Upgrade

Czym jest cyberpunk, chyba nie trzeba tłumaczyć. Każdy, kto oglądał „Blade Runnera”, grał w „Deus Exa” czy czytał powieści Williama Gibsona zna świat wszczepów, udoskonaleń technologicznych, mających ułatwić życie. Jednak nie każdy chce mieć wydrukowaną pizzę, zdalnie sterowany wóz czy inne ułatwienia. Kimś takim  jest Grey (nie Christian) – mechanik samochodowy, mieszkający z żoną, będącą zwolenniczką nowych technologii. Ale wracając do domu, auto się psuje, oboje zostają napadnięci. Kobieta ginie, a mężczyzna zostaje sparaliżowany od szyi w dół. Świat wtedy jest do dupy, a tylko technologia pomaga mu funkcjonować. I wtedy jego dawny zleceniodawca, decyduje się mu pomóc za pomocą wszczepu zwanego Stemem, dzięki któremu będzie mógł się samodzielnie ruszać. Ale wszystko się zmienia, gdy maszynka zaczyna „mówić” głosem, a Grey decyduje się dokonać zemsty.

upgrade1

Gdy poznałem nazwisko reżysera „Upgrade” nie byłem pewny, czy chciałem to zobaczyć. Leigh Whannell, czyli scenarzysta „Piły” nie wydawał się właściwym kandydatem, dodatkowo mierzącym się z nieznanym sobie gatunkiem. Sama fabuła to mieszanka cyberpunkowego SF, z brutalnym kinem akcji klasy B, bez imponującego budżetu. Jednak nie jest to dla twórcy problem, bo reżyser bardzo sprawnie lawiruje między gatunkami, mieszając kino gatunkowe z refleksjami na temat sztucznej inteligencji oraz człowieczeństwa.

upgrade2

Wynika to z wątku związanego ze Stemem. Na początku – za pozwoleniem naszego protagonisty – jest w stanie tymczasowo przejąć kontrolę nad ciałem bohatera, zmieniając go w maszynę do zabijania. Ale z czasem zaczyna coraz bardziej ingerować w życie bohatera, podpuszczając go do realizacji jednego celu – zemsty. I o dziwo, obydwa te wątki nie wywołują zgrzytu i się pięknie uzupełniają aż do bardzo przewrotnego finału.

Realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić, mimo że film nie miał tak dużego budżetu jak powiedzmy nowy „Blade Runner”. Nie brakuje zarówno neonowych świateł i mocnych kolorów (siedziba Erona, kryjówka hakerki), jak i bardziej futurystycznie wyglądających samochodów oraz prostych gadżetów jak maszyna do aplikowania leków czy zamówienia jedzenia. Efekty specjalne wyglądają imponująco, tak jak sceny akcji, gdzie Stem „rusza” się bohaterem, a kamera jest usztywniona. Wygląda to wręcz obłędnie, choreografia jest pomysłowa i finezyjna, a sceny odpowiednio brutalne (akcja w łazience knajpy). Jedynym dla mnie poważnym problem jest słabo zarysowany drugi plan (poza Stemem): źli są źli, bo kurwa tak, rodzina Greya pojawia się bardzo krótko, a o prowadzącej śledztwo policjantce wiemy, że lubi stosować staroszkolne metody pracy.

upgrade3

Więcej pola do popisu masz Grey (świetny Logan Marshall-Green, czyli klon Toma Hardy’ego z brodą), serwujący masę sprzecznych emocji: od bólu, gniewu, bezsilności aż po żądzę zemsty. Miłośnik „nie cyfrowego” stylu życia, zmuszony do życia z czipem. Na mnie największe wrażenie robił w scenach akcji, nie tylko z powodu ich wykonywania, ale pewnego mrocznego paradoksu. Gdy walczy i atakuje swoimi nogami oraz rękoma, jego twarz pokazuje zupełnie inne emocje: dezorientację, szok oraz przerażenie tym, co robi. Niczym w horrorze, wznosząc całość na wyższy poziom.

Whannell zaskoczył wszystkich i pokazał, że z małym budżetem (niczym klasycy kina z lat 70. i 80.) jest w stanie wyczarować świetne kino. „Upgrade” to wszystko, co najlepsze w kinie klasy B – mroczny, niepokojący klimat, a cyberpunkowy sznyt oraz świetna rola Marshalla-Greena wznosi całość na o wiele wyższy poziom. Poza akcją potrafi sprowokować do zastanowienia się.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Niepokonana Jane

Znowu wyruszamy na Dziki Zachód, chociaż większość akcji toczy się w farmie gdzieś na uboczu. To tutaj przyszło mieszkać niejakiej Jane razem z mężem i córeczką. Problem w tym, że mąż kobiety kiedyś należał do niebezpiecznego gangu, zostawiając po sobie ogromne spustoszenie. Pewnego dnia wraca na koniu z kilkoma ranami postrzałowymi oraz ostrzeżeniem, że Tom Bishop i jego chłopaki się zbliżają. Kobieta prosi o pomoc swojego dawnego partnera, który – dość niechętnie – zgadza się.

niepokonana_jane1

Film ten powstawał w bólach, mimo iż trafił na tzw. Czarną Listę – spis najlepszych scenariuszy czekających na realizację. I kiedy wydawało się, ze wszystko ruszy z kopyta, producenci wyrzucili przed rozpoczęciem zdjęć reżyserkę Lynne Ramsey, a wraz z nią odeszli autor zdjęć Darius Khondji oraz mający zagrać główne role Karen Gillan i Jude Law. Po wielu perturbacjach ostatecznie przed kamerą stanął Gavin O’Connor, zaś w tytułową Jane wcieliła się Natalie Portman. Sam film nie jest stricte westernem, tylko dramatem (nawet melodramatem) z tajemnicą w tle. Reżyser miesza teraźniejszość z retrospekcjami, pokazującymi losy kobiety oraz związanych z nią (w różnym czasie) dwóch mężczyzn. Jeden został jej mężem, drugi był narzeczonym na wojnie i długo jej szukał. Relacje, pełne żalu, pretensji oraz kilku bardzo brudnych ran to najmocniejszy punkt tego kameralnego filmu. Szkoda tylko, że nie zostało to bardziej rozbudowane, z bardziej iskrzącymi momentami.

niepokonana_jane2

Dla mnie sporym problemem była akcja, a właściwie wszystko, co miało w założeniu, nakręcić całą intrygę. Nie brakuje tutaj strzelanin, chociaż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że reżysera realizacja tych scen albo nie interesuje (finałowe oblężenie z paroma wybuchami, które nie zostają pokazane), albo są zrobione w dość klasyczny sposób. Przez co adrenalina miejscami zwyczajnie siada, mimo budującej klimat minimalistycznej muzyki oraz ładnie wyglądającymi zdjęciami. Chociaż sama realizacja wydaje się tylko solidnym rzemiosłem.

niepokonana_jane3

Jedyne, co wypada najbardziej przekonująco to aktorstwo. Początkowo można odnieść wrażenie, że Natalie Portman i western to dziwaczna kombinacja, jednak aktorka bardzo przekonująco pokazuje determinację Jane, jej upór oraz walkę do upadłego, a akcent jest tylko przyjemnym dodatkiem. Troszkę w tle przewija się Noah Emmerich, tworzący dość niejasną postać bandyty, zmieniającego się pod wpływem kobiety. Dla mnie jednak najbardziej interesujący jest Joel Edgerton (także współautor scenariusza), czyli Dan Frost. Bardzo szorstki, skryty, mający wiele pretensji, a jednocześnie jego motywacja wydaje się co najmniej zagadkowa, zaś relacja od wrogości do współczucia pokazana jest bez fałszu. Tylko, ze czarnymi charakterami jest troszkę słabo, bo albo znikają dość szybko (Rodrigo Santoro i Boyd Holbrook), albo są dość przerysowani jak Ewan McGregor, który zakosił wąsy od Toma Sellecka.

Mimo, ze Jane na ekranie w ogóle jest dość niepokonana, sam film jest dość zachowawczy. To całkiem niezłe kino, nie wykorzystujący swojego potencjału. Gdyby bardziej się skupić na tym trójkącie, lekko podrasować sceny akcji, „Niepokonana Jane” mogłaby mieć swój wyrazisty charakter, który dałaby Lynne Ramsey (mimo, iż nie jestem jej wielkim fanem). Kobiece kino zmasakrowane przez producenta-mężczyznę.

6/10 

Radosław Ostrowski

Ben Hall: Legenda

Dla wielu z tu obecnych nazwisko Bena Halla nie będzie mówiło zbyt wiele, ale mieszkańcy Australii – ojczyzny kangurów, pustynnych krajobrazów oraz Nicka Cave’a – mają inne zdanie na ten temat. Hall był bandytą, słynącym z kradzieży oraz różnych napadów. Kiedy go poznajemy, jest jesień 1864, zaś nasz protagonista drugi rok ukrywa się przed prawem. Ta przeszłość doprowadziła do rozpadu małżeństwa i braku kontaktu z synem. W końcu Hall decyduje, że musi uciec z Australii, tylko skąd wziąć pieniądze na taką eskapadę. Razem z dawnym wspólnikiem wraca na bandycki szlak.

ben_hall1

Ten australijski western, początkowo miał być tylko krótkometrażówką, jednak reżyserowi Matthew Holmesowi udało się zebrać o wiele więcej pieniędzy niż planował. I tak powstała biografia skupiająca się na ostatnich miesiącach Halla. Ale filmowiec bardziej niż klasycznymi elementami westernu, czyli napadami, strzelaninami oraz pojedynkami. Bardziej interesuje go sam Hall, który z jednej strony chce zerwać z przeszłością i uciec, jednak tylko przeszłość może pomóc w zebraniu funduszy. I to doprowadza do silnego konfliktu, będącego kośćcem tego spokojnego dzieła. Film skupiony jest na szczegółach, kolejnych napadach, które są coraz trudniejsza, zaś pętla wobec Halla coraz mocniej się zaciska.

ben_hall2

Sam reżyser, nawet w drobnych scenkach, potrafi przyciągnąć uwagę. Czy to mówimy o świątecznym balu, gdzie pojawia się bohater ze swoją bandą, wizytą u lekarza, wszystko jest skupione na szczegółach. Kostiumy, scenografia wyglądają imponująco i nie sprawiają wrażenia tanich. Równie pięknie, choć surowo wygląda krajobraz. Australijski busz wygląda miejscami bardzo groźnie, sprawiając miejscami poczucie niepewności i zagrożenia. Jedynym dla mnie problemem są oniryczne fragmenty, gdzie przeszłość miesza się z przyszłością i wywołuje jedynie dezorientację, niepotrzebnie wydłużając czas trwania.

ben_hall3

Za to nie mogę się nachwalić aktorów, dla których w większości był to debiut lub wcześniej pracowali dla telewizji. Dobrze sobie radzi Jack Martin w roli rozdartego między bandyckim życiem a chęcią ucieczki od przeszłości. Zmęczona twarz, trzymanie się (przynajmniej próba) zasad z niezabijaniem ludzi, a jednocześnie chęć nawiązania więzi z synem – to wszystko jest wygrywane bez poważnych zastrzeżeń. Jednak film kradnie Jamie Coffa w roli lekko psychopatycznego, bardzo impulsywnego Johna Gilberta. A jego zachowanie bywa bardzo nieobliczalne.

Muszę przyznać, że debiutantowi udało się stworzyć bardzo wciągający, choć troszkę za długi. Poza tym film pokazuje mało znaną w naszym kraju postać, miejscami ma niesamowite krajobrazy oraz pociągające postacie. Interesujący western, nie do końca trzymający się gatunkowych konotacji.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Zbrodnie niewinności

Mała wiocha, gdzieś na prowincji USA. Tutaj żyją głównie ranczerzy, próbujący wiązać koniec z końcem. Ten krajobraz jest miejscem spotkania dwojga nastolatków: Jonah i Caney. On jest synem ranczera, ona córką świeżo przybyłego policjanta. Zaczyna między nimi rodzić uczucie, czemu ojciec dziewczyny się bardzo sprzeciwia. Wszystko komplikuje się coraz bardziej, gdy Jonah jest świadkiem „lewej” transakcji niedoszłego teścia i kradnie forsę. Wtedy decyduje się uciec z dziewczyną.

zbrodnie_niewinnosci1

Młodzieżowy thriller, mieszający dramat, romans z westernem. I trzeba przyznać, że ten misz-masz ma swoje momenty. Reżyser najwięcej jest w stanie wycisnąć w wątku romansowego. Relacja tych dwojga bohaterów wydaje się być czysta, przynajmniej z punktu widzenia chłopaka. Odkrywa on dość mroczną tajemnicę z życia dziewczyny i z tego powodu decyduje się ją ocalić. Ale ta ścieżka przeplatana jest z momentami budowania napięcia oraz ucieczki przed skorumpowanym ojcem. I te wątki, delikatnie mówiąc, nie były w stanie mnie zaangażować. Wszelkie ukrywanie się, ćwiczenie strzelania, czyli ta cała brutalna inicjacja szła jak po sznurku, przez co zwyczajnie nużyła. Choć trudno nie odmówić pewnego klimatu oraz ciekawej, nerwowej muzyki elektronicznej, sama intryga jest za prosta.

zbrodnie_niewinnosci2

W połowie film zaczyna się wlec, drugi plan występuje w ilości wręcz śladowej, stanowiąc jedynie zbędny dodatek. Jedynie wyróżnia się tutaj ojciec-policjant, bardzo wyraźnie naznaczony przemocą, agresją oraz gniewem, którego źródła nie jesteśmy w stanie poznać. I te wszystkie sprzeczności bardzo dobrze wygrywa Bill Paxton, kradnąc film samą obecnością. Także młodzi aktorzy (Sophie Nelisse i Josh Wiggans) prezentują się bez zarzutu, czuć chemię miedzy nimi, co dodaje wiarygodności.

„Zbrodnie niewinności” jako mieszanka thrillera z kinem inicjacyjnym sprawdza się całkiem nieźle. Mimo osłabienia tempa w połowie i skrętom ku dreszczowcowi, nie wywołuje silnego znużenia i może dać odrobinę satysfakcji. Problem w tym, że obiecuje on o wiele więcej niż może naprawdę dać.

6/10

Radosław Ostrowski

Marshall

Nazwisko Thorgooda Marshalla dla amerykańskiego prawa jest bardzo istotne. Członek organizacji prawniczej walczącej o prawa obywatelskie, reprezentujący czarnoskórych oskarżonych w ważnych procesach, wreszcie w 1967 roku sędzia Sądu Najwyższego USA (pierwszy Afro-Amerykanin). Jednak tak naprawdę skupiamy się na roku 1941 roku, kiedy Marshall był zaangażowanym społecznie adwokatem. Dostaję sprawę w Bridgeport, stan Connecticut, gdzie czarnoskóry mężczyzna zostaje oskarżony o gwałt na białej kobiecie, zaś w sprawie pomaga mu Sam Friedman – specjalista od spraw ubezpieczeniowych.

marshall1

Trend o filmach prezentujących mroczne karty z USA ciągle jest podtrzymywany. Nowy film Reginalda Hudlina wpisuje się w ten nurt, mieszając biografie z dramatem sądowym. Clue całego filmu jest proces sądowy w miejscu oraz czasach, gdy czarnoskórzy byli traktowani jako obywatele „gorszego sortu”. Osobne toalety, osobne miejsca w autobusach, praca służących oraz jawna pogarda i nienawiść. Takich ludzi od razu można oskarżyć, bo „czarni” są zdolni tylko do wszelkiego zła tego świata. Sam reżyser powoli zaczyna serwować kolejne elementy układanki (sprzeczne zeznania, fałszywe zdania), mimo dość przewidywalnego przebiegu. Ale – i to dla mnie największa zaleta – główni bohaterowie dramatu nie są tutaj pokazani według prostego szablonu: biedny, niewinny Murzyn kontra kłamliwa, manipulująca, biała kobieta. Zaczynamy odkrywać kolejne informacje, dochodząc do sedna prawdy. Tylko, czy w tym konserwatywnym stanie jest miejsce na uczciwy, bezstronny wyrok?

marshall2

Hudlin dobrze odtwarza realia epoki i nie chodzi tylko o scenograficzno-kostiumowe detale, ale przede wszystkim mentalność ludzi. Ich nienawiść, wrogość nie tylko do czarnoskórych, ale też do wszelkich innych. Ten, kto nie jest „białym”, nie należy do klubu i kasty, jest niebezpieczny, należy go zastraszyć, pobić, postawić do pionu. To nadal przeraża, a napięcie jest odczuwalne. A w tle przygrywa przyjazna, jazzowa muzyka i jest to bardzo stylowo sfotografowane, bez efekciarskich sztuczek (może poza mową końcową oraz retrospekcjami z dnia zbrodni). Sam przebieg potrafi parę razy zaskoczyć i trzyma do końca.

marshall3

Nie miałoby to jednak swojej siły, gdyby nie świetne aktorstwo. Klasę kolejny raz potwierdza Chadwick Boseman w roli charyzmatycznego prawnika, przekonanego o swoich racjach i nie unikającego otwartej konfrontacji. Chce się go po prostu oglądać. Za to największą niespodziankę sprawił Josh Gad jako mecenas Friedman, który początkowo nie chce się angażować w sprawę, bo to nie jego działka. Z czasem zaczyna się zmieniać w zawodnika ciężkiej ligi, w czym pomaga mu Marshall. Równie wyrazista jest Kate Hudson w roli „ofiary”, pokazując naprawdę duży talent dramatyczny, zaś drugi plan solidnie wspiera Dan Stevens (prokurator), Sterling K. Brown (oskarżony) oraz James Cromwell (sędzia).

Sama historia może nie zaskakuje i bywa przewidywalny, ale „Marshall” potrafi dodać troszkę życia do tego ogranego schematu. Solidne kino z ważkim tematem, unikającym czarno-białego spojrzenia na świat.

7/10 

Radosław Ostrowski

Zemsta

Zaczyna się tak sielankowo, że już bardziej się nie da. On i ona w wypasionej chacie, gdzieś w piaszczysto-pustynnym plenerze, randka we dwoje. Richard – strasznie dziany, Francuz, gdzieś tam żona i dziecko, Jen to pociągająca blond-laska z USA, młoda i głupiutka. Ale nic nie trwa wiecznie, bo wcześniej wpadają kumple na polowanie. Ale kiedy Richard wyjeżdża załatwiać sprawę, jeden z kumpli postanawia wziąć sprawy w swoje członki i gwałci dziewczynę. Że niby nie można było się oprzeć jej urokowi, więc Jen zostaje potraktowana tak, jak na kobietę przystało – zostaje zepchnięta w przepaść i skazana na śmierć. Tylko, że spadek na kołek w brzuch nie jest problemem i Jen – jakimś cudem – przeżyła, więc panowie mogą mieć przerąbane.

revenge1

Pozornie debiut Coralie Fargeat wydaje się klasycznym kinem zemsty, które na dobrą sprawę zaczyna się po 30 minutach. Do tego momentu reżyserka świadomie korzysta z kiczu, podkręca seksualność naszej bohaterki (te zbliżenia na twarz, na nogi, taniec erotyczny do rytmu), czasami bawi się kolorystyką (szyby). Ale od momentu gwałtu, klimat staje się coraz mroczniejszy, panowie zaczynają zachowywać jak klasyczni samce, którzy widzą tylko jedno wyjście. Czasami niektóre wydarzenia („ożywienie” Jen czy zatamowanie rany brzucha za pomocą… rozgrzanej puszki po piwie) może zastanawiać, co do prawdopodobieństwa, ale im dalej w las, tym bardziej zaczyna to angażować. Nawet lekko oniryczna wstawka nie jest zwykłą zapchajdziurą, tylko podkręca atmosferę polowania.

revenge2

Najbardziej wyróżnia film jednak praca kamery – bardzo dynamiczna w scenach akcji – oraz świetny montaż. Zarówno wplecione (na krótki moment) zwierzęta, skupienie na „przyrodniczych” detalach. By jeszcze bardziej przerazić, w tle gra elektronika muzyka niemal żywcem wzięta z zaginionego filmu Johna Carpentera czy innego klasyka lat 80. I ostrzegam: film jest bardzo brutalny, wręcz dosadny w scenach przemocy niczym kino klasy B, którym zresztą to dzieło jest. A najmocniejszym punktem pozostaje Matilda Lutz w roli głównej, która bardzo sugestywnie pokazuje jej przemianę ze słodkiej dziewuchy w prawdziwego anioła zemsty. Anioła, który nie wybacza, staje się coraz bardziej skąpana w piachu, błocie oraz krwi – swojej i wrogów. I wierzcie mi, nie chcecie z nią zadzierać.

revenge3

„Zemsta” jest bardzo ostrym, brutalnym kinem, pokazującym jak silny potrafi być sprzeciw kobiety. Jak mówi „nie”, to oznacza „nie” i jeśli to do ciebie nie dotrze, już po tobie. Gęste, bardzo krwawe kino, wiec ludzie o słabych nerwach i żołądkach, mogą sobie odpuścić.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Braven

Joe Braven jest prostym drwalem mieszkającym gdzieś na pograniczu amerykańsko-kanadyjskim. Mieszka razem z żoną i córką oraz ojcem, który po wypadku nie radzi sobie zbyt dobrze z pamięcią. W końcu Joe decyduje się razem z ojcem pogadać o jego problemach w chatce, gdzie nie ma zasięgu. Jednak w chatce, podczas ich nieobecności, schowano torbę pełną narkotyków. Ale teraz przemytnicy wyruszają odzyskać swoje.

braven1

Fabuła tego filmu sprawia wrażenie produkcji z lat 90. Debiutujący na stołku reżyserskim Lin Oeding, całkiem zgrabnie wykorzystuje konwencję oblężenia domu, znajdującego się gdzieś na odludziu. Dookoła śnieg, brak zasięgu, jedna droga oraz łotry uzbrojone po zęby. Po drugiej strony mamy Bravena i ojca, wykorzystujących jedynie spryt, łuk, ewentualnie topory. „Braven” jest bardziej surowy niż choćby „John Wick”, czarujący wizualnym stylem oraz wręcz finezyjnymi popisami kaskaderów, jednak nie należy tego odbierać jako wady. Nasz protagonista jest prostym człowiekiem, a nie jakimś przypakowanym Rambo z umiejętnościami mordowania zdobytymi podczas szkolenia w tajnych służbach, co dodaje troszkę realizmu. Z tego powodu sceny akcji wyglądają dość prosto, jednak potrafią zaangażować, budują napięcie i nie są pozbawione pomysłowości (wykorzystanie pułapki na niedźwiedzia). Sama historia nie jest zbyt skomplikowana, bohaterowie odpowiednio prosto zarysowani, a napięcie ciągle budowane, tak samo jak klimat osaczenia i bezradności. By nie było tak słodko, „Braven” ma jedną, ale za to dość poważną wadę: przewidywalność, co jest aspektem wszystkich obecnie filmów akcji. Jednak sama realizacja sprawia, że nie jest to aż tak poważny problem, który psuje frajdę z seansu.

braven2

Aktorstwo, jak na tego typu kino, trzyma fason. Jason Momoa w roli tytułowej sprawdza się dobrze – jest dzielnym i odważnych facetem, jednak nigdy nie staje się przerysowanym twardzielem. Najsilniej wygrana jest tutaj relacja ze starym, troszkę zagubionym ojcem (świetny Stephen Lang), stanowiąc silny kościec emocjonalny. Nawet czarny charakter (Garrett Dillahunt) jest bardzo wyrazisty, stawiając ludzi po kątach i ma w sobie tyle charyzmy, że trudno przejść obojętnie.

braven3

Sam film to solidne kino akcji zrobione w starym, dobrym stylu. Nie brakuje prostych, lecz angażujących scen akcji, spokojnie prowadzonej intrygi, pełnej drobnych wolt, wyrazistych postaci oraz bardzo surowym klimatem. Jak widać, stara szkoła nadal jest w cenie.

7/10

Radosław Ostrowski

Pierwszy reformowany

Pierwszy Kościół reformowany znajduje się gdzieś w stanie Nowy Jork, chociaż bardziej pełni on rolę muzeum czy sklepu z pamiątkami, zaś msze odbywają się bardzo rzadko. I to tutaj trafia wielebny Ernst Toller – duchowny z dość mroczną przeszłością. Duchowny postanawia w ciągu roku pisać dziennik, w którym szczerze opisze swój dzień, przemyślenia oraz dylematy. Ale zapalnikiem do zmian staje się poznane małżeństwo Mary i Michaela – ona jest w ciąży, on jest zaangażowanym ekologiem z radykalnymi poglądami. Duchowny próbuje mu pomóc, jednak wszystko kończy się samobójstwem mężczyzny.

first_reformed1

Paul Schrader jako reżyser nie odniósł może takich sukcesów jak scenarzysta, niemniej próbuje wrócić na dobre tory. Jego nowe dzieło to troszkę taka współczesna wariacja najsłynniejszego skryptu – „Taksówkarza”, tylko że Travis nosi sutannę. Sama historia toczy się bardzo powolnym, dla wielu wręcz sennym tempem, gdzie widzimy Tollera, który albo się dzieli swoimi przemyśleniami (spisując je, modląc się albo będąc w swoim pokoju), albo wchodzi w interakcje z innymi ludźmi. To wszystko buduje bardzo specyficzny klimat, podkręcony monochromatycznymi barwami oraz obrazem w formacie 4:3 (bardzo wąskie kadry, wręcz ciasne). A jednocześnie próbujemy rozgryźć naszego duchownego. Z jednej strony jest to osoba z bardzo bolesną przeszłością (śmierć syna, rozpad małżeństwa, choroba, alkoholizm), nie pozbawiony jednak empatii oraz wrażliwości, z drugiej jednak strony to cierpienie chyba sprawia mu frajdę i zaczyna się coraz bardziej oddalać od innych. Jego poglądy zaczynają ewoluować w kierunku, jaki miała ofiara, czyli sprzeciwu wobec niszczenia Ziemi, a klincz staje się cięższy, gdy wielebny odkrywa, że sponsor 250-lecia kościoła jest powiązany z rynkiem antyekologicznym.

first_reformed2

Reżyser wykorzystuje kilka wątków (wątek ekologiczny, kwestia poświęcenia dla swoich wartości, romans oraz wątpliwości duchownego), by z jednej strony skupić się na pewnych problemach współczesnego duchowieństwa, z drugiej znowu się przygląda ciemnej stronie człowieka. W którym momencie zaczyna się fanatyzm, jaki jest sens ludzkiego cierpienia. W pewnym momencie zacząłem dostrzegać, że wielebny zwyczajnie oszukuje. Nawet pisząc dziennik (który i tak po napisaniu ma być zniszczony), nie jest ze sobą szczery, bo narracja z offu, niekoniecznie się pokrywa z tym, co widać (o wstaniu trzeźwym, gdy widzimy jak w nocy popija łyskacza). Im bliżej finału, tym bardziej Schrader pozwala sobie na oniryczne momenty, choć mogą one wprawić w konsternację (intymniejszy kontakt duchownego z Mary, gdzie para „odlatuje” poza pokój i lata… nad górami). Zaś zakończenie przypomina dość brutalną prawdę, że nawet ksiądz jest tylko człowiekiem.

first_reformed3

Sprzeczności duchownego bardzo dobrze wygrywa Ethan Hawke, który jednym spojrzeniem mówi więcej niż słowami, a postać Tollera przez cały film pozostaje enigmą. Równie zaskakujący jest Cedrik the Entertainer w roli pastora, który stara się pomagać Tollerowi i wesprzeć go w trudnych chwilach. Troszkę słabiej wypada Amanda Seyfried (Mary), w której romans było mi bardzo trudno uwierzyć. Być może wynika to z faktu, że ten wątek był nie najlepiej napisany, przez co aktorzy mieli związane ręce.

„First Reformed” nie jest wielkim powrotem Schradera do wielkiej formy, ale to silna próba rehabilitacji po ostatnich filmach. Reżyser nadal prowokuje, niebezpiecznie balansuje na granicy kiczu, jednak nie przekracza jej. Bardzo wymagający, ciężki film, który na pewno zostaje w pamięci.

7/10

Radosław Ostrowski

Last Flag Flying

Pamiętacie taki film „Ostatnie zadanie”? Marzył mi się sequel, by poznać dalsze losy Buddasky’ego, Meadowsa oraz Mulhalla. I niedawno powstała kontynuacja, chociaż bohaterowie mają inne nazwiska, zaś ich losy są lekko zmodyfikowane. Hal Ashby nie mógł już tego nakręcić, więc na jego miejsce wskoczył Richard Linklater, aktorzy też są inni, lecz klimat troszkę podobny.

Jest rok 2003, trwa wojna w Iraku. Sal Nealon obecnie prowadzi bar, choć wcześniej był sierżantem, Larry „Doc” Sheppard był medykiem, zaś obecnie prowadzi sklep, a Muhlens został kapłanem. Dawniej wszyscy trzej służyli w Wietnamie, lecz nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Jednak los znowu łączy tych bohaterów. Doc prosi swoich dawnych towarzyszy o udział w pogrzebie swojego syna, który zginął w Iraku. Tylko, czy panowie będą w stanie pomóc?

last_flag_flying1

Linklater bardzo zaskakuje filmem, który jest – tak jak oryginał – bardzo wyciszonym, spokojnym tempem, pozwalając na wiele refleksji. I też jest kinem drogi, gdzie bohaterowie poznają się na nowo – już troszkę bardziej doświadczonych, bardziej dojrzałych (nawet Sal) oraz prześladowanych przez pewne własne demony (pewien nieprzyjemny epizod z wojny). Czy udaje im się odbudować dawną więź? Klimat ociera się o nostalgię, nie brakuje wspomnień z przeszłości oraz prób zrozumienia obecnych czasów, z telefonami komórkowymi, schwytaniem Saddama, a także pewnym bilansem życia. Reżyser nie boi się pokazać instytucji armii w niezbyt pozytywnym śledztwie (kłamstwa w sprawie śmierci, manipulacja co do intencji wysyłania poza kraj), chociaż nie atakuje samych żołnierzy czy weteranów i ich poświęcenia, służby. Zero-jedynkowa wizja świata nie interesuje twórcy.

last_flag_flying2

Mimo, że film jest pozbawiony jakichś technicznych fajerwerków, konstrukcja opowieści może wydawać się troszkę rwana (najważniejsza jest sama podróż, chociaż żałoba po stracie bliskiego jest obecna cały czas), jednak historia zwyczajnie potrafi poruszyć, wzruszyć (składanie flagi czy wizyta u matki poległego kumpla) oraz zastanowić. Jednak film nie jest przyciężkim dramatem i udaje się rozładować sytuację humorem, niepozbawionym ironii oraz złośliwości (rozmowa o Eminemie czy dyskusja z religią w tle), pozwalając utrzymać opowieść w lżejszym tonie.

last_flag_flying3

Ale tak naprawdę ten film nakręca fantastyczne trio aktorskie. Kolejny raz zaskakuje Steve Carrell, który w roli Doca wydaje się najbardziej wyciszonym z całej trójki. Mówi bardzo niewiele, sprawia wrażenie jakby nieobecnego, ale wszystkie emocje malują się na tej pozornie spokojnej twarzy. Między siłą spokoju, a gwałtowną ekspresją balansuje Laurence Fishburne (Mullins) – mieszanka opanowanego księdza, poruszającego się o lasce, a dawnego wojskowego, potrafiącego rzucić mięchem. I nie wywołuje to zgrzytu. Ale tak naprawdę całość kradnie rewelacyjny, szarżujący w sposób kontrolowany Bryan Cranston. Sal w jego wykonaniu na początku sprawia wrażenie najmniej odpowiedzialnego (działa czasem spontanicznie, lubi wypić i jest najbardziej cyniczny), jednak on wydaje się mieć w miarę silny kręgosłup w sprawach lojalności. Jest on też chyba najbardziej stąpającym po ziemi bohaterem („Moja przyszłość jest już za mną”), potrafiący wzbudzić sympatię od razu.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczonym tym nieoficjalnym sequelem „Ostatniego zadania”, które dorównało poziomem oryginału. Film Linklatera też jest portretem swojej epoki tuż po 11 września, ale też pokazuje bohaterów powoli wchodzących w smugę cienia. Mimo powagi tematu oraz emocjonalnego ciężaru, pozwala rozładować klimat humorem. Czyżby miał zostać nowym klasykiem?

8/10 

Radosław Ostrowski

Machina wojenna

Wojna nigdy się nie zmienia. Zawsze była kreowana przez polityków oraz wojskowych, marzących o glorii i chwale, zaś dla cywili oraz zwykłych żołnierzy ma tyle sensu, co szukanie min za pomocą patyka. Kimś takim był generał Glen McMahon – wojskowy idealista, który ma dowodzić wojskami koalicji w Iraku, podczas 8 roku trwania wojny. Tylko, czy ona jeszcze ma sens?

Produkcja Netflixa z zeszłego roku zrobiła spory szum i to z kilku powodów. Film Davida Michoda, twórcy „Królestwa zwierząt” oparty jest na książce dziennikarza Rolling Stone, Michaela Hastingsa o generale Stanleyu McCrystalu oraz jego świcie. Autor parę tygodni po publikacji zginął w niejasnych okolicznościach, generał został zdymisjonowany i przeszedł na emeryturę, zaś członkowie jego świty pełnią ważne funkcje w Białym Domu. Do tego udało się zaangażować Brada Pitta do głównej roli, a także był producentem całości. W założeniu miała to być satyra na wojskowe myślenie, które jest bardzo mocno oderwane od rzeczywistości, że już bardziej się nie da. Wszelkie rozmowy z urzędnikami (zwłaszcza wiceprezydentem), konferencje prasowe czy innymi wojskowymi, nie potrafiącymi zrozumieć całej nowej filozofii z jednej strony potrafią rozśmieszyć. Z drugiej strony im dalej w las, tym bardziej ten śmiech zaczyna tkwić w gardle.

machina_wojenna1

Reżyser miesza tutaj poważne momenty z bardziej groteskowymi wydarzeniami. Kolejne wizyty w prowincji mające przekonać lokalnych ludzi, że jesteśmy tutaj jako pomocna dłoń (czemu hodują konopie zamiast bawełny) czy z żołnierzami z innych baz potrafią uderzyć. Tak samo jak wizyty u ciągle chorującego prezydenta Karzaja, uświadamiającemu dowódcy, iż jest on jedynie marionetką. Jednak prawdziwy dramat widzimy podczas akcji żołnierzy, gdzie dochodzi do strzelaniny i giną cywile. Przez cały czas przewija się tutaj jedno pytanie: jaki jeszcze sens ma wojna w Iraku? Wojna, gdzie nie da się rozpoznać wroga, bo nie nosi munduru, gdzie mieszkańcy kraju traktują obcych jako wrogów. Wojny skazanej na przegraną z powodu braku postępów. Wniosek ten dobitnie wchodzi podczas sceny, gdzie generał próbuje przekonać innych do wysłania kolejnych wojsk i dochodzi do przepychanki z niemiecką polityk (świetna Tilda Swinton) oraz w bardzo gorzkim finale, gdzie dochodzi do zmiany dowódcy, pozostawiając ten sam pierdolnik bez zmian.

machina_wojenna2

Jak sobie poradził Brad Pitt w roli generała-idealisty? Trzeba przyznać, że wykonał świetną robotę, chociaż widać szarżowanie. McMahon może i początkowo wydaje się trepem z wielkim oddaniem dla sprawy, czyli zbyt wielkim optymizmem. Trudno jednak traktować go tylko jako nieodpowiedzialnego błazna, bo oddanie dla sprawy jest dla niego bardzo poważną kwestią. Pod koniec było mi zwyczajnie żal człowieka, podejmującego się niewykonalnego zadania, który robi dobrą minę do złej gry, chociaż wątek żony tylko liźnięto (Meg Tilly). Zwłaszcza, jak ma za wsparcie ludzi z buzującym testosteronem jak Greg Pulver (mocny Anthony Michael Hall), rozgadany PR-owiec Matt Little (solidny Topher Grace) czy Pete Duckman (Anthony Hayes). Nie sposób też nie wspomnieć o Benie Kingsleyu (prezydent Karzaj) czy Willu Poulterze (sierżant Ortega), dodających pewnego smaczku.

machina_wojenna3

„Machina wojenna” to mieszanka naprawdę ostrej i gorzkiej satyry z bardzo poważnym dramatem oraz niewesołymi wnioskami. Amerykanie kolejny raz przedstawieni są jako zbawcy, którzy przynoszą tylko więcej zamieszania niż pomocy, przez co sami obywatele mogą się mocno wkurzyć. Jednak ich samych prawda dawno przestała obchodzić, inaczej nie próbowali by dalej zbawiać świata.

7/10

Radosław Ostrowski