Anomalisa

Michael Stone to przeciętny facet w wieku średnim, który przyjeżdża do Cincinatti na odczyt. Jego tematem jest kontakt z klientem przez telefon. Napisał na ten temat książkę, która zwiększyła efektywność o 90%. Przyjazd do hotelu Fregoli mocno zmieni jego życie, bo Stone ma jeden poważny problem – wszędzie widzi ludzi, którzy wyglądają i mówią tak samo, tym samym głosem. Wydaje się, że nie ma ucieczki z tego piekła, aż przypadkowo słyszy głos inny niż wszystkie. Jego właścicielką jest Lisa, która przyjechała na odczyt razem z koleżanką.

anomalisa1

Charlie Kaufman to jeden z większych dziwaków, jakich zna kino amerykańskie. Miałem możliwość obejrzenia „Zakochanego bez pamięci” wg jego scenariusza, ale nakręcona wspólnie z Dukiem Johnsonem animacja to zaledwie drugie dzieło wyreżyserowane przez niego. Dawno nie widziałem filmu, który byłby taki smutny, wręcz depresyjny. Wybór animacji jako strony formalnej tego tytułu, było strzałem w dziesiątkę. Jednak wykorzystanie lalek zamiast ludzi było dla mnie dużym zaskoczeniem. Dzięki temu paradoksalnie, łatwiej było mi się zidentyfikować z bohaterami – samotnikami znajdującymi się na zakręcie i z poczuciem przegranego życia, którzy dostają szansę na zmianę. Tak jest ze Stone’m, jednak czy jego przypadłość pozwoli mu w miarę porządnie funkcjonować?

anomalisa2

Kaufman nie daje łatwych odpowiedzi na pytania, a historia – wydawałoby się prosta jak konstrukcja cepa – angażuje i daje wiele do myślenia. Nie brakuje tutaj surrealistycznego humoru (scena koszmaru sennego Michaela, gdzie wszyscy chcą rozdzielić go od Lisy) czy bardzo naturalistycznej i zrobionej ze smakiem sceny erotycznej (od czasu „Ekipy Ameryka” nie widziałem czegoś takiego w animacji), a ułożenie kamery oraz gra oświetleniem jeszcze bardziej potęguje klimat.

anomalisa3

I w końcu coś, co wspomaga fabułę oraz animację – bardzo oryginalna i rzadko spotykaną – to melancholijna muzyka Cartera Burwella oraz świetny dubbing. Kapitalny jest David Thewlis w roli Stone’a, który czuje się nieszczęśliwy i pusty w środku, co dobitnie pokazuje scena przemowy, gdzie zaczyna się zachowywać dziwacznie. Prawdziwa perełka gry głosem. Równie wyborna i naturalna jest Jennifer Jason Leigh, wcielająca się w niepewną siebie Lisę – równie samotną kobietę, poszukującą ciepła i miłości. Jak każdy człowiek zresztą, a ciepły głos dodaje uroku tej postaci. Z kolei Tom Noonan odgrywający cała resztę (klonów, lalek – nazywajcie to jak chcecie), którzy są tacy sami, chociaż to inne charaktery.

„Anomalisa” to rzadkie kino – idące pod prąd, zarówno formalnie, jak i treściowo. Takich samotników jak Stone jest wielu, ale pytanie czy pod ta przypadłością nie kryje się tylko problem psychiczny, lecz strach i poczucie przegrania, pozostaje dla mnie kwestią otwartą. Bardzo smutne kino, ale i bardzo refleksyjne, nie pozbawione nadziei (postać Lisy). Niecodzienne doświadczenie.

8/10

Radosław Ostrowski

Marsjanin

Za kilka lat będzie możliwe wysłanie załogi na Marsa. Ekspedycja Hermasa podjęła się zadania założenia bazy na Czerwonej Planecie, zawiezieniu próbek i powrocie na Ziemię. Jednak podczas przymusowego powrotu (burza piaskowa), jeden z astronautów, botanik Mark Whitney, obrywa fragmentem satelity i utracono z nim kontakt. Uznany za zmarłego Mark cudem przeżył i sam na Marsie musi przetrwać. Zwłaszcza, że najwcześniej astronauci wrócą za 4 lata. Jak żyć?

marsjanin1

Nie wiem, czy jesteście fanami Ridleya Scotta, ale ja tego reżysera bardzo sobie cenię. To jeden z najlepszych technicznie twórców, precyzyjnie skupiający się na detalu oraz stronie plastycznej, specjalizujący się w blockbusterach. Ale od czasu „American Gangster” angielski twórca błąka się i zaczyna nudzić i rozmieniać się na drobne („Prometeusz”). Adaptacja powieści Andy’ego Weira wydawała się być szansą na powrót do formy, jednak efekt jest umiarkowany.

Sama historia wydaje się być uwspółcześnioną, kosmiczną wersją „Robinsona Crusoe”. Samo w sobie nie jest to niczym złym, gdyż samotność na planecie daje spore pole do popisu. Niekoniecznie w celu przeprowadzenia filozoficznej refleksji, ale choćby w celu zrealizowania dobrego kina rozrywkowego, trzymającego w napięciu do końca. Scott nie do końca chce być poważny, dlatego pozwala sobie na żarty i żarciki Marka, komentującego swoją walkę. Z jednej strony to fajne rozwiązanie, gdyż pozwala uniknąć patosu i zbyt poważnego, depresyjnego ciężaru, ale jak wiemy, nadmiar lekkości może doprowadzić do osłabienia wagi sytuacji, a stawka całej gry (uratowanie i ściągnięcie astronauty z powrotem) przestaje mieć znaczenie. „Marsjanin” to ten drugi przypadek, a jeśli chodzi o arsenał dowcipu najlepiej wypadają wplecione w fabułę przeboje ery disco (co prawda nie ma Bee Gees, ale jest Abba, Donna Summer i David Bowie). Wyjątkiem w budowaniu napięcia są finałowe sceny, troszkę przypominające mi… „Grawitację„.

marsjanin2

Dodatkowo poza Markiem, obserwujemy działania NASA. Próby odnajdywania rozwiązania przypominało mi podobne sceny z „Apollo 13„, gdzie gra też szła o wysoką stawkę. A że wszystko musi się udać, staje się to jasne od początku. Przecież to amerykański astronauta, a jak wiadomo, każdy Jankes to urodzony MacGyver, który zawsze znajdzie rozwiązanie. Nie ma jedzenia? Wystarczy stworzyć plantację ziemniaków. Brak kontaktu z NASA? Trzeba poszukać łazika z 1996 roku i użyć systemu szesnastkowego. Coś naszemu bohaterowi, za łatwo wszystko idzie, przez co trudno było przejąć się jego losem, chociaż grający tytułową rolę Matt Damon dobrze wywiązuje się ze swojego zadania.

marsjanin3

Ale trzeba przyznać jedno – Mars wygląda majestatycznie, co jest zasługą świetnych zdjęć Dariusza Wolskiego. Czerwona Planeta skontrastowana z budynkami NASA i gabinetami robi ogromne wrażenie i buduje klimat alienacji. I to jest spory plus.

Jednak poza Damonem, drugi plan jest dość stereotypowy. Jeff Daniels jest unikającym ryzyka szefem NASA, który bardziej dba o swój tyłek i reputację firmy, niczym korporacyjny szef, Chiwetel Ejiofor to racjonalny inteligencik, szukający rozwiązania, z kolei załoga Marka to znane i cenione twarze ograniczone do drobnych epizodów. I jest jeszcze Sean Bean, niemal działający na własną rękę, pomocnik dyrektora (spojler: tym razem nie ginie), na którego zawsze miło popatrzeć.

marsjanin4

Mimo wad i narzekań, „Marsjanin” jest dobry krokiem wykonanym przez Scotta. Bardzo kameralne (co przy budżecie 100 mln dolców zaskakuje), niepozbawione dowcipu, solidnie zagrane i technicznie bez zarzutu, w końcu to Scott. Jednak po takim reżyserze, należy oczekiwać znacznie, znacznie więcej. I liczę, że Anglik przebudzi się niczym Moc w „Star Wars”.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ant-Man

Takiego superbohatera nie było w kinowym uniwersum Marvela. Poznajcie Scotta Langa – jak na porządnego kolesia, gdy widzimy go po raz pierwszy, wychodzi z więzienia. Trafił tam za włamanie się do komputerów dużej firmy. Teoretycznie wielki sukces, w praktyce 3 lata w pierdlu, rozwód z żoną i brak kontaktu z córką. A z czegoś trzeba płacić alimenty, tylko skąd wziąć kasę, bez pracy, mając taką skazę w CV? W końcu decyduje się na skok i kradnie… kombinezon, który pozwala zmniejszyć się. I tak zaczyna się najtrudniejsze zadanie – Scott z pomocą dr. Hanka Pyma (to on stworzył kombinezon i ustawił skok) ma okraść jego dawną firmę, by nie dopuścić do stworzenia niebezpiecznej broni.

antman1

Tu może pojawić się pytanie, czy Marvel wie, co robi, realizując tak naprawdę komedię kryminalną z superbohaterem w roli głównej. Dodatkowo reżyseruje całość Peyton Reed – reżyser niezbyt lubianych (przynajmniej w Polsce) komedii. Na szczęście, znowu producenci wiedzieli, co robią. Dostajemy rasowy heist movie, który ma nietypową koncepcję i jest tak lekki, że trudno w to czasami uwierzyć. I jest to zrealizowane zgodnie z regułami gatunku: jest przygotowanie, sama akcja i komplikacje, które przybierają zaskakujący obrót. Wyobrażacie sobie, żeby razem w mrówkami obrobić dużą formę z tysiącem zabezpieczeń? I to naprawdę trzyma w napięciu.

antman2

Ale największym atutem tego filmu są sceny, gdzie widzimy świat z perspektywy mrówki. Gdy nagle wszystko jest takie duże, a ty jesteś taki malutki. Co nie znaczy, że jesteś bezsilny, bo zmienić rozmiar możesz niemal w każdej chwili, co zmienia totalnie tempo i rozwój wszelkich starć. Dynamicznie zmontowanych i bardzo wyraźnie sfotografowanych. Dotyczy to zarówno starcia Ant-Mana z Falconem, jak i finałowej bijatyki z głównym złym, gdzie nie zabrakło tutaj miejsca do zdemolowania przestrzeni (z kolejki nie zostało nic). Kameralność tej produkcji też jest wyjątkowym plusem, dzięki czemu łatwiej identyfikować się z bohaterami.

antman3

Niby nie jest nic, czego byśmy nie znali (zarówno jeśli chodzi o Marvela, jak i heist movie), jednak „Ant-Man” jest świetny. To zasługa także grającego główną rolę Paula Rudda. Scott w jego wykonaniu to troszkę nieopierzony i dopiero uczący korzystać się z nowego gadżetu sympatyczny łobuz z zasadami. Przemiana w herosa jest tutaj poprowadzona lekko i bez patosu, pozostając do końca wiarygodną. Wspierany przez dr Pyma (świetny Michael Douglas) oraz jego córkę Hope (Evangeline Lilly będąca tutaj czymś więcej niż tylko wizualnym dodatkiem), próbujących przy okazji naprawić swoje nienajlepsze relacje. Także wspierający drugi plan przezabawny Michael Pena jako wspólnik w napadzie dodaje wiele lekkości. Niestety, zawodzi (znowu) czarny charakter, który jest zły, bo tak. Szkoda, gdyż Corey Stoll to niezły aktor, a tutaj w zasadzie nie ma zbyt wiele do roboty i brakuje charakteru granej przez niego postaci.

antman4

„Ant-Man” okazał się niespodzianką, która była lepsza od drugiej części „Avengersów”. Efekty specjalne znów na wysokim pułapie, gra konwencją heist movie, lekkość i masa humoru działają na plus. Nie brakuje poważnych momentów (tragedia dr Pyma), jednak nie jest to depresyjne kino. Świetna rozrywka na poziomie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce zwanej USA pewien młody szaleniec wykreował świat, który zachwyca do dnia dzisiejszego. Mowa o „Gwiezdnych wojnach” – popkulturowym fenomenie oraz uniwersum George’a Lucasa, które do dzisiaj fani darzą ogromnym sentymentem i szacunkiem, a historia Luke’a Skywalkera jest kanonem dla miłośników SF. Ale nawet oni nie są w stanie zapomnieć tego, co się stało w „Epizodach I-III”, będących niemal wyłącznie skokiem dla kasy. Więc, gdy pojawiły się informacje o nowej części, reakcje były bardzo ostre, zwłaszcza, gdy studio Lucasfilm zostało sprzedane Disneyowi. Ale w końcu się udało i wreszcie obejrzałem „Przebudzenie Mocy”, którego zadania podjął się J.J. Abrams, autor nowej wersji „Star Treka”.

Star-Wars-7-Character-Guide-Finn-Rey

Siódmy epizod toczy się 30 lat po ostatecznym zwycięstwie Rebelii oraz przywróceniu Republiki. Ale, jak wiemy ze starych opowieści, pokój nie jest dany raz na zawsze. Luke Skywalker znika i budzi się dawne Zło, tym razem pod nazwą Nowy Porządek, które chce zniszczyć Republikę i zabić ostatniego rycerza Jedi. W cała tą walkę wbrew swojej woli zostaje wplątana zbieraczka złomu – Rye, której towarzyszy przypadkowo znaleziony droid BB-8 (robot zawiera mapę do kryjówki Luke’a) oraz dezerterujący z Nowego Porządku szturmowiec Finn.

11875118_1007880092596925_2204135516599208531_o

Brzmi znajomo? Abrams nie wymyśla koła od nowa i garściami czerpie z klasycznej trylogii, co działa moim zdaniem tylko na plus. Udało się to, czego nie zrobił Lucas w latach 1999-2005 – zachował klimat poprzednich części, ale też stworzył zapadające w pamięć widowisko. Może i jest ono mocno oparte na sentymencie, jednak jedno można stwierdzić bez wahania – ogląda się to znakomicie. Chciałbym powiedzieć coś więcej o fabule, ale nie mam zamiaru spojlerować, gdyż w tych niespodziankach i smaczkach oparta jest całość. Intryga, mimo dość znajomej formy, trzyma w napięciu, naładowana jest lekkim humorem (czuć rękę Lawrence’a Kasdana) i świetną muzyką niezawodnego Johna Williamsa. Dodatkowo zdjęcia Daniela Mandela bardzo pozytywnie zaskakują – gigantycznymi plenerami, dynamicznie fotografowanymi scenami akcji (ucieczka Finna, pościg Sokołem Millennium czy finałowy atak na bazę Nowego Porządku) oraz staroszkolną formą, znaną z klasycznej trylogii. A kiedy Han Solo w końcu wchodzi do Sokoła Millennium – słowa stają się po prostu zbyteczne. Magia działa.

tumblr_nhey3gpS9j1qa4gi0o1_1280

Nie tylko Abrams fantastycznie dopisuje nowy rozdział do starej opowieści, ale też świetnie prowadzi aktorów, którzy mają spore pole do popisu (czego nie można powiedzieć o wszystkich postaciach z „nowej” trylogii). Reżyser w rolach nowych bohaterów stawia na mniej znane twarze (czytaj: nie grali w kasowych przebojach), co jest ogromną zaleta. Objawieniem jest Daisy Ridley w roli Rey. Ta dziewczyna to typowa twarda wojowniczka, która nie potrzebuje męskiego wsparcia i sama sobie radzi w siłowych starciach. Pod tym względem przypominała mi dawną księżniczkę Leę, ale czy wpadnie w objęcia faceta? Czas pokaże. Kontrastem dla niej jest wystraszony Finn (świetny John Boyega), mający zwyczajnie dość zabijania dla swoich mocodawców i szukający świętego spokoju. Jednak i on odkryje, że przed przeznaczeniem ucieczki nie ma, a to ma konsekwencje swoje. I jakże miło było zobaczyć jeszcze raz Carrie Fisher (Leia) oraz wracającego do świetnej formy Harrisona Forda (Han Solo – nic się nie zmienił), prezentującego klasę.

forceawakens4-xlarge

Jeśli do czegoś można się przyczepić, to do Nowego Porządku, który jest mniej wyrazisty. Wynika to raczej z faktu, iż epizod VII jest niejako wstępem do większej całości. Dlatego z tej strony wyróżniają się tylko dwie postacie: Kylo Ren oraz generał Hux. Pierwszy (piekielnie dobry Adam Driver) wydaje się kalką Dartha Vadera (design), ale strasznie znerwicowany i zakompleksiony swoim dziedzictwem dzieciak wepchnięty na Ciemną Stronę Mocy. Ten drugi to ślepo posłuszny wojskowy (jego przemowa w bazie budzi grozę), a twarz Domhnalla Gleesona zaczęła mi przypominać młodego… Donalda Sutherlanda.

Star-Wars-7-General-Hux-Character-Name

Powiem tylko tyle: oczekiwania była gigantyczne, ale na szczęście „Przebudzenie Mocy” nie jest bezczelnym skokiem na kasę fanów cyklu. Przyznaję, iż miałem wrażenie, że już to gdzieś widziałem, jednak było to bardzo miłe uczucie. Wrócił dawny klimat, sentyment zadziałał, a zabawa była przednia. Tylko czemu musimy czekać dwa lata na następną część? Jedno jest pewne: Moc powróciła.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mikromusic – Matka i żony

matka i zony

Wydawało się, że po „Pięknym końcu” zespół Mikromusic zrobi sobie długą przerwę w nagrywaniu. A tu minęły dwa lata i Natalia Grosiak z Dawidem Korbaczyńskim pojawiają się ze świeżutkim materiałem. „Matka i żony” miały być bardziej kobiecym albumem. Ale po kolei.

Brzmieniowo to nadal mieszanka jazzu z trip hopem, co już słychać w otwierającym całość „Krystyno”. Łagodne klawisze na początku, ciepły bas, szybkie solo pianistyczne w środku oraz mocna, niemal chóralna końcówka. Dalej jest bardziej przebojowo i dynamiczniej niż do tej pory. Bardziej rockowe „Zakopolo” (wpleciono dęciaki), wyciszony i oszczędne „Bezwładnie” z pięknie komponującym się z resztą Skubasem, lekko psychodelicze „Lato 1996” (jazzująca gitara i zaplątany fortepian).

A jeśli myślicie, że to wszystko na co stać grupę, pojawia się „Dom” pełen elektroniki oraz ksylofonowej melodii, pod koniec skręca w stronę rocka. Mroczniejsza „Kostucha” zaczyna się od przerobionych i zniekształconych dźwięków wspieranych przez delikatny, niemal kołysankowy fortepian, by pod koniec odezwały się dęciaki. „Pocałuj pochowaj” ma w sobie klimat westernów – marszowa perkusja, rock’n’rollowa gitara elektryczna i solo na trąbce. „Piękny chłop” z początku może budzić skojarzenia z Piotrem Rubikiem (klaskanie), jednak perkusja oraz zadziorna gitara zmieniają to wrażenie, a druga zwrotka zaczyna się atakiem trąbek niczym cygańskie numery, a całość dopełnia ironiczny tekst. „Po co ja tu jestem” jest najlżejszy melodyjnie i najbardziej przebojowy. Pianistyczna „Matka Teresa” zmienia się w szybki hit, z mocną perkusją oraz ciepłym fortepianem.

Natalia Grosiak znana jest z bardzo delikatnego głosu, który działa mocno na zmysły odbiorcy. I tutaj też to potwierdza, chociaż potrafi być bardzo zadziorna („Piękny chłop”) i zaskakuje siłą (końcówka „Matki Teresy”). Podobnie dzieje się z tekstami, gdzie w sposób zaskakujący opowiada o zdarzeniach z perspektywy kobiety: relacja z teściową, mężczyznami czy samotnością.

„Matka i żony” to bardzo zaskakujący album, który potwierdza klasę zespołu z Wybrzeża i pokazujący, że nadal potrafią jeszcze czymś zaskoczyć. Klimatyczna, pasjonująca wyprawa dla poszukiwaczy dobrej polskiej muzyki.

8/10

Radosław Ostrowski

Bulwar

Nolan Mack jest niepozornym facetem, pracującym w banku prawie 26 lat. Żyję razem z żoną, ale w osobnych łóżkach, ojciec jest ciężko chory i mężczyzna wkrótce ma otrzymać awans. To monotonne życie zostaje zmienione, gdy podczas powrotu z domu opieki potrąca młodego chłopaka. Leo, bo tak ma na imię jest męską prostytutką i obydwu panów zaczyna coś łączyć.

bulwar1

Dito Montiel, zanim zaczął kręcić filmy, był muzykiem i pisarzem. Jednak jego filmy, poza debiutanckim „Wszyscy twoi święci” nie spotkały się z dobrym przyjęciem. „Boulevard” nie zmieni raczej tego stanu rzeczy, gdyż jest to dość spokojne kino obyczajowe. Samo w sobie nie jest to niczym złym, jednak sama historia jest mało interesująca. Opowieści o zakłamaniu i próbie weryfikacji swojego życia powstały setki (ostatnia, która mnie powaliła to „American Beauty”), a ten tytuł poza monotonnym i sennym tempem, nie serwuje niczego nowego. Spotkania Nolana z Leo są dość przewidywalne, a same dialogi o niczym zwyczajnie nudzą.

bulwar3

Jedynym haczykiem i plusem tego filmu jest świetna, wyciszona rola Robina Williamsa, który pokazuje i potwierdza, że potrafi grać także role dramatyczne. To była jedna z ostatnich kreacji zmarłego w zeszłym roku aktora. Ale nawet on nie jest w stanie uratować i obronić tego filmu do końca. Coś w tym filmie nie zagrało, jednak co – tego nikt nie wie.

5/10

Radosław Ostrowski

Mroczny zakątek

Libby Day jest samotną kobietą mieszkającą w zaśmieconym domu pełnym szpargałów i śmieci. I nic więcej w życiu nie robi. To znaczy, wcześniej napisała książkę i utrzymywała się z darowizn. Życie kobiety zmieniło się, gdy jako 7-latka straciła matkę i siostrę, a jej brat został skazany na dożywocie za ich zabójstwo. 25 lat później dostaje ofertę – spotkanie za pieniądze, by opowiedziała o tych makabrycznych zdarzeniach. Tym razem jednak osobnikiem jest niejaki Lyle, członek grupy zrzeszającej byłych gliniarzy, prawników, detektywów i pasjonatów, rozwiązujących na własną rękę rozwiązują morderstwa. Wierzą, że jej brat jest niewinny i mają trzy tygodnie na wyjaśnienie sprawy, bo inaczej akta pójdą na przemiał. Libby, mimo braku wątpliwości co do winy braciszka, zgadza się pomóc.

mroczny_zakatek1

Gillian Flynn po adaptacji swojej powieści „Zaginionej dziewczyny” stała się atrakcyjna dla filmowców. Tym razem z jej książką zmierzył się Francuz Gilles Paquet-Brenner, znany dzięki filmowi „Klucz Sary”. „Mroczny zakątek” to thriller, w którym bohaterka musi zmierzyć się z rodzinną tajemnicą, kłamstwami oraz własnymi uprzedzeniami. To Libby jako dziecko wskazało na brata i ta przeszłości budzi w niej demony. Reżyser bardzo powoli odkrywa elementy układanki, serwując retrospekcje rzucające światło na dawne wydarzenia. Satanizm, niechciana ciąża, narkotyki, długi – sytuacje wydają się dramatyczne i poważne, jednak prawdę mówiąc mniej angażuje niż się to wydaje. Niby jest suspens (sceny, gdy mała Libby ucieka i widzimy to jej oczami czy finał), ale to wszystko spływa jak po kaczce. Intryga sprawia wrażenie przekombinowanej i udziwnionej na siłę, z masą niesprzyjających splotów okoliczności.

mroczny_zakatek2

Realizacja technicznie jest solidna, zwłaszcza zdjęcia prezentują niezły poziom, ale całość jest tak naprawdę warta uwagi ze względu na świetną Charlize Theron w roli Libby. Obojętnej, pogubionej, samotnej, ukrywającej się pod maską szorstkiej kobiety. Drugim zaskoczeniem jest Chloe Grace Moretz, bardzo dobrze radząca sobie w roli manipulującej Diondry. Reszta obsady jest przyzwoita i trzymająca fason.

mroczny_zakatek4

„Mroczny zakątek” miał zadatki na bycie dobrym thrillerem, jednak czegoś tutaj zabrakło i niespecjalnie zostaje w pamięci. Do końca nie wiadomo, co nie zagrało. Zaledwie przyzwoita robota.

6/10

Radosław Ostrowski

Kryptonim U.N.C.L.E.

Dziś prawdziwych szpiegów już nie ma – narzekał Ritchie Valentine z filmu „Kingsman” Matthew Vaughna. Chyba wynika to z faktu, że nie oglądał najnowszego filmu Guya Ritchie. Anglik znany z komedii gangsterskich oraz pokazania nowego oblicza Sherlocka Holmesa znów zaskoczył.

kryptonim_uncle1

Jest rok 1962, zimna wojna w pełnym stanie, Mur Berliński już zbudowano, a obydwa mocarstwa zmierzają do ostatecznej konfrontacji. Czy jest coś, co mogłoby połączyć CIA i KGB? Ukrywający się nazistowscy zbrodniarze, którzy porwali profesora i zmusili go do pracy nad bombą atomową. Dlatego wyznaczeni przez swoich przełożonych Napoleon Solo i Ilja Kuriakin muszą podjąć współpracę, by nie dopuścić do planów zbrodniarzy. Ale czy będą w stanie sobie zaufać? No właśnie.

kryptonim_uncle2

Ritchie wziął na warsztat bardzo popularny serial z lat 60., gdzie główne role grali Robert Vaughn i David McCullum. Jednak zamiast uwspółcześnić całą intrygę, jak to się zdarza w przypadku remake’ów seriali telewizyjnych (m.in.: seria „Mission: Impossible” czy „Drużyna A”), stawia na estetykę retro. „U.N.C.L.E.” to bardzo eleganckie kino, z którego aż czuć ducha lat 60. – zarówno jeśli chodzi o kostiumy (panie noszą piękne stroje, panowie w eleganckich garniturach), jak i scenografię, która robi imponujące wrażenie. I nieważne, czy jesteśmy w mrocznym Berlinie czy słonecznym Rzymie – atrakcji jest co nie miara. Owszem, intryga jest nie do końca realistyczna (te finezyjne gadżety!) i jedzie po sprawdzonych kliszach, jednak pewna ręka Ritchiego, wsparta przez scenariusz pełen wolt, dowcipnych dialogów oraz wodzenia za nos (sposób montowania scen, gdy bohaterowie odkrywają swoje karty przypomina… „Sherlocka Holmesa” i jest to kapitalnie rozegrane). Jeśli dodamy do tego jeszcze równie oldskulową muzykę Daniela Pembertona, mamy przednie kino rozrywkowe, dorównujące „Kingsman”.

kryptonim_uncle3

No i jeszcze dobrana świetna ekipa aktorów. Henry „Superman” Cavill może nie sprawdził się jako Człowiek ze Stali, jednak jako Napoleon Solo jest kapitalny. Elegancko ubrany, czarujący złodziejaszek, z gracją i klasą podchodzący do swoich zadań. I jest obowiązkowym podrywaczem – czysty Amerykanin 🙂 Partneruje mu Arnie Hammer i Kuriakin jest odpowiednim kontrastem dla agenta CIA – surowy profesjonalista, który tylko pozornie sprawia wrażenie osiłka. Czuć zgranie między obydwoma panami, a początkowa niechęć musi ufność i jest to pokazane wiarygodnie. Panowie są też wspierani przez czarujące panie – Alicię Vikander (Gaby Teller) oraz Elizabeth Debicki (Victoria Vinciguerra – główna antagonistka), a także obsadzony wbrew swojemu emploi Hugh Grant.

kryptonim_uncle4

Nie jest to może idealna rozrywka (konfrontacja na wyspie troszkę przypomina strzelaniny z gier komputerowych jak „Call of Duty”), ale Ritchie zaskakuje i wraca do formy, co cieszy. Smuci fakt, że tak mało widzów obejrzało „Kryptonim U.N.C.L.E.”, przez co szansa na sequel jest bardzo mała, bo chętnie obejrzałbym ciąg dalszy. Może jak podbije rynek DVD i Blu-Ray, nadzieja ożyje?

8/10

Radosław Ostrowski

Mr. Holmes

Wszyscy znamy mieszkańca pewnego domu na Baker Street 221B. Miał on twarze wielu aktorów tak znanych jak Basil Rathborne, Jeremy Brett, Christopher Plummer czy ostatnio Benedicta Cumberbatcha. Jednak w tym roku reżyser Bill Condon postanowił zaryzykować i nakręcić własną wersję opowieści o genialnym detektywie, dając mu twarz Iana McKellena. Czy to ryzyko się opłaciło?

mr._holmes1

Wyobraźcie sobie Holmesa, który nie pracuje już jako prywatny detektyw i został… pszczelarzem, gdzieś w wiosce zabitej deskami. Ciężko to przyjąć do wiadomości, prawda? Dodatkowo mieszka z gosposią oraz jej synem, Rogerem. Naszego detektywa prześladuje sprawa sprzed ponad 30 lat, czyli tuż po I wojnie światowej. Do detektywa przychodzi niejaki pan Kelmot, który podejrzewa, iż jego żona jest pod urokiem swojej nauczycielki muzyki. Sherlocka sprawa ta po latach prześladuje, a pamięć u 93-letniego detektywa już nie taka mocna jak kiedyś.

mr._holmes2

I tutaj reżyser ogrywa postać naszego detektywa, którego tak dobrze znamy. Owszem, nadal jest inteligentnym, troszkę narcystycznym człowiekiem, posiadającym silny intelekt i znającym zachowania ludzi, jednak jego najmocniejszy atut zawodzi. Sama akcja jest zepchnięta na drugi plan, jednak twórcy ubarwiają ją za pomocą podwójnej retrospekcji – samego śledztwa, jak i późniejszych poszukiwań żółtokrzewu w Japonii, gdzie pomaga mu pan Umezaki. Nie ma tutaj szybkiego tempa, masy trupów czy strzelania – tu jest eleganckie, dokładnie prowadzone śledztwo oraz rozwiązanie ostatniej zagadki. Ta nietypowa konstrukcja ma zaciekawić i pokazać zmagania naszego bohatera ze starością, przemijaniem oraz radzeniem sobie z samotnością, co jest naprawdę świetnym rozwiązaniem, odświeżającym archetyp klasycznego detektywa.

mr._holmes3

Dodatkowo Condonowi pomaga w tym bardzo dobry Ian McKellen, nadający swojemu bohaterowi elegancji (scena w parku, gdzie podszywa się za jasnowidza oraz sceny jego dedukcji to perełki) współczesnej detektywistyki, ale też pokazując jego bezsilność oraz częściowe pogodzenie się ze stanem rzeczy za pomocą spisywania, a także medycyny alternatywnej. Kamera przez większość czasu pokazuje twarz aktora – zmęczoną, pełną zmarszczek i porusza się dość ociężale. Partnerujący aktorowi Laura Linney (dość surowa, choć oddana pani Munro), jak i młody Milo Parker (Roger) są świetni, zwłaszcza chłopiec traktujący Holmesa jak ojca, którego odejście mocno naznaczyło jego życie. Ten duet nakręca i mimo dość oczywistego szlaku, ogląda się dobrze.

mr._holmes4

„Mr. Holmes” fanów kryminalistyki rozczaruje, a miłośników detektywa z Baker Street może znużyć swoim tempem. Jednak nie można nie docenić próby odświeżenia znanego bohatera oraz pokazania w miarę „prawdziwego” portretu, co potrafi oczarować. Fani Holmesa na pewno go obejrzą, ale trzeba sporo cierpliwości. Jeśli ją macie, to zaryzykujcie.

7/10

Radosław Ostrowski

Dar

Zaczyna się dość spokojnie – do miasta wprowadza się młode małżeństwo. On, Simon pracuje w dużej firmie sprzedającej zabezpieczenia, ona Robyn jest dekoratorką i mają tylko pieska. Młodzi, piękni i szczęśliwi, prawda? Wtedy niespodziewanie odwiedza ich mężczyzna – Gordo, starego i dawno niewidzianego znajomego Simona. Zaczyna się od niewinnych prezentów i odwiedzin w domu pary, ale w końcu Gordo zostaje uznany za natręta i znika. Następnego dnia jednak pod ich drzwi trafia prezent z dołączonym listem.

dar3

Kolejny film wyreżyserowany przez – tym razem zadania podjął się Australijczyk Joel Edgerton, dla którego jest to trzeci (!!!) projekt jego autorstwa, ale jestem pewny, iż „Dar” najbardziej się przebije. Niby jest to thriller, ale bardziej skupiony na psychice bohaterów. To tłumaczy dość wolne tempo i spokojne budowanie napięcia, gwałtownie atakującego i doprowadzającego do przyspieszonego bicia serca. Problem jednak polega na tym, że nie mogę zbyt wiele opowiedzieć, gdyż na twistach i odkrywaniu tajemnicy z przeszłości skupia się cała fabuła. Ale trzeba pochwalić Edgertona za konsekwentne jej prowadzenie, zaskoczenia oraz brak jednoznacznych odpowiedzi, zmuszając do ciągłej weryfikacji tego co wiemy. Do tego pojawia się poczucie (silne w drugiej połowie filmu) poczucie zagrożenia oraz paranoi, rozbrajane w kompletnie nieoczywisty sposób, brutalnie przypominając o tym, że przeszłość w końcu nas dopadnie i nie ma przebacz.

dar1

Całość do tego jest świetnie zagrana. Kompletnie zaskakuje Jason Bateman, pozornie wcielający się w typowego faceta z komedii – sympatycznego, uśmiechniętego i miłego kolesia. Tak naprawdę jednak to bardzo nieprzyjemny typek, rozstawiający ludzi po kątach i brutalnie rozprawiającego się z wrogami. Równie wyborna jest Rebecca Hall, tworząca bardzo zniuansowany portret pozornie szczęśliwej i radosnej kobiety. I trzeci wierzchołek trójkąta, czyli dość zagadkowy i dziwaczny Gordo, zagrany przez samego reżysera, którego motywy działania pozostają przez spora część filmu zagadką.

dar2

„Dar” okazał się dla mnie jedną z niespodzianek tego roku, która wystrzeliła jak petarda. Mroczny, niepokojący, niejednoznaczny. Kino na poziomie i zrealizowane z fasonem.

8/10

Radosław Ostrowski