Ziarno prawdy

Trylogia o prokuratorze Teodorze Szackim autorstwa Zygmunta Miłoszewskiego to idealnie skrojony materiał na film, gdzie nie brakuje skomplikowanego dochodzenia, wyrazistych postaci, ironicznego humoru oraz trafnej diagnozy społecznej. Wiedział już o tym Jacek Bromski, który – w dość nieudolny sposób – przeniósł na ekran pierwszą część, czyli „Uwikłanie”. Reżyser wtedy uznał, że jest mądrzejszy i pozmieniał wszystko – od rozwiązania i intrygi, po miejsce akcji i płeć głównego bohatera. Jak można było tak świetną książkę przenieść w tak beznadziejny sposób? Do dziś nie jestem w stanie wytłumaczyć. Dlatego gdy pojawiły się wieści o planach ekranizacji „Ziarna prawdy”, miałem pewne nadzieje, ale i spore obawy.

Tym razem prokurator Teodor Szacki zostaje przeniesiony na zadupie, czyli do Sandomierza. Nie jest to jednak tak pięknie wyglądające miasto jak w „Ojcu Mateuszu”. Zamiast spokoju, ciepła oraz wyciszenia, mamy trupa, znalezionego na ulicy. Ofiarą jest Elżbieta Budnik – działaczka społeczna, żona niezbyt lubianego Grzegorza Budnika. Przy śledztwie prokuratorowi pomaga koleżanka z pracy – Basia Sobieraj oraz stary policyjny wyga Leon Wilczur.

ziarno_prawdy1

Lankosz w przeciwieństwie do Bromskiego, ogląda współczesne kryminały i mocno się na nich wzoruje. Najbardziej widoczne jest podobieństwo do Davida Finchera – od czołówki przez stronę wizualną, pełną mroku i półmroku aż po elektroniczną muzykę. Sandomierz pokazany jest tutaj jako miasto tajemnic, nierozliczonej oraz skomplikowanej przeszłości, gdzie nienawiść do Żydów, nacjonalizm są iskrą zapalną. Pod tym względem Lankosz (razem z Miłoszewskim, który jest współautorem scenariusza) trafnie diagnozują naszą mentalność. Intryga dość wolno, ale konsekwentnie jest poprowadzona (środek bywa troszkę usypiający), dialogi pełne ironicznego humoru, chociaż rozwiązanie całej łamigłówki nie należy do łatwych i zaskakuje. Problemem może być łatwa dezorientacja z powodu nadmiaru tropów, ale na to już nie poradzę.

ziarno_prawdy2

Reżyser zna materię i zaskakująco dobrze prowadzi aktorów, chociaż nie wszystkich. Trudno było dobrze wybrać aktora do roli prokuratora Szackiego, zwłaszcza że jest to dość niesympatyczna postać. Chłodny profesjonalista, zdystansowany i pewny siebie służbista, dla którego prawo jest świętością, traktujący kobiety dość przedmiotowo – jak wzbudzić sympatię u takiego ponuraka? Robert Więckiewicz dobrze oddaje charakter Szackiego, który dobrze odnajduje się tylko podczas prowadzenia śledztwa i chyba nie zależy mu ani na szacunku, poklasku czy prestiżu, ale na wykonaniu swojego zadania. I to jest oddane przekonująco, ale jak takiemu facetowi kibicować? No nie da się. Znacznie ciekawszy jest Jerzy Trela jako miejscowy gliniarz Wilczur, który służy mu za przewodnika po mieście. Także epizody Arkadiusza Jakubika (kolekcjoner broni białej Janek Wiewiórski), Piotra Głowackiego (wariat) czy Jacka Poniedziałka (profiler Klejnocki) zapadają mocno w pamięć.

ziarno_prawdy3

Tego nie da się powiedzieć o rolach żeńskich. Irytująca Aleksandra Hamkało (Klara, kochanka Szackiego) pojawia się tutaj tylko po to, żeby się rozebrać. Owszem, jest na co popatrzeć, ale kiedy zaczyna mówić, to chce się, żeby jak najszybciej się zamknęła. Z Magdaleną Walach problem jest inny – prokurator Barbara Sobieraj po ścięciu materiału wyjściowego (była kluczową postacią w życiu prywatnym Szackiego), jest tutaj zwyczajnie niepotrzebna i zbędna. I te dwa błędy, psują frajdę z oglądania.

ziarno_prawdy4

Gdybym miał porównywać „Ziarno prawdy” do „Uwikłania” Bromskiego, film Lankosza jest jakieś tysiąc razy lepszy. Ale powiedzmy to sobie wprost – reżyser miał bardzo nisko zawieszoną poprzeczkę, więc przeskoczenie jej nie było żadnym problemem. Sam film podobał mi się, jednak książka (jak zawsze) była lepsza. Sami zobaczcie (przeczytajcie), bo wyszedł co najmniej przyzwoity kryminał, nawet jeśli jest kalką tego, co najlepsze.

7/10

Radosław Ostrowski

Rok przemocy

Rok 1981 dla Nowego Jorku był to najbrutalniejszy rok w historii. Nigdy wcześniej ani później nie popełniono aż tylu przestępstw i nie zabito tylu ludzi. I to w tym niepewnym czasie przyszło robić interesy Ablowi Moralesowi – kubańskiemu emigrantowi oraz biznesmenowi, zajmującemu się opałem. A dokładnie sprzedawaniem paliwa. Przeprowadza bardzo ważną transakcję, która przeniesie go do ekstraklasy – chodzi o kupno doków. Wpłaca wstępnie zaliczkę i ma 30 dni na dołożenie reszty, czyli półtora miliona dolarów. Wtedy zaczynają się kłopoty, bo ktoś bije kierowców, zastrasza pracowników i jakby tego było mało – śledztwo prowadzi prokuratura. Bohater ma dwa wyjścia – albo ogłosić bankructwo albo poprosić o pomoc rodzinę żony, czyli członków mafii.

rok_przemocy1

Nazwisko J.C. Chandora nie jest mi obce. Zadebiutował cztery lata temu ekonomicznym thrillerem „Chciwość”, dwa lata temu pokazał starcie Roberta Redforda z morzem („Wszystko stracone”), a teraz wraca z kryminałem o zacięciu społecznym.  Jednak jeśli spodziewacie się efektownych strzelanin, pościgów i eksplozji, to trafiliście pod zły adres. Chandor gra bardzo powoli, rezygnując z efekciarstwa na rzeczy psychologii oraz obserwacji społecznie. Jednak mimo tego braku ogólnie rozumianej akcji, potrafi skupić uwagę i trzyma w napięciu, stawiając na długie kadry, monologi oraz mroczny klimat. Morderstwo, korupcja, zastraszanie – czy można pozostać uczciwym wobec takich zagrożeń? Oto jest pytanie. Chandor nie daje na to pytanie łatwych odpowiedzi, tylko  przygląda się naszemu bohaterowi, będącemu w potrzasku, spychając szukania rozwiązania zagadki, kto stoi za tymi nieszczęściami.

rok_przemocy2

Chandor dba o styl, czasami (głównie nocne ujęcia) przypominają czasem fotografie z sepii.  Z czasem pojawia się napięcie i niepokój związany z następnym posunięciem Abla oraz wyczekiwaniem na moment, w którym pęknie jego charakter. Wiarygodność tego bohatera to zasługa znakomitego Oscara Isaaca (wygląda w tym filmie troszkę jak młody Al Pacino), tworzącego bardzo zniuansowany portret uczciwego biznesmena na rozdrożu. Zawsze opanowanego i skoncentrowanego. W opozycji do niego znajduje się jego żona w wybornej interpretacji Jessiki Chastain. Wyszczekana, bardziej porywcza i cyniczna kobieta z potężnego rodu mafijnego nie jest przyzwyczajona do znoszenia obelg i ataków. Czuć chemię między tą dwójką, tym większa szkoda, że razem pojawiają się tak rzadko, bo iskrzy i to mocno. Poza tym duetem mocno wspierają się świetni Albert Brooks (śliski prawnik Andrew Walsh, przyjaciel rodziny) oraz David Ovoyedo (zdeterminowany służbista prokurator Lawrence), dokładając cegiełkę do całości.

rok_przemocy3

W USA „Rok przemocy” porównywano do dzieł Sidneya Lumeta, który w konwencji kina gatunkowego tworzył kino zaangażowane społecznie. I to podobieństwo czuć w filmie Chandora, który coraz bardziej się rozwija, stając się jednym z najciekawszych reżyserów młodego pokolenia. Czekam na kolejny film.

8/10

Radosław Ostrowski

Avengers: Czas Ultrona

Jak pamiętamy z poprzedniej części, Avengers to grupa superherosów, którzy pilnują porządku na Ziemi i walczą o pokój. Kapitan Ameryka, Iron Man, Hulk, Thor, Czarna Wdowa i Sokole Oko nie mają jednak chwili odpoczynku, gdyż walczą z odwiecznym wrogiem TARCZY – Hydrą, odbijając laskę Lokiego. Stark bada urządzenie i wykorzystuje do stworzenia Ultrona – sztucznej inteligencji, która pomagałby im. Że nie będzie to dobry pomysł, Avengersi przekonują się dość szybko.

avengers21

Na ten film fani Marvela czekali ogromnie, bo zebranie w jednym filmie wszystkich superherosów zawsze jest świetne. Poza tym, kto nie lubi rozpierduchy? Joss Whedon, który pokazał pierwszą część „Avengersów” dba o to, żebyśmy się nie nudzili. Wszystkiego jest więcej – więcej rozpierduchy, ironicznych i zabawnych dialogów, większe scalenie ze światem Marvela (masa bohaterów pobocznych z poprzednich filmów). Jednak Whedon poza tym próbuje zaserwować ważkie i poważne pytania dotyczące odpowiedzialności oraz tego, jak w imię dobra dokonuje się zła. Głos ten należy do nowych łotrów do pokonania, a mianowicie Ultrona – sztucznej inteligencji, która rozwinęła się do tego stopnia, że uznaje Avengersów za zło i jedyną nadzieją dla ludzkości jest jej… śmierć. W realizacji (nieświadomie) pomagają bliźniacy Maximoff, a wplecenie tych bohaterów oraz taka refleksja w – bądź co bądź – rozrywkowym filmie zaskakuje. Jednak mimo widowiskowości (starcia nadal mają pomysłową choreografię, a między bohaterami jest silna chemia), miałem wrażenie przesytu oraz znużenia całością. Wszystko już w zasadzie było, chociaż poziom realizacji nadal jest wysoki, a finał w Sokowii potrafi trzymać za gardło (ratowanie cywili jest kluczowym fragmentem).

avengers23

Nadal jest to świetna rozrywka także pod względem aktorskim – ekipa w składzie Downey Jr./Hemsworth/Evans/Ruffalo robią szoł, kradnąc sceny reszcie. Plusem jest to, ze więcej czasu dostali, troszkę pominięci w poprzedniej części Scarlett Johansson (Czarna Wdowa) i Jeremy Renner (Sokole Oko). O ile łucznik jest spoko facetem, któremu w krytycznym momencie udaje się scalić ekipę posiadających megamoce kompanów, przy których sprawia wrażenie przypadkowego wojaka, o tyle w przypadku Wdowy twórcy zachowali się bardzo nie fair. Twardą laskę zmiękczyli (chociaż dzięki temu dowiadujemy się troszkę więcej o przeszłości) i na silę próbują rzucić ją w ramiona Hulka. To kiepski pomysł jest i mam nadzieję, że zostanie porzucony w następnych częściach. Za to nowi antagoniści to duży plus.

avengers22

O Ultronie już mówiłem, a głos Jamesa Spadera idealnie pasuje do dobrze napisanego bohatera. Także bliźniacy Romanoff są wyrazistymi mścicielami, posiadającymi swoje moce wskutek eksperymentów genetycznych – Pietro „Quicksilver” (niezły Aaron Taylor-Johnson, chociaż wolę łobuzerskiego Evana Petersa z najnowszych „X-Menów”) zasuwający z prędkością światła oraz Wanda „Szkarłatna Wiedźma” (świetna Elisabeth Olsen) manipulująca umysłami. Dawno nie było w tym uniwersum tak wyrazistych czarnych charakterów.

avengers24

 

Powiem tak: po obejrzeniu najnowszego „Mad Maxa” każdy blockbuster będzie wyglądał cienko. Druga część „Avengerów” nie jest w stanie mu dorównać, tak jak pierwszej części. Niemniej jest to nadal dobre kino rozrywkowe, które jest w stanie zagwarantować frajdę osobom w wieku od lat 5 do 105.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Porwanie Heinekena

Alfred Heineken był jednym z największych potentatów przemysłu alkoholowego – zresztą piwa marki Heineken są dzisiaj równie cenione przez koneserów tego trunku. Jednak w 1983 roku człowiek ten został porwany razem z szoferem i zażądano za niego ponad 35 milionów guldenów okupu. O tej dziwnej sytuacji opowiada film Daniela Alfredsona z tego roku.

heineken1

Reżyser skupił się na grupie porywaczy, którzy decydują się na taki odważny krok. To było pięciu młodych biznesmenów, którzy mieli problem z firma, lokatorami swojej kamienicy oraz brakiem funduszy. Reżyser próbuje znaną historię opowiedzieć w sposób atrakcyjny i inteligentny, jednak wychodzi mu film chłodny, nudny i pozbawiony jakichkolwiek emocji. Niemożliwe? A jednak. Od momentu porwania, brak odzewu od policji wywołuje niepokojące czekanie na jakiekolwiek posunięcie. Nawet spory między porywaczami wydają się nudne i jałowe – kompletnie nic tu nie gra. Nawet scena odebrania okupu, odbicie porwanego przez policję czy pościg wywołują zwyczajne znużenie. Owszem, strona techniczna jest porządna, a scenografia i kostiumy oddają realia epoki, jednak to wszystko za mało, by skupić uwagę.

heineken2

Aktorsko też jest słabo. Mimo obecności na ekranie Anthony’ego Hopkinsa (Heineken), Jima Sturgesa (Cor) oraz Sama Worthingtona (Willem), żaden z nich nie wykorzystuje swoich umiejętności i zwyczajnie przynudzają, a ich bohaterowie są zwyczajnie nieciekawi. Co w przypadku każdego filmu jest zbrodnią niewybaczalną. Bo skoro nie interesują bohaterowie, to czemu miałoby nas obchodzi to, co się dzieje na ekranie?

„Porwanie Heinekena” nie jest filmem ani złym, ani dobrym. To zaledwie przeciętna produkcja, próbująca skupić uwagę znanymi nazwiskami, ale to tylko zmyłka i odwrócenie uwagi. Nie dajcie się nabrać.

5/10

Radosław Ostrowski

Cop Car

Coraz bardziej przekonuje się, że wystarczy dobry pomysł, konsekwentna realizacja i skromny budżet, by zrobił film niezwykły i zaskakujący. Tak trafiłem na film „Cop Car” mało znanego reżysera Jona Wattsa, który do tej pory nakręcił tylko jeden film – horror „Klaun”.

Fabuła jest tutaj prosta jak konstrukcja cepa – dwóch chłopaków uciekło z domu i włóczy się po okolicy. Harrison i Travis wchodzą do lasu, tam odnajdują opuszczony radiowóz. Bez chwili zastanowienia postanawiają się nim przejechać. O tym, że to będzie kiepski pomysł przekonają się dość szybko, zwłaszcza, ze nie będą sami w wozie.

cop_car1

Jak widać sama fabuła nie należy do oryginalnych czy zaskakujących, jednak Watts prowadzi ją w sposób prosty, ale jednocześnie elegancki i przyjemny. Nie ma tutaj wolt czy niespodzianek – opowiedziane jest po sznurku, jednak dialogi i informacje jakie dostajemy są podawane w malutkich dawkach, przez co wiele rzeczy musimy się domyślać. Nie sposób też nie docenić pięknych plenerów amerykańskich bezdroży, w których toczy się ta opowieść o brutalnym i krwawym wchodzeniu w dorosłość. No i do czego jest w stanie doprowadzić skrajna głupota i nieodpowiedzialność dwóch 10-latków, którzy swoim zachowaniem przekraczali kolejne granice idiotyzmów oraz irracjonalnego zachowania. Widocznie takie są skutki bezstresowego wychowania i braku zainteresowania nimi. Napięcie jest budowane stopniowo i powoli, ale pozwala to wejść w ten dziwaczny klimat, gdzie beztroska miesza się z przemocą, a finał daje do myślenia.

cop_car2

Całość dźwiga głównie na barkach dwóch młodych debiutantów, czyli James Freedom-Jackson oraz Hays Wellford. Obydwaj irytują swoją głupotą, ale tacy mieli być i w swoich rolach odnajdują się dobrze, a nawet bardzo dobrze. Powiedzmy to sobie wprost – ten film to Kevin Bacon Show. Aktor, który ostatnio grywa na drugim planie, tutaj błyszczy i gra mocnymi kartami (nic dziwnego, jest jednym z producentów filmu – kto bogatemu zabroni). Niemodny wąs, super okulary, krótki podkoszulek oraz to spojrzenie – szeryf Mitch Kretzer w jego wykonaniu to zło wcielone pod postacią niepozornego i miłego faceta, który zrobi wszystko, by odzyskać furę i zrobi to po cichu. Równie niepokojący jest Shea Whigham, który odgrywa tutaj kluczową role dla fabuły (sorry, ale nie zdradzę więcej).

cop_car3

„Cop Car” ma w sobie coś i z braci Coen (jedno zdarzenie wywołuje lawinę krwawych zdarzeń), a prostotą realizacji i estetyka przypomina kino klasy B lat 70. Jedna ze sporych niespodzianek tego roku, a o reżyserze jeszcze usłyszymy.

7/10

Radosław Ostrowski

Sąsiady

To jest jeden z tych filmów, który wprawia w kompletny stan osłupienia i albo się go zaakceptuje albo odrzuci. Powracający z krainy niebytu Grzegorz Królikiewicz dokonuje kompletnej demolki na odbiorcy i jest bardziej wymagający niż Lynch, Refn, Jarmusch i wielu innych psychodelicznych twórców razem wziętych. O czym są „Sąsiady”?

sasiady1

To zbiór scenek z życia mieszkańców bloku gdzieś w Łodzi. Różnych ludzi – zarówno w kwestii wieku, płci, wykształcenia i stanu posiadania – patrzących na siebie z zawiścią, wrogością, poczuciem niespełnienia. Ich stan świetnie symbolizują kręcone z żabiej perspektywy ujęcia ciasnej szczeliny między blokami. Odbija się w niej światło, ale jest strasznie niewygodnie przez nią przejść – ściśnięty, bezustannie walczący o swoje szczęście oraz godność. „Straszni mieszczanie” z wiersza Tuwima, tylko tutaj podrasowani awangardową formą oraz surrealistycznym poczuciem humoru, który zyskał przychylność krytyki (pojawiające się na plakacie słowa Bezkompromisowy; Zaskakujący; Odważny; Piękny). Jednak tzw. szaraczek rzadko kiedy byłby w stanie wytrwać do samego końca.

sasiady2

Reżyser bawi się stroną formalną, stosując estetykę turpistyczną i dość oszczędnie używając realizmu. Imponuje tutaj zarówno świetna kamera Krzysztofa Ptaka jak i imponująca scenografia Zbigniewa Warpchlewskiego. Blok z mieszkaniami pełnymi grzyba, brudu, podniszczonymi ścianami i z ciasnymi korytarzami – to wszystko wywołuje wstręt i jest na swój sposób piękne. Poziom poszczególny opowieści (jak to w przypadku kina nowelowego, którym „Sąsiady” są bez wątpienia) jest dość nierówny, jednak nawet w słabszych opowiastkach pojawiają się pojedyncze fragmenty przykuwające uwagę na dłużej. Kupno karpia na święconkę… wielkanocną, ekscentryczny naukowiec porażający się prądem, małżeństwo podglądające innych i bijące się dla podniety, mężczyźni zachodzący w ciążę, inteligent przemieniający się w królika czy – najlepsze z tego zestawu – uroczysta likwidacja przychodni. Im dalej w las, tym dziwaczniej. Nie szukajcie logiki i sensu, bo go tu nie znajdziecie. Dodatkowo jeszcze bawi się dźwiękiem (wewnętrzne dialogi, odgłosy wystrzeliwanych fajerwerków).

sasiady3

Jeszcze bardziej tutaj zaskakuje obsada, w dużej części to naturszczycy idealnie wpisujący się w krajobraz nędzy, zapomnienia i biedoty. Najbardziej z tego grona wybija się Marek Dyjak ze swoim zachrypniętym głosem oraz wplecionymi piosenkami, stanowiącymi zgrabny komentarz do wydarzeń. Poza nim najbardziej utkwiła mi w pamięć Katarzyna Herman z Jackiem Poniedziałkiem (małżeństwo podniecające się przemocą) oraz – pozornie niepasujący do obrazka – Mariusz Pudzianowski w roli… księdza chodzącego po kolędzie.

sasiady4
Nie wiem jakie używki brał reżyser, ale efekt jest porażający. „Sąsiady” to niekonwencjonalne, zwariowane i – miejscami – bardzo dzikie kino. Ostrzegam jednak: to nie jest kino dla tzw. przeciętnego zjadacza chleba, ale jeśli jesteś poszukiwaczem przygód oraz nietypowych historii, nowy film Królikiewicza jest stworzony dla Ciebie. Kolejny dowód na żywotność filmowej awangardy.


7/10

Radosław Ostrowski

Wiek Adaline

Na początku XX wieku urodziła się Adaline Bowman – pozornie zwykła kobieta, jakich wiele. Jednak jej spokojne życie, podczas którego wyszła za mąż, urodziła córkę i została wdową, zmieniło się  wydaje się typową kobietą. Jednak w wieku 28 lat dochodzi do dziwnego wypadku – w skutek wczesnych opadów śniegu, Adaline wypada z drogi prosto do wody. Wydawałoby się, że umrze, lecz wtedy trafia ją piorun, nie tylko przywracając ją do życia, ale też cofając proces starzenia. Brzmi świetnie? Niezupełnie, gdyż nieśmiertelność zmusza kobietę do ukrywania się, zmieniania tożsamości. I pewnie szłoby to tak gładko przez te sto lat, gdyby nie pojawił się pewien mężczyzna.

adeline1

Brzmi jak banalne i nudne romansidło? I tak, i nie. Reżyser Lee Toland Krieger z jednej strony próbuje opowiedzieć jedną z tysiąca opowieści o niespełnionej miłości. Uczuciu skazanym na zagładę z powodu otrzymania wiecznego życia – jak wiadomo, ona będzie musiała znieść ból związany z ciągłymi odejściami swoich partnerów z tego świata. I jak żyć po czymś takim? Jest on także pretekstem do prób refleksji nad przemijaniem (jego brakiem), samotnością i życiem w ciągłym ukryciu. Adaline nie tylko z tego powodu nie może związać się z jakimkolwiek mężczyzną, to jeszcze nie uczestniczy w życiu swojej córki, która teraz wygląda jak jej babcia. I właśnie te fragmenty, tak jak wspomnienia z przeszłości naszej bohaterki były dla mnie najciekawsze. Przyznaje jednak, że i sam wątek romansowy oglądało się nieźle – reżyser starał się uniknąć pójścia w sentymentalizm (nie zawsze to się udawało), dzięki sprawnie napisanym dialogom, stylowym zdjęciom oraz prześlicznym kostiumom oraz scenografii (fragmenty z przeszłości).

adeline2

To bajka, ale przyjemna dla oka i także dla ucha. W tle leci ładna muzyka (także fajne i skoczne piosenki), jednak ciągle miałem wrażenie, że punkt wyjścia dawał szansę na coś większego i ciekawszego. A że można było tak zrobić, pokazał to kultowy już „Nieśmiertelny” z Christopherem Lambertem. To mogło być tłem zarówno dla refleksji na temat wieku minionego. Dodatkowo jeszcze pojawiał się narrator, który wprawiał we mnie irytację, a każdą z epok potraktowano trochę po macoszemu.

adeline3

Twórcy jednak mają jeden mocny atut, który wyróżnia ten film od tysiąca innych. Jest to zjawiskowa Blake Lively, która nie tylko wygląda przepięknie, ale też jest całkowicie naturalna i wiarygodna w tym wcieleniu – kobiety samotnej, ciągle uciekającej, jak ognia bojącej się zranienia. Dzięki niej tak miło spędziłem czas, a każdy gest i spojrzenie miało ogromną siłę rażenia. Poza nią wybijały się też role Ellen Burstyn (córka Adaline, Flemming) oraz równie czarujący Harrison Ford (William Jones), którego postać odgrywa kluczową rolę.

adeline4

Powiedzmy sobie to wprost – „Wiek Adaline” to klasyczny do bólu melodramat, który bywa czasem słodki i ładnie wygląda (te zdjęcia są na więcej niż solidnym poziomie), ale ogląda się bez bólu i poczucia straconego czasu. Przyzwoity film, który powinno oglądać się parami i jeśli jest się niepoprawnym romantykiem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kopciuszek

Każdy z nas zna bajkę o Kopciuszku. Dziewczyna traktowana jako służąca przez macochę i jej dwie córki, potem trafia na bal w czym pomaga jej matka chrzestna, która jest dobrą wróżką (takie dwa w jednym), zakochuje się w niej książę i dalej wiadomo. To tak w maksymalnym skrócie, bo wersje Charlesa Perraulta jak i braci Grimm są powszechnie znane. Filmowcy też opowiadali tą historię parę razy (najbardziej znana wersja pochodzi od Walta Disneya z 1950 roku). Teraz własną wersje postanowił przedstawić nie byle kto, bo sam Kenneth Branagh.

kopciuszek1

Dzisiaj baśnie przedstawia się w postmodernistycznym stylu, wyznaczonym 15 lat temu przez legendarnego „Shreka”, gdzie klasyczne elementy wywrócono do góry nogami mieszając z popkulturą. Tym większą niespodzianką było to, że reżyser opowiada tą znaną historię z szacunkiem do pierwowzoru i bez żadnych udziwnień. Czy należy stwierdzić, ze „Kopciuszek” to porażka? Absolutnie nie – to czysta magia na ekranie, pełna barw, ale i emocji. Albowiem bez nich żaden film nie jest w stanie odnieść sukcesu. Obowiązkowo jest Kopciuszek – tym razem mający imię Ella – jest i książę, oboje piękni oraz młodzi, jest też macocha z córkami-jędzami, czarowanie karocą, bal, zgubienie pantofelka i cała ta reszta. Branagh czaruje tutaj stroną plastyczną i to jest na razie najładniejszy film tego roku. Scenografia jest imponująca (zamek króla przypominał mi z wyglądu… Wersal), kostiumy eleganckie, pełne barw, idealnie pasujące do charakterów oraz śliczną muzyką Patricka Doyle’a.

kopciuszek2

Ale jak to możliwe, że reżyser nie przesłodził i ogląda się to z takim zaangażowaniem? Ponieważ postanowił troszeczkę ożywić swoich bohaterów oraz uwiarygodnić ich zachowanie. Ella (prześliczna Lily James – jestem pewny, że jeszcze o niej usłyszymy) jest nie tylko piękna oraz młoda, a naturalności mogliby jej pozazdrościć wszyscy. To bardzo rezolutna, zaradna dziewczyna, której wręcz nieznośna dobroć nie wzięła się z nieba, ale od nauk swojej matki o byciu odważnym oraz dobrym, mimo wszystko. Podobnie jest z księciem Kitem (znany z „Gry o tron” Richard Madden, który bardzo dobrze sobie radzi), który musi wybrać – miłość jako „kontrakt” mający zagwarantować stabilność ekonomiczną królestwa czy pójść za głosem serca? Lojalność wobec ojca czy nieposłuszeństwo?

kopciuszek3

Podobną taktykę reżyser stosuje wobec postaci złych, którym zależy na zabezpieczeniu przyszłości swoich dzieci (świetna Cate Blanchett w roli Macochy) oraz całego państwa (niezawodny Stellan Skarsgaard) – są zbyt zgorzkniali i przeżyli zbyt wiele, by pozwolić sobie na radość. Z kolei od strony dowcipu błyszczy Helena Bohnam Carter i powiem wam – takie wróżki chrzestnej jeszcze nie było. Dodatkowo jest narratorką całej opowieści.

kopciuszek4

Kenneth Branagh opowiada klasyczną bajkę w klasycznym stylu. Brzmiało to jak kolejna część „Mission: Impossible”, ale reżyser z taką klasą, stylem i wyczuciem nie mógł polec. Piękno w najczystszym wydaniu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Coś za mną chodzi

Jay jest młoda dziewczyną, która niczym się nie różni od typowych nastolatek, poza tym, że jest piękna. Podczas randki z chłopakiem Jeffem, dochodzi do zbliżenia. I wtedy Jeff usypia ją, przywiązuje do siedzenia gdzie w opuszczonym budynku i opowiada, ze została „zarażona” przez coś, co będzie za nią łazić. Zjawa może przybrać dowolny kształt i zmienić się w kogokolwiek, nie da się jej zabić. Chyba, że się z kimś prześpisz, to wtedy cię zostawi. Ale jeśli ta osoba zostanie zabita i schwytana przez stwora, to jej życie znów zostanie zagrożone.

cos_za_mna_chodzi1

Horrory oglądam rzadko, przez co wydaje się troszkę spokojniejszy (przynajmniej takie mam wrażenie), jednak co jakiś czas pojawia się film intrygujący i próbujący inaczej podejść do ogranej kwestii. David Robert Mitchell idzie w kierunku pozornej oczywistości wśród horroru – seks jako źródło zagrożenia i niebezpieczeństwa. To przez seks przenosi się tajemnicze coś, co zabija naprawdę i nie da się tego powstrzymać. Nie da się zabić ani zastrzelić – istota idzie (wolno, ale idzie) i może być kimkolwiek, znajomym lub obcym, co tylko podkręca uczucie strachu oraz niepokoju. Reżyser świadomie wpuszcza w maliny, używa długich ujęć, by odbiorca uważnie przyglądał się temu, co się dzieje na ekranie. Świetnie się to ogląda, a kilka ujęć to prawdziwe perełki – scena ucieczki samochodem, nocna ucieczka Jay z domu czy finałowa konfrontacja w basenie. Atmosferę dodatkowo podkręca elektroniczna muzyka przypominająca dokonania z lat 80-tych (taki bardziej podrasowany John Carpenter), co jest zdecydowanie plusem.

cos_za_mna_chodzi2

Pozornie jednak pod płaszczykiem kina grozy, Mitchell opowiada o młodych ludziach, którzy tak naprawdę są zdani na siebie. Dorośli (rodzice, nauczyciele, policja) są tutaj niemal nieobecni, a nastolatki nie opowiadają im o swoich lękach. Nie dziwię się, bo przecież kto by im uwierzył? Zdani na siebie, sami odkrywają seks (wiedza na ten temat oparta jest na klasycznych źródłach jak pornosy – Internetu, o dziwo brak. Ciekawe dlaczego?), który staje się katalizatorem wydarzeń, chwile uniesienia stają się źródłem zagrożenia. Czym jest ta klątwa – HIV, brak miłości (seks powinien z nią iść w parze), choroba weneryczna, wina? Pól do interpretacji jest sporo, zwłaszcza w scenie finałowego starcia, gdzie zjawa ma kształt ojca Jay czy w scenie śmierci jednego z bohaterów (zjawa wtedy ma posturę jego matki) – fizycznego gwałtu. Może to tylko szukanie dziury w całym i na siłę próbuję odkryć coś głębszego? Sami oceńcie.

cos_za_mna_chodzi3

„Coś za mną chodzi” to jeden z ciekawszych horrorów ostatnich lat. Świetne role młodych, mało znanych aktorów, klimat i poczucie zagrożenia, estetyka lat 80. to najmocniejsze atuty Mitchella. Owszem, czasami szwankuje zachowanie młodych (próba „zastrzelenia” z pistoletu zjawy) i nie uciekanie przed nią, ale nie ma rzeczy doskonałych. A ten film będzie jeszcze jakiś czas za mną chodził.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ostatnia miłość pana Morgana

Matthew Morgan to emerytowany wykładowca filozofii na Uniwersytecie w Princeton. Od lat jednak mieszka w Paryżu razem z żoną. Gdy go poznajemy, jego żona umiera. Mężczyzna rzadko utrzymuje kontakt ze swoimi dorosłymi dziećmi, ograniczając się do rozmowy przez telefon. I w jego puste i monotonne życie przypadkowo wchodzi młoda dziewczyna – Pauline, nauczycielka tańca.

pan_morgan1

Już wiem, co pomyślicie? Że między nimi dojdzie do romansu? I poniekąd film Sandry Nettlebeck wydaje się iść w tym kierunku, jednak tak naprawdę jest to obyczajowo opowieść o stracie, odnajdywaniu sensu życia oraz niezadrapanych ranach Reżyserka opowiada całość w subtelny sposób, bez sentymentalizmu czy kiczowatości, zachowując przy tym ciepło oraz sympatię dla bohaterów, którzy prowadzą intelektualne rozmowy o życiu i całej reszcie. Potem pojawiają się dorosłe dzieci, a wraz z nimi zmienia się tonacja na bardzie poważną. Niezagojone rany, blizny i pretensje w sprawie wychowania i nie tylko. Plus naturalistycznie przedstawiony Paryż i odrobinka humoru (nieznajomość francuskiego przez Amerykanów pozwala na różne złośliwe uwagi pod tym katem). Nadal jednak zostaje zachowane ciepło, a finał (unikający jednoznaczności i dopowiedzenia) był satysfakcjonujący.

pan_morgan2

Swoje tez zrobili znakomici aktorzy. Michael Caine po raz kolejny potwierdza swoją klasę i nie schodzi poniżej wysokiego poziomu, do jakiego przyzwyczaił. Zręcznie portretuje ból, cierpienie, cynizm i zagubienie, ale też przemianę oraz otwarcie się na drugiego człowieka. Urocza jest Clementine Posey w roli Pauline – młoda, serdeczna, troszkę naiwna kobieta, która nawiązuje nić porozumienia z panem Morganem.  Nie sposób też nie wspomnieć Justina Kirka (skryty Miles) oraz Gillian Anderson (cyniczna Karen), bardzo dobrze radzących sobie w rolach dorosłych dzieci pana Morgana.

pan_morgan3

Wbrew tytułowi nie jest to melodramat, ale ciepłe kino obyczajowe, w dodatku nie głupie.

7,5/10

Radosław Ostrowski