Ostatnie pokolenie

Wyobraźcie sobie świat, w którym coraz trudniej jest zdobyć wodę z powodu ogromnej suszy. Z tego powodu dystrybucja tego surowca jest mocno ograniczona, zaś ranczerzy, by przetrwać, muszą handlować alkoholem i liczyć na cud. Kimś takim jest Ernest Holm, ale bardzo brakuje mu umiejętności. Mężczyzna mieszka z synem i córką, która umawia się z dość szemranym Flemmingiem, który ma inne plany wobec tej ziemi.

ostatnie_pokolenie1

Początek dzieła Jake’a Paltrowa może budzić skojarzenia z postapokaliptyczną wizją świata, pełnego pustynnych krajobrazów, szalejących bandytów oraz zwykłych ludzi, próbujących przetrwać. Reżyser przez dłuższy czas prezentuje wizję swojego świata, gdzie nie brakuje pomysłowych gadżetów (futurystyczny telefon czy mechaniczny osioł), jednak nie one są tu najważniejsze. Degrengolada świata, pełna biurokracji, korupcji oraz drobnych cwaniaków jak Robbie, handlujący dziećmi czy licytacje sprzętu. I tutaj mamy zwykłą rodzinę oraz mocno przywiązanego do ziemi Flema, który do realizacji swoich celów nie cofnie się nawet przed morderstwem. Historia skupia się na zabójstwie, zemście, brutalnej inicjacji oraz uczynieniu ziemi znowu żyznej. Niby nie dzieje się wiele, ale reżyser powoli zaczyna odkrywać kolejne elementy intrygi, prowadząc do dość oczywistego finału, naznaczonego krwią, odpowiedzialnością oraz mrokiem. Wszystko to wsparte przez bardzo surowe zdjęcia, pełne pustynnych krajobrazów (na początku) oraz niepokojącą muzykę. Może czasami dialogi wydają się dość suche, a pewne wątki związane ze światem poza rolniczym, gdzie trzeba mieć przepustki, są szybko urwane i można było je rozwinąć, niemniej seans jest całkiem przyjemny.

ostatnie_pokolenie2

Za to nie zawodzą aktorzy, z których najbardziej wybija się trzech panów. Michael Shannon zawsze się sprawdzał w postaciach z tajemnicą oraz nieprzyjemną przeszłością, tutaj jedynie potwierdza swoje umiejętności. Ernest jest bardzo wycofanym, skrytym facetem, próbującym wytrwać do końca. Bardziej wybija się za to Nicholas Hoult, przechodzący olbrzymią ewolucję Flemming. Na początku chłopak na motorku, wyglądający jak bandzior, z czasem stający się panem na włościach, pewnym siebie facetem. Wreszcie bardzo wycofany Kodi Smit-McPhee (Jerome), który jest zapatrzony w ojca, też zmienia się w sprytnego, dojrzałego mężczyzny.

ostatnie_pokolenie3

„Ostatnie pokolenie” to kolejny ciekawy głos w nurcie niezależnego kina SF. Niby nic nowego, a sama intryga może też wydaje się niezbyt zaskakująca, ale potrafi miejscami poruszyć i trzymać w napięciu, chociaż wydaje się spokojny. Te paradoksy nie wykluczają się nawzajem.

7/10 

Radosław Ostrowski

Opowieść

Poznajcie Jennifer – to dziennikarka przed 50-tką, ale nadal atrakcyjna. Od lat żyje w narzeczeństwie z wziętym operatorem i powoli szykuje się do ślubu. Jednak jej dość spokojne życie zmienia się przez telefon od przerażonej matki. Pozornie kobieta ignoruje ten telefon, aż w końcu zostaje wysłana przyczyna: opowiadanie napisane przez Jen w wieku 13 lat, gdzie wspomina okres pobytu u nietypowej pary, zajmującej się trenowaniem (dzieci) oraz hodowlą koni. Tylko, że jest też o relacji intymnej z dorosłym mężczyzną.

opowiesc1

Reżyserka filmu Jennifer Fox postanowiła opowiedzieć o sobie samej oraz próbie pokonania swojej traumy, która dawno temu została wyparta przez pamięć. Sama Jenny pamięta samo miejsce, wrażenia, postacie, ale szczegóły dawno się zatarły, a wiele rzeczy oraz pozostało nienazwanych. To obyczajowy dramat, poprowadzony jednak troszkę inaczej niż tego typu produkcje nas przyzwyczaiły. Wiele scen, dialogów i fragmentów opowiadania zostaje powtórzonych, chociaż kontekst coraz bardziej zaczyna się zmieniać. Z jednej strony jest tu prowadzone dochodzenie własne śledztwo, gdzie poznajemy kolejne retrospekcje, rozmowy z bohaterami tamtych wydarzeń i odkrywanie kolejnych elementów układanki. Czyli klasyka tego typu produkcji. Z drugiej zaś Jenny „rozmawia” poprzez łamanie czwartej ściany i zwracanie się bezpośrednio do tych bohaterów już jako dorosła kobieta. Robi to nawet z młodszą wersją siebie, co na pewno czyni całość o wiele bardziej atrakcyjnie.

opowiesc2

Bardzo przekonująco odtworzono realia lat 70. – czasów bardziej liberalnych, gdy takie słowa jak molestowanie, pedofilia były nieznane, zaś o niewłaściwych zachowaniach nie mówiło się wprost. Tylko co zrobić w takiej sytuacji, jak odkryć prawdę i czy jest szansa na oczyszczenie, rozwianie wątpliwości. Nawet sceny intymnych relacji pokazane są na tyle delikatnie, by nie oskarżać twórców o pornografię, ale potrafią nadal przerazić. I co najważniejsze, nie daje tutaj mocnej kropki nad i w sprawie co dalej. Czy będzie szansa na związek, jaka była prawda i jaki będzie kolejny ruch? To może troszkę przeszkadzać.

opowiesc3

Za to film nadrabia świetnym aktorstwem. Tutaj błyszczy znakomity Laura Dern w roli Jennifer – pozornie spokojna, opanowana, lecz drobnymi modyfikacjami głosu oraz gestami widać, że w środku zaczyna się tutaj gotować. I to jest postać mocno trzymająca za gardło, której losy zaczynają nam zależeć. Równie mocna jest Elisabeth Debicki jako zjawiskowa pani G, będąca mieszanką delikatności, surowości oraz ciepła, a także partnerujący jej Jason Ritter (bardziej śliski, choć tego nie widać od razu Bill). Tak samo klasę prezentuję Ellen Burstyn jako matka oraz nieźle radzący sobie Common. Ale największą niespodzianką jest młodsze oblicze Jennifer, czyli Isabelle Nelisse – bardzo delikatna, naiwna oraz zagubiona dziewczynka, zauważona przez obcych ludzi.

„Opowieść” znowu pokazuje, że jeśli chodzi o realizację filmów telewizyjnych, HBO nadal pozostaje wyznacznikiem wysokiej jakości. Może czasami tempo może wielu znużyć, jednak sam film prowokuje do refleksji i dotyka (na szczęście, nie powiechrzownie) poważnego tematu, wspierany przez świetne aktorstwo. Ta „Opowieść” porusza i angażuje.

7/10

Radosław Ostrowski

Rebel in the Rye

Filmy o pisarzach mogą dla wielu być niezbyt interesującym materiałem, bo jak pokazać proces twórczy, skoro nasi autorzy tylko skrobią coś ołówkiem, długopisem oraz ewentualnie na maszynie. Ale nie znaczy to, że nie da się zrobić ciekawej biografii pisarza, bo jego losy mogą być inspiracją dla jego dzieł. I o jednym taki twórcy jest „Rebel in the Rye”, który nie trafił do polskich kin. A szkoda, bo to bardzo interesujące dzieło.

rebel_in_the_rye1

Czy czytaliście taką książkę „Buszujący w zbożu” niejakiego Jerome’a Davida Salingera? Bo ja nie miałem okazji ani w szkole, ani w dorosłym życiu. A jaki był sam autor? Cały film można podzielić na dwie części, gdzie punktem zwrotnym jest rok 1945. Gdy poznajemy J.D., przebywa w szpitalu psychiatrycznym, otępiały, przybity i wyniszczony psychicznie po tym, co zobaczył podczas wojny od lądowania w Normandii aż do wyzwolenia obozu koncentracyjnego. I wtedy po raz pierwszy pada nazwisko Holdena Caulfielda, a następnie cofamy się do roku 1939, gdy przyszły autor chce podjąć swoich sił jako literat. Syn handlarza serem, wspierany przez matkę decyduje się zapisać na kurs literatury prowadzony przez Whita Burnetta. To zdarzenie staje się pierwszym przełomem, a reżyser Danny Strong skupia się na dwóch wątkach: samym autorze, jego emocjach i przeżyciach oraz pokazywanie sensu pracy twórczej, rozwijania warsztatu, dbania o uczciwość wobec siebie. A druga część to próba poskładania się do kupy, realizacja swojego opus magnum oraz… życie tuż po.

rebel_in_the_rye2

Sam film może sprawiać (zwłaszcza w drugiej części) wrażenia bardzo skrótowego, pokazującego wydarzenia z kilku lat w ciągu paru minut, bez informowania nas o tym. Na mnie największe i najciekawsze dostajemy na początku, czyli relacja Salingera z Burnettem, który staje się dla niego mentorem, w pewien sposób zastępując ojca. Wtedy film nabiera rumieńców, dostarczając kopa. Sam wątek wojenny jest pokazany w kilku scenach, jednak jego reperkusje dotykają aż do samego końca. Próby wyrwania się z wojennych koszmarów doprowadzają nie tylko do napisania „Buszującego w zbożu”, ale też do większego wyalienowania wobec świata. Czy to musi być cena za tworzenie swojego dzieła? Reżyser w tym przypadku pokazuje, że może tak być, jednak cały czas próbuje zrozumieć swojego bohatera.

rebel_in_the_rye3

Pisarz ma tutaj twarz Nicolasa Houlta, który bardzo dobrze poradził sobie z budowanie zagubionego outsidera, konsekwentnie walczącego o realizację swoich pasji. Rzadko sobie pozwala na wylewanie emocji, mieszając strach, wątpliwości, ale także upór w dążeniu do celu, na własnych warunkach. To bardzo złożona, intrygująca kreacja. Na tym samym poziomie wchodzi Kevin Spacey (czy może powinienem napisać Kevin S.?) w roli Burnetta, spełniający się w roli mentora, budząc uznanie od pierwszego zdania. Chociaż wygląda niepozornie (sweterek, okulary), ma w sobie większą siłę, przekonując swoim doświadczeniem, co aktorowi zawsze wychodziło bez problemu. Drugi plan zawłaszcza Sarah Paulson (wydawca Dorothy Olding), tworząc sympatyczną wspólniczkę oraz śliczna Zoey Deutch (Oona O’Neill – pierwsza miłość pisarza), dodając smaczku.

Film Danny’ego Stronga może nie jest przełomową biografią literacką, ale potrafi wciągnąć i pokazuje inną stronę pracy pisarza. Nie brakuje zarówno stylowych zdjęć czy rekonstrukcji okresu lat 40. oraz 50., świetnie budującej klimat muzyki oraz wspaniałych kreacji duetu Hoult/Spacey. Bardzo solidnie opowiedziany, gdzie nawet ta skrótowość nie przeszkadza stworzeniu wiarygodnego portretu psychologicznego bohatera.

7/10

Radosław Ostrowski

W ułamku sekundy

Zaczyna się dość sielankowo, bo od ślubu w miejscu, gdzie rzadko zawiera się małżeństwa – w więzieniu. Tam pojawia się Katja, śliczna Niemka oraz skazany za narkotyki Turek Nuri. Parę lat później ich życie wydaje się synonimem szczęścia, oboje prowadzą firmę, mają dziecko – wszystko idzie w dobrym kierunku. Ale w jednym wieczorze wszystko rozpada się niczym domek z kart. Wszystko z powodu eksplozji niszczącej cały budynek, zaś mąż i dziecko giną. I niestety, nie był to wypadek.

w_ulamku_sekundy1

Turecki Niemiec Fatih Akin po kilku latach wraca ze swoim nowym filmem i na pewno wkurwi parę osób. „W ułamku sekundy” jest podzielony na trzy części, a każda zaczyna się sfilmowanym fragmentem z życia rodziny, a po drodze reżyser serwuje wiele wątków oraz poszlak, zmieniając tempo oraz emocjonalną intensywność. Bo o czym będzie ten film? O zemście i próbie wymierzenia sprawiedliwości? Śledztwie na tle polityczno-religijnym? Próbie radzeniu sobie ze stratą najbliższych? Reżyser na początku miesza tropy i najbardziej akcentuje to ostatnie – wszystko widzimy z perspektywy Katji, próbującej ogarnąć ten bajzel. Niby ma wokół siebie ludzi, lecz nie wszyscy są w stanie pomóc (rodzice i teściowie, rzucający oskarżenia), zaś ból pozostaje jej, tylko jej. Pozornie drobnymi gestami buduje bardzo przekonujący portret owdowiałej kobiety, by w drugiej części zmienić historię w dramat sądowy z oskarżonymi. Bo okazuje się, że ten zamach to robota młodych, niemieckich neonazistów. I tutaj zaczyna robić się coraz gęściej: bardzo chłodni, niczym roboty sprawcy kontra rozedrgana, próbująca opanować emocje Katja.

w_ulamku_sekundy2

Mimo pozornej zero-jedynkowej wizji (zwłaszcza obrońca oskarżonych wydaje się prawdziwą mendą), Akin potrafi uderzyć, zwłaszcza podczas scen przesłuchań w sądzie. Chłodne opisy ran odniesionych przez ofiary, kolejne zeznania, wreszcie wyrok. A trzeci akt był pokłosiem wydarzeń z poprzedniego aktu, pokazującego jak niesprawiedliwość może doprowadzić do poczynań terrorystycznych, bez względu na pochodzenie, rasę czy płeć. Szkoda tylko, że to zakończenie jest tak szybko poprowadzone, wręcz za szybko (tak jak wyjaśnienie, kim są sprawcy). Ten akt mocno osłabia ten film, choć ostatnia scena jest bardzo mocna.

w_ulamku_sekundy3

Ale to wszystko trzyma w swoich barkach Diane Kruger, tworząc magnetyzującą, ale jednocześnie bardzo przyziemną postać. Z jednej strony pociągającą, charakterną kobietę, z drugiej zrozpaczoną, pełną gniewu, wściekłości, pragnącej sprawiedliwości. Kradnie film w każdym momencie i nieważne, czy mówimy o próbie samobójczej, scenach w sądzie czy w finale, tworząc bardzo skomplikowaną, wiarygodną psychologicznie postać. I to ona wznosi ten film na wyższy poziom.

Fatih Akin bardziej wskazuje i pokazuje, że w czasach fali imigrantów Europejczycy powinni bardziej spojrzeć na siebie niż na obcych. Wielu może się ten wniosek nie spodobać, zaś sam film potrafi sprowokować do dyskusji, dając troszkę satysfakcji.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Free Fire

Gdzieś w Ameryce ma dojść do prostej transakcji: kasa za spluwy. Kasę mają Irlandczycy ze słynnej IRA, spluwy załatwia handlarz z RPA, a pośrednikami w interesie są Justine oraz Orb. Wszystko miało pójść łatwo, gładko i bez zbędnych komplikacji. Co może pójść nie tak? A co dwóch z członków grupy pomocników poznało się wcześniej i wyszła z tego duża awantura? To niezbyt dobrze wróży interesom, a zwykła transakcja zaczyna się zmieniać w pole bitwy.

free_fire1

Ben Whitley to jeden z bardziej intrygujących brytyjskich filmowców, chociaż moje dwa poprzednie spotkania („Pole w Anglii” oraz „High-Rise”) nie do końca mnie przekonały. „Free Fire” to prosta, nieskomplikowana historia kryminalna a’la Tarantino. Emocje zaczynają się coraz bardziej rozkręcać, a karuzela przemocy wydaje się nie mieć końca. Wszyscy chowają się gdzieś za każdą osłoną, każdy do każdego strzela, rzucając się wyzwiskami, sprawdzając stan zdrowia i próbując się jakoś z tego wykaraskać. Do tego dochodzi zdrada z zewnątrz, poczucie urażonej dumy, próby zastosowania różnych podstępów, a broń czasem lubi się zacinać. Wszystko wygląda jak jakiś film z lat 70., gdzie mamy kolesi w kurtkach, kolesi w wypasionych garniakach, kolesi z wąsami oraz jedną lalunię, a w tle gra John Denver. Reżyser niby gra znaczonymi kartami, ale wie jak podkręcić napięcie, bardzo dynamicznie montując i dodając parę roszad, niespodzianek oraz krwawej jatki.

free_fire2

Do samego końca nie można być pewnym jak to się wszystko skończy i kto przetrwa, a wszystko zależy od zwykłego farta. Kto celniej strzeli, kto szybciej się przemieści, kto będzie bardziej wytrzymały oraz odporny. Whitley podrzuca to także swoim poczuciem humoru, dostarczając bardzo przyjemnej rozrywki.

Tak samo znakomicie odnajdują się aktorzy w tym całym bajzlu. Najbardziej błyszczy tutaj rzucający ciętymi ripostami Orb w wykonaniu Armiego Hammera oraz wręcz przerysowany, mający wielkie ego na swój temat Vernon, brawurowo zaprezentowany przez Sharlto Copleya. Swoje robi też honorowy oraz nieufny Chris (świetny Cillian Murphy), a także porządny Frank (Michael Slovis) czy naćpany Stevo (zaskakujący Sam Riley). Oczywiście, jest tych postaci więcej i nawet drobne kreacje Patricka Bergina, Noah Taylora czy Brie Larson zapadają w pamięć.

free_fire3

Kolejny przykład jak wiele zależy od przypadku. „Free Fire” to bezpretensjonalna kanonada strzelanin, przekleństw oraz przewrotek w klimacie lat 70. Takiego pieprznika oraz bałaganu (kontrolowanego) nie widziałem od dawna, a wszystko tak bezpretensjonalnie jak się da.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ciche miejsce

Wyobraźcie sobie świat, w którym ludzkość rozpadła się, a świat opanowały paskudne i nieprzyjemne monstra. Są nie do zabicia, wojsko nie daje radę, jednak to wszystko poznajemy z perspektywy pewnej rodziny i to od 89 dnia po całym tym zamieszaniu. Rodzina (w tym głuchoniema córka) obecnie przebywa w opuszczonym domostwie gdzieś na wsi. Tylko, że wkrótce do tej ma dołączyć kolejny członek, co podkręca niepokój.

ciche_miejsce1

Kolejny przykład kina zrobionego przez aktora, jednak tutaj mamy do czynienia z kinem gatunkowym. Niejaki John Krasinski, którego można kojarzyć z serialu „The Office” tym razem idzie w stronę horror und groza. Ale jak wszyscy wiemy, strach i napięcie można robić na kilka różnych sposobów: od jump scare’ów po bardziej podskórne poczucie zagrożenia, bez pokazywania wszystkiego wprost. Reżyser idzie tutaj gdzieś po środku, bo z jednej strony wszystko jest budowane za pomocą dźwięków. Albowiem bestie są wyczulone na wysokie dźwięki, przez co bohaterowie porozumiewali się za pomocą języka migowego. I to jest jedno z ciekawszych doświadczeń, jakie zdarzają się zbyt rzadko w kinie. Klimatem najbliżej „Cichemu miejscu” do „To przychodzi po zmierzchu”, gdzie jest wiele niedopowiedzeń, które dla wielu mogą być dość problematyczne. Skąd się wzięły te monstra (przypominające zmutowanego Demigorgona), dlaczego bohaterowie mają wodę oraz prąd (chociaż ludzkości praktycznie nie ma), a także kto wpadł na pomysł, że urodzenie dziecka w czasach opanowanych przez szybkie monstra jest dobre. Sama wizja świata, gdzie trzeba stłumić jakiekolwiek emocje i dźwięki (scena gry, gdzie pionki nie wydają dźwięków czy przechodzenie boso na piasku), potrafi dodać wiarygodności.

ciche_miejsce2

„Ciche miejsce” ma konstrukcję klasycznego horroru, gdzie trzeba się ukrywać przed bestiami i powoli poznajemy metody działania naszych bohaterów. Jest parę momentów, gdzie (w szczególności dzieci) nasi bohaterowie nie zachowują się racjonalnie jak choćby na samym początku, lecz reżyser parę razy potrafi przyspieszyć tempo (sam poród, scena w silosie), dając wiele satysfakcji. Wszystko psuje jednak zakończenie, które jest wręcz idiotyczne.

ciche_miejsce3

Krasinski częściowo sytuację ratuje aktorstwem, które – z racji wizji świata – jest bardziej wyciszone, powściągliwe i skupione na mowie ciała. Rodziców zagrali sam reżyser oraz Emily Blunt, między którymi czuć silną chemię, mimo dość rzadkich scen wspólnych. Ale dla mnie całość skradli dzieci – ze szczególnym wskazaniem na Milicent Simmons (dziewczynka naprawdę jest niesłysząca), kradnąca ekran swoją obecnością.

Koncepcja może wydawać się bardzo ciekawa i sam początek daje kopa. Ale im dalej w las, reżyser coraz bardziej zaczyna się potykać, przez co napięcie miejscami potrafi opaść. Przez co nie do końca sprawdza się jako straszak. Na pewno trudno nie odmówić ambicji, lecz czegoś zabrakło.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Proud Mary

Mary na pierwszy rzut oka wydaje się być zwykłą kobietą, jakich wiele chodzi po ulicach. Troszkę przy kości, ale nadal apetyczna. Nie dajcie się jednak zwieść – Mary jest mafijnym cynglem, dla której przemoc i spluwy to chleb powszedni. Jednak podczas jednego zlecenia pozwala żyć chłopakowi, wcześniej kasując jego ojca. Rok później znajduje dzieciaka na ulicy, pobitego i pracującego dla Wujka – handlarza narkotyków. I ta decyzja wywróci jej życie do góry nogami.

dumna_mary1

Sam początek filmu jest dość zwodniczy – czołówka w stylu lat 70., w tle „Papa Was a Rolling Stone”. To wszystko zapowiadało całkiem stylowego akcyjniaka. Tylko, że reżyser stawia na bardziej dramatyczne wątki związane z Mary. Kobieta już próbowała zerwać z mafijną przeszłością, lecz się nie udało, zaś relacja z chłopcem daje jej kolejną szansę na ucieczkę. Ale jedna decyzja doprowadza do mafijnej wojny, przez co „wyjście” staje się trudniejsze. Zamiast filmu akcji czy thrillera mamy tutaj do czynienia z dramatem ubarwionym od czasu do czasu jakimiś strzelaninami. Jednak sama intryga jest opowiedziana w sposób bardzo prosty, wręcz po sznureczku. Napięcia tutaj tyle co kot napłakał, bo i tło jest ledwo liźnięte (dwie rodziny mafijne), zaś drugi plan jest wręcz bardzo słabo zarysowany, choć pełen znanych twarzy.

dumna_mary2

To może chociaż sceny akcji są tutaj świetnie wykonane? No niestety, są to bardzo prosto wykonane strzelaniny, pozbawione jakiejkolwiek finezji i stylu. To zwyczajne pif-paf w wąskich korytarzach, gdzie Mary wali każdego strzałem w łeb niczym John Wick. Pewnym wyjątkiem jest finał w magazynie, gdzie jest moment z ruchem pięści, jednak to wszystko za mało, by uznać to za udanego akcyjniaka. Jedynie ta więź z chłopakiem potrafi zaangażować emocjonalnie, chociaż zdarzają się ckliwe fragmenty z pianinkiem w tle.

dumna_mary3

I jeśli jest jakiś powód, że to wszystko ogląda się bez bólu zębów oraz innych części ciała, to jest to kreacja Taraji P. Henson. Jej Mary jest bardzo przekonująca zarówno jako chłodna zabójczyni, zmęczona życiem kobieta, jak i potencjalna matka. I to wszystko jest zaprezentowała bez poczucia fałszu, trzymając to wszystko do kupy. Także partnerujący jej Jahi Di’Allo Winston (Danny), okazuje się dobrym graczem, wiarygodnie pokazującym jego zagubienia zmieszanego z zadziornością. Warto też wspomnieć solidnego Danny’ego Glovera jako ojciec chrzestny, pokazujący troszkę inne emploi.

„Dumna Mary” jest filmem mocno niezdecydowanym. Niby sensacyjniak, ale bardziej skupiony na wątkach dramatycznych, przez co stoi w dużym rozkroku. Nawet sama Henson nie jest w stanie ukryć średniej reżyserii oraz bałaganiarskiego scenariusza.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Skok stulecia

Macie takie wrażenie oglądając pewien film, że już go gdzieś widzieliście? I nie chodzi o wykorzystanie podobnego schematu czy szablonów, ale bardzo podobnych scen, sposobu realizacji? Właśnie przed chwilą obejrzałem dość skromny film, który przypominał mi pewnego klasyka sprzed kilkunastu lat. W gruncie rzeczy chodzi o grupę gliniarzy pod wodzą Nicka O’Briena ścigających gang napadający na banki. Szef grupy, składającej się z byłych żołnierzy, Ray Merrimen, planuje zrealizować najbardziej karkołomny napad w historii – na Bank Rezerw Federalnych.

skok_stulecia1

Debiut Christiana Gudergesta od samego początku budził jedno skojarzenie: „Gorączka” Michaela Manna. I nie chodziło jedynie o koncepcję, bo zabawy w policjantów i złodziei zawsze potrafiły przyciągnąć widownię. Bardziej chodzi tu o styl wizualny oraz parę podobnych scen: od nocnych panoram miasta przez pierwszy napad aż po scenę na plaży, skojarzenia nasuwały się automatycznie. Jasne, to nie jest klon 1:1, jednak inspiracja tutaj jest bardzo mocno wyrazista. Nawet odgłosy strzałów z broni wydają się bardzo zbliżone do siebie. Jednak mimo podobieństwa, film okazuje się całkiem przyzwoitą rozrywką dla miłośników sensacyjnych dzieł. Sama akcja zrobiona jest z nerwem, pełnym napięcia (zwłaszcza ostatnie pół godziny), strzelaniny i pościgi dostarczają frajdy, chociaż nie jest to aż tak realistyczne, jakby się mogło wydawać. Chociaż zabawa w podchody i mylenie tropów poprowadzona jest całkiem solidnie.

skok_stulecia2

Problemem dla mnie jest sama intryga, bo skok poprowadzony jest w dość pogmatwany sposób, a sama koncepcja poprowadzona jest w dość nieczytelny sposób. Niby zaczynamy powoli odkrywać elementy układanki, jednak te potrafią parę razy zaskoczyć logicznymi dziurami, a zakończenie wydawało mi się tak naciąganie, że w głowie się to nie mieści. Do tego jest parę scen, które wydają mi się zbędne wobec całej opowieści (krótki wątek z chłopakiem córki jednego z tych złych) oraz dość schematyczny wątek życia prywatnego O’Briena, chociaż to ostatnie aż tak nie przeszkadzało. Ale reżyser nie potrafi się zdecydować czy bardziej idzie w stronę heist movie czy mocnego dramatu, przez co wiele razy mamy taki groch z kapustą. Także drugi plan (zwłaszcza kumple O’Briena) wydaje się dość ubogi oraz niezbyt rozbudowany.

skok_stulecia3

Aktorsko jest za to dość ciekawie. Bryluje tutaj Gerard Butler, który jest tutaj turbo-macho z przypakowanymi mięśniami, długą brodą, kozackim wdziankiem oraz byciu po prostu twardym. Wydaje się być wzięty jakby z innej epoki, jednak do tej konwencji oraz takich postaci Szkot pasuje idealnie. Po drugiej stronie barykady mamy równie twardego i inteligentnego Pablo Schreibera (Merrimen), tworząc bardzo dobry kontrast, chociaż tutaj granice między dobrem a złem zatarły się dawno. Warto też wspomnieć dość wyciszonego O’Shea Jacksona Jr. (barman Donnie) oraz niezłego 50 Centa, który nie drażnił.

Sam „Skok stulecia” to bardzo przyzwoity kawał kina akcji, chociaż za bardzo miejscami zżynający z „Gorączki”. Niemniej jednak z masy filmowych klonów, ten potrafił dostarczyć sporo frajdy, mimo poczucia deja vu. Cieszy mnie za to wiadomość, że film zarobił na tyle, by powstał sequel. Jest szansa, że błędy zostaną poprawione.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Hostiles

Rok 1892, czyli czas, gdy Dziki Zachód powoli zaczynał wygasać. To w tych czasach przyszło żyć kapitanowi amerykańskiej kawalerii, Josephowi Blockerowi. Ten człowiek mordował Indian tak mocno, ze już nawet nie pamięta, kiedy wybuchła ta cała nienawiść. Ale nim przejdzie na emeryturę, los da mu bardzo zaskakujące zadanie. Ma odstawić umierającego wodza Indian Żółtego Jastrzębia do dawnej ziemi, by mógł spokojnie umrzeć. Blocker niechętnie przyjmuje tę robotę.

hostiles1

Scott Cooper jest bardzo nierównym filmowcem, który tym razem postanowił zrobić rewizjonistyczny western. Chociaż punkt wyjścia przypomina klasyczne kino drogi, z czasem coraz bardziej zaczynamy widzieć jak wojna oraz walka z Indianami dokonała psychicznego spustoszenia w umysłach żołnierzy. Jak próbują się odnaleźć w nowych czasach, muszą powstrzymać swój gniew oraz żądzę zabijania, bo tego nakazuje reputacja oraz stopień wojskowy. Niektórzy (jak dołączony do grupy eskortowany dezerter) nadal chcą zabijać Indian, inni tłumią w sobie gniew, lecz traktują nowych pasażerów niczym zbędny bagaż. Jednak ta podróż będzie szansą na pogrzebanie swoich dawnych demonów oraz ostatecznego pogodzenia ze sobą. „Hostiles” toczy się bardzo powolnym rytmem, rzadko pozwalając sobie na akcję oraz strzelaniny, co wielu może zniechęcić.

hostiles2

Podobać się za to może wiele elementów: bardzo trafne dialogi, brak dużych ilości patosu, surowe zdjęcia i naturalizm w pokazywaniu scen akcji. Także muzyka Maxa Richtera odpowiednio budowała nastrój oraz poczucie zagrożenia. Ale także relacje między żołnierzami a Indianami oraz pewną kobietą, w między czasie przyłączającą się do grupy, dodają wiele ognia do tego pozornie skromnego filmu aż do samego finału, niepozbawionego przemocy, ale i pewnej nadziei.

hostiles3

Aktorsko film zdominował Christian Bale w roli kapitana Blockera. Bardzo wycofany, samą barwą głosu pokazuje jego gniew, wściekłość, wręcz szorstkość wobec Wodza (świetny Wes Studi), których traktuje jak zwierzęta. Ale jego przemiana pokazana jest bardzo subtelnymi środkami, dodając wiele wiarygodności. Trudno też wymazać z pamięci Rosamund Pike, czyli kobietę, która straciła całą rodzinę, a początkowy stan szoku tworzy tak sugestywnie, że to mrozi krew w żyłach. Poza nimi drugi plan przepełniają tak znane twarze jak Jesse Plemons (porucznik Kidder), Ben Foster (dezerter Wills) czy Rory Cochran (sierżant Metz).

Mimo dość powolnego tempa, „Hostiles” nadal ma siłę rozliczenia z niechlubną przeszłością Amerykanów. Jednak nie robi tego w prosty, banalny czy moralizatorski sposób, lecz bardziej delikatnymi środkami, co Amerykanie robią bardzo rzadko.

7/10

Radosław Ostrowski

Czerwona jaskółka

Czym są Jaskółki? To szkolone przez wywiad kobiety, mające za zadanie zdobyć informacje za pomocą uwodzenia oraz manipulowania mężczyznami. Przygotowywane są w specjalnych szkołach wywiadów nazywanych Szkołami Jaskółek i Kruków, znajdujących się na terenie każdego kraju. Do tej szkoły w Rosji trafia Dominika Jegorowa – młoda baletnica, siostrzenica zastępcy szefa rosyjskiego wywiadu. Jej kariera tancerki zostaje przerwana z powodu wypadku, więc wujek werbuje ją. Jej zadaniem miało być sprawdzenie pewnego ważnego polityka, jednak jest to pułapka. Dominika nie ma wyjścia i musi podjąć współpracę z wywiadem, a jej zadaniem jest wyciągniecie informacji o krecie pracującym dla Amerykanów z ręki Nate’a Nasha – oficera CIA.

czerwona_jaskolka1

Kino szpiegowskie może mieć bardzo różne oblicza: od dynamicznych akcyjniaków pokroju Jamesa Bonda czy Jasona Bourne’a poprzez bardziej psychologiczne dramaty i powolniejszą narrację w stylu Johna le Carre. Wydaje się, że w tym kierunku próbowała pójść „Czerwona jaskółka” – adaptacja bestsellerowego debiutu byłego agenta CIA, Jasona Matthewsa. Jest to bardzo powolna historia kobiety, której losy przestają być od niej zależne, a sama intryga jest pełna klasycznych „szpiegowskich” sztuczek: podchody, brak zaufania, wodzenie za nos wszystkich oraz ciągła gra. Jednocześnie przenosimy się z miejsca na miejsce (Moskwa, Wiedeń, Budapeszt, Londyn), próbując nadgonić za całością. Dla mnie najciekawsze i największe wrażenie robiły sceny związane ze szkoleniem. Tutaj reżyser pokazuje jak bardzo system zmusza do współpracy za pomocą upodlenia, szantażu oraz złamania charakteru. Tylko, że im dalej w las, tym bardziej to wszystko wydaje się naciągane.

czerwona_jaskolka2

Sama intryga nie tylko toczy się dość powoli, ale zwyczajnie zaczyna przynudzać. Brakuje tutaj suspensu, bo pojawia się on bardzo krótko. Czy to w scenie wymiany z asystentką senatora USA, czy podczas brutalnych przesłuchań, czuć zagrożenie oraz niepokój. Jednak reżyser Francis Lawrence kompletnie zaczyna się gubić. Mamy tu zbyt wiele scen zbędnych jak te z matką Dominiki (rozumiem, że to miało pokazać motywację, ale pojawiają się za często), relacja między naszą agentką a Nashem przebiega zbyt szybko, zaś samo starcie między USA (strażnikami wolności i tak prawymi ludźmi, że nawet agenci nie brudzą sobie rączek) a Rosją (grającą ostro, brutalnie i bezwzględnie) wygląda tak naiwnie, że aż trudno w to uwierzyć. Za mało jest tutaj odcieni szarości, jak na film szpiegowski, a za mało napięcia i akcji.

czerwona_jaskolka3

A jak sobie radzą tutaj aktorzy? Robią, co mogą i nawet dają sobie radę, jednak brakuje tutaj odcieni szarości. Wyjątkiem jest tutaj Jennifer Lawrence, która dość przekonująco pokazuje kobietę lawirującej między służbą i byciem „niewolnicą” wywiadu, a próbą osiągnięcia częściowej kontroli nad samą sobą. Nieźle sobie też radzi Joel Edgerton (Nash), jednak nie byłem w stanie uwierzyć w tą relację (poza dość niejednoznacznym początkiem) w dalszym przebiegu wydarzeń. Dla mnie film kradnie Matthias Schoenaerts jako Wania Jegorow, wyglądający niczym klon Władimira Putina, który jest bardzo śliski, mimo pozorów dobroci. To bardzo diaboliczna postać, dodająca pewnego kolorytu, tak jak bardzo chłodna Charlotte Rampling (dyrektorka szkoły Jaskółek).

„Czerwona jaskółka” to bardzo pokraczny film, próbujący złapać kilka srok za ogon. Niby pokazuje kolejny etap wywiadowczych rozgrywek między USA a Rosją oraz ich bezwzględność, jednak brakuje tutaj napięcia, zaangażowania oraz emocji. Dlaczego tego filmu nie zrobił David Fincher? To pozostanie największą tajemnicą.

5,5/10

Radosław Ostrowski