Legend

Każdy kraj ma swoich ulubionych mafiozów, których sława i reputacja przeszła do historii. W Londynie lat 60. było dwóch niebezpiecznych zbirów – bracia bliźniacy Kray. Dzieliło ich wszystko, a łączyły więzy krwi. Reggie był przystojnym, opanowanym i inteligentnym dżentelmenem, a Reggie był psychicznie chorym zbirem z pulchną twarzą oraz gejem. I tak one nie były w stanie go wyleczyć.

legend1

Reżyserujący całość Brian Helgerand bardziej znany jest jako scenarzysta, który zrobił takie dzieła „Tajemnice Los Angeles”, „Rzeka tajemnic” czy „Człowieka w ogniu”, więc podejście w stronę kina gangsterskiego wydawało się logicznym posunięciem. Czuć tutaj garściami inspiracje dziełami Scorsese czy brytyjską klasyką gatunku. I chociaż wiemy jak to się skończy, to i tak oglądałem z niekłamaną frajdą. Przede wszystkim jest tutaj stylowo – imponuje tutaj scenografia. Wyglądu klubów, knajp i spelun (ładnie sfotografowane przez Dicka Pope’a) trudno się przyczepić. Tak samo jak kostiumów, muzyki z epoki, jak i drugiego planu, pełnego wyrazistych zbirów, zakapiorów oraz nieprzyjemnych gęb. Widać, że z tymi ludźmi nie warto zadzierać – faceci nie bojący zabijać. Wszystko to poznajemy z perspektywy kobiety – Frances Shea, która jest zauroczona Reggie’m, co akurat mnie nie dziwi. Ale sam film taki wybitny nie jest, chociaż ma swój klimat. To kompletna mieszanka: z jednej strony gangsterka (pranie pieniędzy, zabijanie), z drugiej melodramat w starym stylu, a z trzeciej smolista komedia, a z czwartej konflikty między braćmi. Są one nieuniknione, co widać od rozmowy z psychiatrą. I nie można odnieść wrażenia, że reżyser próbuje złapać kilka srok za ogon, przez co żaden z wątków tej wydawałoby się epickiej (trwającej dwie godziny) historii. Ale – paradoksalnie – wcale mi to nie przeszkadzało. Wsiąkłem w ten klimat Londynu, gdzie gliniarze, gangsterzy, politycy mieszają się w tej układance.

legend2

Dodatkowo reżyser ma dwa mocne asy w talii, które wnoszą ten film na wyższy poziom – Toma Hardy’ego oraz… Toma Hardy’ego. Jeden aktor w dwóch rolach i jest on po prostu rewelacyjny. Zarówno, gdy jest bardziej stonowanym, powściągliwym Reggiem, jak i psychopatycznym Ronem. Każdego gra inaczej, od fizycznej postury przez barwę głosu aż po mimikę. Obydwaj bracia są mocną mieszanką wybuchową, chociaż łączy ich toksyczna relacja, która musi zakończyć się dla nich źle, chociaż były powody, by Rona zwyczajnie skasować. Poza tym duetem trudno oderwać wzrok od ślicznej Emily Browning (Frances), chociaż nie dostała zbyt wiele do pokazania oraz trzymający fason David Thewlis (Leslie Payne) z Christopherem Ecclestonem (inspektor Nippon Read).

legend3

„Legend” nie zostanie legendą kina gangsterskiego jak „Ojciec chrzestny” czy „Chłopcy z ferajny”, ale takiego Toma Hardy’ego nie widziałem od dawna. I dla jego podwójne roli absolutnie warto zapoznać się z tym dziełem. Nawet jeśli to kalka znanych dzieł.

7/10

Radosław Ostrowski

Slow West

Wierzycie w miłość? Ale taką prawdziwą, czystą, nieskażoną brudem? W taką wierzył Jay Cavendish – 17-letni szkocki chłopak. Wyjechał na Dziki Zachód, by znaleźć swoją Różę. I nie chodzi mi o kwiat, tylko o dziewczynę, którą bardzo kocha. Ona jednak pochodziła z nizin, a on był synem arystokraty. I to przez niego ona wyjechała. Po drodze chłopiec spotyka tajemniczego Silasa, który – za odpowiednią opłatą – staje się jego przewodnikiem po tym świecie.

slow_west1

Nie trzeba być jasnowidzem, by dostrzec renesans westernu trwający dobre kilka lat. Postanowił wejść w ten nurt brytyjski twórca John Maclean i nakręcił całość w miejscu, które z tym gatunkiem kojarzy się nierozerwanie – Nową Zelandią. I trzeba przyznać, że plenery są tutaj niesamowicie plastycznie, wręcz bajkowe i pełne intensywnych kolorów. Chatka otoczona polem pszenicy, łąka pełna kwiatów – te obrazy bardzo wysmakowane plastycznie jakby to ruchowe malowidła inspirowane impresjonizmem oraz Wesem Andersonem, Jimem Jarmushem oraz smolistym humorem braci Coen. I w tym pięknym krajobrazie dochodzi do mordów, hasają Indianie i tajemniczy mędrcy. Sama opowiastka jest prościutka i ma charakter tak uniwersalny, że mogła toczyć się w każdym miejscu, czasie. Niby to film o miłości, ale to jest historia utraty niewinności oraz naiwności, która przechodzi Jay. Chłopiec nie wie, że za jego dziewczynę wyznaczono nagrodę. Nawet finałowe starcie w domku jest zabarwione taką dawką groteski, że trudno traktować do końca poważnie. I najbardziej zaskoczył mnie morał, ale to sami się przekonajcie.

slow_west2

Prawdziwym filarem tego filmu jest znakomity Michael Fassbender – małomówny, cyniczny, z nieodłącznym cygarem na ustach i mroczną tajemnicą. Troszkę w stylu młodego Clinta Eastwooda, co wiele widział, wiele przeżył. Jest kontrastem dla opanowanego, eleganckiego Jaya (Kodi Smit-McPhee) – naiwnego, wrażliwego romantyka, dla którego będzie to lekcja na całe życie. I trzeba przyznać, że ten duet nakręca ten film.

slow_west3

„Slow West” to rzeczywiście film powolny, podczas którego można kontemplować piękne plenery Zachodu, gdzie nadal naiwni poszukiwacze przygód szukają szczęścia, miłości, stabilności. Czuć tutaj inspiracje różnymi twórcami, ale ta sklejka dobrze wyszła. I już czekam na kolejny popis Macleana.

7/10

Radosław Ostrowski

33

2010 rok dla Chile był bardzo ważny, chociaż nikt tego się nie spodziewał. W małym miasteczku Copiaco mieszkają górnicy, którzy dojeżdżają do San Jose, gdzie jest kopalnia złota. Jednego październikowego dnia dochodzi do tąpnięcia i jedyne wyjście zostaje zablokowane. 33 górników zostało w pułapce, czekając na pomoc i praktycznie zdani tylko na siebie. Jednak po 69 dniach zostają wyciągnięci cali i zdrowi.

33_2

Brzmi jak bajka stworzona przez jakiegoś nawiedzonego hollywoodzkiego scenarzystę. Ale to wszystko wydarzyło się naprawdę i trzeba było czekać pięć lat na realizację filmu o tym niezwykłym cudzie. Reżyser Patricia Reggan stara się chwycić za serce tego pozornie klasycznego filmu katastroficznego zmieszanego z dramatem. Ale jeśli spodziewacie się wiernej rekonstrukcji w skali jeden do jeden, to jej nie otrzymacie. Za to będzie sporo wzruszeń, konfliktów oraz walki. Żeby jednak nie było to pokazane tylko z jednej strony, czyli utkniętych górników, widzimy też ich rodziny stojące przed kopalnią oraz ekipę ratunkową kierowana przez ministra górnictwa, by poprawić notowania obecnych władz. Trudno odmówić klimatu klaustrofobii, co spowodowane jest niemal pozbawionym światła kopalni po zawaleniu. Każdy z bohaterów (nie w pełni wyraziście zarysowany) musi zmierzyć się z głodem, wątpliwościami, ale też swoimi kolegami (racjonalizacja jedzenia, pretensje do właścicieli za zaniedbania) oraz dalszym, nieznanym losem.

33_3

Nawet jeśli te wzruszenia i emocje są budowane prostymi środkami (szczere rozmowy, motywacje, wyobrażony w głowie ostatni posiłek z najbliższymi czy suspens związany z wiertłami), to nie miałem wrażenia stosowania szantażu czy manipulacji. Muszę jednak stwierdzić, że pewne rzeczy zostały podkoloryzowane. Są oskarżenia o pewne niedopatrzenia, ale nie zostają wyraziście nakreślone, bo trzeba skupić się na ocaleniu górników. Równie sama katastrofa wygląda dość spektakularnie i zrealizowane jest to bardzo solidnie.

33_1

I widać, że bohaterowie są dość papierowi, ale aktorzy dają im życie oraz barwy. Każdy z nich ma kogoś, kto czeka na nich, ma niezałatwione sprawy i urazy wobec bliskich (Dario). I z tego grona najbardziej wybija się Antonio Banderas w roli, niejako mimowolnego przywódcy grupy, Mario Sepulveda, dając tyle ognia i iskry, że już bardziej się nie dało tego zrobić. Drugą wyrazista postacią jest minister (Rodrigo Santos), który miał się tylko przyglądać, ale pod wpływem tłumu zaczyna angażować się i walczyć o ocalenie. Zawsze miło jest zobaczyć także Gabriela Byrne’a (inż. Andre Sougarret) i Juliette Binoche (Maria), chociaż są tylko tłem.

33_4

I muszę przyznać, że mimo hollywoodzkiego sznytu, „33” dobrze się ogląda, chwyta za serducho. Kilka scen na pewno zostanie w pamięci, mimo dość prostego schematu oraz przebiegu wydarzeń. Bo pozostawia jedno, ważne pytanie: co ja bym zrobił uwięziony kilkaset metrów pod ziemią? Z dala od bliskich, bez kontaktu i praktycznie bez szansy na ocalenie. Powiedzcie mi.

7/10

Radosław Ostrowski

Night Moves

Troje młodych ekoaktywistów: pracownik ekologicznej farmy Josh, prowadząca spa Dana i weteran marines Harmon mają dość szkód, które wielkie korporacje wyrządzają naturalnemu środowisku. Powodowani frustracją i bezradnością postanawiają wysadzić mieszcząc ą się w Oregonie hydroelektryczną tamę, by zwrócić uwagę społeczeństwa na problemy zanieczyszczeń i przywrócić przyrodzie naturalny bieg. Precyzyjnie przygotowywany zamach wraz z towarzyszącym mu napięciem stopniowo pogrąża ich w atmosferze paranoi, poczucia winy i strachu przed konsekwencjami.

Pilotująca to przedsięwzięcie reżyserka Kelly Reilhardt postanowiła jednak nie iść w stronę standardowego thrillera czy filmu sensacyjnego. Wszystko toczy się tutaj bardzo spokojnym, wręcz leniwym rytmem. Samej eksplozji tutaj nie zobaczymy, a wszystko skupia się na relacji oraz emocjach trójki bohaterów.

night_moves1

I tutaj autorka dokonuje szokującej wolty pokazując, jak bardzo niebezpieczna może być skrajność proekologiczna, która doprowadza do zamachów terrorystycznych. Czy to znaczy, że nie należy dbać o przyrodę? Jak najbardziej trzeba, ale to nie oznacza od razu, że trzeba dokonywać destrukcji i niszczenia ludzkiego wysiłku. Problem w tym, że ta interesująca refleksja nie dostała interesującej formy. Wszystko opiera się na długich kadrach oraz pokazywaniu zbliżeń na postaciach. I dla mnie od momentu zamachu zaczyna robić się niestety, nudno i bez zaangażowania. Jest to bardzo duży test dla cierpliwych, bo dopiero pod koniec dochodzi do bardzo dramatycznej, ale i przewidywalnej sytuacji. Zabrakło mi w tym wszystkim jakiegoś pazura, wstrząsu, ognia.

night_moves2

Sytuację próbują ratować aktorzy, tylko że nie do końca wydaje się zrozumiała ich motywacja. Najmocniej zapada w pamięć Jesse Eisenberg – introwertyczny John to facet, który z zimną krwią jest w stanie zrobić wszystko dla przyrody. Nie jest on pozbawiony wrażliwości, jednak tłumi ją w sobie. Bardziej krucha wydaje się Dena grana przez Dakotę Fanning (ależ ona wyrosła), która nie jest pozbawiona entuzjazmu, ale i tak najbardziej zapada w pamieć Peter Sarsgaard. Skupiony, z przeszłością, najbardziej doświadczony, ma wiele za uszami, a dla Johna jest autorytetem.

night_moves3
Trudno mi jednoznacznie ocenić, ale można śmiało stwierdzić, iż nie jest to w pełni wykorzystany potencjał. Jest ciekawe i nieoczywiste przesłanie, tylko forma jakaś mało atrakcyjna, nie angażująca.

5/10

Radosław Ostrowski

Śnieżny ptak

Rok 1988. Kat Connors jest młodą, 17-letnią dziewczyną mieszkającą z ojcem. ma już chłopaka, z którym już poszła do łóżka, budzą się hormony i ulega im. jej spokojne życie zmienia się, gdy jej matka tak po prostu znika bez wieści. i to zdarzenie odbija się mocnym echem na jej życiu.

ptak2

Gregga Arakiego, reżysera tego filmu znałem tylko ze słyszenia. Cała historia toczy się na przestrzeni dwóch lat i skupia się na Kat – więc wydaje się, że to typowy film o budzeniu się kobiety w ciele nastolatki. Dlatego niejako zagadka związana z zaginięciem Eve jest tylko pretekstem do tej opowieści. I jest to dość zgrabnie wygrywane, za pomocą przeplatających się retrospekcji. Wszystko jest konsekwentnie trzymane w stylistyce lat 80., czyli barwnych strojach, muzyce pokroju The Cure, Depeche Mode itp. Nie ma jednak tutaj popisywania się znajomością konwencji kryminału, tylko bardziej psychologiczny dramat. Kluczowe w interpretacji wydają się sny Kat, pełne śniegu i niepokoju, opowiadane podczas rozmów z terapeutką. Jednak ciągle zagadka zniknięcia intryguje w tle, a ja próbowałem to rozgryźć ze strzępków wspomnień, rozmów z przyjaciółmi. Aczkolwiek rozwiązania domyśliłem się pod koniec, to zakończenie uważam za satysfakcjonujące.

Dalej mamy klasyczne sceny z inicjacyjnych opowieści – pierwsze spotkanie z chłopakiem, pierwszy seks, pierwszy seks ze starszym facetem, szybkie odkrycie pożycia małżeńskiego rodziców oraz pewnych tajemnic alkowy. Reżyser stopniowo odkrywa karty, trzymając niemal w napięciu do końca. Finału wam nie zdradzę, to sami zobaczycie.

ptak1

Poza oniryczną oprawą audio-wizualną film dźwiga na sobie Shailene Woodley i jest znakomita jako Kat. Z jednej strony nieposkromiona seksualnie dziewczyna, świadoma swojej wartości, z drugiej bardzo delikatna i maskująca swoją wrażliwość maską obojętności. Drobnym spojrzeniem jest w stanie wygrać lęki oraz niepokoje nastolatki. Za to kompletnie inna jest Eva Green jako jej matka – posągowo piękna, ale uwięziona w klatce duszącego ją małżeństwa. I to doprowadza ją do stanu obłędu, a zachowanie staje się wyzywające, nieracjonalne (w prześwitującej koszuli nocnej przyłapuje córkę z chłopakiem, podgląda ją w łazience) i zagrane na bardzo cienkiej granicy między teatralnością a realizmem. To te dwie panie dominują nad ekranem, spychając pozostałą obsadę (świetny Christopher Meloni jako ojciec i dobry Thomas Jane w roli detektywa) na dalszy plan.

ptak3

Z jednej strony dramat o budzącej się seksualności, z drugiej dreszczowiec z tajemnicą, która trzyma w zaciekawieniu do samego końca. Araki pewnie skręca w stronę oniryzmu, zagadki oraz wchodzeniu w dorosłość. Mocna i piękna rzecz.

7/10

Radosław Ostrowski

Adwokat

Tytułowy adwokat ma wszystko to, o czym zwykły śmiertelnik może sobie pomarzyć: kupa szmalu, piękne garnitury, piękna kobieta. Ale pod tym pięknym obrazkiem czai się facet z długami, a wierzyciele nie są zbyt cierpliwi. Prawnik wpada na pomysł wyjścia z kłopotów, czyli zrobienie małej kradzieży. Małej w sensie 20 milionów dolarów od kartelu, jednak coś poszło nie tak i zarówno mecenas, jak i wszyscy zamieszani w sprawę (właściciel nocnego klubu Reiner, pośrednik Westrey) mogą za to zapłacić.

adwokat11

Krążą plotki, że „Adwokat” to najgorszy film Ridleya Scotta. Nie byłem w stanie sobie wyobrazić filmu gorszego od „Prometeusza”, brzmiało to jak czysta fantastyka. A kooperacja ze scenariuszem autorstwa Cormaca McCarthy’ego brzmiała elektryzująco. I wiecie, co zagrało? Niewiele. Historia jest bardzo szczątkowa i niby gdzieś toczy się gdzieś w tle, ale prowadzone jest to w tak hermetycznie i niezrozumiałe, że trudno się to ogląda. Niby jest to miks czarnego kryminału z westernowymi plenerami oraz pełna filozoficznych refleksji na temat zbrodni, winy, kary i konsekwencji. Słowo niestrawny wydaje się najbardziej odpowiednim – każdy z bohaterów tutaj filozofuje, prowadzi „głębokie” dialogi w stylu, że „Prawda nie ma żadnej temperatury” i że „Każde działanie wywołuje konsekwencje”. Jeśli ciśnie wam się słowo bełkot i pretensjonalność, to jest to trafne stwierdzenie, odwracające uwagę od intrygi. Mamy jeszcze bardzo ślamazarne tempo, przeskoki z postaci na postać oraz kompletnie słabą reżyserię.

adwokat3

Wyjątkiem są tutaj całkiem niezłe zdjęcia Dariusza Wolskiego oraz klimatyczna, lekko westernowa muzyka Daniela Pembertona, który wypłynął dzięki temu tytułowi. I dwie sceny są tutaj świetne: przygotowanie do zabicia kuriera z dekapitacją w tle oraz niezapomniany seks Maliki z… samochodem. Tego nie powstydziłby się sam David Cronenberg w „Crashu”. I jeszcze strzelanina na pustkowiu z kartelem przebranym za policjantów. Oraz odrobina humoru, tylko trzeba to wyłuskać.

adwokat4

Pod względem aktorskim jest… nienajlepiej. Zawodzą praktycznie wszyscy: Michael Fassbender elegancko wygląda, bez względu na to, co nosi na sobie, ale cierpi niemiłosiernie. Nie ma tak naprawdę specjalnie grać. Podobnie pięknie wyglądająca Penelope Cruz jako słodka idiotka oraz Javier Bardem z „postrzeloną” fryzurą jako Reiner. Jedynie wyróżniają się dwie postacie: wyluzowany i zdystansowany Westray (wyglądający bardziej jak Mickey Rourke Brad Pitt) oraz wspinająca się na wyżyny możliwości Cameron Diaz jako chłodna i bezwzględna Malkina.

adwokat21

Musiałem sam się przekonać, co jest prawdą w kwestii „Adwokata” i niestety, to najgorszy film Ridleya Scotta. Reżyser nie panuje nad materiałem, aktorami i realizacją, psując wszystko, co tylko się dało, a aktorzy zwyczajnie męczą się i są tacy poważni, że aż robi się to niestrawne. „Adwokat” powinien zostać zakopany, zniszczony, spalony i wymazany ze świadomości wszystkich widzów.

4/10

Radosław Ostrowski

Krampus. Duch Świąt

To jeden z dziwniejszych filmów, jaki ostatnio widziałem, więc po kolei. Pozornie jest to kolejne dzieło świąteczne, gdzie mamy spotkanie rodzinne. A wiadomo, że z rodziną najlepiej wychodzi na zdjęciu. Rodzice nie mają zbyt dobrego kontaktu ze sobą, jest babcia mówiąca po niemiecku, wujostwo będące typowymi wsiokami. Nic dziwnego, że nasz główny bohater – Max przestaje wierzyć w Święta. Drze kartkę do świętego Mikołaja, co doprowadza do lawiny wydarzeń: zaczyna szaleć śnieżyca, siada prąd, światło. Okolica wydaje się dziwnie opustoszała i wtedy pojawia się On.

krampus1

„Krampus” obejrzany, a ja nadal nie wiem, czy to miał być mroczny horror und groza czy jedna wielka zgrywa a’la Sam Raimi i jego „Martwe zło”. Wsadzenie bohaterów do domu i zamknięcie ich na śnieżycę dawało spore pole do popisu, zaś sama postać Krampusa została wzięta z mitologii germańskiej. To taki Mikołaj z rogami, który zamiast dawać prezenty zabiera życie i każe każdego, co przestał wierzyć w Boże Narodzenie. Sam Krampus pojawia się rzadko i to buduje aurę tajemniczości, za to jednak widzimy jego sługusów – elfy z paskudnie dużymi gębami, chodzące miasteczkowe ludziki (!!!), małe robociki, nawet pozytywkę. Brzmi to idiotycznie, ale to przez pewien moment daje radę w straszeniu. Rzuca się w oczy fakt, że nie ma tutaj komputerowych efektów, tylko postawiono na klasyczne efekty praktyczne, tworząc specyficzny klimat.

krampus2

Dlaczego to jednak jest zgrywa? Już czołówka, gdzie widzimy ludzi kupujących i niemal walczących jak zwierzęta o prezenty, a w tle leci świąteczny klasyk Binga Crosby’ego potrafi rozbawić. Reżyser dodaje odrobinę czarnego humoru, a także sylwetki pomocników ducha św. Mikołaja wydaje się być bardziej groteskowe niż straszne. Sam sposób straszenie też jest do bólu ograny, a bohaterowie zachowują się kliszowo (krzyk, strzelanie, agresja) i nie czuć zbyt mocno takiej aury grozy. Sytuację ratuje dopiero finałowa konfrontacja z Krampusem oraz bardzo przewrotne zakończenie, które wywraca wszystko do góry nogami. Niby taka poważna sytuacja doprowadza do scalenia rodziny i zawieszenia animozji, ale takie rozwiązanie może być nietrwałe.

krampus3

Zagrane jest to naprawdę nieźle (wybija się zwłaszcza Allison Tolman jako ciotka Linda oraz Krista Stadler w roli babci, co chyba jest też zasługą języka niemieckiego – jej opowieść o Krampusie w formie nieszablonowej animacji jest perłą), nawet dzieciaki są bardzo przyzwoicie poprowadzone i nad wszystkim unosi się duch lat 80.

krampus4

Dziwaczny to film, chociaż wiem, że nie każdemu spodoba się to dziwadło. Mieszanka komedii z horrorem i Bożymi Narodzeniami jest bardzo rzadkim kolażem, chociaż zaprawieni fani horrorów nie znajdą tu zbyt wiele dla siebie. Jest parę ciekawych pomysłów, ale nie zawsze się to układa w spójną całość.

6/10

Radosław Ostrowski

Geniusz

Rok 1929, Nowy Jork. Bohaterem jest Thomas Wolfe – młody i ambitny pisarz, którego debiutanckiej książki nikt nie zamierzał wydać. Nie wiadomo czy to dlatego, ze jest taka miałka czy po prostu nikt się na tym talencie nie poznał. Jednak książka trafiła w ręce Maxwella Perkinsa – bardzo cenionego redaktora, pracującego z Francisem Scottem Fitzgeraldem oraz Ernestem Hemingwayem. Stwierdza, że jest zainteresowany publikacją książki, pod warunkiem przeredagowania tekstu.

geniusz1

Debiut reżyserski Michaela Grandage’a to niemal klasyczne kino biograficzne, które jednak skupia się na wybranym fragmencie życiorysu. Tutaj mamy do czynienia z trudną przyjaźnią między dwoma indywidualistami: nieokiełznanym i nieoszlifowanym talentem literackim oraz cenionym wydawcą, wspierającym swoich podopiecznych, przyjaźniący się z nimi. Jednocześnie twórcy próbują zadać pytanie na czym polega bycie genialnym w świecie literackim. Jak redakcja nad tekstem pozwala kreatywnie wyłuskiwać najlepsze teksty, chociaż sam Perkins miewa wątpliwości czy nie niszczy się w ten sposób literatury. Te pytania jednak giną w toku poplątanych losów, gdzie w rytm jazzowej muzyki dokonuje się korekty, skracania i wyciągania destylatu tego, co można nazwać geniuszem. Ta przyjaźń między panami zostanie wystawiona na ciężką próbę, która potrafi trzymać za gardło na ekranie.

geniusz2

Trudno jednak nie odnieść wrażenia teatralności „Geniusza”. Zdarzenia albo dzieją się w biurze Maxa, w jego domu albo innej przestrzeni, gdzie rozmawiają dwie albo trzy postaci, które rozmawiają ze sobą o sztuce, kłócą się lub prowadzą dialog. Twórcy jednak próbują ubarwić przestrzeń czy to przenosząc nas do jazzowego klubu (fantastyczna rozmowa i zgrabne wplecenie ulubionej piosenki Maxa) czy do szpitala, gdzie kończy swoje życie Wolfe. Mimo to oraz finału znanego fanom literatury, film ogląda się z zainteresowaniem i emocjami, a utrzymane w tonie sepii zdjęcia pomagają stworzyć klimat retro.

geniusz3

Jedna rzecz wybija ten film z grona podobnych biografii artystów – to świetne aktorstwo, ze wskazaniem na takich dwóch zabijaków. Pierwszy to Max Perkins, czyli niezawodny Colin Firth. Aktor jest tu w niemal klasycznym wydaniu, czyli elegancki dżentelmen zawsze w kapeluszu i garniturze, dla którego własna profesja jest prawdziwym powołaniem, a w nowym pisarzu widzi syna, o jakim marzył całe życie. Jednak prawdziwym drapieżnikiem jest tutaj Jude Law. Wolfe w jego interpretacji to nadpobudliwy, pełen słów pisarz, nie do końca radzący sobie z dyscypliną twórczą. I jak każdy autor to egoista, odtrącający wszystkich, na którym mu zależy. Zwłaszcza swojej muzie, scenografce Aline Bernstein (niezła Nicole Kidman).

„Geniusz” nie jest może genialnym i wyjątkowym filmem, ale to ciekawy kawałek biografii, dający wiele do refleksji na temat literatury. To i tak wiele niż można się było po jakimkolwiek filmie spodziewać, a scena na dachu to mała intelektualna perła.

7/10

Radosław Ostrowski

Zwierzęta nocy

Już sam początek filmu jest dziwaczny i wprawia w konsternację – kobiety o kształtach niemal żywcem wziętych z obrazów Dudy-Gracza tańczą w rytm bardzo lirycznej muzyki, trzymając w dłoniach iskierki. Dopiero po zakończeniu czołówki okazuje się, że to była wystawa w galerii sztuki. Jej autorką była Susan Morrow. Kobieta sukcesu, piękna, bogata, z przystojnym mężem i szczęśliwa. Prawda? Niestety, nie, bo to jej życie po piękna i złota, ale klatka. I właśnie z tego marazmu wyrywa ją prezent – powieść „Zwierzęta nocy”. Jej autorem jest Edward Sheppard – były mąż Susan, z którym rozstała się 20 lat temu. Książka jest bardzo mroczna i opisuje losy profesora Tony’ego Hastingsa. Mężczyzna razem z rodziną wyjeżdża na weekend i wtedy dochodzi do drobnej sprzeczki miedzy nimi a redneckami z Teksasu. Spotkanie kończy się porwaniem żony i córki Tony’ego, które zostają zamordowane.

zwierzeta_nocy1

I od tej pory reżyser Tom Ford zaczyna przeplatać krwawą i mroczną historię opisaną w powieści z przeszłością samej Susan. I wierzcie mi, nie ma tutaj przypadków. Można odebrać historię z powieści jako zemstę autora za brutalny i ostry rozwód. Mieszanka dwóch różnych styli i konwencji wywołuje strach, poraża, intryguje. Zderzenie słonecznego, surowego krajobrazu Teksasu ze sterylnym, wręcz idealnie wymarzoną willą Susan jest nieprawdopodobne. Wszystko jest to świetnie tasowane bardzo rytmicznym montażem, dzięki czemu nie ma poczucia dezorientacji i chaosu. Kolejne elementy układanki dają wiele do myślenia, a jednocześnie podskórnie czuć niepokój, krew wisi w powietrzu. Reżyser nie szokuje brutalnymi scenami (samego gwałtu i morderstwa nie widzimy), jednak wyobraźnia ma taką siłę, a podane jest to tak sugestywnie, że autentycznie się bałem.

zwierzeta_nocy2

Ford wszystko trzyma pewną ręką, ale tak naprawdę „Zwierzęta nocy” to autentycznie mroczny thriller zmieszany z melodramatem i krwawym kinem zemsty. Wystarczy wspomnieć nocną scenę stłuczki i pierwszego spotkania rodziny z redneckami pod wodzą Raya. Nocna jazda niemal do złudzenia przypominająca „Zagubioną autostradę” Lyncha z „Nędznymi psami” Peckinpaha. Nawet to, ze żona Tony’ego wygląda podobnie do Susan, nie jest przypadkiem. Śledztwo toczy się dość spokojnie, szybko pojawiają się podejrzani, a analogie do życia prywatnego Susan coraz bardziej zaczynają uderzać. Przeplatanka miłości i zemsty szarpie za nerwy, prowokuje do refleksji na temat życia w klatce, odpowiedzialności. Jedyne, co mi mocno przeszkadzało to zakończenie – jakby urwane, niedokończone.

zwierzeta_nocy3

Wizualna perła, ze świetną muzyką, ale Ford jeszcze trzyma w ręku wybitne (nie waham się tego słowa użyć) aktorstwo. Kompletnie zaskakuje tutaj Jake Gyllenhaal w podwójnej roli, czyli Edwarda i Tony’ego. Pierwszy wydaje się nie do końca poukładanym, pozbawionym ambicji pisarzem, nie mogącym stworzyć swojego dzieła. Wyciszony, bardzo stonowany. Drugie oblicze, czyli Tony to słabeusz, postawiony przed sytuacją ekstremalną. Pozostaje mu tylko zemsta, której nie jest w stanie podźwignąć (skojarzenie z „Nedznymi psami” jest mocne). Za to znakomicie wybija się Michael Shannon jako prowadzący śledztwo szeryf Dares. Niby taki prowincjusz, ale to spojrzenie i opanowanie robią niesamowite wrażenie. Od razu widać, że to facet nie patyczkujący się i jakby wzięty wprost z niezrealizowanego filmu Tarantino. Podobnie niepokoi Aaron Taylor-Johnson jako nieobliczalny redneck Ray.

 

zwierzeta_nocy4

Tak naprawdę jednak film kradnie Ona – zjawiskowa Amy Adams. Właściwie film mógłby się nazywać „Samotna kobieta” i nie jest to podobieństwo wzięte z nieba. Susan sprawia wrażenie spokojnej, opanowanej kobiety sukcesu. Jednak kamera mocno skupia się na jej twarzy, oczach, obserwując jej rozedrganie, strach, nerwy. Bezsenność mocno się odbija na jej życiu, a kilka scen w jej wykonaniu jest rewelacyjnych (rozmowa z pracownicą i obejrzenie jej telefonu – perła czy rozmowa z matką). Po tym filmie pokochałem tą aktorkę i czekam na kolejne jej role.

Tom Ford po siedmiu latach powraca ze spektakularnym filmem, gdzie wszystko się tak zgrabnie miesza. Nikt nie spodziewał się tak mrocznego, gęstego klimatu oraz gwałtownych emocji między bohaterami. Nie jest to czysto hollywodzka rozpierducha, ale bardzo inteligentne, działające na zmysły audio-wizualne. Ciekawe, czy na następny film Forda trzeba czekać 7 lat.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Boska Florence

Samo imię Florence wywołuje we mnie bardzo przyjemne skojarzenia. Miasto (Florencja), Florence Welsh – wokalistka zespołu Florence + The Machine. I kiedy usłyszałem tytuł „Boska Florence” liczyłem na przyjemny seans. I Stephen Frears mnie nie zawiódł, chociaż zauważyłem inne akcenty.

boska_florence1

Bohaterką filmu jest Florence Foster Jenkins – żyjąca na początku XX wieku kobieta, pragnąca zostać wokalistką operową z najwyższej półki. Wspierana jest przez oddanego męża St. Clare Bayfielda oraz jej impresario podbija scenę amerykańską. Tylko jest jeden problem – ta kobieta jest pozbawiona za grosz talentu wokalnego, o czym nie ma kompletnie pojęcia. Mąż robi wszystko, by podtrzymać ją w nieświadomości. I wtedy pojawia się jej nowy akompaniator – Cosmo McMoon, który ma ambicje być wielkim pianistą. Wokół tego trójkąta obraca się cała historia, skupioną na przygotowaniach do występu Jenkins na Carnegie Hall.

boska_florence2

Frears nie próbuje odkryć fenomenu tej kobiety, która wprawiała w zachwyt cały głuchy świat. Czemu akurat ze wszystkich beztalenci, ona zrobiła taką furorę w Nowym Jorku – są pewne poszlaki. O kształcie papierowego dolara, ale to nie do końca mnie przekonuje. Sama Florence wydaje się postacią mającą rozbawić swoją nieudolnością i fałszem, ale jednocześnie jest tragiczną postacią. Zarażoną syfilisem i marzącą o dziecku, bliższej relacji z mężem i mającej wiarę w swoją siłę głosu. Reżyser skutecznie wygrywa wątek miłości między Florence i St. Clare – miłości, oddania, przywiązania. Brzmi to wiarygodnie, ale bez poczucia sentymentalizmu oraz fałszu. Wszystko to poznajemy za pomocą trzeciej pary oczy, czyli Cosmo wchodzącego w ten dziwaczny układ. Jest śmiesznie, ale nie szyderczo, bez kpiarstwa i z wyczuciem.

boska_florence3

Reżyser pewną ręką prowadzi znakomitych aktorów. Meryl Streep trzyma fason i od jej śpiewu naprawdę bolą uszy, ale wierzę w jej przekonania. I jest bardzo wyrazista. Równie komiczny jest Simon Helberg w roli Cosmo. Tłumiący śmiech i porażony tym, co się ma zdarzyć rozbraja swoją bezradnością, przechodzącą w oddanie. Jednak tak naprawdę cały ten film robi wielki (nie boję się użyć tego słowa), wielki Hugh Grant. Jego St. Clare to postać równie tragiczna jak Florence – niespełniony aktor, który jest w pełni oddany swojej żonie, wspierając jej karierę. Owszem, nadal jest czarujący, ale i rozczarowany. Lojalny, ale szukający innej kobiety (seks z Florence nie wchodzi w grę). Zmęczony, jednak pełny energii (taniec na imprezie u kochanki jest nieprawdopodobny). Stonowany i w cieniu, ale wyrazisty. Te paradoksy czynią najciekawszą postać filmu i może (przynajmniej chciałbym tego) przynieść nominację do Oscara.

Frears nie schodzi poniżej swojego wysokiego pułapu i mimo niespełnienia wszystkich obietnic, to „Boską Florence” ogląda się z wielką przyjemnością. Jest świetnie zagrana, potrafi prawie razy zaskoczyć i utrzymać w napięciu (stres przed występem w Carnegie Hall). O samej Florence dowiadujemy się tyle ile trzeba, ale zawsze można poszperać głębiej, prawda?

7/10

Radosław Ostrowski