Gra cieni

Przedwojenna Korea znajdowała się pod dyktatem Japonii, gdzie część mieszkańców poszła na współpracę z okupantem. Jednym z takich ludzi jest Lee Jeong-chool – kapitan japońskiej policji, który kiedyś należał do ruchu oporu. A wszystko zaczyna się od obławy na dawnego znajomego z młodości, która kończy się śmiercią ściganego. Jednak przełożony postanawia dać Lee drugą szansę: infiltracja środowiska ruchu oporu, by schwytać jego przywódcę Jeong Chae-san. By tego dokonać, kapitan musi się „zaprzyjaźnić” z niejakim Kim Woo-jin, właścicielem zakładu fotograficznego. Od tej pory zaczyna się ryzykowna gra, gdzie do zdobycia jest zarówno całe szefostwo ruchu oporu, jak i materiały wybuchowe.

gra_cieni1

Koreańskie kino to rejon dla mnie nadal dość dziewiczy, a tym bardziej kino szpiegowskie. Kim Jee-woon jednak łączy amerykański sznyt z koreańskim stylem. Realia epoki są odtworzone z ogromnym pietyzmem. Kostiumy, pojazdy czy wnętrza zarówno pociągu jak i budynków prezentują się imponująco. Ale najważniejsza jest tutaj sama historia, gdzie mamy zderzenie dwóch walczących siatek: japońskiej policji i wywiad oraz koreańskim ruchem oporu, walczącym o niepodległość kraju. Intryga tutaj jest bardzo mocno pogmatwana, bo w każdej ze stron działają podwójni agenci oraz zdrajcy. Nie do końca wiadomo komu można zaufać, a stawka jest coraz wyższa. Czy nasz kapitan zdradzi swoich przełożonych, którzy nim gardzą? A może udaremni plany ruchu oporu? Reżyser bardzo powoli buduje napięcie w pozornie prostych scenach (wspólne popijawy czy akcja w pociagu), przez co niepokój jest wręcz obecny cały czas. Za to zaskakuje pomysłowo zainscenizowanymi scenami akcji – zarówno początkowa obława z żołnierzami skaczącymi po dachach jak i bardzo efektowna strzelanina na dworcu podnoszą adrenalinę. Więc nie zabrakło widowiskowości w tej – pozornie kameralnej – historii o zdradzie, przyjaźni i lojalności.

gra_cieni2

Tylko, że ponad dwugodzinna opowieść ma pewne momenty przestoju i miejscami bywa odrobinkę teatralna, co może zniechęcić. Dodatkowo nadmiar postaci drugo- i trzecioplanowych, które mogą odegrać istotną rolę jest bardzo duży, przez co trzeba „Grę cieni” oglądać w dużym skupieniu oraz koncentracji, by nie pogubić się w tej całej układance. Dodatkowo wiele postaci jest ledwo zarysowanych, przez co trudno się z nimi identyfikować, tak samo jak emocjonalny chłód między głównymi bohaterami.

gra_cieni3

Ale jeśli dodamy do tego porządne aktorstwo (ze szczególnym wskazaniem na bardzo wycofanego Songa Kan-hoo oraz Yoo Gonga) i pewną reżyserię, w efekcie dostajemy sprytnie poprowadzone kino rozrywkowe, pełne zaskoczeń, rozmachu, stylu oraz brutalne.

7/10

Radosław Ostrowski

Party

Każda impreza to dobry pretekst, by spotkać się ze starymi znajomymi, czyż nie? Nie inaczej jest w domostwie Janet i Billa. On był profesorem akademickim, ona właśnie została wybrana na ministra zdrowia w gabinecie cieni. Właśnie zaprosili paru znajomych na uczczenie tego wydarzenia. Przychodzi sarkastyczna przyjaciółka z mężem Niemcem wyznającym wiarę w medytację oraz alternatywną medycynę, para lesbijek oczekujących na dziecko oraz młody bankier, którego żona się spóźnia. Czas mija dość spokojnie, ale Bill swoim wyznaniem burzy spokój raz na zawsze.

party1

Sally Potter w swoim bardzo kameralnym filmie przygląda się ludziom z tak zwanego high-life’u, prezentujący różne poglądy oraz przekonania polityczne: od tych bardziej na lewo (para lesbijek) przez wiarę bardziej transcendentalną po cynizm i materializm (bankier Tom). Ale tak naprawdę „Party” to kolejne wyciąganie trupów z szafy, kolejnych tajemnic i kłamstw, czyli pozornie nic nowego. Niestety, to wszystko kompletnie nie angażuje. Początek jest dość obiecujący i czuć narastającą atmosferę pełnych sekretów (Kto tak wydzwania do Janet? Czemu Tom przyszedł ze spluwą? Co znaczy ta trójka?) i po wyjawieniu pierwszej tajemnicy dochodzi do pewnej eksplozji. Dalej widzimy rykoszety oraz kolejne odkrywane tajemnice, tylko że bardzo łatwo można się ich domyślić, tak samo jak ich reakcji, troszkę przerysowanych. I nie pomagają tutaj ani surowa scenografia, czarno-białe zdjęcia czy odrobina czarnego humoru (cudowna April), wybijając film na troszkę powyżej średniej.

party2

Tym bardziej boli mnie fakt, że udało się reżyserce zebrać zestaw naprawdę fantastycznych aktorów i nie w pełni wykorzystać ich potencjału. Bo czy można się nie zachwycać, skoro na planie mamy Timothy’ego Spalla (tutaj bardzo wycofany), Kristin Scott Thomas, Patricię Clarkson (kradnąca film każdym wejściem oraz tekstem), Emily Mortimer, Bruno Ganza (najbardziej sympatyczny z grupy) oraz nerwowy Cillian Murphy. Skład godny aktorskiej Ligi Mistrzów, tylko że najbardziej wybija się Clarkson z Murphym, bo reszta ekipy wydaje się dość mocno szarżować, chociaż wydaje się to celowym zabiegiem. Tylko, że to do mnie nie przekonuje i ta sztuczność kłuje mocno po oczach i uszach.

party3

„Party” mogło być bardzo przyjemną imprezką, jednak zarówno niezbyt angażująca fabuła, problemy gości oraz zagubienie gospodyni czyni całość ledwo strawną. Wnioski też nie wciągają, a że da się zrobić angażujący dramat pokazało włoskie „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Anglicy są chyba jednak bardziej sztywni, przez co tracą na sile.

5,5/10 

Radosław Ostrowski

Niepoczytalna

Sawyer Valentini pracuje w banku jako analityk – pozornie to taka niepozorna kobieta, pełna ambicji oraz sukcesu. Ale tak naprawdę jest to osoba naznaczona pewnym traumatycznym doświadczeniem z przeszłości, spowodowana relacjami damsko-męskimi. Podczas rozmowy z terapeutką przyznaje, że mogłaby próbować popełnić samobójstwo, trafia do… szpitala psychiatrycznego jako pacjentka. Wcześniej niby podpisała jakieś dokumenty, ale to była tylko formalność przecież. Prawda?

niepoczytalna1

Steven Soderbergh to filmowiec, który zawsze lubił eksperymentować z formą, przez co nawet proste opowieści miały swój specyficzny smak. Zwłaszcza, gdy reżyser zaczął flirtować z kinem gatunkowym, co było widać w „Co z oczu, to z serca”, „Contagion” czy „Ściganej”. Nowe dzieło filmowca, czyli „Niepoczytalna” to kolejny przykład takiego eksperymentu. Thriller psychologiczny, gdzie początek oraz zawiązanie intrygi przypomina absurdalną sytuację wziętą z Kafki. Można odnieść wrażenie, że nasza bohaterka przez pomyłkę została wciśnięta w systemowe tryby, jednak to wszystko ma drugie dno. Z jednej strony bohaterka spotyka swojego dawnego stalkera z przeszłości, z drugiej mamy tutaj też bardzo krytyczne spojrzenie na służbę zdrowia. Tam mamy machlojki wiązane z naciąganiem ubezpieczenia (dopóki je masz, to jesteś w ośrodku), podmienianie leków oraz czynienie z pacjentów potulnych pacjentów. Tutaj administracja ma sporą władzę, a nasza bohaterka w zasadzie nie ma nic do gadania, a każda próba przebicia się kończy przemocą (przymusowym braniem leków oraz wiązaniem) oraz szybkim postawieniem Sawyer do parteru.

niepoczytalna2

Trudno nie pochwalić realizacyjnej sprawności. W końcu to Soderbergh, filmujący nawet proste sceny w dość nieoczywisty sposób. Kadry realizowane pod dziwnymi kątami (rozmowa Sawyer z szefem) tworzą pewną nierzeczywistą percepcję i potęgują coś w rodzaju dyskomfortu. Jak choćby w scenach, gdy bohaterka zwyczajnie przechodzi przez ulicę, ale perspektywa sprawia wrażenie, jakbyśmy ją podglądali. Równie świetna jest scena obłędu, gdy Sawyer dostaje szału, a na ekranie widzimy nakładające się na siebie jej głowę oraz jej tył. Jakby na chwilę pojawił się David Lynch. A czy wspomniałem, że całość była kręcona iPhonem? I to działa.

niepoczytalna3

Tylko, że im dalej w las, tym bardziej historia wydaje się coraz bardziej niedorzeczna. Soderbergh bardziej skręca w stronę kina klasy B, pełną miejscami dziur, zaskakująco niedorzecznych sytuacji czy brutalnych scen (chociaż w większości nie pokazanych wprost). Napięcie zaczyna siadać w momencie, gdy poznajemy przeszłość naszej bohaterki, mimo pewnego przyspieszenia tempa oraz akcji. Pochwalić trzeba za to należy zakończenie, bardzo mocno podkreślające, że pewnych demonów nie da się zwalczyć, mimo upływu czasu. Do tego efekt psuje także dziwaczna muzyka Thomasa Newmana, która jest tak nijakim, ambientowym tłem, że sprawia to ból.

niepoczytalna4

Zdecydowanie reżyserowi udaje się poprowadzić aktorów. Rewelacyjnie spisała się Claire Foy, a zadanie miała o tyle trudniejsze, że parę razy dochodzi do zbliżeń na twarz. Jako wycofana ofiara, twarda zawodniczka i sprawna manipulatorka (sceny końcowe) wykonuje swoją robotę wręcz bezbłędnie, zachowując wiarygodność aż do samego końca. Bardzo zaskoczył mnie Joshua Leonard jako David, czyli prześladowca Sawyer. Nie jest stereotypowy, nadekspresyjny psychopata, lecz bardzo wycofany, nieśmiały człowiek, pełen kompleksów oraz mający poważny problem z głową. Z drugiego planu warto wyróżnić Jaya Pharoah (Mike) oraz wyrazista Juno Temple (Violet). Jest też pewien ciekawy epizod, ale sami to odkryjecie.

Drugi film po powrocie Soderbergha do kina nie do końca spełnił oczekiwania, cierpiąc na syndrom dwóch nierównych połówek. Po intrygującym początku oraz kilku odjechanych scenach, twórcy za szybko odkrywają prawdziwe intencje, przez co napięcie robi sobie wolne. Troszkę szkoda, chociaż warto zobaczyć ze względu na Foy oraz jej wspaniałą rolę.

6/10

Radosław Ostrowski

Sweet Country

Australia kiedyś była słodkim krajem dla Aborygenów, lecz kiedy pojawił się pierwszy biały człowiek, wszystko się wywróciło do góry nogami. Jesteśmy w kraju już po I wojnie światowej i tutaj żyje Sam Kelly – poczciwy, porządny Aborygen mieszkający u pastora Freda Smitha razem ze swoją żoną i siostrzenicą. Ale spokojnie życie zmienia się z powodu sąsiada Harry’ego Marcha, który prosi Sama o pomoc w swojej farmie. March wypędza ich od siebie, gwałcąc wcześniej żonę Sama. Następnie wyrusza do ich domostwa w poszukiwaniu zbiegłego służącego, a kłótnia kończy się strzelaniną oraz śmiercią Marcha.

sweet_country1

Zapuszczenie się w australijską przeszłość przez Warwicka Thorntona to jedna z najciekawszych rzeczy tego roku. „Sweet Country” jest reklamowane jako western i po części jest to prawda. Mamy piękne krajobrazy, które są też bardzo niebezpieczne, szeryfa (tak naprawdę sierżanta armii) pilnującego porządku oraz ranczerów, próbujących żyć w tym obcym kraju. Ale tak naprawdę wszystko jest pokazane w bardzo mrocznych tonacjach, bo ludzie nie są tu dobrzy. A nawet jak się pojawi pozytywna postać, pozostaje bezsilna wobec okrucieństwa świata, pełnego uprzedzeń, nieufności oraz nienawiści. A wszystko to reżyser prezentuje w postawach trójki Aborygenów: małomównego, prostego Sama, próbującego wkupić się w łaski za pomocą posłuszeństwa starym Archie oraz młodego Philomaca, który dopuszcza się kradzieży i częściowo jest już „skażony” mentalnością białych. Sama intryga jest prowadzona w sposób bardzo powolny, a klimat gęsty i ciężki niczym australijska pustynia, zaś od samego pościgu, strzelanin czy scen akcji (których jest tutaj na lekarstwo) liczą się postacie.

sweet_country2

Reżyser bardzo powoli zagęszcza atmosferę bardzo prostymi środkami: krótkimi przebitkami montażowymi (pozbawionymi dźwięku), kompletnym brakiem muzyki, powoli budowanym napięciem. Dialogi może nie pojawiają się rzadko, ale ich obecność jest dość ograniczona. Dodatkowo unika prostych rozwiązań czy pójścia na łatwiznę, doprowadzając do bardzo gorzkiego finału i stawiając pytania o przyszłość Australii. Jaka jest szansa na wyrwania się z tego klinczu? Na to odpowiedzi nie ma.

sweet_country3

Thornton za to znakomicie prowadzi aktorów, w większości naturszczyków. Kapitalny jest zwłaszcza Hamilton Morris w roli wycofanego, małomównego Sama. To prosty człowiek, który jest bardzo ufny i budzi sympatię aż do samego końca. Na mnie jednak większe wrażenie zrobił Bryan Brown w roli sierżanta Fletchera. Szorstki, zmęczony życiem oficer, pełen wrogości oraz uprzedzeń. Ale ta sprawa (zwłaszcza sam proces) doprowadzają do zmiany postawy, co aktor pokazuje bardzo delikatnie i subtelnie. Klasę potwierdza za to Sam Neill w roli pastora, dodając troszkę ciepła do tego mrocznego świata.

Słodki kraj tak naprawdę okazuje się piekłem na Ziemi, gdzie przetrwają ci najbardziej bezwzględni oraz okrutni. Dobroć już dawno opuściła ten świat, przypominający „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Bardzo mroczny, gorzki dramat, będący bardzo nieoczywistym westernem, miejscami walący po gębie.

8/10 

Radosław Ostrowski

Jaskiniowiec

Jak myślicie, kiedy powstała piłka nożna? Stworzyli ją Chińczycy czy Anglicy? Prawda jest jeszcze bardziej szokująca, bo już pierwsze mecze zaczęto grać w czasach prehistorycznych. Gdzieś w okolicach Łodzi, podczas pory obiadu, gdy ludzie i dinozaury się naparzały, na ziemię spadł meteor. Jednak zamiast zmieść wszystko w pył, przyniósł małe, okrągłe coś. Ponieważ było gorące i nie można było dotykać rękoma, zaczęli używać nóg. Tak zaczęto grać w piłkę nożną.

jaskiniowiec1

Jednak nowy film studia Aardman nie jest filmem naukowym, opartym na faktach. Ale właściwa akcja toczy się wiele wieków później. Poznajcie Douga – młodego chłopaka z plemienia jaskiniowców, będących dość prymitywnym stadem. A ich spokojne życie – pełne polowania na króliki –  w dolinie, otoczonej wulkanami, zostaje brutalnie przerwane przez ludzi bardziej rozwiniętych pod wodzą lorda Knuta. Chłopakowi udaje się zwiać, ale przez przypadek trafia na murawę piłkarską. Tam decyduje się zawrzeć umowę w sprawie doliny: jak on wygra z Realem Bronzio, dolina zostaje dla Douga i jego ludzi.

jaskiniowiec2

Sam pomysł na tą opowieść może wydawać się bardzo prosty, bo zrobienie filmu sportowego nie jest niczym trudnym. Mamy walkę drobnej drużyny, bez wsparcia, zaplecza kontra wielkich gwiazdorów pod wodzą prezesa-cwaniaka, który jest bardziej chciwy niż Scrooge. Wynik oczywisty do przewidzenia? Tak, ale kumple z Aardman potrafią zaangażować, a przeszczepienie znanej nam rzeczywistości do kompletnie innej epoki staje się źródłem dowcipu. Każde wejście kurczaka pocztowego (mieszanka poczty głosowej z gołębiem), małe krokodylki jako spinacze czy niekonwencjonalny trening to przykład dowcipu pierwszego sortu. Do tego wszystko zrobione w typowym dla tego studia plastelinowym stylu (odcinając się od „Artura ratuje Gwiazdkę”), wyróżniając go z tłumu innych filmów animowanych. Zderzenie to pokazuje, że nie można się cofnąć przed postępem i jedynie rozwój, korzystanie z nowych wynalazków może dać szansę na przetrwanie.

jaskiniowiec3

Z drugiej strony nie można pozbyć się – przynajmniej na początku – pewnej wtórności wobec poprzednich dokonań studia pod wodzą Nicka Parka. Nadal mamy kluczowego bohatera zwierzęcego (tutaj świnka Maciorek zamiast psa Gromita), młodego idealistę zderzonego z rzeczywistością, drobnego złodziejaszka ekranu na trzecim planie (królik). Ale im dalej w las, tym bardziej „Jaskiniowiec” zaczyna nabierać rumieńców, zabawa jest przyjemniejsza, a żarty coraz lepsze.

jaskiniowiec4

Także polska wersja językowa jest zrobiona porządnie. Nie może jednak być inaczej, jeśli całą akcją kieruje Bartosz Wierzbięta, który nie tylko przetłumaczył dialogi, ale także wyreżyserował całość. I słucha się tego z dużą frajdą. Także głosy są bardzo dobre. Świetnie się sprawdził Paweł Ciołkosz w roli Douga, troszkę przypominając Artura z poprzedniego filmu Aardmana, ale też troszkę bardziej ekspresyjny. Również bez zarzutu spisuje się Krzysztof Dracz w roli lorda Knuta, będącego mieszanką sprytu z lękiem przed żoną oraz niemieckiego akcentu. Nie można nie wspomnieć też o Janie Kulczyckim (wódz Kieromir) czy Marcie Dobeckiej (ambitna Guna, pomagająca Dougowi), tworzącymi bardzo wyraziste kreacje.

„Jaskiniowiec” to zaskakująco dobry film sportowy, mimo grania znaczonymi kartami. Historia wsysa, jest wiele dowcipu (zwłaszcza teksty komentatorów sportowych czy dwuznacznych aluzji w przedstawieniu zawodników Realu Bronzio), a animacja wygląda uroczo, mimo wtrącanych komputerowych efektów w postaci wybuchów wulkanów. Niemniej to smakowita porcja kina, idealnie pasująca do Mundialu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Angry Birds Film

Kiedy po raz pierwszy pojawiły się informacje, że ma powstać film na podstawie gry „Angry Birds”, byłem co najmniej zdumiony. Bo czy da się opowiedzieć historię, gdzie mamy ptaki walczące ze świniami? Animowany dział studia odpowiedzialnego za grę, postanowił udzielić odpowiedzi. Głównym bohaterem jest Czerwony – bardzo impulsywny ptak, zesłany za karę na kursy kontroli gniewu prowadzone przez dość ekscentryczną Matyldę. Tam poznaje szybkiego niczym błyskawicę Chucka oraz bardzo dużego, „eksplodującego” ptaka o ksywie Bomba. Między ptaszyskami zaczyna się tworzyć pewna nić sympatii. Ale w tym samym czasie na wyspę naszych bohaterów trafiają świnie kierowane przez Leonarda, nastawione dość serdecznie. Może poza zniszczeniem domu Czerwonego, co mocno go wkurza. I przy okazji odkrywa, że świnie mają inne zamiary.

angry_birds1

Innymi słowy, scenariusz „Angry Birds” istnieje i proponuje może dość ograną, ale potrafiącą zaangażować opowieścią. Mamy grupkę outsiderów, którzy odkrywają prawdziwe oblicze świniaków, stając się nowymi bohaterami. Ale ta wyspa żyje, ma wiele wyrazistych postaci (nawet na trzecim planie jak ptaka-mima czy dużego, groźnie warczącego Terrance’a), a akcja miejscami wręcz galopuje. Jest nawet powiązanie z grą, czyli strzelanie z procy, co jest istotnym fragmentem fabuły. Powoli zaczynamy odkrywać intencje, a wplecione retrospekcje nie są pozbawione humoru (przebicie się Chucka przez zamek czy pozbycie się strażników w stylu Quicksilvera z „X-Men”). I to nie tylko dla młodszych, bo i zgrabnie wpleciono piosenki (m.in. Black Sabbath, Scorpions), a tłumaczenie nie jest pozbawione dwuznaczności. Także animacja jest zrobiona na bardzo dobrym poziomie – każdy ptak wygląda inaczej, porusza się płynnie (a Chuck nawet ekstra szybko), zaś bohaterów nie da się nie lubić.

angry_birds2

Także polski dubbing trzyma poziom, za co należy pochwalić zwłaszcza odtwórców głównych ról. Jacek Bończyk (Czerwony), Janusz Zadura (Chuck), jak i Piotr Bąk (Bomba) zapadają mocno w pamięć, oddając wyraziste cechy swoich bohaterów: wybuchowość, szybkość i zwinność, a także skłonność do wybuchu pod wpływem stresu. To trio nakręca całość, wsparta przez równie mocne głosy Marty Dubeckiej (lekko hipisowskiej terapeutki Matyldy) oraz jak zawsze solidnego Pawła Szczęsnego (król Leonard).

angry_birds3

„Angry Birds Film” ku mojemu zaskoczeniu to udany film, będący jedną z najlepszych adaptacji gier. Dynamiczna, zabawna, pełna akcji bajka z niegłupim morałem oraz dającym wiele zabawy. Nie tylko dla najmłodszych.

7/10

Radosław Ostrowski

Niedoparki

Ile razy wam się zdarzyło, że brakowało wam jednej skarpetki do pary? Jakby ktoś ją ukradł albo zjadł? Jak się okazuje robią pewne stworki zwane niedoparkami, które jedną skarpetę (z pary) kradną, drugą zostawiają. Tak działa gang pod wodzą Padre’a, w przeciwieństwo do Kudły Dederko, wolącego pary skarpet. Do grupy Padre’a trafia jego siostrzeniec Hihlik, któremu zmarł dziadek. A nasz bohater pakuje się w małe tarapaty, a wszystkich ich szuka pewien ekscentryczny naukowiec.

niedoparki1

Kiedy wydaje się, że już nic nie może zaskoczyć, to okazuje się, że jest coś takiego jak czeska animacja. Czyli coś, co nie trafia się do naszych kin zbyt często. Sama historia oparta jest na popularnych w kraju miłośników piwa książkach dla dzieci. Wiadomo, że technicznie nie można osiągnąć pułapu zza Wielkiej Wody, więc nasi sąsiedzi musieli kombinować. Co z tego wyszło? Dość dziwne kino, które wygląda co najmniej ciekawie, chociaż świat naszych skarpetopodobnych tak mocno przypomina świat ludzi – tylko, ze tutaj mamy dwa gangi walczące ze sobą oraz wiele patologii w postaci „ćpania” śmierdzących skarpet, zaślepienia bogactwem i bezwzględnym okrucieństwem. A w to zostaje wplątany prostoduszny Hihlik, który szuka swojej nowej rodziny. Taka wizja świata to coś bardzo spotykanego w animacjach skierowanych dla dzieci.

niedoparki2

Sama animacja nie wygląda najgorzej, chociaż sceny szybszych przejść z miejsca na miejsce są jakieś takie rozmazane i nieczytelne. Grafika jest uproszczona, chociaż nasi bohaterowie wyglądają dość oryginalnie. Takie troszkę skarpety z ustami, swoimi ubraniami i charakterami, pełnymi ekspresji, zaś ich ruchy balansują między byciem niezdarą a nieszablonowym kombinowaniem. W to wszystko są wplątani bohaterowie nie pozbawieni pozytywnych cech: oddania, lojalności, zdolności do poświęcenia, a ich konfrontacja z resztą otoczenia potrafi poruszyć.

niedoparki3

Jednak „Niedoparki” i sama historia może się wydać dla młodego widza zbyt mroczna i przerażająca, zaś starszego odbiorcę może odrzucić strona wizualna, sprawiając pewien dysonans. Sceny włamań są zrobione całkiem nieźle, kreska nie kłuje mocno w oczy, ale czegoś mi tutaj brakuje i nie wiem za bardzo czego. Sam dubbing jest całkiem niezły (wyróżniają się starzy wyjadacze: Robert Tondera i Jarosław Domin w roli antagonistów, zaś mało znany Maksymilian Michasiów daje radę jako protagonista), chociaż pod koniec dość często pada słowo „Bóg”, ale to kwestia tłumaczenia (solidnego). W ostatecznym rozrachunku to ciekawa odskocznia wobec produkcji z Ameryki.

6/10

Radosław Ostrowski

Midnight Special

Jesteśmy rzuceni w sam środek historii, gdzie dwóch mężczyzn ukrywa się w motelowym pokoju. Do tego z nimi jest chłopiec, noszący… gogle na twarzy. O co tu chodzi? Kim są ci ludzie i przed kim się ukrywają? Reżyser Jeff Nichols bardzo szczątkowo przekazuje informacje, dopiero z czasem tworząc pewien obraz wydarzeń, dlatego nie będę streszczał fabuły, bo im mniej się wie, tym lepiej dla widza. Powiem tylko tyle, że naszymi uciekinierami interesuje się pewna sekta, policja, FBI, a nawet NSA. Twórca bardzo konsekwentnie buduje aurę tajemnicy, do której możemy się przebić słuchając dialogów czy informacji z radia lub telewizji. Żadnej dokładnej ekspozycji, szczegółów, ale będą się dziać rzeczy nie z tego świata, pozbawione racjonalnego wytłumaczenia.

midnight_special1

To wyjaśnia dlaczego większość scen toczy się nocą, a im bardziej próbujemy rozgryźć przyczynę, tym bardziej to wszystko zaczyna wciągać, bo kim jest ten chłopak? Nowym Mejsaszem (jak chce sekta), bronią (jak uważa rząd) czy może kimś zupełnie innym. Nichols jednocześnie prowadzi historię w sposób oszczędny, kameralny, przez co nie ma tu zbyt widowiskowych scen. Ale to wszystko pozostaje intrygujące, tajemnicze oraz opowiedziane pewną ręką. Choć pozornie zawiera pewne dziury oraz niedopowiedzenia, to jednak nie czułem się zdezorientowany, zagubiony. Jedyne, co mocno psuło mi efekt to zakończenie, które wywołuje we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony wygląda piorunująco, z drugiej może wydać się zbyt łopatologiczny, pokazując troszkę więcej niż – być może powinna.

midnight_special2

Choć postacie są bardzo zarysowane i nie wiemy zbyt wiele, zagrane są co najmniej bardzo dobrze. Zarówno Michael Shannon (Roy), jak i Joel Edgerton (Lucas) są świetni w roli duetu przyjaciół, łączących siły w sprawie chłopca, a wszelkie emocje prezentują wręcz całym sobą. Tak samo przyciąga Jaeden Lieberher (Alton), magnetyzujący swoim specyficznym wyglądem oraz tajemniczymi umiejętnościami. Odrobinkę humoru udaje się przemycić Adamowi Driverowi, który jako wycofany, małomówny analityk NSA Paul Sevier, wypada dość zaskakująco.

midnight_special3

„Midnight Special” wydaje się być hołdem Nicholsa dla filmów spod znaku Kina Nowej Przygody, ale nie podejmuje gry na nostalgii czy bycia zbiorem cytatów. To mroczna tajemnica, która skupia uwagę, mimo pewnej szczątkowości fabuły oraz małej dawce informacji o bohaterach czy świecie przedstawionym. Bardzo intrygujące, pociągające i nieoczywiste kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kumple z dżungli

Dawno, dawno temu w dżungli działał oddział bohaterów zwany Championami, stającymi w obronie przed misiem koala Igorem. Ale podczas jednej z nieudanych prób zginął jeden z wojowników, guziec Fred, ratujący jajko pingwina. Maurycy zostaje wychowany przez tygrysicę Nataszę, ale wbrew jej woli, inspirując się pozostałymi Championami, wyrusza ścieżką wojownika tworząc własną ekipę, zwana Kumplami z dżungli. Ale Igor ucieka z bezludnej wyspy i planuje zemstę.

kumple_z_dzungli1

„Kumple z dżungli” to kinowa wersja francuskiego serialu animowanego z 2011 roku, gdzie Maurycy kierował swoją własną ekipą (rybka Junior, tarsjusz Gilbert, nietoperz Batrycja, goryl Miguel oraz żaby Al i Bob). Niestety, nie znajdziemy odpowiedzi na pytanie, jak poznał tą grupkę wojowników, jednak działają już od dłuższego czasu. Sama historia jest dość prosta, a jej motywem jest współpraca między dwoma pokoleniami wojowników, co idzie dość opornie. Spięcia między matką a synem są silnie zaznaczone, a konfrontacja z Igorem daje wiele satysfakcji. Twórcy tworzą tutaj kino akcji ze zgrabnym, pozbawionym łopatologii morałem o sile wspólnego działania. Wszelkie potyczki są zrobione w sposób finezyjny, co czuć już na samym początku, pokazując zgranie ekipy, wykorzystujących otoczenie. I to robi robotę.

kumple_z_dzungli2

Sama historia wygląda całkiem nieźle, a animacja jest tylko nieco słabsza od produkcji Disneya czy Pixara. Nie jest aż tak szczegółowa jak w/w, ale jest za to bardzo przyjemna dla oka, kolorowa oraz z pomysłowo zarysowanymi zwierzątkami, co dzieciom na pewno się spodoba. Do tego mamy jeszcze bardzo dobrze współgrającą muzykę oraz inspiracje klasykami kina pokroju „Indiany Jones” (pościg w tunelu), „Rocky’ego” czy „Mission: Impossible”. Także bardzo delikatny humor może spodobać się dzieciom.

kumple_z_dzungli3

No i polski dubbing, który prezentuje się dobrze, chociaż brakuje zapadających w pamięć postaci, a aktorzy dobrze oddają swoich bohaterów. Największe brawa zgarnia Zbigniew Suszyński, czyli pingwin Maurycy, będący charyzmatycznym wodzem, a jednocześnie pragnącym uznania swojej matki dzieckiem. Na drugim planie najbardziej zapadł mi Janusz Wituch (jajogłowy Gilbert) oraz duet Jarosław Domin/Cezary Kwieciński (Al i Bob). Solidnie prezentował się Maciej Maciejewski w roli pyszałkowatego Igora, pełnego megalomańskich zapędów.

„Kumple z dżungli” to bardzo przyzwoita animacja, dająca dużo rozrywki. Przesłanie niegłupie, historia angażuje, mimo pewnej przewidywalności oraz dość prostego poczucia humoru. Lekkie, przyjemne kino przygodowe dla dzieci, ale i starsi znajdą tu coś dla siebie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Tarapaty

Poznajcie Julkę – młodą dziewczynkę, której rodzice mieszkają w Kanadzie i ma wkrótce do nich pojechać na wakacje. Niestety, rodzice to dość zapominalscy ludzie, więc dziewczynka spędza więcej czasu z ciotką, specjalistką od dzieł sztuki. Zapalnikiem wydarzeń jest kradzież cennych planów z domu ciotki, w czym Julka – pośrednio – miała wpływ (zostawiła otwarte okno). I wtedy na jej drodze pojawia się Olek – chłopiec prowadzący na własną rękę śledztwo w sprawie częstych kradzieży.

tarapaty1

Wydawałoby się, że w Polsce już kina dla młodych widzów się nie robi, chociaż ostatnio powoli coś się zmienia. Do tego trendu próbuje się wpisać debiut Marty Karczewskiej, przypominający troszkę klimaty książek Adama Bahdaja oraz Edmunda Niziurskiego, przeszczepiony do dzisiejszych realiów. Widać, że to produkcja skierowana do bardzo młodego widza, zaczynającego swoją przygodę z X Muzą. Jest to klasyczne kino, pełne zagadek, mylenia tropów oraz poszukiwania skarbu, który jest bardzo ciekawy (rysunek warszawskiej Syrenki od Pablo Picassa). Sama historia niezbyt mnie wciągnęła i jest pełna ogranych klisz (antypatyczny duet niań Pulchna i Chuda, oschła ciotka, troszkę nieporadni dorośli), które starszym odbiorcom będą zwyczajnie przeszkadzać. Całość idzie bardzo po sznurku, czasami jest dużo zbiegów okoliczności, a miejscami jest wręcz mrocznie jak w tunelu i zaskakująco poważnie jak na film familijny. Tutaj najważniejsza jest kwestia zaufania do innych, która jest wystawiana na próbę oraz przyjaźń Julki z Olkiem, o czym ciągle opowiada sama bohaterka z offu.

tarapaty2

Trudno się przyczepić do realizacji, bo jest bardzo porządnie wykonana. Ładne są zdjęcia z wykorzystywanym motywem z perspektywy otwieranych drzwi czy niszczonej ściany. Nawet dialogi są całkiem niezłe. Ale brakuje jakiegoś błysku czy czegoś, co wybijałoby ze stanu średniego, chociaż doceniam wyjście poza budynki.

tarapaty3

Aktorsko nie ma tu zbyt wiele do popisu, zaś dzieciaki (Hania Hryniewiecka oraz Jakub Janota-Bzowski) miejscami brzmią sztucznie, przyprawiając parę razy o ból uszu. Ok, to są debiutanci i nie należy wiele wymagać, jednak można było nad tym popracować. Troszkę luzu wniósł Piotr Głowacki (tajemniczy „Szef”) oraz przerysowany duet Maria Maj/Jadwiga Jankowska-Cieślak. Poważniejsza jest Joanna Szczepkowska (ciotka) i pojawiający się na dość krótko Krzysztof Stroiński (muzealnik).

Jeśli chcecie zobaczyć film dla młodego odbiorcy, to lepiej sięgnąć po „Za niebieskimi drzwiami” czy nawet „Klub włóczykijów”. Debiut Karwowskiej jest pewną nadzieją dla kina dziecięcego, chociaż dla mnie troszkę działał ziewogennie. Niemniej chciałbym więcej tego rodzaju kina w Polsce.

5/10

Radosław Ostrowski