Body/Ciało

Janusz Koprowicz jest zapracowanym, cynicznym prokuratorem, mieszkającym z córką Olgą. Dziewczyna jest anorektyczką, która po kolejnej próbie samobójczej trafia do szpitala. Tam Olga poznaje terapeutkę Annę – niemłodo wyglądającą kobietę, stosującą dość nietypowe metody. Jakby tego było, kobieta uważa się za medium, nawiązujące kontakt ze zmarłymi.

body_cialo1

Z Małgorzatą Szumowską jakoś niespecjalnie jest mi po drodze. Sięga po trudne tematy, jednak w jej filmach brakuje czegoś, co by mnie poruszyło, przygniotło lub doprowadziło do rozbicia. Nie inaczej jest w przypadku nagradzanego filmu „Body/Ciało”, aczkolwiek widzę tu pewien progres. Świat, w którym się znajdujemy, to niby współczesność, ale nie można odnieść wrażenia obecności w latach 90. (telefony komórkowe, stare przenośne radio, niedzisiejsze stroje i fryzury, ale też wyglądy budynków), co wydaje się być celowym zabiegiem twórców. Sam film to zbiór pozornie niepołączonych scen, skupiający się na trójce bohaterów – prokuratorze, jego córce oraz terapeutce. Widzimy ich w pracy (prokurator zajmuje się różnymi morderstwami, inspirowanymi sprawami z mediów jak śmierć Madzi czy zabójstwo malarza Zdzisława Beksińskiego), jednak one są tylko tłem do próby naprawy relacji ojca z córką, w czym pośredniczy terapeutka-medium. Dość wolne tempo i próba wplecenia wątków metafizycznych („nawiedzenie” domu prokuratora) może wywołać dezorientację oraz znużenie, zwłaszcza w środkowej części filmu. Ale jest kilka scen rewelacyjnych (taniec przyjaciółki prokuratora do „Śmierci w bikini” – czegoś takiego nie widziałem i nie zobaczę prędko na naszym podwórku czy sceny terapii – wyciszone i stonowane formalnie, ale pełne głęboko tłumionych emocji, powoli wychodzących na wierzch), które potrafią przykuć uwagę na dłużej, doprowadzając do ciekawego finału. Formalnie jest to proste kino, gdzie nie zabrakło zabaw montażem (jedzenie posiłku), zbliżeń na detale (pierwsza scena z wisielcem) oraz niemal kompletnego braku muzyki. Chłodna reżyseria Szumowskiej jest tutaj bardzo nierówna i jak na tak krótki film pojawia się znużenie.

body_cialo2

Częściowo sytuację próbują ratować aktorzy i troszkę podnoszą film na wyższy poziom. Nie będę ukrywał – uwielbiam Janusza Gajosa i dla niego chciałem obejrzeć ten film. Powiem tyle, że aktor nie zawiódł, pokazując klasę w roli cynicznego i zgorzkniałego prokuratora, oddalającego się od swojej córki (świetna, troszkę wyglądająca jak zombie Justyna Suwała – uwierzycie, że to debiutantka?), czującej do niego tylko nienawiść i wrogość. Jednak dla mnie objawieniem była fantastyczna Maja Ostaszewska, której nie jestem wielkim fanem. Tutaj kompletnie mnie zaskoczyła w roli Anny, grając w bardziej oszczędny sposób niż zwykle. Spokojnie wypowiadane słowa, ubrania zdecydowanie postarzające ją , a sceny jej „transu” potrafią wywołać ciarki na plecach. I do samego końca nie jest jasne, czy naprawdę jest medium czy tylko próbującą przetrawić swoją traumę nieszczęśliwą kobietą. Sprytnie to poprowadzono.

body_cialo3

„Body/Ciało” to – ku mojemu zaskoczeniu – bardzo przyzwoity film, jednak zastanawia mnie to ile w tym czasie zdążył „wykosić” nagród na różnych prestiżowych imprezach filmowych. Także jest to lepszy z filmów Szumowskiej, chociaż daleko mu do „33 scen z życia”, które mnie bardzo pozytywnie zaskoczyły. Ale jest to krok w dobrym kierunku i zacznę baczniej obserwować tą reżyserkę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Upokorzenie

Simon Axler kiedyś był piekielnie utalentowanym aktorem, który zwracał uwagę wszystkich. Ale po 60 kariera załamała się. Najpierw zamiast wejść na scenę, wyszedł z teatru, a kiedy wszedł, to nikt nie interesował się tym, co miał do pokazania. Wtedy postanowił wypaść ze sceny. Po zajściu decyduje się na terapię oraz pobyt w psychiatryku kierowanym przez dr Fella. Po wyjściu z niego odwiedza go córka jego przyjaciół – Pegeen Stapleford. Znajomość ta mocno naznaczy jego życie.

upokorzenie1

Barry Levinson tym filmem chyba wszystkich zaskoczył. Podjął się o tyle trudnego wysiłku, że zmierzył się z powieścią Philipa Rotha. Autor ten miał pecha do filmowych adaptacji, które były co najwyżej średnie. Tutaj udało się to studium starości, zgorzknienia oraz wycofywania się z życia. I wtedy pojawia się kobieta, która zmienia nastawienie naszego bohatera, pragnącego poukładać ten bajzel wokół siebie oraz powrócić do występu. Nie brakuje tutaj zabawnych sytuacji, jednak jest to humor bardzo cierpki (depresyjne stany, gdy bohaterowi miesza się rzeczywistość z lękami), dopełniający poważnego i ważkiego dramatu. Realizacyjnie film przypomina produkcje niezależne, z trzęsącą się kamerą oraz stonowaną muzyką, co nie wywołuje irytacji i trafnie podkreśla stan emocjonalny Axlera. Nie zawsze jest zachowane tempo, a jeden wątek może wydawać się zbyteczny (Prince’a – byłej dziewczyny Pegeen, który zmienił płeć), ale całość jest interesująca, refleksyjna aż do dramatycznego finału, pieczętującego los podstarzałego aktora.

upokorzenie2

Levinsonowi udaje się zachować wiarygodność, głównie dzięki fantastycznej roli Ala Pacino. Aktor cudownie odnajduje się w roli tracącego pewność siebie gwiazdora, będącego cieniem samego siebie, w czym można (dla mnie troszkę na siłę) sytuację samego Pacino, ostatnio niezbyt trafnie dobierając scenariusze. Bywa śmieszny w roli kochanka, jednak trudno odmówić mu uroku i charyzmy. Dodatkowo ma naprawdę ciekawą partnerkę, czyli Gretę Gerwig. Tutaj jest dość chimeryczną dziewczyną, bardziej interesującą się innymi kobietami. Klasyczna modliszka, która z jednej strony daje energię oraz chęć do życia, by potem wycisnąć do samego końca soki. I ten duet jest największą siłą, jaką ma „Upokorzenie”.

upokorzenie3

Levinson przypomina o sobie i pokazuje, że z wiekiem jesteśmy tylko starsi, niekoniecznie mądrzejsi. A ceną tego może być upokorzenie otoczenia, wreszcie samego siebie. Gorzkie kino raczej dla wyrobionego widza.

7/10

Radosław Ostrowski

Wyrok za prawdę

Kalifornia, rok 1996. Gary Webb pracuje jako dziennikarz w lokalnej prasie, czyli San Jose Mercury News. Zajmuje się pisaniem artykułów o handlarzach narkotyków, a dokładniej o ich konfiskowanych majątkach. Przypadkowo trafia na ślad poważniejszej sprawy – pewna dziewczyna, której chłopak został aresztowany twierdzi, że handlował na zlecenie rządu USA.  Drążąc sprawę dochodzi do szokującej prawdy.

Michael Cuersta to reżyser kojarzony głównie z pracy przy serialach telewizyjnych (m.in. „Sześć stóp pod ziemią”, „Dexter”, „Homeland”), jednak po drodze zrealizował kilka filmów kinowych. Najnowszy film to oparty na faktach „Wyrok za prawdę” – polityczny thriller o dziennikarstwie śledczym. Niby takich historii było wiele, ale reżyser jest tego świadomy i stawia tutaj na prostotę. Nie próbuje kombinować, eksperymentować i udziwniać. To opowiedziana klasycznie historia, ubrana w reporterską formę i skupiona na rozmowach z informatorami, świadkami oraz kolegami z pracy. Sama intryga jest pozornie łatwa – jednostka kontra system. Czym jest tutaj ta szokująca prawda? Ze 10 lat wcześniej CIA poszła w dil z handlarzami narkotyków, by za pieniądze z dystrybucji towaru, przemycanego do USA sfinansować rewolucjonistów w Nikaragui. Władza może wszystko? Oczywiście, że tak. Ten film brutalnie przypomina tą gorzką prawdę.

Samą historię można podzielić na dwie części – do momentu opublikowania artykułu o „Mrocznym sojuszu” (tak Webb nazwał całą sprawę) i tym, co się stało po. Rozmowy, informacje, uznanie, sława i zawiść konkurencji (rozmowa w redakcji The Washington Post). A potem dyskredytacja, szczucie, zastraszenie i tuszowanie rozmów. Świadkowie albo znikają, albo zmieniają zdanie i zaczyna się nagonka. Brzmi znajomo? I ciągłe poczucie zagrożenia, że coś się stanie. Dopiero gorzkie zakończenie uświadomiło mi, że ta sprawa była z góry skazana na porażkę i że nie uda się jej doprowadzić do samego końca. Jak mówi jeden z bohaterów: „Niektóre opowieści są zbyt prawdziwe, by je opowiedzieć”.

Może i czasami napięcie nie zostaje utrzymane do końca, jednak Cuersta potrafi trzymać mocno za gardło. Pomaga mu w tym świetny zespół aktorski. Tutaj gwiazdą jest zdecydowanie Jeremy Renner w roli Webba – upartego, konsekwentnego i uczciwego dziennikarza. Facet ma pewne grzeszki na sumieniu, ale w pracy jest niezawodny, dążący do prawdy za wszelką cenę. Aktor znakomicie oddaje jego emocje, jak i reakcje na kłody rzucone pod nogami. Poza nim jest tu przebogaty drugi plan ze znanymi twarzami, które pojawiają się tylko kilka minut, ale zapadają w pamięć. Jak Andy Garcia (diler Norwin Meneses), Barry Pepper (prokurator Russell Dodson), Michael Sheen (Fred Weil) czy Ray Liotta (były agent John Cullen) i oni niosą ten film.

„Wyrok za prawdę” to gorzki dramat, w którym system wygrywa z ludźmi. Pozornie wydaje się, że wygrał i nie warto być przyzwoitym, a zakończenie tylko pozornie jest szczęśliwe. Webb po całej tej aferze (zakończyło się opublikowaniem przez CIA 400-stronicowego raportu) nie mógł znaleźć dla siebie żadnej pracy i popełnił samobójstwo 7 lat później. Więcej chyba mówić nie trzeba.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kraina jutra

Wyobraźcie sobie świat niezwykły, pełen magii oraz tak rozwiniętej technologii, w której wszystko jest możliwe. Zamieszkują go wynalazcy, naukowcy, wizjonerzy, a dobro człowieka jest najcenniejszą wartością. Taka jest Kraina Jutra, gdzie mieszkał niejaki Frank Walker. Mieszkał, bo został wygnany przez rządzącego okolicą Davida Nixa. Ale Frank musi wrócić, a to z powodu pewnej młodej dziewczyny – Casey Newton, które może odmienić świat.

kraina_jutra1

Brad Bird był mistrzem animacji, na czym poznał się Pixar. Jednak reżyser doszedł do wniosku, że animacja to za mało i 4 lata temu zadebiutował w fabule. „Mission: Impossible 4” było wielką niespodzianką i najlepszą częścią serii. Tutaj nie jest aż tak fajnie. Sama historia jest bardzo pogmatwana (zwłaszcza początek, gdzie mamy retrospekcję z życia Franka, by trafić do zbuntowanej Casey. Dziewczyna przypadkowo dostaje znaczek, pozwalający zobaczyć tytułową Krainę Jutra. Widzi ja tylko ona i znajduje się ona w świecie równoległym do naszego. Ale im dalej w las, tym bardziej logika szwankuje. Dlaczego tak działa ten znaczek? Czemu Casey została zwerbowana? I o co tak naprawdę tu chodzi? No i gdzie te 200 milionów baksów, które wydano? Nie wiadomo. Jest kilka widowiskowych ujęć (ucieczka z domu Franka czy lot z rakiety znajdującej się w… wieży Eiffla – wtf?), porywająca muzyka Michaela Giacchino, wyrastającego na następcę Johna Williamsa i nie brakuje akcji, jednak to wszystko zamotane, zaplątane i większość rzeczy trzeba przyjmować na wiarę. Sam wygład Krainy (przynajmniej na początku) jest imponujący, jednak pod koniec to jest zaledwie hangar podniszczony, a finał rozczarowuje.

kraina_jutra2

Bird próbował tak bardzo zaspokoić młodszych i starszych odbiorców, że wyszedł z tego misz masz. I ani George Clooney (dobry jak zwykle) ani Hugh Laurie (zmarnowano charyzmę tego aktora) nie są w stanie tego uratować. Dodatkowo jeszcze dostajemy koszmarny polski dubbing (pomysł, by Clooney i Laurie mówili głosami Żmijewskiego i Frycza jest słaby).

kraina_jutra3

Gdyby nie to mógłby być nawet dobry film, a wyszło zaledwie niezłe widowisko.

6/10

Radosław Ostrowski

The Eichmann Show

Adolf Eichmann – jeden z największych nazistowskich zbrodniarzy, twórca ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej (wymordowanie wszystkich Żydów w Europie) w 1961 roku został schwytany przez izraelski wywiad. Sprowadzony do Jerozolimy, został tam osądzony i skazany na śmierć. Ale nie o tym opowiada ten film. Tylko jest to opowieść o telewizyjnej transmisji z procesu zbrodniarza. Dla amerykańskiej telewizji zrealizowali go producent Milton Fruchtmann oraz skazany na „czarną listę” reżyser Leo Hurwitz.

eichmann_show1

Telewizyjna produkcja BBC2 może wydawać się mało interesująca, bo już o Holocauście opowiedziano wszystko, co tylko możliwe. Mimo to film Paula Andrew Williamsa potrafi zainteresować i wciągnąć, mimo nośności tematu. Poza samym przebiegiem procesu (nadal mocne materiały archiwalne wplecione w film, także z samego procesu), jest to kolejna opowieść pokazująca jak potężnym medium była – i nadal jest – telewizja. Ale żeby była takim medium, musi zwrócić naszą uwagę. Bo inaczej żaden film, relacja nie będzie miała żadnej mocy. Realizacja tego procesów pokazana jest dość uważnie i porusza ważkie problemy etyczne (co sfilmować, co nie; granica manipulacji; jak sfilmować proces nie umieszczając kamer na sali sądowej,; obiektywizm) i te elementy były znacznie ciekawsze od samego procesu.

eichmann_show2

Przy okazji, podczas rozmów bohaterów z mieszkańcami Jerozolimy (członkami ekipy, właścicielki hotelu i prawnikiem), twórcy próbują wejść w umysł nowo powstałego państwa Izrael. Proces był dla nich nie tylko z powodu sprawiedliwości, ale też – jakby to ująć – przekonać ludzi, także wśród osób nie doświadczonych nazistowską machiną mordu, że ich przeżycia nie były wyssane z palca. I temat mrocznej przeszłości przestał być tabu, chociaż nie wszystkim było to na rękę. Były próby zastraszania ekipy, problemy ze zgodą (na początku), oglądalność na początku też nie powalała – Gagarin i kryzys kubański odwróciły uwagę – ale te poboczne wątki nie są zwykłymi zapychaczami, wiernie odtwarzając realia tego okresu.

eichmann_show3

Dodatkowo mamy dwie mocne role, trzymające w zainteresowaniu. Nie zawodzi Martin Freeman w roli odważnego producenta. Z jednej strony to idealista, z drugiej biznesmen, a z trzeciej mąż i ojciec. Postać bardzo złożona, która potrafi kupić gestem, spojrzeniem i słowem. Wiarygodny i naturalny do końca. Drugim bohaterem jest reżyser Hurwitz. Grający go Anthony LaPaglia naprawdę dobrze radzi sobie ze swoim zadaniem – to skupiony i przygotowany profesjonalista. Przyjeżdża do Jerozolimy wierząc, że Eichmann był człowiekiem, który popełnił błędne decyzje. I dlatego tak skupia się na filmowaniu jego sylwetki, by wychwycić jego emocje, rozbicie jego obojętnej maski. Aktor naturalnie ogrywa tą obsesję, a także próbę zrozumienia tego bezmiaru okrucieństwa. Każdy z aktorów ma tutaj swoje pięć minut (role Nicholasa Woodersona i Rebecki Front zostają na długo w pamięci) i nie ma miejsca na słabizny.

eichmann_show4

„The Eichmann Show” nie jest idealnym filmem. Bywa troszkę dydaktyczny i nie próbuje analizować samego nazizmu, ale przypomina, iż ten system nie umarł wraz z samobójstwem Hitlera i może wrócić w innym miejscu świata, gdzie nienawiść do innych jest zabójcza. I te poboczne wątki wzbogacają ten tytuł i czynią go tak ważkim.

7/10

Radosław Ostrowski

Dziewczyna warta grzechu

Nowy Jork to piękne miasto, gdzie zdarzyć może się dosłownie wszystko. Tu tutaj przyjeżdża reżyser teatralny Arnold Albertson i umawia się w hotelu z prostytutkami. I tak trafia na dziewczynę – Isabellę Peterson zwaną też Izzy, która marzy o byciu aktorką. Arnold proponuje jej 30 tysięcy dolarów za zerwanie z fachem. Następnego dnia Izzy pojawia się na próbie do sztuki, gdzie ma zagrać… prostytutkę.

dziewczyna_warta_grzechu1

Nowy Jork, relacje damsko-męskie, jazzowa muzyka w tle – brzmi jak dzieło Woody’ego Allena? Tak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Tym większe zaskoczenie, że za „Dziewczynę wartą grzechu” odpowiada młody, utalentowany reżyser Peter Bogdanovich, lat 76. Z tym młodym, to może przesadziłem, ale energii i weny mógłby mu pozazdrościć niejeden młodzieniaszek. „Dziewczyna” to klasycznie zbudowana farsa, oparta na humorze sytuacyjnym oraz qui pro quo. Układy i relacje między bohaterami ciągle ulegają dynamicznym zmianom – kto, z kim, kogo itp. Miłości, zdrady, obsesje i wpadki, a także nieprawdopodobne zbiegi okoliczności. Iskrzy tutaj od żartów i zabawnych scen, ale reżyser jeszcze polewa sosem ekscentryczności swoich bohaterów. A czego tutaj nie ma – postrzelona terapeutka, prywatny detektyw, mający obsesję na punkcie Izzy podstarzały sędzia. Od całości bije takie ciepło oraz lekkość formy, że nie było możliwości nie zaśmiać się. Tempo jest utrzymane, gagi i dialogi celne, cięte, a poczucie bezpretensjonalne zabawy przeniosło się na mnie.

dziewczyna_warta_grzechu2

Dodatkowo udało się dobrać znakomitych aktorów, którzy dali z siebie maksimum. Owen Wilson potwierdza swój potencjał komediowy i jako troszkę ciapowaty reżyser, wplątany w dziwaczne relacje z kobietami. Prawdziwą perłą jest tutaj Imogen Poots, której urok był porażający. Izzy może i jest troszkę naiwna jako prostytutka-romantyczka, ale w tej konwencji bardzo dobrze się odnajduje i iskrzy między nią a resztą ekipy. Ale jeśli chodzi o vis comica, nic nie było w stanie przebić Jennifer Aniston jako neurotycznej psychoterapeutki Jane. To, jakie gafy strzela podczas terapii jest niepojęte i bardzo śmieszne. W ogóle tutaj drugi plan jest przebogaty i pełen wyrazistych ról (Rhys Ifans, Kathryn Hahn, Will Forte, Cybil Shephard czy pojawiający się w epizodzie sam Quentin Tarantino), które razem mają siłę rażenia bomby atomowej.

dziewczyna_warta_grzechu3

Słynny w latach 70. Bogdanovich przypomina o sobie z hukiem oraz stylem, w czym pomogli mu figurujący jako producenci Wes Anderson oraz Noah Baumbach. Lekka, bezpretensjonalna i zabójczo śmieszna komedia. Mam nadzieję, że reżyser nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i znów pokaże się z najlepszej strony.

dziewczyna_warta_grzechu4

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jodorovsky’s Dune

W historii kina jest wiele filmów nie tylko takich, które są uznawane za arcydzieła, ale też takie, które nigdy nie zostały zrealizowane. I szkoda, że nie zostały zmaterializowane te wizje. W 1974 roku chilijski wizjoner Alejandro Jodorowsky postanowił przenieść na ekran powieść Franka Herberta „Diuna”. Wsparty przez francuskiego producenta Michela Seydouxa, Jodorovsky zaczął pracować i liczył, że hollywoodzcy bonzowie wyłożą 15 milionów dolarów (wtedy, to była gigantyczna suma).

dune1

O tym projekcie postanowił w swoim dokumencie pokazać Frank Pavich. Wydaje się być to tradycyjnym i konwencjonalnym dokumentem, opartym na rozmowach z twórcami tego niezwykłego przedsięwzięcia oraz materiałami archiwalnymi. Ale rozmówcy to nie byle kto – sam Jodorowsky jest tak barwną postacią, że mógłby powstać film tylko o nim. Poznajemy początki jego drogi jako reżysera, jego poglądy oraz filozofię uprawiania tego zawodu jako sztuki, a nie tylko jako biznesu, który ma przynieść dochód finansowy. O tym jakim filmem miała być „Diuna” mówi sam Jodorowsky: Chciałem stworzyć film, który ludziom zażywającym LSD w tamtych latach da takie same halucynacje, ale bez zażywania tego narkotyku. Brzmi zachęcająco?

dune3

Pavich pozwala Jodorowsky’emu opowiadać historię realizacji projektu, ale też rozmawia ze wszystkimi żyjącymi osobami zamieszanymi w to przedsięwzięcie (nie udało się – z powodu zejścia z tego świata – z Danem O’Bannonem, odpowiedzialnym za efekty specjalne oraz Jeanem „Moebiusem” Girardem – współtwórcą strony plastycznej). A plan był bardzo ambitny – w obsadzie mieli się znaleźć David Carradine, Mick Jagger, Salvador Dali i Orson Welles, od strony wizualnej – poza francuskim rysownikiem Moebiusem – pomagali mu autor okładek książek Christopher Foss oraz H.R. Giger. By oddać rozmach tego przedsięwzięcia, Pavich pokazuje fragmenty storyboardu ze szczegółowymi ilustracjami pokazującymi tło, stroje, a także – dzięki zastosowaniu animacji – fragmenty poszczególnych scen. To podkręca wyobraźnię i pokazuje jak daleko sięgał Jodorowsky w swoich pomysłach.

dune2

Tworzy to fascynujący portret nie tylko tej fantastycznej opowieści (spotęgowany muzyką elektroniczną, brzmiącą jakby z lat 70.), ale też silnej osobowości jaką jest Jodorovsky. Nie idący na kompromisy wizjoner, który jest wierny swojej filozofii oraz niesamowitego zmysłu wizualnego. Chilijski jest niesamowitym gawędziarzem, a anegdoty o tym, jak udało się przekonać Wellesa czy Daliego to fantastyczne opowieści. Także o prowadzonych rozmowach w sprawie zatrudnienia Douglasa Trumballa, by zajął się efektami specjalnymi, czy pierwsze spotkanie Jodorovsky’ego z O’Bannonem. Może reżyser wydaje się troszkę naiwny w tym, ale do samego końca jest szczery i wierzy, ze znajdzie się ktoś, kto byłby w stanie przenieść „Diunę” w oparciu o jego scenariusz (choćby w formie animacji).

dune4

Chociaż „Diuna” nie doczekała się takiej realizacji, jakiej chciałby Jodorowsky (o filmie Davida Lyncha lepiej zapomnieć), to jej wpływ na kino pozostaje nieoceniony, co niemal pod koniec pokazują wplecione sceny z klasyków kina porównane ze storyboardem Chilijczyka. Bez „Diuny” nie byłoby „Gwiezdnych wojen”, „Obcego”, „Blade Runnera”, „Matrixa” czy „Terminatora”. To świadczy o tym, jak wielką osobowością był Jodorowsky. I ja oczami wyobraźni, zobaczyłem ten film. Fani SF muszą ten dokument obejrzeć, a resztę też gorąco namawiam.

dune5

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Do utraty sił

Filmowcy kochają boks i nie jest to żadne zaskoczenie. Bowiem jest to jeden z bardziej dynamicznych sportów, widowiskowy, gwarantujący emocje, krew, pot i łzy. Ile razy widzieliśmy opowieści o facetach, którzy dostają szansę na osiągnięcie sukcesu lub powrotu do glorii i sławy? To jeden z fundamentów amerykańskiego snu, że nie ma rzeczy niemożliwy i nieosiągalnych. I czy można nadal coś ciekawego opowiedzieć w tej materii, czyli w kinie bokserskim?

do_utraty_sil1

Poznajcie wielką nadzieje białych – nie, nie mówię o Andrzeju „Endrju” Gołocie, tylko o Billym Hope. To młody, ale doświadczony bokser z czterema pasami mistrza świata. Jednak styl, w którym walczy jest dość dyskusyjny – wystawiając się na ciosy i wyglądając przy tym jak krwawy rzeźnik. Ale wtedy wygrywa, publika wyje i jest uwielbiany. Do czasu, kiedy pojawia się jedna chwila. Podczas imprezy charytatywnej jego żona zostaje zastrzelona i wszystko się sypie. Bańka pęka, a Billy zostaje sam ze swoimi demonami i traci wszystko – towarzystwo się rozchodzi, córka zostaje oddana do pomocy społecznej, dom idzie na sprzedaż, by spłacić swoje długi. Ostatecznie Hope trafia do slumsów i małej siłowni prowadzonej przez doświadczonego Ticka Willsa.

do_utraty_sil2

Brzmi znajomo? Reżyser Antoine Fuqua opowiada historię jakich było w kinie setki, jeśli nie tysiące. Schemat jest prosty: szczyt – upadek – walka o powrót. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że udaje się zaangażować emocjonalnie w tą historię i czyniąc ją wiarygodną do samego finału. Uważnie pokazuje światek bokserski, gdzie naszego bohatera otacza świta podlizujących się przydupasów, pazerny i chciwy promotor, żywiołowi komentatorzy i oczekująca widowiska widownia. A kiedy upadasz, jesteś sam, zdany tylko na siebie i wtedy wychodzi na jaw, kto był prawdziwym przyjacielem. Boks tak naprawdę jest tylko otoczką dla klasycznej opowieści o walce. Walce, która trwa nie tylko na ringu, lecz także poza nim – o swoja godność, życie, rodzinę.

do_utraty_sil3

Dalej jest ostra praca i trening, który ma zmienić filozofię walki – te sceny, mimo iż je widzieliśmy wiele raz, nadal potrafią porwać. Niby proste elementy, ale są spójnym elementem tego świata i co najważniejsze, nie odniosłem wrażenia gry znaczonymi kartami.

Zarówno sekwencje treningowe, jak i same walki są zrealizowane w widowiskowy sposób – nie brakuje klasycznego planu ogólnego, ale są też pewne eksperymenty w postaci pokazania z perspektywy głowy pięściarza czy spowolnienia. Mauro Fiore znów potwierdza swoją klasę, nadając tym scenom nerwu, tempa oraz adrenaliny, w czym pomaga dynamiczny montaż oraz muzyka spod znaku Eminema.

do_utraty_sil4

Żeby jednak nie było tak słodko, Fuqua nie uniknął skrętów w hollywoodzki styl (troszkę przesłodzony finał), a relacja Billy’ego z córką, która jest kośćcem dramatycznego wątku jest traktowana po macoszemu i nie zostaje do końca wygrana. Tu można było wycisnąć ciut więcej. Także brak czegoś nowego w tej konwencji można uznać za poważny zarzut, ale to już czepialstwo na siłę.

Fuqua poza świetną robotą jako reżysera, ma asa w rękawie – wielkiego Jake’a Gyllenhaala, grającego tutaj (moim skromnym zdaniem) rolę życia. Billy w jego interpretacji to wściekłe zwierzę na ringu, które dopiero, gdy zaserwuje widowni krwawy spektakl jest sobą. Ale po stracie swojej kobiety (bardzo przyzwoita Rachel McAdams), górę bierze gniew, wściekłość i droga ku autodestrukcji. Zarówno w scenach z żoną, podczas wizyt u córki, jak i podczas walk nie czuje się żadnego fałszu. Widzimy fightera, próbującego na nowo posklejać się. I wierzyłem w każde jego słowo i spojrzenie. Aktor zawłaszcza swoja osobowością cały film. Kto wie, może zgarnie nominacje do Oscara. Poza nim nie można nie pochwalić świetnego Forresta Whitakera, który wraca do formy, ogrywając schemat doświadczonego mentora – Till Wills to pozornie trener jakich wiele. Niespełniony bokser, opiekujący się młodymi chłopakami, próbując ich naprowadzić na jasną stronę Mocy. Tutaj nawet średni aktor i upadły finansowo raper 50 Cent w roli cwanego promotora dobrze się odnalazł.

do_utraty_sil5

Antoine Fuqua może w „Do utraty sił” nie serwuje niczego nowego w tym bokserskim dramacie, ale nie zmienia to faktu, że nakręcił najlepszy film w swojej karierze. Świetne, kipiące emocjami i fantastycznie zrealizowane. Niepozbawione wad, ale reżyser serwuje mocne ciosy, powalając na łopatki.

8/10

Radosław Ostrowski

Wada ukryta

Czy mieliście takie wrażenie, że oglądaliście film i w trakcie seansu mieliście taką wielką czarną dziurę z powodu pogmatwania całej intrygi, nie pamiętając zbyt wiele? Chyba właśnie przed chwilą trafiłem na coś takiego. Twórczość Paula Thomasa Andersona jest znana mi tylko ze słyszenia (widziałem debiutancki „Sydney” oraz „Aż poleje się krew”), ale nawet to nie było w stanie przygotować mnie na „Wadę ukrytą” – najdziwaczniejszy film tego roku. Jednak po kolei.

wada_ukryta1

Jest rok 1970, jesteśmy w Kalifornii. I to tutaj poznajemy naszego bohatera – prywatnego detektywa Doca Sportello. Chociaż trudno go takim nazwać – nieogolony, ubrany niczym obdartus i zamiast papierosa jara skręty. I byłoby tak spokojnie, gdyby nie przyszła do niego jego była dziewczyna, Shasta Fay. Informuje go, że jej obecny partner – dziany bogacz i potentat firmy budowlanej ma paść ofiara intrygi swojej żony i jej kochanka. Po tej wiadomości, Shasta znika, a Doc podejmuje się poprowadzić własne śledztwo, w czym nie będzie mu pomagał detektyw Bjornsen zwany Wielką Stopą.

wada_ukryta2

Zapowiada się kryminał w stylistyce neo-noir? Bullshit. Reżyser tak komplikuje opowieść, że choćbyście jak bardzo by się starali, nie będziecie w stanie tego rozgryźć i ogarnąć. Bo dzieje się tu wiele, a dodatkowo cała sprawę komplikuje jeszcze obecność narratorki (dziewczyna o imieniu Sortilege), wprowadzając dodatkowy zamęt. Niby jest jakieś śledztwo, ale tak przy okazji. Spiski, bractwo aryjskie, dentyści zajmujący się dystrybucją narkotyków, salon masażu jako pralnia brudnych pieniędzy, szpital psychiatryczny, jakiś okręt – Anderson dekonstruuje kryminał i wywraca cała konwencję do góry nogami, niczym swój mentor, Robert Altman. A wszystko to w oparach narkotyków i absurdu, dodając tak specyficznego humoru, że albo pokochacie ten film albo odrzucicie już po pierwszej godzinie.

wada_ukryta3

Poza komplikującą się z minuty na minutę intrygę, gdzie trudno się połapać: kto, kogo, za co i dlaczego, reszta jest z najwyższego sortu. Bardzo przestrzenne zdjęcia Roberta Elswita, utrzymana w realiach epoki muzyka, szczegółowo odtworzona scenografia oraz kostiumy, mówiące o postaciach więcej niż słowa. To wszystko potęguje jeszcze bardziej psychodeliczny klimat, gdzie niemal każdy żyje na granicy stanu załamania nerwowego.

wada_ukryta4

To byłby w zasadzie dobry kryminał, gdyby nie kapitalnie poprowadzona przez Andersona obsada. Bryluje niesamowity Joaquin Phoenix jako detektyw-hipis. Inteligentny, cyniczny, jednak zamiast alkoholu i papierosów mamy jointy z marihuaną, a pakowanie się w kłopoty to jego specjalność. Poza nim mamy pojawiających się w mniejszych rolach gigantów – fantastycznego Josha Brolin (konserwatywny detektyw Wielka Stopa), świetnego Benicio Del Toro (prawnik Sauncho Smilax) oraz trzymającą fason Reese Witherspoon (prokurator Penny Kimball).  Są też aż trzy niespodzianki. Pierwsza to kompletnie nietypowo obsadzony Owen Wilson w roli tajniaka, mającego dość swojej pracy. Drugą jest kompletnie mi nieznana Katherine Waterston, czyli Shasta – niemal klasyczna femme fatale w wersji hipisowskiej, a trzecią Joanna Newson (narratorka Sortilege) i jednego jestem pewny – o tych paniach jeszcze usłyszymy.

wada_ukryta5

Czym jest „Wada ukryta”? Parodią kryminału, zgrywą, wariactwem, narkotycznym tripem? Wszystkim po trochu i najbardziej nieoczywistym utworem w dorobku Paula Thomasa Andersona. Mimo niedoskonałości (bardzo specyficzny humor – m.in. wizyta u dr Blatnoyda czy posiłek w azjatyckiej restauracji, najbardziej skomplikowana intryga z jaką miałem do czynienia), to jedna z najciekawszych produkcji tego roku. Nie wiem, czy uda wam się wejść w ten klimat, ale powinniście spróbować.

8/10

Radosław Ostrowski

Świat według T.S. Spiveta

T.S. Spivet ma 10 lat i nie jest typowym dzieckiem. Ale czy może być inaczej, jeśli jego matka zajmuje się badaniem owadów, a ojciec jest kowbojem? Jedynie siostra sprawia wrażenie normalnej i marzy o wygraniu konkursu piękności. Jest jeszcze brat – Layton, ale zginął wskutek tragicznego wypadku. Pewnego dnia dostaje wiadomość z Instytutu Smithsonian, że wygrał nagrodę za stworzenie perpetum mobile. Chłopiec decyduje się uciec z domu i pojechać w tajemnicy do Waszyngtonu.

t.s._spivet1

Jean-Pierre Jeunet postanowił podbić USA, jednak nie zrezygnował ze swojego stylu, pełnego surrealizmu i elementów groteskowych, aczkolwiek jego ilość jest mniejsza niż zwykle. O czym tak naprawdę jest ten film? O nieprzeciętnym i nieprzystosowanym do otoczenia geniuszu, radzeniu sobie z traumą, wybaczeniu, a wszystko to ubrano w konwencję kina drogi. Nie jest to jednak naiwny czy pretensjonalny film familijny zrealizowany dla przeciętnego amerykańskiego odbiorcy, którego trzeba prowadzić za rączkę. Każda postać napotkana przez Spiveta wyróżnia się – nocujący w wagonie Two Clouds, kierowca ciężarówki fotografujący zabieranych przez siebie autostopowiczów czy próbujący dogonić chłopaka policjant-służbista – zapadają w pamięć, ubarwiając tą kolorową historię. Pięknie, niemal pastelowo wyglądają plenery Montany (w ogóle sceny plenerowe), dorzucają do ekranu różne rysunki, wzory i obliczenia dokonywane przez naszego bohatera w trakcie wędrówki. Jakby film zrobiony przez dziecko został.

t.s._spivet2

Może drażnić westernowa muzyka, ale na szczęście to jedyna poważna wada. Zachwyca scenografia, ze szczególnym uwzględnieniem domu Spivetów. Salon ojca to istna zbieranina przedmiotów z Dzikiego Zachodu, w kuchni jest sporo miejsca, gdzie są spalone tostery czy… kolekcja owadów mamy. Tak ekscentryczną familię spotyka się głównie w filmach Wesa Andersona, ale nie jest ona w żaden sposób dysfunkcyjna czy patologiczna. Widać, ze się kochają i bez siebie nie potrafią żyć, ale uświadomi ich dopiero przepracowanie traumy. Nie ma też zaskoczeń, jeśli chodzi o portret miasta, gdzie dominuje fałsz, hipokryzja oraz próba żerowania na sukcesie innych (asystentka dyrektora Instytutu, pani Jibsen), co dobitnie pokazuje wywiad w telewizji. To są jednak jedyne mroczne momenty w tym niezwykłym i magicznym filmie.

t.s._spivet3

Dodatkowo ma świetnych aktorów. Objawieniem jest tutaj grający tytułowa rolę Kyle Catlett, ale aktorzy dziecięcy w USA zawsze są znakomici i to jest kolejne potwierdzenie tej reguły. Z bardziej doświadczonych aktorów błyszczy Helena Bohnam Carter, która nie wygląda dziwacznie ani ekscentrycznie, bardzo dobrze odnajdując się w roli matki – sympatycznej i troskliwej, mimo swojego nietypowego zajęcia kobiety. Także drobne epizody Dominique’a Pinon (Two Clouds) czy paskudnej Judy Davis (śliska pani Jibsen) zasługują na wyróżnienie, wykorzystując w pełni swój czas.

t.s._spivet4

To jest przykład ciepłego, ale nie głupiego kina familijnego. Dowód na to, że Jeunet nadal potrafi czarować i zachwycać.

8/10

Radosław Ostrowski