Trumbo

Hollywood – kto z nas nie chciałby choć raz tam zamieszkać. Jednak nie zawsze był to czas słodki i beztroski. Nawet, jeśli mówimy o złotych latach 40. i 50., gdyż był to okres mroczny w historii USA. Czas polowania na czerwone czarownice oraz obsesji na punkcie obecności komunistów. Jedną z ofiar tego czasu był scenarzysta filmowy Dalton Trumbo – bohater nowego filmu biograficznego Jaya Roacha.

trumbo1

Reżyser ten jest twórcą tworzącym niejako dwutorowo. Z jednej robi dość prostackie komedie jak cykl o pielęgniarzu Gregu Fockerze („Poznaj mojego tatę”, „Poznaj moich rodziców”), z drugiej realizuje dla telewizji ambitne filmy o polityce („Zmiana w grze” o wyborach 2008 roku i udziale Sary Palin). Rzemiosło reżysera wydawało się i tak zaskakującym wyborem na film biograficzny, ale udało się. Reżyser bardzo przekonująco odtwarza realia lat 40 i 50., z tym całym blaskiem i sznytem. Mieszkanie aktora Edwarda Robinsona, gdzie spotykali się scenarzyści sympatyzujący w kierunku bardziej liberalnym, skromny dom Trumbo czy plan filmowy wygląda bardzo porządnie. Podobnie z pietyzmem oddano kostiumy i wpleciono we wszystko materiały archiwalne. Owszem, sama opowieść jest dość uproszczona i przewidywalna: sukces, upadek, działalność konspiracyjna oraz spektakularny powrót, ale ogląda się to z zaangażowaniem. Roach konsekwentnie przedstawia portret Trumbo oraz jego środowiska, próbującego sprytem pokonać i ośmieszyć osoby pokroju senatora McCarthy’ego oraz Heddy Hopper, broniącej Amerykanów przed komunistami. Te postacie przedstawiane są jako bezwzględni manipulatorzy, precyzyjnie wykorzystującymi strach, posuwając się do szantażu.

trumbo3

Jak mocno oddziałuje ten strach widać w scenach, gdy państwo Trumbo przenoszą się do nowej dzielnicy, a sąsiedzi przesyłają „przyjazne” listy, brudzą basen. Także naciskają na wpływowych ludzi z branży. Zagrożenie praw obywatelskich nadaje uniwersalnego charakteru całości. Sam Trumbo w filmie pokazany jest jako geniusz w swojej branży, mistrz pióra oraz rzemieślnik. Grający go Bryan Cranston w pełni oddaje jego charyzmę i spryt, ale też i egoizm. Tytan pracy, zmuszający się do ciągłej koncentracji (z tego powodu nie przychodzi na urodziny córki) oraz zapatrzony w siebie Trumbo jest bardzo trudny w obyciu, ale nie boi się swoich przekonań. Aktor zawłaszcza sobą ekran, a fizyczne podobieństwo do pierwowzoru jest imponujące.

trumbo2

Drugą wyrazistą postacią jest Heddy Hopper, grana przez wyborną Helen Mirren. Pod tym pozornie miłym spojrzeniem jest zimna i twarda suka, przekonana o swojej sile oraz bezwzględności. Te dwie role zahaczają o wybitność i warte są wszelkich wyróżnień. Poza tą dwójką mocno wyróżnia się świetny Louis C.K. (uparty i walczący o swoje racje scenarzysta Arlen Hird), niezawodny John Goodman (producent Frank King) oraz solidny Michael Stuhlberg (aktor Edward G. Robinson).

trumbo4

Roach swoim „Trumbo” potwierdza swoje ambicje w tworzeniu kina gatunkowego. Sam film w sobie jest przyzwoity i ma ciekawą historię, ale to świetne aktorstwo wnosi go na wyższy poziom. Mniej znany okres w historii USA jak bardziej warty przypomnienia.

7/10

Radosław Ostrowski

Dziedzictwo krwi

John Link to zwykły, stary pierdziel z długą brodą, co mieszka w przyczepie kempingowej, gdzie prowadzi amatorski salon tatuażu gdzieś w Nowym Meksyku. Kiedyś siedział i żył ostro, ale to przeszłość – jest na zwolnieniu warunkowym, trzeźwy i czysty. Ale kłopoty lubią jego towarzystwo, zwłaszcza wobec jego córki Lydii, z którą nie utrzymywał kontaktu od lar i uciekła z domu. Jednak pojawia się nagle w jego życiu, ale wplątała się w niezłą kabałę, czyli ktoś chce ja odesłać do krainy wiecznych łowów.

blood_father1

Francuski reżyser Jean-Francois Richet drugi raz próbuje zaatakować Hollywood i przy okazji wyciągnąć ze śmietnika Mela Gibsona. A jak Mel jest na ekranie to jedno jest pewne – będzie ostro i krwawo niczym w oldskulowych akcyjniakach z czasów ery VHS. Sama intryga jest dość prosta i przewidywalna, ale nie po to ogląda się takie filmy. Jest ucieczka, pogoń, ukrywanie się w motelach, kartel, harleyowcy, kumple z pierdla. Wszystko to znamy z tysięcy filmów, ale wszystko jest to opowiedziane w sposób sprawny, bez znużenia oraz potrzeby przewijania. Takie opowieści o możliwości otrzymania drugiej szansy i naprawieniu relacji z dawno nie widzianymi osobami zawsze potrafią zagrać na odpowiednich strunach emocjonalnych, ale dobry efekt psują odrobinę moralizatorskie teksty Linka dotyczące jego przemiany. Jednak gdy dochodzi do zadymy, to wtedy atmosfera gęstnieje i czuć krew. Zarówno podczas brawurowego pościgu na motorze, który troszkę pachniał starym „Mad Maxem” czy finałowej konfrontacji na pustyni. Tempo jest zachowanie, muzyka buduje napięcie, a zdjęcia troszkę nerwowe z ręki, ale czytelne.

blood_father2

Jeśli chodzi o obsadę, to najważniejszy jest tutaj Gibson, który robi to, co potrafi najlepiej – klnie jak szewc, wygląda jak menel (owszem, nieźle przypakowany, ale ta broda), strzela, zna sztukę kamuflażu i zabija. Granatem, strzelbą, pistoletem. Ma ten błysk desperacji i szaleństwa w oku, za co był uwielbiany i kochany. Cała reszta postaci jest tylko tłem i dekoracją, ale zawsze miło jest popatrzeć na William H. Macy’ego (sponsor i przyjaciel Linka, Kirby) oraz Diego Lunę (Jonah), jednak w pamięci pozostaje Michael Parks jako dawny szef Johna, niejaki Kaznodzieja, sympatyzujący z naziolami oraz bikerami.

blood_father3

Sam film jest zaledwie przyzwoity i mógłby powstać 30 lat temu, bez poczucia wstydu. Dzisiaj ten surowy styl może się podobać, jednak klisze i banały mogą okazać się dla wielu ciężkostrawne. Mogło być lepiej, ale ujmy to nie zabiera.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Babka

Elle Ried była kiedyś bardzo znaną i poczytną poetką, ale to było dawno i nieprawda. Teraz mieszka sama, gdyż rozstała się ze swoją partnerką – znacznie młodszą od siebie Olivią. Jednak spokój nie będzie jej dany na dobre, gdyż nieoczekiwanie odwiedza ją wnuczka Sage. Dziewczyna ma problem – jest w ciąży, chce zrobić zabieg, nawet jest ustalony termin. Tylko skąd załatwić sześćset dolców?

babka1

Zrobić film o aborcji w tle i to w dodatku nie będąc opowiadaniem się po jednej ani drugiej stronie to zadanie tak bezpieczne jak chodzenie po polu minowym bez sprzętu sapera. Jednak Paul Weitz to twórca, który nie boi się wyzwań. W końcu zrobił pierwszą (i chyba najlepszą) część „American Pie” i świetnego „Był sobie chłopiec”. To stricte niezależne kino, ale jeśli spodziewacie się podśmiechiwania oraz żartów niskich lotów, będziecie diablo rozczarowani. Owszem, są zadane dwa ciosy (jeden w krocze), ale to tyle w tej kwestii. Humor jest raczej złośliwy i ironiczny, podlany gorzką obserwacją. Młodzi ludzie są zagubieni i nie do końca wiedzą jak zaplanować sobie życie (zresztą kto w tym wieku wie, co chce), a relacje między młodymi i starszymi przypominająca Wielki Mur Chiński. I to ta relacja jest kluczem do całej tej historii. Krótkiej, spokojnej, wyciszonej, okraszonej stonowaną muzyką, niestabilnymi ujęciami kamery.

babka2

Po drodze poznajemy relacje Elle z pozostałymi znajomymi i przyjaciółmi: byłym mężem, właścicielką baru, szefową salonu z tatuażem, wreszcie z własną córką. I tutaj widzimy dawne pretensje, animozje, żale i tajemnice. Niby nie jest to nic, czego bym się spodziewał, ale i tak oglądałem z zaciekawieniem do samego finału. Weitz unika lukru i słodzenia, ale opowiada o tym delikatnie i z wyczuciem. Co do samej aborcji, to jej w filmie nie zobaczycie, jednak postawa reżysera w tej kwestii wydaje się dla mnie jasna: kobieta powinna sama podjąć taką decyzję i liczyć na to, że reszta otoczenia ją uszanuje. Idealnie byłoby, gdyby udało się zdobyć wsparcie najbliższych. To chyba każdy człowiek posiadający (i korzystający) urządzenie zwane mózgiem chyba o tym wie.

babka3

Aktorstwo jest tutaj wszystko zdominowane przez Lily Tomlin, która jest po prostu MISTRZYNIĄ. Elle jest dość trudną w obyciu kobieta, która się nie patyczkuje, nie boi się mówić niewygodnych i brutalnych rzeczy, a w jej twarzy widać wiele doświadczeń. Bywa butna, ale i wrażliwa. Impulsywna, ale i refleksyjna. Uparta, ale i zdecydowana. I daje się ją naprawdę polubić. Podobnie jak zagubioną Sage (ładna i dobra Julia Garner), która wie czego nie chce – bycia zołzą jak matka. Z drugiego planu najbardziej utkwił mi w pamięci niezawodny Sam Elliot jako Karl – były mąż Elle. Potężny i inteligentny facet, mający wobec Elle niezagojone rany sprzed lat. To spojrzenie mówi więcej niż wszystko inne.

babka4

„Babka” to, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, fajne kino obyczajowe zrobione z głową oraz wrażliwością. Tak feministycznego filmu nie widziałem od dawna i jestem pewny, ze nie tylko kobiety powinny zobaczyć ten tytuł.

7/10

Radosław Ostrowski

Życie nie gryzie

Poznajcie Megan – ma 29 lat, pracuje w firmie doradzającej w kwestii podatkowych jako… drogowskaz. Ma faceta, który jest fotografem, ale jeszcze nie są małżeństwem. Podczas ślubu swoich przyjaciół, Andrew (tak się nazywa delikwent) chce się jej oświadczyć. Kobieta zachowuje się w sposób kompletnie racjonalny, czyli pod wpływem paniki znika. Pod pretekstem wyprawy do seminarium, by odnaleźć lepszą siebie ukrywa się w okolicy. Tak poznaje Annikę – nastolatkę, co wozi się z kumplami po okolicy i wkrótce ma wejść w dorosłość. Za pomoc przy zakupie alkoholu, dostaje możliwość zamieszkania w swoim domu u ojca-prawnika.

zycie_nie_gryzie1

Niezależne kino obyczajowe to coś, co ostatnio coraz bardziej zwraca uwagę kinomanów szukających czegoś więcej niż tylko rozrywkę. Na mnie Lynn Shelton zrobiła wrażenie poprzednim filmem – „Siostra twojej siostry” i tutaj jest to podobny klimat. Innymi słowy jest to słodko-gorzką historią obyczajową tym razem opowiadającą o próbie odnalezienia siebie w dorosłym świecie. W świecie, gdzie trzeba znieść presje otoczenia i ze strachu pozwalają, by inni ludzie za nich podejmowali swoje decyzje. Czy jest możliwa zmiana takiego nastawienia? Tydzień spędzony w domu Anniki i jej ojca Craiga daje taką szansę, ale musi pojawić się impuls z zewnątrz. I jest nim… miłość. Wiem, brzmi to słodko i naiwnie, ale tutaj nie ma tutaj pójścia na łatwiznę i płytkich rozwiązań, chociaż idzie to w dość oczywistym kierunku.

zycie_nie_gryzie2

Ale jest kilka mocnych scen jak spotkanie Anniki i Megan z matką tej pierwszej czy wypadek samochodowy, poprzedzony kłótnią między wszystkimi. Te drobne fragmenty oraz lekkość z jaką to jest opowiedziane to spory plus. Jednak czegoś mi tu zabrakło i historia tu opowiedziana nie porwała mnie, byłem znużony i było już tego tak wiele, że trudno było mnie czymś zaskoczyć. Film broni się tutaj aktorstwem.

zycie_nie_gryzie3

Przyznam się od razu, że nie jestem wielkim fanem Keiry Knightley, ale ostatnie jej lata to same niespodzianki. I tutaj też aktorka świetnie poradziła sobie z rolą kobiety uwięzionej w zawieszeniu między byciem dzieckiem a dorosłością – te tiki nerwowe, jej kłamstwa i zacinanie głosu, niepewne spojrzenia. Naprawdę byłem zachwycony tą kreacją. Podobnie błyszczy i trzyma fason Sam Rockwell jako ojciec Anniki – taki troszkę zblazowany, ale i wyluzowany ojciec z ciętym dowcipem. Troszkę w cieniu wydaje się być Chlor Grace Moretz, jednak ta drobniutka dziewczyna szukająca własnej mentorki zaskakuje dojrzałością i dość powściągliwą kreacją jak na ten typ bohaterki. I to trio wnosi ten film na wyższy poziom, dając ogromną przyjemność z seansu.

Jak to się skończy, to już nam daje polski tytuł poszlakę. Shelton po raz kolejny pokazuje, że interesują ją skomplikowani ludzie, próbujący się odnaleźć w swoich porąbanych życiach. Dochodzi do tego okrężną drogą, ale i tak potrafi to być ciekawe. Co najważniejsze, wiele osób zastanowi się po seansie nad sobą, a to duży plus.

7/10

Radosław Ostrowski

Garderobiany

Ronald Harwood to jeden z najbardziej znanych brytyjskich dramaturgów oraz scenarzystów filmowych. Rozgłos przyniosła mu sztuka „Garderobiany” oparta na jego własnych doświadczeniach podczas pracy z wybitnym aktorem szekspirowskim, sir Donaldem Wolfitem. Już w 1983 roku na duży kinowy ekran przeniósł tekst Peter Yates, obsadzając w głównych rolach Alberta Finneya oraz Toma Courtneya. Ale w zeszłym roku brytyjska telewizja postanowiła jeszcze raz zmierzyć się z tekstem Harwooda.

garderobiany2

Przenosimy się do Londynu podczas II wojny światowej – czasu, gdy młodzi aktorzy poszli walczyć za kraj, a ich miejsce zajmują znacznie starsi koledzy po fachu. Jednym z takich weteranów jest Sir, który ostatnimi czasy nie jest w najlepszej kondycji fizycznej. Wypisuje się ze szpitala, by pójść wieczorem na spektakl „Króla Leara”, wspierany przez garderobianego Normana. I wtedy zaczyna walka o realizację spektaklu do końca.

Richard Eyre poszedł po wydawałoby się najprostszej linii oporu, przenosząc niemal całą akcję do garderoby Mistrza oraz korytarzu teatralnym. Tutaj widzimy walkę Mistrza o swoją godność, pamięć oraz sztukę. Teatr tutaj jest jedynym sensem życia dla takiego aktora jak Mistrz – zmęczonego, cierpiącego na zaniki pamięci, przerażonego i bezradnego. I wtedy na scenę niejako wkracza Norman. Niby garderobiany, lubiący sobie popić z piersiówki, opowiadający o swoich przyjaciołach, którzy wiele przeszli. On właśnie staje się siłą napędową, kierującą Mistrzem do chwili sławy, nieśmiertelności, o której marzy każdy aktor. Jednak by tego dokonać, trzeba się w tym zatracić się.

garderobiany1

Brzmi prawie jak „Czarny łabędź”? Troszkę w tym jest prawdy, potwierdzonej przez znakomite dialogi, podkreślające złożone charaktery naszych bohaterów, tłumiących poczucie zazdrości, bezsilności, bycia w cieniu wobec talentu wielkich osobistości. Prawda jest tak, że bez ludzi nie widocznych na scenie, czyli garderobianych, techników, inspicjentów aktorzy byliby nikim. Ta skromna zażyłość jest widoczna w scenach spektaklu, gdzie osoby te starają się o wywołanie efektu burzy.

garderobiany3

Do tego znakomite role Anthony’ego Hopkinsa oraz Iana McKelllena, którzy moim zdaniem przebili duet Finney/Courtney. Hopkins w roli Mistrza magnetyzuje swoją charyzmą oraz gwałtownymi zmianami: od pewności siebie po zwątpienie i ból. Wszystko to pokazane bardzo przejmująco i aż do szpiku kości wręcz. McKellen jest bardziej powściągliwy i mniej „gejowski” od Courtneya, dla którego uznanie od Mistrza to jedyny sens jego życia. Dlatego tak bardzo schlebia swojemu idolowi, wspiera go w najtrudniejszym momencie. Los obydwu panów jest zależny od nich nawzajem, jedna strona bez drugiej nic nie znaczy. Równie wspaniała jest Laura Linney w roli Jaśnie pani – aktorki żyjącej w cieniu swojego męża, czyli Mistrza, a scena jej wypowiadanych żali to majstersztyk.

garderobiany4

Jeśli kochacie teatr i wielkie aktorstwo, to „Garderobiany” da wam to wszystko w nadmiarze. Tak, jest on statyczny, wyciszony, bez galopującej akcji, ale i tak nie można oderwać od niego wzroku, jest napięcie oraz definicja tej profesji. Ale to już sami zobaczycie, jeśli wam na tym zależy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Joy

Znacie pewnie takie osoby, które wydają się niepozornymi szaraczkami, które w decydującym momencie przejmują inicjatywę oraz wyrastają na silne osobowości? Tak właśnie było z Joy Mangano. Gdy była dziecka, miała bardzo bogatą wyobraźnię i tworzyła coraz to nowsze wynalazki. Miała przed sobą wielką przyszłość, ale niestety, włączyły się osoby trzecie. Rozwód rodziców, zamieszkanie z matką oglądającą non stop telewizor, pomaganie ojcu w interesach, nieudany związek z muzykiem, dwójka dzieci do wychowania. Jak to się mówi, życie przytłumiło ją i nie zamierzało puścić. Aż pewnego dnia, postanowiła zaryzykować i stworzyć nowy wynalazek – mop, który sam się ściera. Problem w tym, żeby ktoś chciał tą mała rewolucję kupić.

joy1

Sama historia może wydawać się błahostką, ale reżyser David O. Russell to specjalista od kina interesującego, nawet gdy przedstawia zwykłych szaraczków, dokonujących niezwykłych rzeczy. Tutaj jest to kolejna opowieść o próbie spełnienia amerykańskiego snu. Tylko jak to zrobić, gdy rodzina zwyczajnie cię krytykuje i nie wspiera, prosząc o pomoc niemal we wszystkim. Faktury, rachunki, rury, docinki oraz brak motywacji. Wyjątkiem od tej postawy jest tylko i wyłącznie babcia, która jest narratorką całej opowieści. Jednak Joy ma stawiane kłody pod nogi – zawsze, gdy wydaje się, że wszystko idzie ku lepszemu (stworzenie i zbudowanie mopa czy reklama w telezakupach), to zawsze pojawiają się problemy oraz coraz większe długi (brak zainteresowania, próba kradzieży patentu). A my się zastanawiamy jak z tego da radę nasza Joy się wyplątać?

joy2

Dla mnie pewnym problemem było wplecenie scen snów, gdzie widzimy naszą bohaterkę w świecie przypominającym telenowelę, ale to szybko zostaje porzucone. Stonowane i wyciszone zdjęcia oraz znakomicie wpleciona muzyka (Elvis, Alabama Shakes) w tle nam przygrywa. Plus jeszcze szybki montaż w scenach telewizyjnej reklamy, które wyglądają kapitalnie i rozkręcają całą tą opowiastkę.

joy3

A wszystko trzyma na swoich barkach rewelacyjna Jennifer Lawrence w roli tytułowej. Joy sprawia wrażenie kobiety tak przybitej, że aż zastanawiające jest to jak ona jeszcze to wszystko znosi: ojca i matki, co się nienawidzą, byłego męża mieszkającego w piwnicy. No i jeszcze dzieci, ciągle brakuje pieniędzy, jest słabo. A jednak ma w sobie tyle i siły i determinacji, że niemal w pojedynkę podejmuje walkę o swoją wartość, godność oraz pieniądze. Ta przemiana fascynuje i wypada znakomicie, sprawiając wielką frajdę. Aktorka ma mocne wsparcie u boku niezawodnego Roberta De Niro (Ruby), Edgara Ramireza (Tony) i Isabelli Rossellini (Trudy), jednak najbardziej w pamięć zapada Bradley Cooper. Grany przez niego Neil Walker to prawdziwy wilk interesu, szef potężnej stacji TV oraz właściciel Kmart. Mimo tego budzi sympatię, stając się przyjacielem w interesach.

joy4

„Joy” to kolejny przykład solidnego rzemiosła Russela, pokazującego jak znakomicie prowadzi aktorów. To dzięki nim ta historia świetnie się ogląda, pokazując jak wiele szczęścia i uporu trzeba, by spełniać swoje marzenia. Nie każdy ma w sobie tyle determinacji, ale może warto zaryzykować.

7/10

Radosław Ostrowski

Crimson Peak. Wzgórze krwi

XIX-wieczna Ameryka. Tam mieszka Edith Cushing – córka przemysłowca, marząca o karierze pisarki. Takiej kalibru Mary Shelley, czyli romantycznych horrorów. Być może wynika to z faktu, że jako dziecko widziała ducha swojej matki, ostrzegającej przed Szkarłatnym Wzgórzem. Pewnego dnia pojawił się on – tajemniczy brytyjski arystokrata, potrzebujący pieniędzy na budowę maszyny do kopalni. Mężczyzna jest przystojny, czarujący i przybył razem z siostrą. Kobieta zaczęła nagle ożywać, Az się zakochała. Po tragicznej śmierci ojca, Edith zostaje żona Thomasa i przenosi się do jego dworu w Anglii. Miejsca zwanego Szkarłatnym Wzgórzem, co nie wróży niczego dobrego.

crimson_peak1

Guillermo del Toro i horror to symbioza (prawie) idealna, która dawała znakomite efekty jak „Labirynt fauna”. Jego najnowszym film to bardziej gotycki romans z elementami grozy niemal wziętych z XIX-wiecznych powieści. Jest mroczne i stare domostwo, ukrywana tajemnica, odkrywana powoli oraz… duchy. Problem w tym, że te duchy wyglądają sztucznie, niemal komputerowo i nie pasują tutaj do całej tej stylistyk – eleganckiego, gotyckiego straszaka. Film, jak to w przypadku tego reżysera jest wysmakowany plastycznie, z silnie akcentowanymi kolorami (zwłaszcza czerwień, czerń i biel). Także samo domostwo jest takie, jakie być powinno – dziurawy dach, silny rozpad, nie wszystkie drzwi otwarte. A nawet jak coś jest dostępne, to było bardzo niejasne i zagadkowe. I jeszcze te kostiumy, po prostu przepiękne, bardzo bogate i idealnie pasujące kolorami do postaci.

crimson_peak3

Cały problem polega na tym, że jako horror się nie sprawdza. Reżyser sięga po sprawdzone sztuczki z pojawiającymi się i znikającymi duchami, czerwoną piłeczką. Jakby tego było mało, w połowie filmu można łatwo domyślić się o co toczyć się będzie gra, a dwutorowość (pobyt Edith w dworze i prywatne śledztwo jej przyjaciela-lekarza) tylko rozpraszała i nie czuć było napięcia. Tutaj intuicja reżysera mocno zawiodła, a sama historia nużyła.

crimson_peak2

Sytuacje próbują ratować aktorzy i ci nie zawodzą. Ekran kradnie dla siebie Tom Hiddleston, czyli romantyczny Anglik z mroczną tajemnicą i tak smutnym spojrzeniem, że każda kobieta zakochałaby się w nim. Jeszcze lepsza jest Jessica Chastain, czyli zaborcza, demoniczna i bezwzględna siostrzyczka. Pozornie tylko sprawia wrażenie miłej kobiety, ale sam sposób mówienia mrozi krew w żyłach. Zaś Mia Wasikowska w roli głównej jest po prostu dobra. Zauroczona, ładna kobieta, która potem musi zmienić w walczącą o przetrwanie. I jest to pokazane bardzo wiarygodnie. Nie sposób pominąć drobniejszych ról Charliego Hummana (dr McMichael – przyjaciel Edith i domorosły detektyw) oraz Burna Gormana (tropiący brudy pan Holly).

crimson_peak4

Innymi słowy, to miał być hołd dla klasycznych, romantycznych horrorów spod pióra Edgara Allana Poe czy Mary Shelley. Nie do końca straszy, ale ma bardzo interesujący klimat i wyraziste aktorstwo, które może się podobać. Szkoda, że grozy jak na lekarstwo, a intryga rozwiązuje się zbyt szybko. Jest nieźle, ale liczyłem na więcej.

6/10

Radosław Ostrowski

Neon Demon

Poznajcie Jesse – takich dziewczyn jak ona w Los Angeles jest na pęczki. Ładne dziewczyny z małych miejscowości i dużymi marzeniami, by podbić świat. I to w najtrudniejszym fachu na świecie, gdzie dominuje kult młodości, czyli modelingu. A jest najpiękniejszą dziewczyną i tak młodą, bo zaledwie 16 lat posiada to dziewczę. A już koleżanki patrzą na nią z zawiścią – podkrada ich sesje, pojawia się na wybiegu i są przekonane, że zrobiła to przez łóżko. I z zemsty zrobią jedną rzecz, jaką tylko można.

neon_demon1

Jak widzicie sama fabuła nie należy ani do oryginalnych, ani zaskakujących. I w zasadzie można byłoby ją olać, gdyby nie nazwisko reżysera. Nicolas Winding Refn – magnetyzujący, intrygujący, najbardziej rozchwytywany twórca spoza Hollywood, kręcący filmy w Hollywood, posiadający własny styl wizualny. Każdy kto widział „Drive” czy „Bóg tylko wybacza” wie, o czym mówię. Nowe dzieło „Neon Demon” w niczym nie ustępuje w/w/ tytułom, jeśli chodzi o stronę plastyczną – to arthouse’owe kino, pełne mroku oraz gwałtownego, mocnego koloru, postaci idących w mroku, a w tle gra hipnotyzująca ambientowa muzyka. Reżyser wie, jak budować klimatyczne ujęcia, co widać choćby w scenach pokazów, gdzie bohaterka stoi i cały czas odbija się flesz od pstrykanych zdjęć czy pojawienia się pantery w wynajętym lokum.

neon_demon2

Ale wiecie, w czym jest największy problem? Że to wszystko jest tak naprawdę płytkie i puste w środku. Postacie gadają o pięknie, młodości, ale nie wynika z tego nic. I żeby to było ważne i głębokie, pełne jest podtekstów erotycznych, symboli oraz wrzuconego na siłę drugiego dna. Modelki są tutaj niemal wampirami czającymi na krew Jesse, by być takie młode jak ona – jedna z nich nawet próbuje wyssać jej krew z rannej ręki, charakteryzatorka chce się z nią przespać, a gdy odmawia robi to… ze zwłokami (fuj!!!). Jakby tego było mało, jeszcze są jakieś trzy trójkąty, nagi taniec pod prysznicem, wreszcie morderstwo i kanibalizm, tylko – kogo to obchodzi? Wszystko jest tutaj pretekstowe, trudno też mówić o jakichkolwiek postaciach czy aktorstwie. Wszyscy są tutaj marionetkami w rękach reżysera, któremu są całkowicie posłuszne i mówią te swoje tzw. dialogi, które nie są niczym godnym uwagi. Wyłamuje się tutaj jedynie Keanu Reeves w roli ordynarnego i prostackiego dozorcy Hanka, ale to troszkę za mało.

neon_demon3

Po „Neon Demon” nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Refn stał się niewolnikiem swojego własnego stylu, czyli audio-wizualnego przepychu, pełnego rozbudowanego tła, symboli, aluzji i metafor. Z jednej strony to go wyróżnia i czyni go jakimś, ale z drugiej ta maniera zaczyna odbijać się czkawką, czyniąc go coraz bardziej hermetycznym i nieczytelnym. Dla mnie to absolutna strata czasu i przerost formy nad treścią.

5/10

Radosław Ostrowski

Planeta singli

Na hasło komedia romantyczna z Polski reakcja moja jest jedyna możliwa – trzeba wiać za nogi, bo humor wymuszony, słaby jest, a lukru jest tyle, że można się nim udławić. Nie żebym miał coś do takich współczesnych bajek, ale czasami jest to tak nierealne i nieprawdopodobne, że można pomylić to z kinem spod znaku SF. Jednak w końcu musi pojawić się coś, co będzie po prostu dobre w tym gatunku i nie będzie wywoływało irytacji – wydaje mi się, że właśnie na coś takiego trafiłem.

Zaczyna się dość klasycznie. Jest ona, Ania – dziewczyna chyba urodziła się w XIX wieku, ale jakimś cudem została zahibernowana do naszych czasów. Ładna, chociaż pulowerek i okulary nie pozwalają tego dostrzec na pierwszy rzut oka, romantyczna, serdeczna i samotna. Daje się namówić na udział w randkach przez Internet, czyli tytułowej „Planecie singli”. Przypadkowo randkę tą obserwuje pewien popularny prezenter telewizyjny – Tomasz „Wilk” Wilczyński. Proponuje jej prosty układ: ona opowie mu o przebiegu swoich randek, a zostaną one przerobione na skecze do jego programu telewizyjnego, w zamian jej tożsamość zostanie anonimowa i dostanie… nowy fortepian dla szkoły.

planeta_singli1

Mitja Okorn – Słoweniec od lat mieszkający i pracujący dla pewnej stacji telewizyjnej z niebieskim tłem oraz żółtymi napisami, zaskoczył mnie pięć lat temu „Listami do M.”. Niektórzy mówili, że to zrzynka z „To właśnie miłość” (nie widziałem, jeszcze), ale jak się wzorować to na najlepszych. Tutaj też widać inspiracje produkcjami zza Wielkiej Wody oraz pewnej europejskiej wyspy. Sam scenariusz jako taki jest dość wątły i stanowi pretekst do pokazania różnej maści gagów. I muszę przyznać, że sceny randek pokazujące facetów w dość stereotypowy sposób jako cwaniaczków, niedojrzałych, niewiernych, narcystycznych trafia w punkt. Parę razy nawet padłem ze śmiechu (sceny z programu Wilka a’la Kuba Wojewódzki), a to już coś oznacza. Jednak pretekstowość może dla wielu być słabością, gdyż reszta już troszkę szwankuje. Są problemy w szkole, jest idealny partner dla naszej bohaterki, jest przyjaciółka padająca ofiarą intrygi swojej pasierbicy, chcącej skłócić ją z ojcem. Te wątki są z jednej strony dość oczywiste i przewidywalne (tak jak cały film), ale nie wywołuje to irytacji czy poczucia żenady. Tak samo jak obecny product placement czy kilka zakończeń.

planeta_singli2

Po części film próbuje być także satyrą na współczesne media, goniące za sensacją oraz drwiną ze świata nastawionego na zysk, sensację i skandal. Niby nic nowego, ale kulminacja w Warszawskich Łazienkach wali w głowę jak obuchem. Straszno-śmieszne, tak samo jak finał w iście rycerskim stylu (średniowieczna wersja „The Final Countdown” – mistrzostwo). Tempo jednak w połowie zaczyna siadać i robi się troszkę poważne oraz nudnawo, rekompensując to wszystko od sceny chwytającego za serce monologu Tomka.

planeta_singli3

Ten lekki nieład próbują opanować aktorzy i tutaj jest największa siła. Cała robotę wykonuje Maciej Stuhr potwierdzając swój komediowy potencjał w roli zgorzkniałego, cynicznego szydercy. Pod tą maską jednak kryje się coś więcej, a aktor potrafi to pokazać bez sztuczności i manieryzmu. Partnerująca mu Agnieszka Więdłocha jako Ania jest po prostu urocza oraz czarująca w swojej nieporadności, naiwności oraz przekonaniach. Jednak dziewczyna powoli zmienia się w bardziej trzymającą się ziemi oraz walczącą o swoje. Miedzy tą dwójką jest tutaj odczuwalna chemia, chociaż razem pojawiają się troszkę zbyt rzadko. Drugi plan jest zdominowany przez Piotra Głowackiego, czyli producenta-geja Marcela, ciapowatego Pawła Domagałę (wuefista Piotr) oraz Michała Czarneckiego (lekarz Antoni). Żeby jednak nie było tak słodko, to dostajemy rzadko pojawiającego się na ekranie Tomasza Karolaka (dyrektor), którego maniera coraz bardziej irytuje i drażni.

planeta_singli4

„Planeta singli” jest filmem dość nierównym, ale mimo wad sprawdza się naprawdę dobrze. Można było mocniej dopieprzyć, lepiej wykorzystać pewnych aktorów (m.in. Rafał Rutkowski czy Ewa Błaszczyk), ale i tak jest bardzo przyzwoicie – do wzruszeń, do śmiechu, dla kasy. A monolog Tomka w telewizji powinien być przesłaniem dla wszystkich ludzi, szukających drugiej połówki. Choćby dla tego fragmentu warto odwiedzić tą planetę.

7/10

Radosław Ostrowski

Na granicy

Góry – znacie inną przestrzeń, która budziłaby taki majestat i lęk? To właśnie tutaj wyrusza ojciec z dwoma dzieciakami. Mateusz był pogranicznikiem, jednak po śmierci żony zrobił sobie wolne i teraz powraca. Myśli, by wrócić do służby, dlatego z dwoma dojrzewającymi chłopakami – Jankiem oraz Tomkiem, wyruszają w góry do dawnej strażnicy. Tam też trafia tajemniczy nieznajomy podczas śnieżycy. Jest posiniaczony, we krwi i w plecaku nosi pistolet. Ojciec wyrusza, by ustalić co się dzieje, a chłopaki zostają same.

na_granicy2

Debiutant próbuje zrobić jedynie porządny thriller, bez ambicji i udawania, że chodzi o coś więcej. Wybrał odpowiedni plener, czyli bieszczadzkie lasy oraz góry. Jest burza śnieżna, strażnica jest  w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc, a w radiu leci tylko Radio Maryja („ci to mają wszędzie zasięg”) i kompletna izolacja. Poczucie bezsilności jest tutaj bardzo konsekwentnie budowane, dzięki znakomitym zdjęciom Łukasza Żala. Góry i lasy wyglądają po prostu niesamowicie w tym zielonym filtrze, ale jest też sporo mroku. Miejsce odcięte od świata, strach i powolne wchodzenie młodych chłopaków w dorosły świat. I muszę przyznać, że robi to klimat, a od połowy atmosfera gęstnieje, wywołując ciarki, niepokój oraz kibicowanie za wszystkich. Każdy ruch, każdy trzask mocno archaicznej radiostacji, każdy dźwięk podkręca całość, a muzyka niemal wzięta z horroru tylko czyni całość bardziej intensywną.

na_granicy1

W połowie jednak zaczyna robić się troszkę schematycznie, powoli odkrywając elementy układanki związanych z nieznajomym Konradem. Jednak nawet to, co dostajemy to zaledwie wycinek, nie dający pełnej odpowiedzi na pytanie: jakim człowiekiem jest naprawdę ten mężczyzna? Świat staje się brutalniejszy, a kto jest kim i kto z kim trzyma może wywołać dezorientację. A im bliżej końca, tym bardziej reżyser sięga po oczywiste chwyty: pogoń Konrada za jednym z chłopców w mroku czy finałowa konfrontacja, ale mimo tej wady i tak się to ogląda z przyjemnością.

na_granicy3

Jeśli chodzi o warstwę aktorską, to jest to film Marcina Dorocińskiego. Jego Konrad to trudna do oceny postać: z jednej strony rzucający mięchem, obrzydliwie wyglądający i zdolny do najgorszego okrucieństwa, z drugiej jak wszyscy tutaj, chce przetrwać i nie boi się sięgnąć po najmocniejsze argumenty. Jednocześnie jest w nim coś nieoczywistego i wrażenie, że ten facet w innych okolicznościach byłby fajnym i miłym gościem. Mocna i bardzo wyrazista postać, która zostanie w pamięci na długo. Partnerujący mu Andrzej Chyra (Mateusz), jak i Andrzej Grabowski (Lech) trzymają solidny poziom, ale zostają daleko w tyle. Nieźle radzą sobie młodzi chłopcy (Bartosz Bielenia i Kuba Henriksen), wchodzący w dorosłe życie, zbudowani na zasadzie kontrastu, chociaż trudno ich polubić.

na_granicy4

„Na granicy” klimatem przypomina troszkę kino skandynawskie, idące w czysto gatunkowe tropy, ale jednocześnie próbuje dać widzom do pomyślenia. Dawno nie widziałem na naszym podwórku tak mrocznego filmu na naszym podwórku. Jest napięcie, tajemnica, brutalna inicjacja – i to wszystko zrobione przez debiutanta. Szacun.

7/10

Radosław Ostrowski