Mad Max: Na drodze gniewu

Max Rochatansky to legendarny bohater post-apokaliptycznych pustkowi. Został powołany do życia przez George’a Millera w 1979 roku i otrzymał twarz mało znanego wtedy aktora Mela Gibsona. Następne dwie części (zwłaszcza znakomity „Wojownik szos„) potwierdziły status kultowego herosa. Familijny „Mad Max pod Kopułą Gromu” nadszarpną tą reputację (przynajmniej w moich oczach). Wydawałoby się, że już na pustkowia nie wrócimy, bo niby po co i z kim? Aż tu nagle rozeszły się wieści, że Szalony Max powraca. Czy warto było czekać 30 lat?

mad_max4_1

Każdy fan serii wie, że Max Rochatansky to były gliniarz, którego rodzina została zamordowana przez gang. Od tamtej chwili porzuca swoją profesję i samotnie odmierza post-apokaliptyczny świat, gdzie rządzi silniejszy. A silniejszy jest ten, kto ma ropę i wodę. Tak jak Wieczny Joe, który w swojej Cytadeli trzyma tysiące niewolników oraz fanatyków (Wojennych Chłopców), którzy pójdą za nim w ogień. I tam trafia schwytany przez jego ludzi Max. Jednak ktoś z tego „Raju” chce uciec i to nie byle kto, bo prawa ręka Joe – Imperatorka Furiosa. Razem z ciężarówką pełną benzyny, zabiera ciężarne „żony” Joe, które służyły mu jako reproduktorki. W całą ta potyczkę zostaje wplątany Max.

mad_max4_2

Fabuła nie jest jakoś specjalnie skomplikowana (zresztą jak w klasycznej trylogii) i służy jako pretekst do pokazania wizji świata przyszłości, zdominowana przez pustynię i maszyny. Pojazdy są tu niemal czczone jak bogowie, kierownice prawie jak relikty, a silniejszy wygrywa. Całość to niemal niekończący się pościg, w którym gra wszystko. I jestem pod ogromnym wrażeniem zarówno rozmachu, z jakim są zainscenizowane poszczególne sceny akcji (kamera dosłownie jest wszędzie, gdzie się da, montaż pełen dynamiki i adrenaliny – takiego kopa nie miałem od czasu „Wyścigu”, a pościg w burzy piaskowej czy finałowa konfrontacja to są prawdziwe perły w koronie), jak wygląda świat (scenografia imponująca – pustkowie wygląda jak nieskończony ocean piachu) oraz kapitalny design pojazdów (m.in. potężny wóz z głośnikami oraz kolesiem z gitarą elektryczną, która bucha ogniem – co Miller brał w trakcie kręcenia tego filmu, nie ma pojęcia). To jest po prostu obłęd, dodatkowo genialnie sfotografowany (powracający z emerytury po pięciu latach John Seale, dokonuje prawdziwych cudów), gdzie każdy – od kaskaderów po gości od efektów specjalnych wykonuje kapitalną. Najbardziej klimatem przypomina „dwójkę”, gdzie Max bronił na pustyni rafinerii oraz konwoju z paliwem. Więcej wam nie zdradzę, bo dzieje się tu sporo.

mad_max4_3

Muszę przyznać, że na początku byłem zawiedziony nieobecnością Mela Gibsona w tej historii. Był on nierozerwalnie kojarzy z postacią Maxa, że każdy aktor (choćby nie wiem jakby się starał) wydawał się z góry skazany na przegraną. Sytuacji nie uspokoił fakt, że legenda będzie miała twarz Toma Hardy’ego. Ku mojemu zaskoczeniu aktor dał radę i bardzo dobrze odnalazł się w roli złamanego bohatera, prześladowanego przez demony przeszłości. Charczący głos, małomówność i strach w oczach dopełniają tego mrocznego portretu. Gdy trzeba kogoś ratować, Max dokonuje cudów i odnajduje się w swoim żywiole. Jednak ten film został „skradziony” przez genialną (inaczej to napiszę GENIALNĄ) Charlize Theron. Furiosa w jej wykonaniu to zbuntowana szefowa i twarda kobieta, walcząca o sprawę. I powiem tyle – tak ostrej laski nie widziałem od czasu… „Obcego”.  Czuć chemię między nią a Maxem, choć są zmuszeni do zawarcia porozumienia. Żadnego romansu miedzy nimi nie ma i nie będzie. Na szczęście.

mad_max4_4

Na chwilę obecną „Mad Max” to największy i najlepszy blockbuster AD 2015. Raczej nie zanosi się na to, by cokolwiek było w stanie ten film przebić (może nowe „Gwiezdne wojny”, ale gwarancji nie ma). Mówiąc krótko i brutalnie: nie ma tu czasu na pierdoły i zbędną gadaninę, to jedna, ciągła akcja z kilkoma momentami na złapanie oddechu. Jestem absolutnie przekonany, że będzie to też standard, jeśli chodzi o realizację scen pościgów samochodowych. Zobaczcie koniecznie i dajcie się zatracić tej wizji.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Obywatel roku

Nils Dickman jest przeciętnym facetem, który zajmuje się odśnieżaniem dróg. Za swoje zasługi został nagrodzony tytułem obywatela roku. Jednak jego spokojne i opanowane życie zmienia się. Jego syn Ingmar, który pracował na lotnisku, zostaje zamordowany na skutek gangsterskich porachunków. Na wieść o tym, mężczyzna chce znaleźć sprawcę całego zamieszania i odesłać do krainy wiecznych łowów.

obywatel_roku1

Gdyby taką historię nakręcono w Stanach Zjednoczonych, główną rolę zagrałby Liam Neeson, a seans byłby jedną wielką, krwawą mordownią. Jednak norweski reżyser Hans Petter Moland osadzając w realiach swojego kraju idzie w zupełnie innym kierunku. To czarna komedia, chociaż humor nie spodoba się wszystkim – trupy padają tu często (po śmierci każdego z nich pojawia się czarna plansza z nekrologiem), a jedna krwawa akcja odbija się na życiu innych. Spirala przemocy się rozkręca, a zemsta przynosi nieoczekiwane skutki – jak w filmach braci Coen, gdzie pozornie proste plany musiały się bardzo mocno spier… eee, komplikowały się.

obywatel_roku2

Poza wątkiem zemsty reżyser uważnie przygląda się swojemu krajowi. Norwegia to jak wiemy państwo opiekuńcze, które chroni swoich mieszkańców – nawet więzienia są tutaj najprzyjemniejszymi więźniami świata, gdzie nie ma gwałtów, a warunki są bardzo przyjemnie. Nic dziwnego, że to raj, także dla gangsterów, którzy czują się tu bezpiecznie. Jednak pod tą tolerancyjną maską kryje się nietolerancja, homofobia (dwóch gangsterów ukrywa swój homoseksualizm), hipokryzja oraz niedotrzymywanie słowa. Przemoc tutaj jest też rozkręcana wskutek pochopnych działań – tutaj najpierw się zabija, a dopiero potem zadaje pytania.

obywatel_roku3

Nawet jeśli opowieść jest odrobinę przerysowana, a pokręcone poczucie humoru nie trafi do wszystkich, to poza krwawym finałem są dwa mocne atuty: zimowy klimat (przypominający „Fargo”) oraz świetne aktorstwo. Tutaj przewodzi niezawodny Stellan Skarsgaard, będący zarówno bezwzględnym mścicielem z mocnymi pięściami, żądzą zemsty oraz tłumionym bólem. Zimne spojrzenie mówi więcej niż słowa i potrafią przerazić. Drugim strzałem jest tutaj Pal Sverre Hagen w roli bezwzględnego szefa wszystkich szefów, któremu się nie układa z żoną, ma obsesję na punkcie ekologicznego stylu życia i jest bardzo impulsywny. Kontrastem jest tutaj honorowy serbski gangster Papa (Bruno Ganz) – opanowany, słowny i spokojnie przygotowujący swoją zemstę.

obywatel_roku4

„Obywatel roku” to z jednej strony krwawa czarna komedia, z drugiej krytyka modelu państwa opiekuńczego. Rzadko zdarza się taka kombinacja tak jak rzadko pojawia się w Polsce mroźna zima, ale fani skandynawskich produkcji powinni czuć się jak w domu.

7/10

Radosław Ostrowski

Maggie

W niedalekiej przyszłości na skutek skażenia zboża ludzie zaczynają zmieniać się w żywe trupy. Z kolei zombiaki zaczynają atakować innych, gryząc ich i zarażając. Jedną z ofiar pogryzienia jest córka farmera Wade’a Vogela, Maggie. Mężczyzna ma trzy możliwości: kwarantanna, zawiezienie do domu i zabicie. Wybiera drugie rozwiązanie, co będzie się wiązało z dramatycznym wyborem.

maggie1

Wydawałoby się, ze nic nie da się nowego wykrzesać z tematu zombie – istot, które po śmierci ożywają i zjadają mózgi żywych ludzi zwiększając swoją populację. Jednak debiutant Henry Hobson postanowił ugryźć ten temat z innej perspektywy – bardziej kameralnej, osobistej. Najważniejsze są tutaj dwie postaci – ojciec oraz córka. On jest jej oddany i kocha ją bardzo, ona mimo choroby stara się normalnie funkcjonować, co nie jest takie proste. Na chorobę nie wynaleziono szczepionki ani żadnego leku, zostało jej góra dwa miesiące życia. Oboje boją się nieuniknionego i starają się funkcjonować normalnie. Już po tej konwencji można stwierdzić, że nie ma mowy o rasowym horrorze, tylko historii o pożegnaniu, odchodzeniu.

maggie2

 

Podkreśla to wszystko bardzo ciężki klimat – pełne mroku, burych kolorów oraz braku jakiejkolwiek nadziei na lepsze jutro. Płonące pola zbóż, opustoszała i podniszczona okolica, policjanci zabierający do szpitali na kwarantannę – obecny świat rozpada się, choć jest on pokazany bez szczegółów. Życie w kwarantannie znamy tylko z opowieści tych, co tam byli. Reżyser tego nie chce pokazać, ale może to i lepiej, bo nie wiadomo czy przełknęlibyśmy to. Poza mało szczegółową, ale realistyczną wizją wielu może zniechęcić dość wolne tempo, gdyż film skupia się bardziej na klimacie oraz dialogach niż na akcji. Samych szokujących i brutalnych scen też nie będzie – twórcy stawiają tutaj na niedopowiedzenie, zgrabnie używają symboli i potrafią chwycić za gardło.

maggie3

Jednak najmocniejszym punktem jest tutaj aktorstwo, ze wskazaniem na dwójkę osób. Nikt nie spodziewał się poważnej roli po Arnoldzie Schwarzeneggerze, dlatego obsadzenie go w roli ojca było wielką niespodzianką. Jednak oszczędna gra (prowadzona przez wszystkich aktorów) ma siłę rażenia bomby atomowej. Smutek, ból, cierpienie, rozpacz i desperacja – to wszystko na twarzy oraz oczach Arnolda maluje się bezbłędnie. Kto wie, czy to nie najlepsza rola w karierze Austriaka. Jednak film skradła mu znakomita Abigail Breslin. Maggie to dziewczyna „naznaczona” jako zombie, a jej reakcja na każdy etap przemiany w głodne monstrum chwyta za gardło (świetna charakteryzacja).

maggie4

„Maggie” to świeższe i nietypowe podejście do filmów o zombie. Może nie do końca wszystko gra, ale efekt jest piekielnie dobry. I to przykład na to, że Arnold S. jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.

7/10

Radosław Ostrowski

Hercules

Każdy słyszał o Heraklesie – półbogu, którego Hera chciała zabić oraz jego 12 pracach, które musiał wykonać. Jego rzymskim odpowiednikiem był Herkules i to imię przyjęło się w krajach anglosaskich. Powstało wiele opowieści oraz produkcji filmowych jak i telewizyjnych. Własną wersje tej opowieści bazującej na komiksie Steve’a Moore’a.

hercules1

Punkt wyjścia jest prosty – Hercules jest najemnikiem wykonującym trudne zlecenia za złoto. Jednak wbrew opowieściom nie działa sam, ale ma skromną drużynę, na którą zawsze może liczyć. Nasz bohater trafia do Tracji, na dwór króla Kotysa, będącego w konflikcie z Rezusem. Król prosi herosa o pomoc w wyszkoleniu wojska, za co ma otrzymać tyle złota, ile waży. Jednak sytuacja staje się nagła i Hercules sam musi wziąć swoją maczugę i pozabijać parę osób.

hercules2

Już po tym opisie można stwierdzić, że nie jest to film trzymający się mitologii greckiej, pozostaje jednak ciekawie zrealizowanym widowiskiem. Co dostajemy? Bezpretensjonalne widowisko skierowane dla młodego kinomana w wieku gimnazjalnym, co widać w śladowej ilości krwi, braku mocno brutalnych scen oraz w sporej ilości luzu. Ratner wielkim reżyserem nigdy nie był, jednak zna się na swojej robocie. Podobało mi się inne podejście do znanej opowieści o słynnym superherosie, choć wielu liczyłoby na coś bardziej efektownego. Nie brakuje tutaj widowiskowej akcji (wspominane w retrospekcjach prace czy starcie z oddziałami Rezusa), ciętego humoru oraz pomysłowo zainscenizowanych potyczek. Styl Ratnera troszeczkę przypomina filmy Petera Jacksona, co osobiście mi nie przeszkadzało. Złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o zdjęciach (Dante Spinotti zaprezentował przyzwoity poziom), kostiumach i scenografii, aczkolwiek niektóre sceny akcji były montowane w zbyt teledyskowy sposób, a i sama historia staje się przewidywalna.

hercules3

Jest jeden bardzo mocny atut tego filmu – Dwayne „The Rock” Johnson w roli tytułowej. Fizycznie idealnie pasuje do roli półboga i ma odpowiednią charyzmę, do końca jednak nie wiemy czy jest on prawdziwym synem Zeusa czy tylko napakowanym mięśniakiem? Jedno jest pewne – posiada pewną mroczną tajemnice i nie potrafi odnaleźć spokoju, a aktor odnajduje się w tej postaci bardzo dobrze. Poza nim mamy bogaty drugi plan, gdzie najbardziej błyszczą towarzysze herosa – szukający śmierci wieszcz Amfiaraos (świetny Ian McShane), sprytny nożownik Autolykos (dobry Rufus Sewell), mistrz toporów Tydeus (dziki Aksel Hennie) oraz piewca czynów Herculesa i jego siostrzeniec, Jolaos (niezły Reese Ritchie). Każdy z nich ma swoje pięć minut, skupiając w sobie uwagę.

hercules4

Trzeba przyznać, że „Hercules” to przyzwoite kino rozrywkowe na poziomie, gwarantujące niezłą zabawę. Czasami wkradnie się patos, jednak Ratner dawkuje go w odpowiedniej ilości, nie psując całkowicie przyjemności. 

6,5/10

Radosław Ostrowski

Cake

Grupy wsparcia w szpitalach służą, by pomagać innym ludziom wyjść z traumy na wskutek dramatycznych zdarzeń. Dla Claire Simmons czymś takim był wypadek, w którym straciła syna i sama mocno oberwała (chroniczny ból kręgosłupa). Od tej pory jej życie wydaje się puste i pozbawione jakiegokolwiek sensu. Wrażenie to potęguje samobójstwo jednej z członkiń grupy wsparcia – młoda Nina, która pozostawiła w żałobie męża oraz syna.

cake1

Dramat psychologiczny niejakiego Daniela Barnza pozornie może wydawać się jedną z tysiąca opowieści, gdzie mamy bohatera „trawiącego” własną traumę. I poniekąd tak jest – to zbiór scenek z życia Claire, która otoczyła się wewnętrznym murem, zamykając się od reszty świata. Unika kontaktu z byłym mężem, coraz bardziej pogrąża się w zgorzknieniu, odnosi się do innych z ironią oraz sarkazmem, świadomie zmierzając ku samozagładzie. Alkohol, leki, przypadkowy seks nie pozwalają stłumić tego bólu i odnaleźć sensu życia. Próby wyrwania się z tego letargu spełzają na niczym, jakby kompletnie na niczym nie zależało. I ten dramat ogląda się całkiem nieźle, choć taka luźna konstrukcja scenariusza zawsze mnie odpychała.

cake2

Sama słodko-gorzka tonacja byłaby dobrym kluczem, gdyby troszkę głębiej udało się „wejść” w umysł i psychikę Claire. Niby jest tam widoczny ból, gorycz i depresja, ale po pewnym czasie oglądanie kolejnych irracjonalnych zachowań bohaterki wywołuje znużenie. Chybiony jest też pomysł „nawiedzania”  przez ducha zmarłej Niny, co niepotrzebnie spłyca całość. Twórcy miotają się jak główna bohaterka, nie do końca wiedząc w jakim kierunku pójść i na której relacji się skupić – czy na byłym mężu, na wdowcu oraz jej synu czy na ciężko znoszącej ją gosposi Meksykanki. Dostajemy wszystkiego po trochu, a zakończenie (tylko pozornie) wydaje się szczęśliwe.

cake3

„Cake” trzyma się tak dobrze, co jest zasługą aktorki, po której nie spodziewałem się takiej kreacji. Jennifer Aniston w tym filmie to największa niespodzianka i skarb tego filmu, zawłaszczając każdą scenę, sytuację i zachowanie – od leżenia w samochodzie na cofniętym siedzeniu po kupno leków w Meksyku czy próbę samobójstwa na torach. Pozostali aktorzy, choć znani i doświadczeni (Felicity Huffman, Anna Kendrick czy William H. Macy) są tylko tłem dla jej popisu Aniston. Szkoda, że ekipa nie dorównała do jej poziomu, bo mógł być to dobry, a nawet świetny film.

6/10

Radosław Ostrowski

Frankie i Alice

Rok 1973. Frankie jest młodą i atrakcyjna striptizerką, która robi to, co potrafi najlepiej. Jednak zaczynają ją prześladować dziwne rzeczy – nie pamięta, ze kupiła sobie drogą sukienkę, podczas stosunku z facetem zaczęła go bić. Po ostatniej akcji została zwolniona z pracy i aresztowana przez policję, która kieruje ją do szpitala psychiatrycznego. Tam zajmuje się nią dr Oswald, który dostrzega u niej objawy wielorakiej osobowości.

frankie_i_alice1

Brytyjski filmowiec Geoffrey Sax mierzy się z prawdziwą historią Frankie Murduch – kobiety posiadającą w sobie jeszcze dwie osobowości – pewną siebie i mającą mentalność białej Alice oraz skrytej i niedowidzącej Genius. To między innymi przez to, wyniki badań psychologicznych są tak sprzeczne (raz jest inteligentna, raz głupia, innym razem pisze lewą ręką, a kiedy indziej prawą), że lekarz decyduje się nią zająć. I jak w każdej tego typu opowieści, informacje z przeszłości Frankie odkrywane są bardzo stopniowo, żeby nie wszystko odkrywać od początku. Najciekawsze są tutaj sceny, gdy nasza bohaterka dostaje ataków oraz terapia, co jest kwestią świetnego montażu, gdy nakładają się przeszłość z teraźniejszością (m.in. w gabinecie zaczyna padać deszcz). Rozwiązanie wydaje się dość proste, ale jest logiczne oraz potrafi poruszyć.

frankie_i_alice3

Twórcom udaje się przekonująco odtworzyć realia lat 70. i to nie tylko w warstwie muzycznej (soul i funk), ale też w warstwie wizualnej. Stylowe zdjęcia Newtona Thomasa Siegla budują klimat (zwłaszcza ujęcia nocne) i pozwalają wejść w skomplikowaną psychikę kobiety.

frankie_i_alice4

„Frankie i Alice” to tak naprawdę popis dwójki aktorów – Halle Berry i Stellana Skarsgarda. Aktorka podjęła się zadania wcielenia się w trzy postaci – pełną seksapilu Frankie, szorstką i inteligentną Alice oraz niewinną Genius. Trudno odmówić ambicji, a efekt jest naprawdę dobry, co dostrzegli też krytycy, przyznając jej nominację do Złotego Globu. Każda z tych osobowości jest wyraźnie nakreślona i udaje się uniknąć przerysowania i przeszarżowania. Z kolei Szwed wciela się w empatycznego psychiatrę, który może i jest opanowany, ale bardziej przypominał rasowego detektywa, próbującego rozgryźć łamigłówkę. A i metody są (jak na tamte czasy) dość niekonwencjonalne – żadnego faszerowania lekami, nagranie sesji na wideo, co tylko czyni tą postać interesującą.

frankie_i_alice2

„Frankie i Alice” to kino, które ma grać na emocjach, ale unika emocjonalnego szantażu i sztucznego wyciskania łez. Nie jest nic nowego w kwestii skomplikowanych osobowości psychologicznych, ale wciąga i dobrze się ogląda. Jakkolwiek to dziwnie zabrzmi, to przyjemne kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Wybawiciel

Dania kojarzy się przede wszystkim z Duńczykami, baśniami Andersena i gangiem Olsena. Kristian Levring chce, by Dania kojarzyła się także… z westernem. Dzisiaj opowieści o kowbojach nie są tak popularne jak kiedyś, ale nie znaczy to, że nie przestano ich kręcić.

wybawiciel1

Akcja toczy się w 1871 roku, kiedy po przerwanej wojnie z Prusami, Duńczycy zaczęli przybywać do USA, by znaleźć swój kawałek ziemi. Jednym z nich jest Jon, który po siedmiu latach sprowadza do kraju żonę i syna. Jednak podczas jazdy dyliżansem, współtowarzysze wyrzucają Jona z powozu, zabijają syna oraz gwałcą jego żonę. Na szczęście to ostatnia rzecz, jaka zrobili w tym życiu, gdyż Jon dopada i zabija sprawców. Na jego nieszczęście, jeden z napastników jest bratem terroryzującego okolicę, Delarue. To można rozstrzygnąć tylko w jeden sposób.

wybawiciel2

Już po tym opisie można stwierdzić, że to będzie klasyczny western, gdzie wiadomo kim są ci dobrzy, kim źli i jak całość się skończy. Z jednej strony zachwyca strona plastyczna (nocna jazda dyliżansem) oraz oświetlenie, z drugiej drażni przewidywalność i brak oryginalności. Napięcie czuć dopiero w finałowej konfrontacji, gdzie w ruch idą karabiny, rewolwery oraz noże. Intryga jest prosta, a stawka jest bardzo jasna od początku (chodzi o wykupienie ziemi, pod którą jest ropa) i początek zwyczajnie przynudza. Levring czerpie garściami z klasyki gatunku, dodając od siebie piach, krew i brud. Ale to już widziałem setki razy.

wybawiciel3

Poza zakończeniem wybija się dobre aktorstwo. Dla wielu to może być jedyna szansa zobaczenia Madsa Mikkelsena w kowbojskim wdzianku (on jest tym dobrym i gra go w typowy dla siebie, minimalistyczny sposób). Wspiera go wyrazisty Jeffrey Dean Morgan (brutalny i bezwzględny Delarue, czyli typowy szwarccharakter z wąsem oraz czarnym stroju) oraz nietypowo obsadzona Eva Green („księżniczka”, niemowa i szwagierka Delarue). I tylko dla tej trójki warto zobaczyć ten duński western.

6/10

Radosław Ostrowski

Disco Polo

Czy jest ktoś w Polsce, komu musiałbym tłumaczyć, co to jest disco polo, zwane też muzyką chodnikową? Lata 90. to był złoty czas dla tego gatunku, który obecnie dzięki przebojowi „Ona tańczy dla mnie” grupy Weekend przeżywa renesans oraz własną stację telewizyjną. O tych początkach i czasach boomu opowiada debiut Macieja Bochniaka.

Punktem wyjścia jest historia niejakiego Tomka – młodego chłopaka, syna kolejarza. Chce zostać gwiazdą muzyki disco polo i próbuje włączyć do pomocy kolegę Rudego. Razem z koleżanką o ksywie Mikser zakłada kapelę Laser i rusza na podbój Polski. A że droga jest dość wyboista, to już inna kwestia.

disco_polo1

Takich opowieści były setki, jeśli nie tysiące. Wielki sukces, od którego odbija szajba, przychodzi opamiętanie i jeszcze większy sukces. To bajka o spełnieniu i wielkim śnie, który wielu śni u nas (kasa, przyjaźń, laski i mieć wszystko wypasione), ale wymaga to pomysłowości, sprytu i czasami bezczelności. A tego to już nie każdy potrafi. Lata 90. są tutaj pokazane na dwa sposoby: szarą bidę oraz kolorowy, wypasiony kicz w iście amerykańskim stylu z klującymi oczy kolorami. Dalej idzie wszystko jak po sznurku, choć kilka scen jest niesamowicie śmiesznych (m.in. specjalny koncert… w pierdlu i związane z tym perturbacje – od gliniarzy ze strzelbami i taxi helikopterem po osobę samego skazańca o twarzy… Jerzego Urbana czy „gaszenie” koncertu w remizie strażackiej).

disco_polo2

Bochniaka trzeba też pochwalić za pokazanie różnych nieczystych zagrywek działających w tym szołbiznesie (za którym, oczywiście, stoi mafia – myślicie, że odpuściliby taką kasę?). Jeśli nie będziesz posłuszny, to jednym słowem zmniejszana jest sprzedaż materiału, a jak to nie pomoże, to „kradniemy” nazwę i zmieniamy skład zespołu. Delikatne ostrze satyry jest dobitniejsze niż w „Polskim gównie”. A i sama muzyka to jedna jazda na sentymencie (przynajmniej dla mnie – ze zmienionymi aranżacjami Michała Nosowicza) i przyjemnie się tego słuchało – tylko nie mówcie o tym nikomu ;).

disco_polo3

Więc w czym jest problem? Przewidywalna fabuła to po pierwsze. Po drugie, nie ma tutaj próby rozgryzienia fenomenu tej muzyki – dlaczego ona jest taka nośna i skąd te rekordowe miliony sprzedanych kaset magnetofonowych i płyt CD? Dodatkowo reżyser jeszcze wrzuca pewne aluzje i odniesienia do bardziej ambitnych filmów, co może wywołać dysonans (drążenie ropy z „Aż poleje się krew”, pościg z ciężarówką prawie jak w „Pojedynku na szosie” czy duet ubrany na biało z „Funny Games”).

disco_polo4

W całej tej konwencji odnaleźli się aktorzy, którzy grają troszkę „stereotypowe” postacie, ale są w tym wiarygodni. Kompletnie zaskoczył Dawid Ogrodnik (a zwłaszcza jego barwa głosu), który sprawiał wrażenie wyluzowanego i ambitnego chłopaka – Tomka. Niezgorszy był Piotr Głowacki (bardziej stąpający przy ziemi Rudy) i Joanna Kulig (wokalistka Gensamina). Ale powiedzmy to sobie wprost – ten film skradł im Tomasz Kot. Producent Daniel Polak w jego wykonaniu z jednej strony jest komediową petardą („Jak się Polakowi podoba, to znaczy, że każdemu Polakowi się spodoba„) i postacią kompletną. Krzykliwy, czerwony gajer, polskie wąsy i to zabójcze spojrzenie – niby idiota, ale posiadający władzę i wolę działania.

Nie jest to aż tak świetny film, jaki mógłby być, ale też nie ma specjalnie powodu do wieszania psów. „Disco Polo” to bajka – kolorowa, dynamicznie zmontowana i chwytliwa. Jak muzyczny przebój. Pytanie tylko czy zostanie w głowie na długo?

6/10

Radosław Ostrowski

Polskie gówno

Jerzy Bydgoszcz to już niemłody muzyk i frontman działającego mocno w undergroundzie (czytaj: nikt o nim i nich nie słyszał) zespołu Transystory. Miał wydać płytę, ale wytwórnia zbankrutowała i ścigają go wierzyciele. W końcu kiedy przychodzi komornik, Czesław Skandal, wydaje się, że nic dobrego nie będzie. Zamiast ściągnąć kasę, proponuje pomoc w wydaniu płyty i chce dołączyć do zespołu jako menadżer.

polskie_gowno1

Jeśli ktokolwiek chce nakręcić film z gównem w tytule, należy spodziewać się najgorszego. Niby reżyserem jest Grzegorz Jankowski (wcześniej realizował programy telewizyjne), ale tak naprawdę jest to projekt Tymona Tymańskiego (scenariusz, produkcja, muzyka), w którym postanowił zaatakować i ochrzanić nasz rodzimy szołbiznes. Czyli piekiełko, w którym liczy się oglądalność i popularność, którą można zdobyć tylko w jeden sposób – zeszmacając się dla wielkiej kasy, grając w chałturach oraz występując w programach typu. Nie jest to nic nowego ani oryginalnego, w dodatku Tymon serwuje masę bluzgów, prymitywny humor mocno balansujący na granicy smaku (wizyta u niejakiego Romana Blooma i „modły” do boga Szołbiza – strasznie niesmaczne). Jakby tego było realizacja jest mocno chaotyczna – masa ujęć z „cyfry”, mieszające się kadry i nakładający się dźwięk do scen, które dopiero mają się pokazać – to chyba miało podkreślić punk-rockowy, buntowniczy charakter całości, a wk***a bardziej niż kłamstwa polityków.

polskie_gowno2

Broni się tak naprawdę tylko muzyka – czasami ostra i agresywna (punk-rock), a czasami będąca ironicznym komentarzem (musicalowe wstawki Skandala) do scen na ekranie. Ze strony aktorskiej najlepiej prezentuje się Grzegorz Halama (cwany menago Skandal, co kasę na dziwki i hazard daje) oraz drobny epizod Arkadiusza Jakubika (muzyk Dudek Meissner – jego rozmowa z Bydgoszczem w pokoju zapada w pamięć na długo). Sam Tymon sprawia wrażenie buntownika, co sobie samemu stawia pomnik. Niby jest autentyczny w tym buncie, ale czuć tu mocny fałsz i to nie wkurza.

polskie_gowno3

„Wolę polskie gówno w polu niż fiołki w Neapolu” – ten cytat z Kazimierza Przerwy-Tetmajera otwiera ten film. Ale niestety, z dużej chmury mały deszcz i nie warto o ten film drzeć szat. Nuda, anarchia i prostactwo, które albo wprawi was w stan zobojętnienia albo wk****i całkowicie. Wasz wybór.

5/10

Radosław Ostrowski

Zabójcy bażantów

Departament Q, czyli duet policjantów Carl Morck i Assad prowadzący nierozwiązane sprawy powracają. Tym razem jednak sprawa jest trudniejsza – morderstwo dwójki bliźniaków z 1994 roku. Schwytano i skazano sprawcę, niejakiego Bjarne Thogersen, jednak po 3 latach wychodzi z więzienia. Panowie podejmują dochodzenie, gdy prowadzący je gliniarz popełnia samobójstwo.

zabojcy_bazantow1

Pamiętacie „Kobietę w klatce„? Ekipa realizująca pod wodzą reżysera Mikkela Norgaarda kontynuuje ścieżkę poprzednika, czyli skandynawski kryminał na poziomie. Pięknie, ale niepokojące krajobrazy, mroczne tajemnice i dwójka zdeterminowanych gliniarzy na tropie. Dodatkowo mamy środowisko absolwentów szkoły z internatem, gdzie wpływowi ludzie zawiązywali znajomości i oddawali sobie przysługi. Tylko tutaj schemat jest odwrócony – dość szybko dowiadujemy się kto zabił?, jednak najważniejsze jest tutaj działanie wymiaru sprawiedliwości, mianowicie zbieranie dowodów, rozbicie murów milczenia i składanie elementów układanki do kupy. Dodatkowo pojawiają się retrospekcje związane z tajemniczą Kimmie, która wydaje się być kluczowym elementem układanki.

zabojcy_bazantow2

A co odkrywamy po drodze? Pobicia, gwałt, bestialstwo, morderstwo, szantaż – tajemnic jest tu od cholery i stopniowo odkrywamy układankę, by samemu znaleźć poszlaki oraz dowody. A ponury, fatalistyczny klimat pozostaje z nami do samego końca i nie ma miejsca na chwilę oddechu. Pod koniec można zastanawiać się nad logiką wydarzeń, jednak w trakcie seansu wciągnął mnie i to zupełnie nie przeszkadzało.

zabojcy_bazantow3

Nie zawodzą znowu aktorzy, co jest zawsze mocną strona tego (nie wahajmy się tego słowa) cyklu. Nikolas Lie Kaas (klasyczny twardy glina Morck) oraz Fared Fared (bardziej trzymający się przepisów Assad) są tak zgrani, że już bardziej się nie da. Odpowiedni duet gliniarzy, ale i tak film kradnie im świetna Danica Curcic. Kimmie w jej wykonaniu to tajemnicza kobieta ze skomplikowaną i mroczną przeszłością, pełną bólu, przemocy i cierpienia, a jej los zwyczajnie porusza i nie pozwala przejść obojętnie.

zabojcy_bazantow4

„Zabójcy bażantów” to godna kontynuacja poprzednika i jedno jest pewne – o Departamencie Q jeszcze usłyszymy, bo książek o naszych detektywach powstało dużo. Już czekam na następne części, a wy?

7/10

Radosław Ostrowski