Warsaw by Night

Kolejny film nowelowy z Polski, który mignął przez kina i tyle go widzieli. Tym razem za kamerą stanęła Natalia Koryncka-Gruz wracająca po długiej przerwie do dużego ekranu. Ale czy pobyt i praca przy serialach telewizyjnych nie pozbawiła intuicji reżyserki Jeden lokal, cztery kobiety w różnym wieku i ich historie: od młodej nastolatki z niebieskimi włosami (czyżby ktoś oglądał „Życie Adeli”?) przyjeżdżającej do Warszawy przez niby żyjącą w związku młodą dziewczynę, dojrzałą kobietę próbującą pomóc swojej rozhisteryzowanej siostrze po rozwiedzioną starszą panią śledzącą swojego byłego męża.

warsaw_by_night1

Wszystkie te opowieści skupiają się na tej jednej nocy (ewentualnie dniu przed nią), lecz sprawiają wrażenie bardzo takich pourywanych, z wieloma niedopowiedzeniami – zbyt wieloma – oraz bardzo krótkim czasie skupionym na każdej postaci, co bardzo mocno mnie zabolało. Jednak niemal wszystkie bohaterki (poza wizytą w toalecie) łączy jeszcze jedna rzecz: poczucie samotności, znudzenia, odrzucenie. Tylko, że te obserwacje reżyserki wydają się kompletnie pozbawione emocji, zaś zachowanie niektórych osób (niekoniecznie na pierwszym planie) wydaje się co najmniej zastanawiające. O ile jeszcze Igę, decydującą się pójść na rozmowę zamiast siostry z kochanką jej męża jestem w stanie zrozumieć, o tyle najbardziej drażni mnie Maja. Niby jest w związku, ale traktuje swojego partnera jak śmiecia (pyskuje, jest egoistką, do restauracji ubiera się jak na dyskotekę, nie słucha go), nie liczy się z jego zdaniem i jest tak odpychająca, że brakuje słów. Jeszcze uwagę potrafi skupić niebieskowłosa Renata oraz jej pobyt w Warszawie, zakończony gwałtowną wizytą u – nie, tego wam nie zdradzę – czy ubarwiony odrobiną humoru wątek Igi oraz jej rozmowy z kochanką.

warsaw_by_night2

Tylko, że reżyserka nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału swojego filmu o różnych aspektach miłości, polanych melancholijnym sosem. Dialogi miejscami przyprawiają o ból głowy, zaś obecność taksówkarza pytającego o pewien nadprzyrodzony problem, wydaje się zbyteczna. Muszę przyznać, że ładnie to wygląda, w tle gra bardzo pulsująca muzyka i nie jest to produkcja w stylu TVN-u. To wszystko jednak jest mocno nijakie, sztuczne, bez początku oraz końca, lekko telenowelowe. Gdyby każdy z tych wątków rozbudować, dodając jakieś 15-20 minut, dałoby się z tego wycisnąć dużo soczystości.

warsaw_by_night3

Najlepiej z tej kosmicznej obsady robi Stanisława Celińska, czyli najbardziej doświadczona przez życie Helena. Troszkę zgorzkniała, rozczarowana i pełna żalu, bólu, poczucia niespełnienia, gdy wypowiada swoje pretensje swojemu partnerowi (mocny Marian Dziędziel) nie czuć w niej fałszu. Drugim mocnym punktem jest wtedy kompletnie nieznana Marta Mazurek (Renata) – zbuntowana, skrywająca pewną tajemnicą, chociaż jej tło pozostaje niezbyt zarysowane (chociaż wybija się Gabriela Muskała jako matka). Za to kompletnie drażniła mnie Roma Gąsiorowska (Maja), wywołująca sprzeczne emocje niż sobie założyli twórcy. A drugi plan jest wręcz przebogaty, że głowa mała, a najbardziej z tego tłumu wybija się Łukasz Simlat (tajemniczy Filip) oraz Joanna Kulig (kochanka).

Jak wygląda Warszawa nocą? Bywa ładna, czasami potrafi poruszyć, jednak przez większość czasu zwyczajnie nuży. Przerwa od realizacji filmów była zdecydowanie za długo, chociaż czuć było duży potencjał.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Plan B

Nowelowe kino ostatnio znowu przeżywa renesans. Ale z drugiej strony takie filmy, gdzie mamy przeplatane historyjki kilku postaci wymagają więcej precyzji, skupienia i zgrania wszystkich elementów do kupy. Tego zadania postanowiła podjąć się Kinga Dębska w swoim trzecim filmie „Plan B”.

Akcja toczy się parę dni przed Walentynkami, zaś bohaterami jest czworo ludzi znajdujących się w tym momencie, gdzie ich życie zaczyna się wywracać do góry nogami. Mirek właśnie wyszedł do więzienia, a w domu nikt na niego nie czeka, u Natalii (kiedyś wiolonczelistka) córka wyjeżdża za granicę i zostawia ją mąż, Agnieszka (wykładowca) traci ukochanego w wypadku, zaś Klara bardziej skupia się na życiu swojego ojca niż własnym. Innymi słowy spokojne i stabilne życie zostało zburzone w ułamku sekundy. Tylko co dalej?

plan_b1

Jak wspominałem historie tutaj się przeplatają, czyli przeskakujemy z jednej postaci do drugiej, chociaż niektóre wątki są bardzo luźno ze sobą powiązane. Wszystkie mają za to jeden wspólny mianownik: samotność. Każdy z bohaterów musi się pogodzić z zastaną sytuacją i odnaleźć swoje miejsce. Ale od czego są inni ludzi, bo czasem przypadkowe zdarzenie może doprowadzić do czegoś nowego, znalezienia nowej, bliskiej osoby (z którą raźniej można iść przez drogę zwaną życiem), przewartościowania, znalezienia nowego planu na siebie. Same przejścia nie wywołują dezorientacji czy chaosu, a całość polana jest sporą ilością ciepłego humoru. Tylko, że to wszystko wydaje się (dla mnie) zbyt skrótowe, pewne problemy są nagle rozwiązywane, poza kadrem. I przez to nie byłem w stanie do końca wejść w ten tytuł. Nie brakuje kilku zapadających w pamięć momentów (pierwsze spotkanie Mirka z psem i wspólny posiłek, zdemolowanie kuchni przez Natalię czy scena pogrzebu), nawet wręcz dramatycznych, tylko scenariusz mocno kuleje, mimo iż Dębska wyciska z niego wszystko. Za łatwo to wszystko wchodzi, postacie są dość lekko zarysowane, a wiele scen zasługuje na rozwinięcie.

plan_b2

Ale trzeba przyznać, że wszystko to jest świetnie zagrane. Na pierwszy plan wybija się Marcin Dorociński, który od początku budzi sympatię, a jego interakcje z psem dodają bardzo dużo lekkości. Klasę także potwierdza Kinga Preis (Natalia) oraz dawno nie widziana – przynajmniej przeze mnie – Edyta Olszówka (Agnieszka), przekonująco pokazując stany emocjonalne swoich bohaterek w bardzo powściągliwy sposób. Za to odkryciem dla mnie była Małgorzata Gorol (Ania), dodając odrobinę dynamiki w relacji z Agnieszką. No i jeszcze Roma Gąsiorowska pokazująca się z dobrej strony.

plan_b3

Powiem szczerze, że „Plan B” wywołał we mnie poczucie lekkiego niedosytu. Można było troszkę rozciągnąć i rozbudować każdy z tych wątków, bo scenariusz jest najsłabszym ogniwem. Ale seans pozostaje bardzo przyjemny, wręcz działa kojąco, co jest ogromną zasługą Dębskiej. Tylko przyzwoite dzieło.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Azyl

Kiedy wydaje się, że już niczego nowego w temacie Holocaustu nie da się opowiedzieć, pojawiają się goście zza Wielkiej Wody. Oni potrafią wyciągnąć historie ludzi, pomagających w ukrywaniu Żydów podczas tych barbarzyńskich czasów II wojny światowej. Takimi ludźmi byli też Antonina i Jan Żabińscy – właściciele warszawskiego zoo, gdzie ukryło się ponad 300 osób. O nich opowiada „Azyl” Niki Caro.

azyl1

Sam film jest przykładem solidnego rzemiosła, zrobionego wręcz od linijki. Sam początek, czyli działalność zoo przed wojną wygląda wręcz sielankowo, zwierzęta wyglądają pięknie, a czas mija bardzo przyjemnie. Tylko, że potem wybucha wojna, zoo nie jest potrzebne w swojej pierwotnej formie, zwierzęta są zabijane, a świat staje się coraz bardziej brudny. Tylko, że reżyserka nie próbuje zbyt mocno zarysowywać tła – okupacyjna rzeczywistość do Żabińskich wchodzi bardzo rzadko: bombardowanie na początku, stworzenie magazynu czy hodowla świń. Jednak najważniejsza jest jedna decyzja: wyciąganie ludzi z getta, nadanie im nowej tożsamości, ukrywanie w domu (sygnałem była grana muzyka na fortepianie) oraz wywóz poza miasto. Dla mnie jednak problemem było to, że twórcy zrobili ten świat tak zero-jedynkowy, jakbyśmy oglądali czytankę dla szkół: Polacy są tutaj dobrzy i wykształceni, zaś Niemcy to barbarzyńscy brutale. I wiem, że takie przykłady na pewno można łatwo znaleźć, zaś potencjalne konflikty (dość trudna relacja Żabińskich z dr Lutzem, głównym zoologiem Rzeszy) są pokazane w sposób bardzo uproszczony, wręcz skrótowy. Okupacyjna Warszawa, choć robi wrażenie detalami (przedmioty z epoki, plakaty na ulicach), to jednocześnie wydaje się on bardzo sterylny, „czysty”. Brakowało mi poczucia zagrożenia i tego, że jest wojna.

azyl2

Nie oznacza to jednak, że „Azyl” jest kompletnie nudny. Ma kilka bardzo mocnych scen jak choćby wątek związany z pobitą oraz zgwałconą dziewczynką, którą udaje się ukryć (Urszula), walki powstańcze, pożegnanie dr Korczaka czy zabijanie zwierząt przez wojsko, niemniej to za mało by mówić o angażującym dziele. Do tego jeszcze ten język angielski, który może niektórych kłuć.

Niemniej film ma jeden, wyrazisty element – Jessikę Chastain, która dźwiga cały ten film na swoich barkach. W jej interpretacji Żabińska jest z jednej strony bardzo silną, zdeterminowaną kobietę, z drugiej bardzo delikatną, wystraszoną (zwłaszcza w scenach z Lutzem – niezawodny Daniel Bruhl). Scena rozmowy z Urszulą, rozmowy z mężem czy bardzo mocny finał zapadają bardzo w pamięć. Kolejny przykład one man show.

azyl3

Mimo tych wad cieszy mnie, że ten film powstał. Szkoda, że ten film nie został zrobiony przez nas. Chociaż być może nie byłby lepszy od tego standardu made in Hollywood, ale tego się nie dowiemy. Zaledwie poprawna robota.

6/10

Radosław Ostrowski

Wieczór gier

Lubicie grać? Z kumplami albo paczką przyjaciół? Na pewno lubi to robić Max – mistrz wszelkiego rodzaju szarad. Podczas jednej z nich poznał Annie, która też uwielbia grać. Czy może być lepsze połączenie? Do szczęścia brakuje jedynie dziecka, ale tradycją stało się urządzanie wieczoru gier. Jednak prawdziwym kozakiem w grach jest brata Maxa, Brooks. Ten gość ma dużą chatę, wiele kasy i wydaje się być lepszy we wszystkim. Decyduje się zaprosić Maxa z kumplami do siebie na grę o wiele poważniejszą z porwaniem w tle. Tylko, że porwanie nie okazuje się częścią gry.

wieczor_gier1

Sam pomysł na tą komedię może wydawać się dość prosty, czyli komplikujemy intrygę, która się na to nie zapowiada. Ale duet John Francis Daley/Jonathan Goldstein postanowili zaryzykować, mieszając komedię z sensacyjnym wątkiem. I muszę przyznać, że „Wieczór gier” potrafi dostarczyć rozrywki od samego początku do samego końca. Po kolei: koncept paczki kumpli pakujących się w niebezpieczną aferę daje duże pole do popisu. Twórcy pokazują kompletnie różne charaktery – od pary znającej się praktycznie od małego aż do niezbyt lotnego gościa co wieczór przychodzącego z nową dziewczyną. Podczas gier poznajemy kolejne problemy naszych bohaterów (domniemana zdrada, kwestia braterskiej rywalizacji, lekceważenie jednego z członków), ale moralizatorstwo nie jest tutaj nachalne i rzucane prosto w twarz.

wieczor_gier2

Do tego sama intryga jest poprowadzona w sposób nieprzewidywalny. Brooks pakuje się w poważną aferę związaną z pewnym jajkiem, które trzeba ukraść, gangsterskie porachunki oraz akcje w stylu Liama Neesona. Tempo jest odpowiednio utrzymane cały czas, zaś kilka gagów (wyjęcie kuli z rany postrzałowej czy próba wyczyszczenia krwi z pokoju policjanta) to prawdziwe perełki. Trzeba za to też pochwalić pomysłowe wykonanie scen akcji (porwanie Brooksa czy przerzucanie się jajkiem w rezydencji), płynny montaż oraz parę popkulturowych aluzji („Podziemny krąg”, „Uprowadzona 3”) także w dialogach. I nie ma tutaj ani jednego kloaczno-żenujacego żartu. To na pewno komedia z USA? Jedyną dla mnie poważniejszą wadą była muzyka Cliffa Martineza, początkowo sprawiająca wrażenie z innego świata, ale potem staje się łatwiejszym tłem.

wieczor_gier3

Za to film jest świetnie zagrany. Czuć chemię miedzy postaciami, nawet w momentach „oddechu”. Dla Jasona Batemana (Max) takie kino to chleb powszedni i tutaj tylko to potwierdza, za to kompletnie mnie zaskoczyła Rachel McAdams (Annie), której nie podejrzewałem o taki talent komediowy. Ratowanie Brooka w barze czy akcja na lotnisku wypadają świetnie. Swoje też robi pojawiający się w epizodach Danny Huston oraz Michael C. Hall w rolach gangsterów i Jeffrey Wigant („agent FBI”).  Ale film kradną Billy Magnusson (skretyniały Ryan, wierzący we wszystko) oraz zaskakujący Jesse Plemons (dość niepokojący gliniarz Gary), podnosząc całość na wyższy pułap.

„Wieczór gier” przywraca nadzieję w amerykańskie komedie, które nie są zbyt moralizatorskie, wulgarne czy z dowcipami w okolicach krocza. I przede wszystkim jest śmieszna, a o to tu chodzi. Seans będzie lepszy, jeśli zobaczycie go razem z kumplami.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

On wrócił

Rok 2014 pozornie wydawał się zwykłym rokiem w kraju, gdzie na kiełbasę mówi się wurst, popija się piwo, zaś symbolem urody jest Angela Merkel. I właśnie tutaj budzi się kompletnie nie znając przyczyny… Adolf Hitler. Tak, ten sam wąs, ten sam uniform, tylko kompletnie upaprany piachem i błotem. Ale rzeczywistość wydaje się dla niego kompletnie obca i wtedy pojawia się zwolniony pracownik telewizji, niejaki Fabian Sawatzki, który przypadkowo sfilmował przywódcę III Rzeszy.

on_wrocil1

Niemiecka komedia – samo sformułowanie brzmi bardziej groźnie niż jakakolwiek broń masowego rażenia zrobiona kiedykolwiek przez ludzkość. Dodatkowo w roli głównej mamy Adolfa Hitlera, którego poglądy bardziej wywołują przerażenie niż śmiech. Początkowo film może się wydawać zbiorem gagów, gdzie Fuhrer popełnia kolejne gafy, nie rozpoznając się we współczesnym, poprawnym politycznie świecie. I nie boi się reprezentować swoich poglądów, nadal chce rządzić światem i uczynić Niemcy wielkie. Przecież wydawałoby się, że dzisiaj ktoś taki już mieć racji bytu. Prawda? Reżyser pokazuje, że… niekoniecznie byłaby to prawda. O ile na początku jego obecność wydaje się ciekawostką, jednak wykorzystanie przez Hitlera nowych narzędzi komunikacji (telewizja, Internet, Facebook) sprawia, że śmiech zaczyna coraz bardziej tkwić w gardle. Bohaterowie zaczyna zaś dostrzegać prawdę o człowieku uważanym za błazna. Ale czy wtedy nie będzie już za późno?

on_wrocil2

Choć wiele scen jest autentycznie rozbrajających (rozmowa Hitlera z szefem neonazistów czy Hitler malujący… portrety), „On wrócił” ma kilka trafnych obserwacji oraz bardzo dużo goryczy. Atakuje się zarówno telewizję serwującą kontrowersyjne programy oraz lekką rozrywkę, polityków pozbawionych siły woli oraz charyzmy, wszelkiej maści YouTuberów komentujących program czy celebrytów. Ale najbardziej przeraża coś innego – gdy zaczniemy się wsłuchiwać w poglądy Adolfa H., okazuje się mieć wiele racji. Zaś samą ciszą potrafi przyciągnąć uwagę bardziej niż długimi przemówieniami. I to, że wiele ludzi z tymi poglądami skrycie się identyfikuje, jakby wiedział o pragnieniach, poczuciu wielkości. Jakby trafnie znał ukryte pragnienia, tłumione lęki oraz rasizm, homofobię, nienawiść do imigrantów. To bardzo mocno przypomina ostatnia scena, gdzie widzimy zamieszki, protesty oraz przemówienia polityków z bardziej skrajnej sceny europejskiej polityki.

on_wrocil3

Czy ten świat już oszalał? Czy niczego się nie nauczył? – pyta reżyser przy okazji tej świetnej satyry. Bardzo dobrze wykonanej, świetnie zagranej (tutaj błyszczy rewelacyjny Oliver Masucci w roli Hitlera) oraz bardzo przerażająco gorzkiej. Bo wnioski nie nastrajają optymizmem, ale o tym przekonajcie się sami.

7/10 

Radosław Ostrowski

Przebudzenie dusz

Czy wierzycie w duchy czy zjawiska nadprzyrodzone? Profesor Goodman nie wierzy w takie bzdury i demaskuje wszelkich oszustów, będących medium, nawiązujących kontaktów z duchami. Ale pewnego dnia dostaje listy od swojego idola, uważanego od wielu lat za zmarłego. Ten proponuje naszemu naukowcowi trzy sprawy, których nie jest w stanie rozwiązać. Czyżby naprawdę trzej panowie (młody chłopak, były stróż oraz biznesmen) widzieli to, co było naprawdę czy może to jest jakieś wyrafinowane oszustwo?

przebudzenie_dusz1

Horror ostatnio znowu stał się na fali, ale horror będący ekranizacją sztuki teatralnej, to bardzo rzadki ptak. Debiutujący twórcy Jeremy Dyson oraz Andy Nyman w swoim filmie próbują bawić się całą konwencją kina grozy, obiecując mieszankę antologii, polanej czarnym humorem oraz wątkiem detektywistycznym. Czego tu nie ma: duchy, demony, zjawy, nawiedzone budynki, nagle gasnące światło, nieostre dźwięki. Powinienem był się wynudzić jak mops, bo ile można to wałkować, niemniej oglądało mi się całkiem dobrze. Twórcy świadomie wykorzystują różne klisze kina grozy (świetnie wyglądające retrospekcje), realizacyjnie ocierając się o klasyków gatunku. Mamy tu znajome chwyty: a to nagle gaśnie w budynku światło, znikąd pojawia się (i jeszcze szybciej znika) jakaś postać, przedmioty się same poruszają. Niemniej twórcom udaje się zbudować nastrój tajemnicy i grozy za pomocą zarówno świetnej pracy kamery (te krajobrazy z trzeciej noweli, gra oświetleniem), sprawnego montażu oraz wybijającej się muzyki.

przebudzenie_dusz2

Sam motyw śledztwa dodaje świeżości do tego gatunku, ale szkoda, iż to nie zostaje do końca wykorzystane. Parę razy są mylone tropy, wrażenie robią drobne detale (druga historia od momentu przyjścia naukowca do domu oraz reakcji reszty mieszkańców) oraz kilka drobnych wolt (historia trzecia). Wszystko się jednak sypie w zakończeniu. Z jednej strony ma ono wywołać kompletną konsternację i zszokować, ale niektórzy szybciej poskładają klocki, chociaż jest tu odrobina zabawy (nagła zmiana dekoracji).

Równie wiele dobrego jestem w stanie powiedzieć o aktorach. Współreżyser Andy Nyman zagrał tytułową rolę sceptycznego naukowca z dość szorstką przeszłością (pokazane w czołówce sceny z bar micwy), tym razem trafiający na sprawę wymykające się racjonalnemu wytłumaczeniu. Jego pewność siebie i pycha zaczynają z każdą sekundą gasnąć, ustępując miejsca przerażeniu. Dla mnie film jednak skradli Alex Lawther oraz Martin Freeman. Ten pierwszy balansuje na granicy przerysowania jako rozdygotany, przerażony nastolatek, drugi początkowo wydaje się bardzo zdystansowany oraz grający bardziej na luzie, by w finale pokazać zupełnie inne oblicze. I ta kreacja jest bardzo zaskakująca.

przebudzenie_dusz3

Ciężko jednoznacznie ocenić ten film. Z jednej strony twórcy bawią się wszelkimi kliszami i szablonami z kina grozy, nie wywołując znużenia czy irytacji, z drugiej szokujące oraz przewrotne zakończenie sprawia wrażenie wziętego jakby z innej bajki. Szkoda, że porzucono prowadzenie śledztwa, bo to było świeże w tej antologii. Mam nadzieję, że ktoś wykorzysta ten wątek i zrobiłby serial z detektywem próbującym demaskować fałszywe zjawiska paranormalne.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Regression

Małe miasteczko w stanie Minnesota, rok 1990. Spokój, sielanka i w zasadzie żadnych poważnych przestępstw. Aż do momentu, gdy pewna 17-letnia dziewczyna oskarża swojego ojca o molestowanie. Problem w tym, że mężczyzna nie pamięta niczego takiego, zaś dla detektywa Bruce’a Kinnera sprawa staje się bardzo trudna. Śledczy decyduje się w końcu poprosić o pomoc psychiatrę, wykorzystującego regresyjną hipnozę. Wnioski są bardzo przerażające – czy naprawdę w miasteczku jest sekta?

regression1

Alejandro Amenabar kinomanom zapadł w pamięć swoim horrorem „Inni” czy thrillerem „Otwórz oczy”. Ostatni film zrealizowany w 2015 roku jest klasycznym dreszczowcem w starym stylu. Samo śledztwo prowadzone jest dość niespiesznie, bardziej stawiając na mroczny nastrój oraz atmosferę niepokoju. A osadzenie w latach 90., gdzie nie ma komputerów, telefonów komórkowych, a pieniędzy nie starczy nawet na bilety jest bardzo odświeżające. Nikt tu nigdzie się nie spieszy, a reżyser serwuje kolejne wolty, tajemnice oraz podkręca stan wręcz psychozy. Największe wrażenie robiły na mnie sceny „wspomnień” wyciąganych z hipnozy. Zdjęcia są bardzo rozmyte, nieostre, zaczynają pojawiać się kolejne szczegóły, wywołując prawdziwe przerażenie. Scena, gdzie nasz detektyw wchodzi do warsztatu, słuchając zeznań ofiary i „widzi” te wszystkie szczegóły, przeraża. Tylko pojawia się jedno ważne pytanie: dlaczego, poza zeznaniami, nie ma nic? Czy naprawdę jest w miasteczku są sataniści? Zaś poczucie paranoi coraz bardziej zaczyna się udzielać nie tylko naszemu śledczemu, lecz mnie. Sugestie, że działa potężna grupa, umiejąca się wtopić w tłumie, obserwującą wszystkich „podejrzanych” działają tak przekonująco, iż wydaje się to jedynym racjonalnym wytłumaczeniem. To wrażenie potęgują jeszcze zdjęcia – bardzo stonowane, ze zgaszonymi kolorami oraz dużą ilością mroku, a także sakralno-smyczkowa muzyka.

regression2

Tym bardziej boli mnie zakończenie tego filmu. Z jednej strony może zaskakiwać, bo okazuje się zwykłą podpuchą i pokazuje jak bardzo łatwo można stworzyć zbiorową histerię. Ale z drugiej kompletnie gryzie się z konsekwentnie budowanym klimatem. Może, gdyby wycięto jedną scenę, efekt byłby o wiele mocniejszy. Ale i tak „Regression” pozostaje świetnym thrillerem.

Swoje też robi obsada. Kolejny raz błyszczy Ethan Hawke, który w roli detektywa Kinnera, pokazuje klasę. To klasyczny śledczy ze zniszczonym życiem prywatnym, bardzo skupiony i coraz bardziej zaangażowany w sprawę, przez co zaczyna świrować. I to wszystko pokazane jest bardzo przekonująco. Partnerujący mu David Thewlis w roli psychiatry tworzy bardzo intrygujący duet, chociaż sam jest bardzo opanowany, spokojny, wręcz do bólu racjonalny. A jak radzi sobie grająca rolę ofiary Emma Watson? Ku mojemu zdumieniu dobrze udźwignęła przerażoną, bardzo wycofaną postać, skrywającą mroczną tajemnicę.

regression3

Sam film, choć został pominięty w naszych kinach, zmasakrowany przez krytyków, nie zasłużył na swój los. Powoli, konsekwentnie budowany klimat, poczucie niepokoju oraz lęku, świetne aktorstwo, kilka naprawdę przerażających scen oraz intryga działa przez ¾ filmu. Gdyby nie zakończenie, byłby to znakomity thriller. Na razie to ostatnie dzieło Chilijczyka, o którym zrobiło się nagle cicho. Może jeszcze wróci.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Babskie wakacje

Emily pracuje w sklepie z ubraniami, jest uzależniona od social media, zaś kontakty z matką oraz niedojrzałym bratem ogranicza do minimum. Życie wydawałoby się idealne, ale rzuca ją chłopak, z pracy zostaje zwolniona, a biletów na wyjazd do Bogoty nie może wycofać. Zdesperowana i pragnąca się zabawić postanawia zabrać ze sobą… matkę, która raczej domu nie opuszcza. I kiedy wydaje się, że jest szansa na odnowienie więzi, obydwie panie zostają porwane.

Jonathan Levine to filmowiec, który zaskoczył mnie dwoma swoimi filmami. Najpierw komediodramatem z rakiem w tle „Pół na pół”, gdzie klasę znowu potwierdził Joseph Gordon-Levitt oraz „Wiecznie żywym” – nieoczywistym mariażem komedii romantycznej z horrorem. To jakby wystarczyło, by udzielić mu kredytu zaufania na kolejne tytuły. Ale „Babskie wakacje” dość mocno nadszarpnęło moje zaufanie. Pomysł na tą komedię był dość prosty i miał wszelkie powody wypalić: kontrast dwóch kobiet w egzotycznym kraju, gdzie pakują się w kolejne, coraz większe tarapaty. Co mogło pójść nie tak?

babskie_wakacje1

Sam punkt wyjścia był może i ograny, ale można było to ograć na pierdyliard sposobów. Zderzenie imprezowej, bardzo ufnej Emily z dość ostrożną, powściągliwą Lindą mogło doprowadzić do wrzenia i iskrzenia, jednak nie czuć chemii i żadnych emocji między tymi bohaterkami. Nawet żarty wynikające z interakcji, oparte na zderzeniu charakterów albo nie działają z powodu przegięcia (wszelkie reakcje Jeffreya i kłótnie z agentem) , albo wywołują jedynie uśmiech politowania zmieszanego z żenadą (akcja z wyciąganiem tasiemca czy mycie „myszki” w toalecie). Choć nie zabrakło kilku dość intrygujących postaci (wyszkolona komandoska Barb czy ekscentryczny przewoźnik Roger), znikają z ekranu bardzo szybko, nie wykorzystując w pełni swoich umiejętności, zaś niektóre momenty związane ze scenami akcji są zbyt absurdalne.

Pochwalić można za to zdjęcia, bo plenery wyglądają naprawdę ładnie – zwłaszcza dżungla i rzeka, a także zgrabnie wplecione piosenki. Ale Levine’owi zabrakło zwyczajnie wyczucia oraz tempa, w czym ewidentnie przeszkadza scenariusz, chociaż próbuje coś z tego wycisnąć. I nawet jeśli trafi się całkiem niezły gag (kapoeira), ginie w natłoku miernoty.

babskie_wakacje2

Aktorzy też próbują coś więcej zagrać, jednak efekt jest co najwyżej bezbolesny. Między Amy Schumer (Emily) a wracającą z długiej przerwy Goldie Hawn (matka) nie czułem zbyt silnej chemii, a zderzenie tych charakterów nie działa. Ta pierwsza jest tak antypatycznym i podłym bucem, że nie dziwię się ani jej chłopakowi, szefowej czy reszcie rodziny. Nie da się jej polubić, a jej przemiana jest równie przekonująca jak obietnice wyborcze. Hawn jako mieszanka spokoju, nerwów i zadziorności miewa przebłyski, jednak też scenariusz mocno ją ogranicza. Z drugiego planu najbardziej przebija się Joan Cusack (lekko świrnięta Barb), Christopher Meloni (Roger) oraz Wandę Sykes (Ruth), chociaż za mało i za rzadko się prezentują.

Panie Levine, tym razem nie za bardzo wyszło. Być może to poczucie humoru dotarłoby bardziej dla Amerykanów, jednak „Babskie wakacje” są filmem marnującym swój potencjał w zarodku. Głupawy, nudnawy, wleczący się oraz niezbyt śmieszny. Takie komedie niszczą ten gatunek.

4/10

Radosław Ostrowski

Sophie i wschodzące słońce

Jesień 1941, miasteczko Salty Creek w Karolinie Południowej. Życie płynie tutaj powoli i spokojnym rytmem. Aż do czasu, gdy zostaje znaleziony tajemniczy nieznajomy – pobity, bez dokumentów, dodatkowo skośnooki, pan Ohta. Trafia pod opiekę pani Anne Morrison – jednej z szanowanych osób w miasteczku, przy okazji pomagając jej w ogrodzie. Najbliższą przyjaciółki jest sąsiadka – Sophie, która lubi dwie rzeczy: przyrodę oraz malowanie. Powoli zaczyna iskrzyć między nią a przybyszem, jednak wtedy pojawia się 7 grudnia i atak na Pearl Harbor.

sophie1

Film ten dwa lata temu pojawił się na festiwalu w Sundance, jednak do naszych kin nie trafił. A szkoda, bo to jeden z najciekawszych romansów ostatnich lat. Reżyserka Maggie Greenwald pokazuje pozornie zwykłe miasteczko, gdzie wszyscy się znają, są dobrze nastawieni i życzliwi. Z drugiej jednak żyje plotkami, uprzedzeniami, rasizmem oraz bigoterią. Jedno zdarzenie, czyli atak z 7 grudnia staje się impulsem do pokazania swojej wrogości wobec przybysza (początkowo nazywanego Chińczykiem). Ale ci, próbujący zachować się przyzwoicie też są brani na celownik i te momenty potrafią doprowadzić do wściekłości. Wydaje się, że romans w takich okolicznościach nie ma prawa się udać, zmuszając do ukrywania się. I te dwa kontrasty reżyserka pokazuje w sposób bardzo delikatny, bo nawet ci teoretycznie źli, nie są pokazywani tutaj w sposób jednowymiarowy, groteskowy czy przerysowany. Najbardziej wierząca Ruth Jeffries (trzymająca poziom Diane Ladd) jest naznaczona pewną prywatną tragedią, doprowadzającą do nienawiści oraz „próbą ochrony przed grzechem”, wywołując bardziej współczucie niż wrogość.

sophie2

Dodatkowo mamy przebitki na pewne zdarzenia z przeszłości tytułowej bohaterki (znakomita Julianne Nicholson) – bardzo eterycznej kobiety, traktowanej jako „wyklęta” (scena, gdy mieszkańcy miasteczka w Święta śpiewają pieśni, ale pod jej domem przechodzą w milczeniu), ale jednocześnie ma ona w sobie wiele siły w osiągnięciu celu. Sceny malowania, zbierania roślin czy relacji z Othą (naturalny Takashi Yamaguchi) – pełnym kultury Japończykiem, pociągającym mężczyzną, co nie wadzi nikomu.

sophie3

Historia potrafi poruszyć, zaangażować i kilka mocnych scen. Dodatkowo wszystko jest bardzo pięknie sfotografowane (przyroda wygląda niesamowicie), z bardzo stylową, liryczną muzyką w tle. Potrafi uwieść swoim nastrojem i niespiesznym klimatem, prowokując do pewnych pytań na temat pewnych postaw.

8/10 

Radosław Ostrowski

Upgrade

Czym jest cyberpunk, chyba nie trzeba tłumaczyć. Każdy, kto oglądał „Blade Runnera”, grał w „Deus Exa” czy czytał powieści Williama Gibsona zna świat wszczepów, udoskonaleń technologicznych, mających ułatwić życie. Jednak nie każdy chce mieć wydrukowaną pizzę, zdalnie sterowany wóz czy inne ułatwienia. Kimś takim  jest Grey (nie Christian) – mechanik samochodowy, mieszkający z żoną, będącą zwolenniczką nowych technologii. Ale wracając do domu, auto się psuje, oboje zostają napadnięci. Kobieta ginie, a mężczyzna zostaje sparaliżowany od szyi w dół. Świat wtedy jest do dupy, a tylko technologia pomaga mu funkcjonować. I wtedy jego dawny zleceniodawca, decyduje się mu pomóc za pomocą wszczepu zwanego Stemem, dzięki któremu będzie mógł się samodzielnie ruszać. Ale wszystko się zmienia, gdy maszynka zaczyna „mówić” głosem, a Grey decyduje się dokonać zemsty.

upgrade1

Gdy poznałem nazwisko reżysera „Upgrade” nie byłem pewny, czy chciałem to zobaczyć. Leigh Whannell, czyli scenarzysta „Piły” nie wydawał się właściwym kandydatem, dodatkowo mierzącym się z nieznanym sobie gatunkiem. Sama fabuła to mieszanka cyberpunkowego SF, z brutalnym kinem akcji klasy B, bez imponującego budżetu. Jednak nie jest to dla twórcy problem, bo reżyser bardzo sprawnie lawiruje między gatunkami, mieszając kino gatunkowe z refleksjami na temat sztucznej inteligencji oraz człowieczeństwa.

upgrade2

Wynika to z wątku związanego ze Stemem. Na początku – za pozwoleniem naszego protagonisty – jest w stanie tymczasowo przejąć kontrolę nad ciałem bohatera, zmieniając go w maszynę do zabijania. Ale z czasem zaczyna coraz bardziej ingerować w życie bohatera, podpuszczając go do realizacji jednego celu – zemsty. I o dziwo, obydwa te wątki nie wywołują zgrzytu i się pięknie uzupełniają aż do bardzo przewrotnego finału.

Realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić, mimo że film nie miał tak dużego budżetu jak powiedzmy nowy „Blade Runner”. Nie brakuje zarówno neonowych świateł i mocnych kolorów (siedziba Erona, kryjówka hakerki), jak i bardziej futurystycznie wyglądających samochodów oraz prostych gadżetów jak maszyna do aplikowania leków czy zamówienia jedzenia. Efekty specjalne wyglądają imponująco, tak jak sceny akcji, gdzie Stem „rusza” się bohaterem, a kamera jest usztywniona. Wygląda to wręcz obłędnie, choreografia jest pomysłowa i finezyjna, a sceny odpowiednio brutalne (akcja w łazience knajpy). Jedynym dla mnie poważnym problem jest słabo zarysowany drugi plan (poza Stemem): źli są źli, bo kurwa tak, rodzina Greya pojawia się bardzo krótko, a o prowadzącej śledztwo policjantce wiemy, że lubi stosować staroszkolne metody pracy.

upgrade3

Więcej pola do popisu masz Grey (świetny Logan Marshall-Green, czyli klon Toma Hardy’ego z brodą), serwujący masę sprzecznych emocji: od bólu, gniewu, bezsilności aż po żądzę zemsty. Miłośnik „nie cyfrowego” stylu życia, zmuszony do życia z czipem. Na mnie największe wrażenie robił w scenach akcji, nie tylko z powodu ich wykonywania, ale pewnego mrocznego paradoksu. Gdy walczy i atakuje swoimi nogami oraz rękoma, jego twarz pokazuje zupełnie inne emocje: dezorientację, szok oraz przerażenie tym, co robi. Niczym w horrorze, wznosząc całość na wyższy poziom.

Whannell zaskoczył wszystkich i pokazał, że z małym budżetem (niczym klasycy kina z lat 70. i 80.) jest w stanie wyczarować świetne kino. „Upgrade” to wszystko, co najlepsze w kinie klasy B – mroczny, niepokojący klimat, a cyberpunkowy sznyt oraz świetna rola Marshalla-Greena wznosi całość na o wiele wyższy poziom. Poza akcją potrafi sprowokować do zastanowienia się.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski