszych zamienników. Nawet antagonista (niejaki Samuel Sterns zwany Liderem) wydaje się kalką kalki, przez co nie sprawia wrażenie poważnego zagrożenia. Do tego jeszcze mamy dylematy związane z wchodzeniem w cudze buty (Sam Wilson) albo wejścia w nową rolę (Ross), tylko nie wybrzmiewają zbyt mocno jak powinny.

Technicznie jest to zrobione poprawnie, bez jakiegoś mocniejszego uderzenia. Z dwoma wyjątkami: atakiem na dwa zbuntowane myśliwce oraz finałowa konfrontacja między Kapitanem Ameryką a Czerwonym Hulkiem. Obie są dobrze nakręcone i dynamicznie zmontowane, dając moment ekscytacji. Jednak to wszystko wywołuje we mnie spore znużenie materiału. O dziwo, jest tutaj o wiele mniej humoru niż zazwyczaj, ale nie zawsze on działa.

Aktorsko jest dla mnie strasznie nierówno. Anthony Mackie w roli Sama Wilsona wypada bardzo porządnie i ma na tyle charyzmy, by trzymać film na własnych barkach. Jednak dla mnie całość kradnie Harrison Ford, zastępujący zmarłego Williama Hurta w roli Thaddeusa Rossa. Niby robi to, co ostatnio – jest ostry, bywa zrzędliwy i jest twardy niczym pięść, konsekwentnie dążąc do celu. Jednocześnie skrywa on pewną (dość przewidywalną) tajemnicę. Za to kompletnie zmarnowano tutaj Giancarlo Esposito, bo jego Sidewinder pojawia się bardzo rzadko i jego dialogi są strasznie słabe. A wydawało się, że będzie kimś o wiele więcej. To samo mógłbym odnieść do Tima Blake’a Nelsona jako głównego antagonisty.

„Nowy wspaniały świat” nie jest ani nowy, ani wspaniały. Szanuję bardziej poważny ton i podejście, ale czuć tutaj silne zmęczenie materiału. Nie sprawdza się to ani jako polityczny thriller, ani jako superbohaterski blockbuster. To tylko przystanek w kolejne do kolejnego, potencjalnie ciekawszego „Thunderbolts”, lecz nic ponadto.

5/10

Radosław Ostrowski

Maria Callas

Pablo Larrain robi kolejna biografię znanej kobiety, która tak naprawdę nigdy nie była wolna. Po „Jackie” i „Spencer” przyszedł czas na „Marię” Callas. Więc jak kończy się ta nieformalna trylogia? Mam tutaj troszkę mieszane uczucia.

„Maria Callas” pokazuje ostatni tydzień z życia operowej diwy. Mieszka w Paryżu, z dala od sceny oraz dwojgiem służby – lokajem Ferruccio (Pierfrancesco Favino) i pokojówką Bruną (Alba Rohrwacher). Wygląda na to, że straciła swój głos i na scenę raczej nie wróci. Je mało (o ile w ogóle), więcej czasu spędza na próbach głosu oraz spacerach. W zasadzie jej życie przestało mieć sens, ale to się może zmienić. Pojawić ma się ekipa filmowa, by przeprowadzić z nią wywiad. Tylko, czy dziennikarz Mandrax (Kodi Smit-McPhee) istnieje?

To jest jeden z tych filmów, którego seans jest… dziwny. Reżyser miesza przeszłość, teraźniejszość, sen, jawę i halucynacje (Maria zażywa leki i jest od nich uzależniona), próbując pokazać złożony portret artystki. Kolorowy ptak w złotej klatce, który nie jest w stanie z niej wyjść. Kochająca muzykę oraz komplementy, a jednocześnie czującą się kimś wyjątkowym i żyjącą złudzeniami. Całe to połączenie miesza czas i przestrzeń – przeszłość jest czarno-biała, współczesność ma mocne kolory (żółć dnia i błękit nocy), zaś zderzenia tych epok są świetnie zmontowane (szczególnie wykonywane partie operowe). Parę razy zdarzają się też ujęcia wyglądające niczym z kamery video, przy wielu zbliżeniach ze sporą ilością ziarna i filtrem. A dzieje się tutaj tak dużo, że może wywołać dezorientację: matka opłacająca córki do śpiewania przed nazistowskimi oficerami, wyboista relacja z magnatem Arystotelesem Onassisem, choroba nie pozwalająca jej śpiewać (choć wielu podejrzewało symulowanie), wreszcie próby wokalne i łudzenie się powrotem na scenę.

Ale muszę przyznać, że sceny z przeszłości były o wiele ciekawsze i miały większą siłę niż snucie się Marii. To ostatnie wywołuje znużenie swoim letargicznym tempem, przełamywanym chwilami urojeń (nagłe pojawienie się orkiestry czy śpiewającego znikąd chóru). Jedynie samo zakończenie potrafiło mnie uderzyć i poruszyć, co jest także sporą zasługą absolutnie świetnej Angeliny Jolie. Aktorka nie próbuje imitować Callas (partie wokalne są grane z nagrań, a aktorka synchronizuje głos z muzyką), oddając jej niedostępność, charakter większy niż życie oraz jej chimeryczność. Jest magnetyzująca i samym spojrzeniem jest w stanie wyrazić masę emocji. Dawno nie widziałem tak wyrazistej roli w dorobku Jolie. Poza nią na drugim planie najbardziej wybija się Haluk Bilginer (Onassis) oraz Pierfrancesco Favino (Ferruccio).

„Maria Callas” wraca do obsesji Larraina w pokazywaniu ikon XX wieku z mniej znanej strony niż prezentowane przez media. Wielu może odrzucić ta dziwaczna forma, jednak wydaje się pasować do postaci, będącej obiektem narracji. Posągowa, niczym antyczne rzeźby, w zasadzie widoczna dla każdego, lecz nieprzenikniona, bardzo skryta i nie pozwalająca oderwać od siebie oczu.

7/10

Radosław Ostrowski

Bambi. Opowieść leśna

Jelonek Bambi to jedna z najbardziej znanych postaci z klasycznych animacji Disneya. O czym jednak mało kto wie, że pojawił się on najpierw w powieści Felixa Saltena. A ku zdumieniu wszystkich teraz powstała nowa adaptacja materiału źródłowego. Nie jest to jednak animacja, tylko film live-action, z prawdziwymi zwierzętami.

Jak sam podtytuł mówi: „Opowieść leśna” dzieje się w leśnym terytorium, gdzie rządzi jeleni król. Właśnie rodzi się jego syn, mały jelonek Bambi. Młodzikiem zajmuje się matka, zaś ojciec przygląda się rodzinie z daleka (bo this is the way). Jelonek próbuje odnaleźć się w tym otoczeniu, poznając przyjaciół (kruk, królik) oraz zagrożenia. Wszystko na przestrzeni kilku lat.

Sam film jest zrobiony w bardzo dokumentalnym stylu, czyli bez „gadających” zwierząt, w zasadzie niemal pozbawione obecności ludzi. Wyjątkiem jest tutaj narracja z offu, którą w polskiej wersji jest Magdalena Boczarska i wypada ona bardzo dobrze. Trudno nie oderwać oczu od tego, jak wygląda ten film. Całość przypomina produkcje przyrodnicze, choć nie jest to tak imponujące jak dzieła National Geographic. Niemniej las wygląda pięknie (widok drzew z góry czy nocna scena ze świetlikami), tak jak sama zbliżeń na najdrobniejsze szczegóły czy twarze zwierząt z bardzo bliska. Od razu wchodzimy w świat przyrody, budzącej respekt, ale też groźnej i pełnej niebezpieczeństw. I nie chodzi tylko o inne drapieżniki (orzeł, wilk), ale przede wszystkim człowieka. To ostatnie mocno wybrzmiewa, gdy widzimy polowanie i ucieczkę przed psami myśliwskimi.

Sama historia skupia się na dojrzewaniu jelonka, poznawaniu nowego otoczenia oraz jego drodze. Drodze do dojrzewania i do bycia nowym władcą lasu. Zadziwiająco wszystko toczy się zaskakująco wolnym tempem, przechodząc przez różne pory roku (wiosna, lato, jesień, zima), zaś zwierzęcy aktorzy wypadają bardzo wiarygodnie. W tle przygrywa przepiękna, niemal bajkowa muzyka, tworząca niemal epicki charakter całej opowieści.

Chyba sam jestem zaskoczony jak dobrze mi się oglądało tą nową wersję „Bambi”. Zwierzęta niczym we „Flow” zachowują się jak prawdziwe zwierzęta, narracja uzupełnia formę, zaś oprawa audio-wizualna potrafi czarować. Francuski reżyser pokazuje, jak robić kino z żywymi zwierzętami, wprawiając live-action wersje Disneya w zakłopotanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Towarzysz

Są takie filmy, o których ciężko się mówi. Nie dlatego, że podejmują ciężkie tematy, są nieprzystępne formalnie czy wywołują kompletną konsternację. Chodzi raczej o to, że zdradzając zbyt wiele z fabuły można popsuć wiele niespodzianek oraz zaskoczeń. Takimi produkcjami pełnymi twistów w ostatnim czasie byli „Barbarzyńcy” oraz „Strange Darling”, a do tego grona dołącza „Towarzysz”.

Sam początek zapowiada historię miłosną. Widzimy dziewczynę żywcem wziętą z lat 60. Iris (Sophie Thatcher), która chodzi po supermarkecie. Tam poznaje niejakiego Josha (Jack Quaid), który ma zabójczy uśmiech i jest bardzo nieporadny, ale w uroczy sposób (pomarańcze ze stoiska wypadają). To jest miłość od pierwszego wejrzenia. Potem widzimy nasza parkę jadącą do chatki poza miastem, we wielkim lesie. Tylko, że chatka to cholernie wypasione domostwo, które należy do Siergieja (Rupert Friend) i jego dziewczyny Kat (Megan Suri). Poza nimi jest jeszcze para chłopaków, mocno przy kości Eli (Harvey Guillen) oraz Patrick (Lukas Gage). Imprezka się rozkręca, alkohol leci i wskutek pewnych okoliczności Siergiej zostaje zabity.

Reżyser Drew Hancock ewidentnie idzie drogą „Barbarzyńców” (reżyser tego filmu Zach Gregger pełni rolę producentem wykonawczym), czyli filmu pełnego twistów, zaskoczeń i gatunkowych hybryd. Coś, co zaczyna się jak historia miłosna, zaczyna skręcać w rewiry thrillera, krwawej jatki, a nawet elementy SF. Sama historia zaczyna mieć kolejne warstwy, dialogi są pełne drobnych podtekstów, zaś kolejne wolty nie sprawiają wrażenia przestrzelonych czy przekombinowanych. Kameralność opowieści i poczucie izolacji działają na plus, widzimy też toksyczność relacji damsko-męskich, gdzie istotną rolę odgrywa kontrola, manipulacja i dominacja. „Towarzysz” jednak bardziej skupia się na aspektach dreszczowca oraz trzymania w napięciu, co robi bardzo dobrze. Poczucie niepokoju i zagrożenia jest bardzo intensywne, próbując do samego końca kibicować naszej bohaterce.

A ta świetnie jest grana przez Sophie Thatcher, która tu błyszczy. Nie tylko wygląda zjawiskowo, ale bardzo przekonująco pokazuje przemianę od bardzo nieśmiałej i zagubionej do pewnej siebie kobiety, znającą swoją wartość. Brzmi może schematycznie, ale nie czuć tutaj sztuczności czy drogi na łatwiznę. Równie dobrze wypada Jack Quaid, początkowo sprawiając wrażenie sympatycznego faceta. Ale to tylko fasada, skrywająca kogoś bardziej niebezpiecznego. Reszta postaci też ma swoje pięć minut, choć całość skradł Friend jako Siergiej. Z ruskim akcentem, wąsem i fryzurą na czeskiego piłkarza kradnie każdą scenę.

Chyba udało mi się uniknąć spojelerów, ale jedno mogę powiedzieć: „Towarzysz” to kolejny stylowy dreszczowiec, który skręca w inne rejony niż się początkowo wydaje. Powiedziałbym, że to idealny film dla Walentynki i nie ma w tym żadnej ironii. Po seansie pary spojrzą na siebie zupełnie inaczej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dog Man

Studio DreamWorks w ostatnich latach zaczyna odzyskiwać dawną formę. „Pan Wilk i spółka”, drugi „Kot w butach” czy zeszłoroczny „Dziki robot” spotkały się z bardzo pozytywnym odbiorem. Teraz pojawia się ich najnowsze dziecko, czyli „Dog Man”. Choć raczej będzie w cieniu w/w tytułów, to jednak nie jest w ogóle od nich gorszy.

Akcja toczy się w mieście OK City, które terroryzuje zły kot Pitey. W pościg za nim rusza policjant Nać i jego pies Gary. Pierwszy jest niezbyt lotnym pakerem, drugi wręcz przeciwnie: bardzo inteligentny kurdupel. Obaj padają ofiarą bomby, lecz lekarze dokonują szalonego cudu: głowa psa zostaje sklejona z ciałem policjanta. Wskutek tego połączenia powstanie Dog Man, czyli super-gliniarz, który mógłby być nieślubnym synem RoboCopa i Nicholasa Angela z „Hot Fuzz”. Innymi słowy, jest bardzo skuteczny, zna sztuki walki, przestępczość przy nim wynosi 0% i ciągle spada. Pitey wydaje się nie mieć z nim szans, ale skubaniec cały czas ucieka z więzienia. Pani burmistrz jest tak wkurzona sytuacją, że Dog Man… zostaje odsunięty od sprawy. Tymczasem Pitey szykuje kolejny szalony plan pozbycia się Dog Mana przy pomocy swojego klona.

Jeśli stylistyka wydaje wam się dziwnie znajoma, to nie jest to kwestia przypadku. „Dog Man” oparty jest na cyklu komiksów Dava Pilkeya, którego inne dzieło już zostało przeniesione przez rysowników z DreamWorks. Chodzi rzecz jasna o… „Kapitana Majtasa”, którego „Dog Man” jest spin-offem. Dlatego obydwa te tytuły są utrzymane w podobnej, lekko komiksowej estetyce. Reżyser Peter Hastings, który wcześniej pracował m. in. przy serialach „Animaniacy”, „Pinky i Mózg” czy „Wielkie przygody Kapitana Majtasa” odnajduje się w tym szalonym świecie. Z jednej strony film jest bardzo przerysowaną parodią kina superbohaterskiego, bawiącą się schematami antagonistów. Z drugiej to historia… familijna, o szukaniu swojego miejsca i sprawach ważniejszych niż praca. Wszystko z powodu niejakiego Kocio-Pecio, który mocno namiesza zarówno w życiu Dog Mana, jak i Piteya.

Sama animacja jest taka, jak w przypadku „Kapitana Majtasa”. Nie brakuje komiksowych onomatopei, łamania kadru (rozmowa między burmistrzynią a komendantem), a wszystko wygląda jakby rysowana przez dziecko. Wszystko polane jest masa absurdalnego humoru: od psiego zachowania Dog Mana (ślinienie wszystkiego, aportowanie zmemłanej gazety, gonienie wiewiórek) przez bardzo widoczną kryjówkę Piteya, odwołania popkulturalne (finałowa rozpierducha niczym w „Godzilli”, jest nawet… „Czas Apokalipsy”) po tak głupawe teksty jak możecie sobie wyobrazić („Masz go złapać, nawet jeśli ma to zająć cały montaż”) czy infolinia informująca, że… „Życie nie ma sensu”. Parskałem ze śmiechu więcej razy niż się spodziewałem, ale jednocześnie jest to zdumiewająco poruszające dzieło.

Swoje robi też polski dubbing (film jest u nas tylko w tej wersji), za który odpowiadał TRANSPERFECT MEDIA POLAND oraz reżyser Michał Podsiadło. Głosy są dobrane świetnie (absolutnie błyszczy Michał Piela jako szef policji i Monika Pikuła jako dziennikarka Sara), tłumaczenie nie wywołuje zgrzytów ani żenady. I w ogóle nie byłem zainteresowany oryginalną wersją językową.

„Dog Man” to dziecięca wersja „RoboCopa”, którą mogłoby nakręcić trio Zucker-Abrahams-Zucker, tylko bardziej szalona i absurdalna. Dzieciaki na pewno będą się bawić rewelacyjnie, co do dorosłych – nie wszystkim podejdzie to tempo czy humor. Mnie trafiło, zaskakiwało i wyszedłem z seansu w dobrym samopoczuciu. Kolejna mocna pozycja w katalogu DreamWorks.

8/10

Radosław Ostrowski

Światłoczuła

Polski melodramat – kolejna nietypowa zbitka słów, która wydaje się brzmieć niepoważnie. Niemniej w ostatnim czasie był przebłysk powrotu tego gatunku do naszego podwórka dzięki uroczym „Piosenkom o miłości”. Teraz po ten gatunek postanowił sięgnąć Tadeusz Śliwa, czyli reżyser „Nieznajomych”. I efekt końcowy mnie bardzo zaskoczył.

„Światłoczuła” skupia się wokół dwójki młodych ludzi. Robert (Ignacy Liss) to młody fotograf, który pracuje dla agencji reklamowej. Agata (Matylda Giegżno) prowadzi zajęcia w poprawczaku dla młodych podopiecznych. Oboje poznają się podczas sesji fotograficznej, gdzie ona pojawia się jako jedna z modelek. Chłopakowi udaje się zdobyć jej numer i szykuje kolejną sesję, specjalnie na konkurs do Berlina. O czym Robert nie wie, to fakt, że Agata jest niewidoma. Jednak powoli zaczyna coś między nimi iskrzyć, co może mocno skomplikować ich życie.

Sama historia może wydawać się prosta, ale reżyser opowiada ją w sposób bardzo, bardzo delikatny. Ku mojemu zaskoczeniu udaje się uniknąć ckliwości oraz – o co byłoby bardzo łatwo – emocjonalnego szantażu. Śliwa o wiele bardziej trzyma się ziemi, całość w żadnych wypadku nie wygląda jak produkcja made by TVN, pełne bogactwa, blichtru i kiczu. Szczególnie w przypadku pokazania życia osoby niewidomej, pokazane w sposób bardzo immersyjny (fantastyczny moment na rynku, gdzie kamera kręcąca dookoła głowy przy jednoczesnym podbiciu dźwięku). Te momenty chwytały mnie najmocniej, tak jak cała dynamika między nasza główną parą – bez słodko-pierdzącego obrazowania, z paroma poważnymi decyzjami, niezbyt łatwą reakcją otoczenia czy pewną dramatyczną sytuacją.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepiać (a nie chcę) to czasami „Światłoczuła” bywa dość teledyskowa w formie oraz wątek przeszłości Roberta wydaje się – nomen omen – kliszowy, ale to są jedyne poważne skazy. Prawdziwą siłą jest tutaj absolutnie cudowny duet Ignacy Liss/Matylda Giegżno. On świetnie wypada jako świadomy swojego talentu, ale bardzo niepewny siebie twórca; jednak to ona zawłaszcza ekran swoją energią. Jej Agata to bardzo pewna siebie, pełna energii, dowcipna i charyzmatyczna postać, czerpiąca garściami z życia. Razem są wręcz elektryzujący, przez co chce im się kibicować. Na drugim planie też dzieje się sporo, choć najbardziej wybija się Bartłomiej Deklawa (Igor, przyjaciel Agaty) oraz Aleksandra Pisula (Matylda, siostra Roberta).

„Światłoczuła” jest dla mnie sporą niespodzianką i idealnym przykładem kina prostego, ale nie prostackiego. Pełen uroku, angażujący emocjonalnie oraz bardzo cudownym duetem aktorskim w głównej roli. Zróbcie sobie przysługę i pójdźcie na to małe cudo, a nie będziecie żałowali.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski