Czas próby

Jest rok 1951. Poznajcie niejakiego Berniego. To bardzo nieśmiały, młody marynarz Straży Wybrzeża. Wiecie, to nie jest łatwa fucha dla takiego służbisty, ale gdy go poznajemy ma iść na randkę z kobietą, która zna tylko telefonicznie. Ale związek się rozwija i jest ślub w planach. Lecz parę miesięcy dochodzi do sztormu, podczas którego tankowiec rozpada się na dwie części. Załoga pozbawiona kapitana jest zdana tylko na siebie. Mogą się jedynie modlić o pomoc, bo szansę na wyjście cało są niewielkie.

czas_proby1

Tą prawdziwą historię postanowił opowiedzieć Craig Gillespie – typowy rzemieślnik, który wypłynął na szerokie wody niezależnym debiutem „Miłość Larsa”. Potem pojawiły się większe budżety, bardziej znane twarze na pierwszym planie i… nagle czegoś zabrakło w tych filmach. „Czas próby” to taki klasyczny dramat, gdzie mamy dwóch ludzi, co nie chcą, ale muszą. Muszą stanąć na czele ludzi i podjąć się ocalenia. Całość toczy się dwutorowo – z perspektywy ratowników oraz ocalonych marynarzy pod wodzą wycofanego mechanika, co jeszcze bardziej ma podkręcić napięcie. Sceny, gdy mamy pokazaną bezwzględną siłę natury, wyglądają wręcz obłędnie (zwłaszcza te kadry „podwodne”), aż można poczuć wodę na twarzy. I można było te sceny pokazać choćby w IMAX. Poza tymi ujęciami, realizacja jest bardzo klasyczna, pełne delikatnych, wręcz pastelowych kolorów, udanie rekonstruując realia epoki. Ale udaje się uniknąć nadmiernej dawki patosu, bez łopoczącej flagi oraz bardzo, bardzo podniosłych słów.

czas_proby2

Niby wszystko jest tam, gdzie trzeba, jednak film nie angażuje za bardzo. Dlaczego? Może dlatego, że postacie są ledwo zarysowane w oparciu tylko o jedną cechę charakteru: doświadczonego weterana wątpiącego, niedoświadczonego wilka, narzeczoną czekającą na chłopaka, służbistę, dowódcę. Mamy tylko wycinek z życia bohaterów w tytułowej chwili próby.

czas_proby3

A to jest pewien poważny minus. Chociaż zaczynamy lubić te postacie, jest to zasługą aktorów. Skoro mamy Chrisa Pine’a (Bernie Webber), Bena Fostera (Livesey) czy Erica Banę (dowódca Cluff), to nie może być słabo. Dla mnie największą wartością jest Casey Affleck w roli mechanika Syverta. Bardzo wyciszony, ale jako jedyny mający plan do działania, staje się przywódcą rozbitków. I jest w tej postaci – podobnie jak u Berniego – pewna tajemnica, mieszanka solidności, opanowania, walki oraz determinacji. Obydwaj są po prostu fachowcami, znającymi się na swojej profesji, co w takich sytuacjach zawsze jest potrzebne.

„Czas próby” miał wszelkie predyspozycje na dramatyczny, poruszający dramat zmieszany z dreszczowcem. Niby jest suspens, czuć stawkę tej gry, realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić, aktorsko też. Ale to wszystko nie angażuje, pozostaje letnie, choć ogląda się to przyjemnie.

6/10

Radosław Ostrowski

Atak paniki

Polifoniczna narracja to nie jest coś, czego byśmy nie znali. Stosowano ją od dawna, przez co urozmaicała sposób opowiadania historii. Nie inaczej jest z „Atakiem paniki” – fabularnym debiutem Pawła Maślony. Jest to historia kilku osób, która znajdują się w pewnym krytycznym momencie, doprowadzając do ataku.

atak_paniki1

Wszystko zaczyna się od pewnego samobójstwa młodego chłopaka. Strzał w usta, rozbryzgana krew z resztkami mózgu na ścianie, przyjemna piosenka jakby z lat 60., lecą napisy. A to dopiero początek imprezy. Kogo spotykamy w tej zabawie? Małżonków wracających z Egiptu mających problem z pasażerem, neurotyczna pisarka spotykająca się z byłym partnerem, kelner uzależniony od gier komputerowych, młoda kobieta uprawiającą samogwałt przez Internet oraz trzech małolatów jarających zioło – to są nasi bohaterowie. Maślona wprowadza zamieszania, a ja próbowałem się zastanowić czy te wszystkie postacie się spotkają, czy to tylko luźno powiązane scenki. Jest to pierwsze rozwiązanie, a odkrywanie kolejnych części układanki daje sporo frajdy. Humor jest dość specyficzny, który nie wszystkim się spodoba, a zapętlenie wydarzeń może doprowadzić do stanów przerażenia, wręcz apokalipsy w skali mikro. Jednych to rozbawi, innych przerazi, a jeszcze inni uznają to za błahostkę. Ale trudno odmówić realizacyjnego sznytu. Największe wrażenie robi fenomenalny montaż, gdzie przejścia z wątku na wątek są płynne i sprawiają wrażenie spójnej całości, a nie mechanicznego działania. Podobnie tempo podkręca pulsująca, czasami psychodeliczna muzyka, jeszcze bardziej nakręcając wydarzenia (jak w „11 minut”). Ostatnie minuty to popis realizacyjny, tylko że potem cała historia jakby się urywa. „Nic już nie zostało”, padają słowa, a przed tym widzimy poród, krzyki, walkę z bagażem, fajerwerki (jakby bomba miała eksplodować), pojawia się czarny ekran, lecą napisy końcowe. To już? – przyszło mi do głowy. Bo poczucie niedosytu miałem bardzo mocne, a niektóre dialogi potrafiły strzelić w punkt.

atak_paniki2

Te drobnostki wygrywa za to fantastyczna obsada, gdzie praktycznie nie ma jakichś słabych punktów. Kompletnie zaskakuje Artur Żmijewski, obsadzony wbrew swojemu emploi, pozornie sprawiający wrażenie oazy spokoju, ale oczy i twarz zaczynają wyrażać coś innego. Fason potwierdza też niezawodny Grzegorz Damięcki (Dawid) czy Dorota Segda (Ela), mocno swoją obecność zaznaczają współautorzy scenariusza: Aleksandra Pisula (Kama – sceny niezręcznych rozmów z nieproszonymi gośćmi są rozbrajające) oraz Bartłomiej Kotschendorff (nabuzowany Miłosz). Ale na mnie największe wrażenie zrobiła fenomenalna Magdalena Popławska. Neurotyczna i ciągle gadatliwa Monika, z lekko postrzeloną fryzurą oraz zestawem tików, skupia uwagę od samego początku, ale nigdy nie jest ona przerysowaną karykaturą, o co było bardzo łatwo.

atak_paniki3

„Atak paniki” to bardziej czarna komedia, próbująca być diagnozą współczesnego świata, pełnego zakłamania, tajemnic i czegoś, co nazwałbym wrodzoną nieufnością wobec innych. Może jeden wątek sprawia na początku wrażenie doklejonego na siłę, a początek wręcz budzi dezorientację (przeskoki z bohaterów, łamana chronologia). Ale im dalej w las, tym bardziej dochodzi do eksplozji, zmuszającej postacie do wyjścia poza swoją strefę bezpieczeństwa. Co z tego wyjdzie? To już musicie sami opowiedzieć.

7/10

Radosław Ostrowski

Aferim!

Wołoszczyzna, rok 1835. Sierżant policji Constantin razem ze swoim synem Lonitą wyrusza, by znaleźć uciekiniera. Jest nim Cygan zbiegły z majątku bojara. Panowie ruszają w drogę, spotykając po drodze różnych ludzi i szukając informacji o zbiegu.

aferim1

Rumuński film historyczny – brzmi to co najmniej eklektycznie i być może dlatego dałem się skusić tej historii. Reżyser Radu Juhe pokazuje jak bardzo niewiele zmieniło się mentalnie na świecie, zdominowanym przez rasizm i pogardę wobec innych: Rosjan, Turków, ale przede wszystkim Cyganów, traktowanych tutaj jak czarnoskórych mieszkańców USA przez (niemal) cały XIX wiek. Są po prostu tanią i łatwą do nabycia siłą roboczą, kupowaną na targu (dzieci też), wykorzystywaną zarówno przez bogatych panów, jak i Kościół. To jeszcze są czasy feudalne, które powoli zaczynały wygasać, ale jeszcze nie do końca. Całość toczy się bardzo powoli, a klimatem przypomina wręcz western. Te bardzo tajemnicze plenery, uchwycone na czarno-białej taśmie i ojciec z synem jadący na koniu niczym kowboje z Dzikiego Zachodu. To buduje bardzo specyficzny klimat, chociaż fabuła wydaje się bardzo prościutka, a tempo więcej niż spokojne. Wszystko to okraszone jest niezłymi dialogami oraz czarnym humorem aż do bardzo gorzkiego finału.

aferim2

Zarówno dla ojca, który widział wiele, ale świat dla niego był bardzo prosty, oparty na regułach prawa i sypiącego ciągłymi aforyzmami oraz młodego, troszkę naiwnego syna, któremu przekazuje swoje spojrzenie na świat. Obaj panowie są autentyczni, a wspólne rozmowy mówią o nich więcej niż cokolwiek. Widać silną zażyłość, a kilka scen (mocny monolog księdza czy powrót do magnata) zostanie w pamięci na długo.

aferim3

To miejscami bezwzględne spojrzenie na przeszłość oraz próba rozliczenia się z demonami Rumunów. Zrealizowana bardzo oszczędnie, ale stylowo. Do tego świetnie zagrany i pewnie poprowadzony, dotykający pozornie ogranego tematu z zupełnie innej perspektywy, którą warto docenić.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ikar

Rok 2014. Bryan Fogel amatorsko uczestniczy w pewnym trudnym wyścigu kolarskim, który dla amatorów jest tym, czym Tour de France dla zawodowców. I nasz bohater postanawia udowodnić, że obecny system antydopingowy jest do bani. Najpierw ukończy wyścig „czysto”, a następnie zastosuje doping w taki sposób, że żadne laboratorium tego nie wykryje. Pomaga mu w tym rekomendowany przez szefa Laboratorium Olimpijskiego szef rosyjskiego laboratorium antydopingowego, Grigorij Rodczenkow. I wszystko spokojnie idzie z planem, aż do momentu, gdy wybucha w Rosji afera dopingowa, odkryta przez niemieckich dziennikarzy.

ikar1

„Ikar” to przykład dokumentu, w którym życie napisało scenariusz, wywracając pierwotną koncepcję niemal do góry nogami, chociaż cel został osiągnięty. Wszystko idzie bardzo powoli i spokojnie, słyszymy rozmowy Bryana z Grigorijem o środkach, sposobach zażywania, dawkach itp. Ale kiedy dochodzi do odkrycia afery w Rosji i Rodczenkow zostaje wzięty na celownik, całość zmienia kompletnie tempo, zmieniając się wręcz w prawdziwy thriller. I wtedy widzimy gigantyczną skalę wielkiego oszustwa, w który były zamieszane najwyższe osoby w państwie. Jak od lat fałszowano próbki, niszczono pojemniki, co wydawało się nie do pomyślenia. Skala tego całego przekrętu jest niewyobrażalna, że słowa nie są w stanie tego wyrazić.

ikar2

Kolejne rozmowy z Grigorijem, jego ucieczka z Rosji, przekazanie danych do prasy i komisji antydopingowej – to wszystko trzyma w napięciu niczym rasowy thriller, gdzie poczucie zagrożenia oraz paranoi jest bardzo ogromne. Oczernianie, zaprzeczanie, wreszcie pozbywanie się osób niewygodnych dla władzy. Tylko pytanie brzmi, kto jeszcze może być tak mocno umoczony w aferę dopingową. W ilu krajach oraz ilu sportowców jeszcze próbuje grać nieczysto. Choć zachowano klasyczną formę dokumentu (gadające głowy, rysowane wstawki, fragmenty dokumentów) trudno było mi oderwać oczy z przerażenia.

ikar3

Najmocniej widać to było w postawie Rodczenkowa – człowieka dość trudna w ocenie. Z jednej strony człowiek od wielu lat uwikłany w ten brudny proceder, bardzo inteligentny i solidnie wykształcony, ale z drugiej to człowiek „skażony” przez swój kraj. Żyjąc w niemal ciągłej paranoi, niejako działa jak bohater „Rok 1984” stosując dwumyślenie. Dlaczego decyduje się ujawnić całą aferę? Z obawy o własne życie, wyrzuty sumienia? To pozostaje tajemnicą, czyniąc tą postać bardzo niejednoznaczną. Tak jako jak zakończenie – niby zakończone happy endem, jednak z pewną goryczką.

„Ikar” bardzo mocno obnaża świat sportu oraz jego bezsilność w walce z dopingiem. Jeden z bohaterów (szef Laboratorium Olimpijskiego) stwierdza: „Wszyscy biorą”. I zadanie bardzo trudne pytanie o sens imprez sportowych, które są zdominowane przez gigantyczne pieniądze, układy oraz powiązania polityki, sportu i biznesu. Nadal chcecie oglądać olimpiadę, wyścigi kolarskie czy Mistrzostwa Świata po tym filmie?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Jim & Andy: The Great Beyond

Pamiętacie taki film „Człowiek z księżyca” Milosa Formana? Produkcja to zrobiła piorunujące wrażenie na widzach, których nie było zbyt wielu. Ale film inne oblicze Jima Carreya, będącego na wielkim szczycie. I o pracy tego aktora nad tym filmem opowiada ten dokument od Netflixa.

jim__andy1

A przyczynkiem do realizacji tego filmu były udostępnione po 20 latach materiały osób filmujących pracę Carreya nad filmem. To w połączeniu z rozmową między Carreyem, a nową ekipą daje bardzo interesujący i nieszablonowy portret tego aktora. Owszem, jest to coś w rodzaju pomnika, ale jednocześnie pokazuje jak bardzo jedna kreacja może wywrócić całe życie do góry nogami. Carrey wybrał dość ryzykowną metodę pracy, czyli ciągłe bycie graną przez siebie postacią. Często w tych okolicznościach powtarzało się stwierdzenie: „To dziwaczne”, bo ta metoda dla wszystkich była dość problematyczna, włącznie z reżyserem. Ale kiedy Carrey zmieniał się w Tony’ego Cliftona, wszystko stawało na głowie. Bywał czasem zdrowo kopnięty (próba wejścia do biura… Stevena Spielberga, wizyta w rezydencji Hugh Hefnera), a osoby takie jak wrestler Jerry Lander miały z nim iście krzyż pański. Był ciągle prowokowany, atakowany i opluwany, chociaż jego relacja z Kaufmanem były jak najbardziej serdeczne. I te zachowania prowokują pytania o to, do jakiego stopnia aktor może czy powinien się zatracić w odgrywanej przez siebie postaci. W którym momencie jest się aktorem, a w którym postacią i jak później „wyjść” z tej roli.

jim__andy2

Ale jednocześnie widać pewne paralele między Kaufmanem i Carreyem – dwoma dość postrzelonymi komikami, którzy szli własnym szlakiem. Widać podobieństwa między nimi w scenach początków ich karier (występy sceniczne), energia oraz miejscami absurdalne poczucie humoru. Czasami zdarzało mu się, tak jak Kaufmanowi przegiąć (występ u Arsenio Hall, gdzie był kompletnie podchmielony), ale nigdy nie zmieniał masek oraz ról. Być może dlatego tak mocno poruszyły mnie sceny z ostatniego dnia planu, gdy Jim jako Clifton dziękuje wszystkim oraz Kaufmanowi.

jim__andy3

Więcej wam nie zdradzę, bo trzeba samemu przekonać się. Niesamowity portret Carreya oraz przykład tego, jak się pracuje na planie filmowym. Niesamowita robota.

8/10

Radosław Ostrowski

Bohater

Ostatni widoczny jest trend filmów o bohaterach w dojrzałym wieku, którzy próbują poukładać swoje zabałaganione życie w pewnym krytycznym momencie. „Zapaśnik”, „Szalone serce” – to najbardziej wyraziste przykłady. W tym samym kierunku idzie też „Bohater”. Jego głównym bohaterem jest podstarzała gwiazda westernu, Lee Hayden. Obecnie on udziela głosu w reklamach, swoje najlepsze lata ma za sobą, jest po rozwodzie, z rodziną nie utrzymuje kontaktu, a jedyną rozrywką jest jaranie jointów. Ale wszystko zaczyna się zmieniać od pewnego spotkania z niejakim rakiem. Jeszcze ma wkrótce otrzymać nagrodę za całokształt twórczości i dzięki dilerowi poznaje pewną młodą kobietę, Charlotte.

bohater1

Zaskakujące i spokojne kino Bretta Haleya znowu idzie w tym samym kierunku, co wcześniej wymienione tytuły. Nie ma galopującego tempa, dynamicznej akcji, a całość skupia się na jednym człowieku, który nagle dostaje szansę. Ale czy będzie ją w stanie wykorzystać? Retrospekcje mieszają się ze snami (sceny „westernowe”), luźno wiążąc się w jedną całość, co zmusza do uważnej obserwacji. Próba pogodzenia się z córką, nowa kobieta mogąca dać kopa w cztery litery – to wszystko już znamy, ale potrafi to na swój sposób poruszyć. Oniryczne ujęcia w konwencji westernu mogą wywołać pewną dezorientację, a dość ospałe tempo może wywołać znużenie. Także dość dziwne zakończenie, które pozostaje otwarte, sprawia wrażenie jakby urwanego, niedokończonego.

bohater2

Ale te minusy nie drażnią, co jest zasługą fantastycznego Sama Elliotta, który idealnie pasuje do roli legendy westernu. Nic dziwnego, w końcu Elliot i Dziki Zachów (+ zajebiste wąsy) to zawsze idealne połączenie. Do tego jeszcze ten głęboki, niski głos tworzą wyrazista postać, która wnosi wiele życia do ogranego schematu rozliczającego się starca z drugą szansą. Ale czy ją wykorzysta? Ma kilka świetnych scen jak przesłuchanie do filmu czy przemówienie podczas gali, jednak magnetyzuje samym spojrzeniem. Intrygująca jest też Laura Prepon jako stan-uperka Charlotte – bardzo ciepła, ale jednocześnie była złośliwa, tajemnicza i daje silną motywację dla naszego herosa. Troszkę nie do końca jest wykorzystana jest Krysten Ritter jako córka Lee, choć ma jedną mocną scenę, a lekki humor dodaje Nick Offerman jako diler i sąsiad bohatera.

bohater3

„Bohater” idzie według sprawdzonej kliszy i parę razy potrafi poruszyć, co nie zawsze jest proste. Wielu na pewno odrzuci kilka onirycznych scen i wolne tempo, lecz warto dać szansę, głównie dzięki Samowi Elliotowi, którego ostatnio nie widać zbyt często. Klasyczny one man show, ale miejscami wzruszający.

6/10

Radosław Ostrowski

Better Watch Out

Święta czuć w powietrzu, śniegu jest od groma, a rodzice chcą spędzić czas z dala od dzieci tylko dla siebie. Ale nie wszyscy spędzą ten czas ze swoją rodziną. Kimś takim jest Ashley – młoda małolata, wkrótce przeprowadzająca się do Pittsburgha. Ale zamiast pomóc rodzinie w święta, musi zostać niańką  młodego chłopaka o imieniu Luke, który bardzo na nią leci. I tej nocy ktoś próbuje włamać się do domu.

better_watch_out1

Film Chris Peckovera wydaje się początkowo dreszczowcem a’la home invasion. Powoli budowane jest napięcie (otwarcie drzwi, głuche telefony, gość ze strzelbą) i to potrafi przerazić. Nawet jeśli wydaje się to ograne, ale po 30 minutach wszystko wywraca się do góry nogami. Zamiast walki z bandziorami, mamy psychopatycznego gnojka, pragnącego zaliczyć (i/lub) zabić naszą Ashley. Tego się nie spodziewaliście? Podobne przełamanie było w „Opiekunce”, która zapowiadała co innego, a po drodze wskoczono na zupełnie inne tory. Wszystko staje się szyderczą, miejscami bardzo smolistą komedią. Nie zabrakło kilku odniesień do „Kevina samego w domu” (puszka idzie w ruch czy kolędnicy), co wnosi ten film na wyższy poziom. Nie jest to może satyra na nowobogackich, którzy nie kontrolują swoich dzieci. Kolejne wolty, kłamstwa, manipulacje oraz krwawa zabawa coraz bardziej rozkręca się aż do niejednoznacznego finału. Wiele osób może się odbić od tej zaskakująco brutalnej jatki, lecz tak nieoczywistego dreszczowca nie widziałem od dawna.

better_watch_out2

Reżyser potrafi zbudować napięcie, ale największe wrażenie zrobili na mnie kompletnie nieznani aktorzy w rolach głównych. Kompletnie mnie zaskoczył Levi Miller w roli Luke’a. Początkowo sprawiał wrażenie dziwacznego, ale troszkę nieśmiałego chłopca przechodzącego pierwsze fascynacje dziewczynami. Ale potem okazuje się, że jest coraz bardziej przerażające oblicze psychopaty, nie patyczkującego się z nikim i niczym. Manipulator, kłamca, szaleniec i morderca pod obliczem niewinnego, spokojnego dzieciaka. Jestem pod dużym wrażeniem. Tak samo dobrze wypada nasza protagonistka, grana przez Olivię DeJonge, która tylko pozornie wydaje się słodką blondynką. Ale nie daje sobie w kaszę dmuchać i jak trzeba, potrafi zawalczyć.

better_watch_out3

„Better Watch Out” to całkiem przyjemna odtrutka na świąteczne, przesłodzone opowieści bożonarodzeniowe. Bywa ostry, krwawy i szokujący, ale daje wiele satysfakcji. Tylko trzeba wejść w ten pokręcony klimat, a miło spędzicie półtorej godziny.

7/10

Radosław Ostrowski

Legion samobójców

Tytułowy oddział samobójców to zbieranina wyjętych spod prawa, paru psychopatów kierowanych i sterowanych przez Amandę Waller oraz wojskowego podwładnego, Ricka Flaga. Dlaczego zostali stworzeni? Śmierć Supermana zmusza do zastanowienia się jak powstrzymać Zło nie z tego świata. Czemu ci najgorsi? Bo w razie wpadki można zrzucić na nich winę. Deadshot, Harley Quinn, El Diablo i spółka wyruszają zrobić porządek w mieście, gdyż coś się dzieje i trzeba wyruszyć.

legion_samobojcow1

David Ayer, czyli specjalista od kina policyjnego, dostał szansę od Warnera, by zrealizować film superbohaterski. Ale później studio się wpieprzyło w pracę, przemontowano całość i zrobiła się totalna zadyma. I to niestety widać. Sam początek, czyli ekspozycja postaci parta na szybkim montażu, wpadających w ucho (chociaż ogranych do bólu) kawałkach – od Black Sabbath przez Queen, Dusty Springfield aż do Ricka Rossa – jest w tym, czasami dochodzi do ironicznych złośliwości oraz tarć między postaciami. I to jest fajne, zabawne, lekkie i wnosi troszkę świeżości do schematów kina o super czy antybohaterach. Ale w momencie, gdy trzeba uruchomić całą intrygę, wszystko sypie się niczym domek z kart. Potem wchodzą czary mary, paskudnie wyglądający sługusy do likwidacji, czarna charaktery bez jaj i z żądzą rozwalenia wszystkiego w pizdu, że brak kreatywności aż boli. Mimo mordowni oraz ilości trupów, film jest pozbawiony mroku, krwi, przemoc jest umowna i pozbawiona ciężaru. Wszystko staje się takie ograne i schematyczne, a do tego jeszcze efekty specjalne wyglądają tak tragiczne (na co poszedł ten cały hajs?), że powinno być to zabronione.

legion_samobojcow3

Jest jeszcze jedna scena w barze, gdzie bohaterowie zaczynają troszkę bardziej zbliżać (a nawet poznajemy przeszłość jednego z nich – El Diablo). I tutaj bije serducho tego filmu – szkoda, że tych scen jest tak mało. Także fakt, że niektórych postaci jak Killer Croc czy Katana nie poznajemy zbyt dokładnie (brakuje historii) też boli. Nawet ta więź tworząca się między zbirami tworzącymi wielką rodzinę, jest przedstawiona troszkę za szybko i po łebkach. Co za bajzel!

legion_samobojcow2

Aktorsko jest całkiem nieźle, ale – jak wspomniałem – nie wszystko otrzymali po równo czasu, by zbudować swoja postać i lepiej ją poznać. Nie zawodzi Will Smith jako zabijaka Deadshot, utrzymując typowy dla siebie poziom. Pozytywnie też zaskakuje Joel Kinnemann (służbista Rick Flag) oraz Jai Courtney (zdrowo pizgnięty Kapitan Boomerang), ale i tak szoł wszystkim kradnie Margot Robbie, czyli Harley Quinn. Ta wariatka nie tylko rzuca sucharami, lecz jest świadoma swojego porąbanego charakteru, co jest intrygujące. I jeszcze zakochana w tym porąbanym Jokerze (zaskakujący Jared Leto), którego jest zdecydowanie za mało – raptem kilka minut to za mało, by zbudować postać (reszta w montażu została wyrzucona). Z kolei nasi przeciwnicy, czyli Enchantress (Cara Delavigne) oraz jej brat to jakaś katastrofa – bez polotu, pomysłu i nijacy. Sytuację próbuje ratować Viola Davis, czyli zimna, bezwzględna Amanda Waller, będąca mózgiem całego projektu zebrania łotrów. Ale nie ona jest bad guyem w tym cyrku.

legion_samobojcow4

„Legion samobójców” to film mający tak ogromny potencjał, ze aż żal. Gdyby twórcy bardziej podkręcili klimat i postawili na większą interakcję plus ostrą przemoc, to pozamiatałby tak samo jak „Deadpool”. Ale producenci wcisnęli hamulec i postanowili pożenić to wszystko w stylu Marvela, ale na poziomie wizualnym. Wersji reżyserskiej raczej nie będzie, ale chciałbym bardziej wejść w ten świat. Może w części drugiej będzie lepiej.

6/10

Radosław Ostrowski

Assassin’s Creed

Czy ktoś z tu obecnych zna serię gier „Assassin’s Creed”? W skrócie chodzi o odwieczną walkę Templariuszy z Asasynami, gdzie gracz wcielał się w asasyna walczącego w realiach historycznych. Był to zazwyczaj przodek postaci z wątku współczesnego (z czasem zrezygnowano z tego wątku), przenosząc się za pomocą Animusa (łączenie kodu genetycznego przodka ), a walka toczyła się o Artefakty Edenu. Po drodze jeszcze bieganie, zabijanie, Credo itp. Pytanie, czy wreszcie dało się stworzyć udaną egranizację?

Punkt wyjścia jest podobny. Najpierw poznajemy niejakiego Aquilara – hiszpańskiego członka bractwa Asasynów. Składa przysięgę i ma za zadanie chronić Jabłko Edenu. Potem przeskakujemy do współczesności, gdzie poznajemy Calluma Lyncha – mordercę, który jako chłopiec widział śmierć swojej matki. Zostaje uznany za zmarłego i ściągnięty przez tajemniczą organizację, która chce znaleźć Jabłko Edenu. Dlaczego? Oficjalnie, by wyleczyć ludzkość z przemocy. Ale chyba nasz bohater jest mniej kumaty, bo wierzy w to.

asasyn2

Co zrobić, by znaleźć klucz do dobrej egranizacji? Znajomość materiału źródłowego oraz pewne zdrowe podejście, by każdą bzdurę uczynić przekonującą. Problem w tym, że pod względem scenariusza film Justina Kurzela zwyczajnie leży. Dlaczego? W grach większość czasu spędzaliśmy jako asasyn wykonujący różne zadania, mające pomóc w powstrzymaniu Templariuszy, rzadko przechodząc do wątków współczesnych, które były strasznie nudne. Justin Kurzel odwraca te proporcję i zamiast prezentować wszelkie losy asasyna Aquiera, wybiera świata Calluma, budzącego się w jakimś tajemniczym miejscu – hotel, więzienie, laboratorium? Razem z tym bohaterem czujemy się zdezorientowani, próbujemy rozgryźć prawdziwe motywacje (my jesteśmy o krok przez Lynchem) oraz odnaleźć się w tym całym bajzlu. Tylko, że przemiana cynicznego Lyncha w prawego Asasyna to są jakieś jaja, pozbawione psychologii, motywacji oraz wiarygodności. Wszystko jest opowiadane tak serio, ze aż przyprawia to o ból istnienia (czyżby Kurzel nie widział pierwszego „Mortal Kombat”?) i dialogi niemal wywołują znudzenie niczym w „Adwokacie”.

asasyn1

Z kolei wątek hiszpański też jest ledwo liźnięty, trafiamy do dawnych czasów raptem 4 razy, rzuceni w sam środek wydarzeń (tak jak w grze), gdzie święta Inkwizycja w imię Boże dopuszcza się mordowania, palenia oraz usuwania niewygodnych wrogów. Sceny te bronią się przede wszystkim mrocznym klimatem, świetną pracą kamery (to przejście w świat, bura kolorystyka czy dynamicznie zrobione sceny ucieczki, gdzie przeskakują z dachu na dach – wow) oraz na tyle sprawnym montażem, że nie ma miejsca na nudę. Tylko, że brakuje zaangażowania oraz bliższego poznania jakiejkolwiek postaci, nic nas nie obchodzą.

asasyn3

Nawet aktorsko brakuje tutaj jakiegokolwiek mocnego punktu zaczepienia. Na początku Michael Fassbender jako Lynch sprawia wrażenie obojętnego cynika, skonfrontowany z odważnym, walecznym przodkiem (Aquilar to postać bardziej czynu i tutaj trudno kwestionować oddanie), ale jego przemiana wygląda niewiarygodnie, wręcz sztucznie. Zbyt skrótowo potraktowano tą postać, która mogłaby zyskać nieco więcej, gdyby miała większą interakcję. Zawiodła mnie mocno Marion Cotilliard, będąca tutaj naukowcem manipulowanym przez swojego ojca (mocny Jeremy Irons). Jej mechaniczny, wręcz monotonny głos strasznie zmęczył i jest ona zwyczajnie nijaka. Kompletnie zaskakuje brak wyrazistego drugiego planu, gdzie mamy z jednej strony podobnie „uzdolnionych” jak Lynch (ale brakuje im charakteru, tła, historii), z drugiej tak rozpoznawalnych aktorów jak Brendan Gleeson czy Charlotte Rampling, którzy nie mają tutaj absolutnie nic do roboty. Takiego marnotrawstwa talentu nie znoszę.

W jednej ze scen Lynch mówi: „Co tu się k*** dzieje?”. I to samo mogli poczuć fani gry, widząc co Kurzel zrobił w swojej adaptacji. Intryga jest zagmatwana, historię poznajemy w bardzo krótkich fragmentach, licząc na coś więcej. Owszem, zostają zachowane charakterystyczne elementy z gry jak skok wiary czy parkourowe popisy na dachach, ale to za mało, by skupić uwagę widza. Widać, że jest to początek większej całości, która może kiedyś powstanie. Ja jednak mówię pas.

4/10

Radosław Ostrowski

Stacja kosmiczna ’76

Kosmos zawsze interesował ludzi, bo tam działy się zawsze rzeczy nie stworzone. Ale parę lat temu pewien reżyser postanowił zrobić film SF w stylu retro. Tak bardzo retro, że pokazuje  komputery jako duże, wręcz OGROMNE maszyny zajmujące cały pokój, pomieszczenia były wręcz sterylnie białe, a statki kosmiczne niemal żywcem przypominają te z „2001: Odysei kosmicznej”.

stacja_kosmiczna1

Nakręcona przez Jacka Plotnicka „Stacja kosmiczna 76” jest pastiszem kina SF z lat 70., co widać i słychać od samego początku. Nawet świadomie tandetne efekty specjalne (wygląd asteroidów, ręcznie rysowane sylwetki planet) są elementem wizji reżysera, który opowiada o załodze pewnej stacji gdzieś w nieodgadnionym kosmosie. Sama fabuła jest bardzo pretekstowa, a punktem wyjścia jest przybycie nowej asystentki kapitana Glenna. Niby zapowiadana jako komedia, „Stacja” bardziej jest gorzką obserwacją samotności, niedostosowania oraz duszenia się w relacjach międzyludzkich. Mamy dowódcę, który ukrywa swój homoseksualizm, toksyczny związek mechanika z nadużywającą valium kobietą (mają razem dziecko – Słoneczko) czy małżonków trzymających zamrożoną… teściową. To bardzo smutny film, gdzie najważniejsza jest interakcja, odkrywanie kolejnych tajemnic oraz prób radzenia sobie przez postacie. Nawet pozwala się na odrobinę delikatnego humoru, niepozbawionego lekkiej ironii, jednak twórcy traktują swoje postacie z sympatią, bez szyderstwa czy kpiny.

stacja_kosmiczna2

Tylko, że nie jest to humor dla wszystkich i nawet mnie zdarzało się przynudzić, bo nie jest łatwo wejść w ten dziwaczny klimat. Parę razy się odbijałem, jakbym oglądał program, w którym ktoś notorycznie pali najlepsze dowcipy. Nawet fajnie grający aktorzy pod wodzą zaskakująco sztywnego Patricka Wilsona na czele nie zawsze będą w stanie przekonać, chociaż te rozedrgane, skrywane emocje potrafią nawet poruszyć.

stacja_kosmiczna3

Dziwne to kino, któremu warto dać szansę, by sprawdzić z czym to się je. Takiego retro filmu SF nie trafia się zbyt często, co może być dość odświeżającym i ciekawym doświadczeniem.

6/10

Radosław Ostrowski